Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyty. Pokaż wszystkie posty

3/18/2020

Z'EV - Metaphonics

Na opakowaniu płyty autor wyjaśnia znaczenie tytułu. Metaphonics to określenie na muzykę, rodzaj, rodzinę dźwięków, które mają odmieniać świadomość, przenieść w inne rzeczywistości. Z’EV zwraca też uwagę na właściwości tych dźwięków odnośnie czasu – jak mogą one zachwiać naszym odczuwaniem jego przebiegu i upływu. Tekst kończy się zaleceniem by płyty słuchać w całkowitej ciemności.

Przy pierwszych dwóch odsłuchach olałem to wskazanie, pomyślałem, że jeśli ma zadziałać, to i tak zadziała. No ale, jeśli ja wymagam czegoś od muzyki, to ona też może wymagać czegoś ode mnie: 35 minut w ciemności – nie jest to jakieś wielkie poświęcenie. Gdy w końcu za trzecim razem obwiązałem sobie głowę szalikiem, by zasłonić oczy (a jak inaczej uzyskać postulowaną total darkness? zawsze będą migały jakieś światełka, czy przebiegały odblaski lamp ulicznych nawet przy opuszczonych roletach) dźwięki dotarły do mnie jakoś inaczej, bardziej.

Z’EV skonstruował utwór z dźwięków gongów, talerzy perkusyjnych, kawałków metalu, przetwarzanych raczej mocno, choć są takie, które łatwo rozpoznać. Słuchanie zgodnie z zaleceniami nie wprowadziło mnie co prawda w trans, ani nie wyrwało z linearności czasu, ale było mocnym przeżyciem. Dla mnie, osoby która muzykę postrzega często w kategoriach przestrzennych, odbieranie tych dźwięków w ciemności było w pewien sposób niebezpieczne. Mam na myśli to, że pozbawiłem się możliwości łapania wzrokiem jakiś punktów orientacyjnych, miejsc, przedmiotów – o które mógłbym zaczepić umysł. Z’EV stworzył bardzo przestronną, wielowarstwową kompozycję, która naprawdę może wciągnąć. W dodatku spora część dźwięków istnieje w oddaleniu, dochodzi skądś hen tam, a nie pojawia się zaraz koło ucha atakując je. To jeszcze silniej sprawia, że podąża się za tym, co słychać, starając odnaleźć tego źródło.

Zabrakło mi tylko czegoś w końcowych minutach, nie oczekiwałem żadnego wielkiego wybuchu, ani zaakcentowanego finału, ale ostatni fragment przebiega w lekko szumiących, rozmywających się dźwiękach. Wydaje mi się jednak, że autor wiedział, co robi i tak musiało po prostu być. Bo cała płyta sprawia wrażenie przemyślanej, dobrze skonstruowanej, bliska jest w brzmieniu albumom The Sapphire Nature czy Headphone Musics. Ciekawa pozycja, choć nie na każdy moment i stan ducha.

[opublikowane pierwotnie w 2007 na nowamuzyka.pl]

AGF & Zavoloka - Nature never produces the same beat twice

Niemka i Ukrainka zaczęły współpracować, gdy ta pierwsza usłyszała nagrania tej drugiej znalezione gdzieś w czeluściach internetu. Po kilku wspólnych występach okazało się, że rozumieją się ze sobą tak dobrze, że chcą dalej wspólnie działać. Efektem współpracy jest wydana niedawno przez Nexsound, wyprodukowana w studio Vladislava Delay’a White Room, płyta Nature never produces the same beat twice. Zawiera ona 50 miniaturek, z których każda jest poświęcona jednej roślinie, z pięciu grup, które stanowią niejako kolejne rozdziały albumu – łąka, drzewa, zioła, krzewy, kwiaty. Dyrektywą jaka przyświecała artystkom przy nagrywaniu tej płyty było zdanie: „Tworzyć techno niczym drzewa, bo natura nigdy nie wytwarza tego samego beatu dwukrotnie”.

To hasło obrazuje zamierzenie Zavoloki i AGF – chęć ożywienia formuły muzyki silnie zrytmizowanej, o powtarzalnych strukturach. Panie widzą to trochę inaczej – z bacznej obserwacji natury wyciągają wniosek, że nawet to, co się powtarza i wydaje bardzo podobne, nigdy nie jest identyczne. Właśnie taka jest ich muzyka – w każdej kompozycji rytm jest wyraźnie zarysowany, ale zarazem poddawany sporym deformacjom, nadwerężany. Beat jest na tym albumie bardzo ważny, ale to co dzieję się wokół niego trudno jest przeoczyć. Mamy eteryczne zaśpiewy (teksty z folkloru ukraińskiego, nazwy roślin), metaliczne drony, skrzypienia, sprzężenia, kilka razy przetworzone dźwięki instrumentów ludowych. Rytmy są najczęściej z sortu tych ciężkich, głębokich, AGF zdecydowanie oddala się od zwiewności swoich solówek, jak Westernization Completed. Choć z drugiej strony nie jest to, jakiś hardkor nie do zniesienia, czasem na myśl przyjdzie Afx237 V7 – choć zwykle nie jest aż tak gęsto. Sądzę, że fani Autechre, koślawych bitów ze stajni Mik.Musik, no i rzecz jasna dotychczasowych dokonań obu pań, powinni śmiało uderzać w Nature never produces the same beat twice.

Już marzec, to chyba najwyższy czas, żeby zaczęły pojawiać się pierwsze dobre płyty. Do nich na pewno mogę zaliczyć zbiór 50 migawek z podpatrywania nieprzeniknionych fenomenów natury, który Zavoloka i AGF dźwiękowo przekładają na materię gęstą, absorbującą uwagę, nie pozbawioną zarazem harmonii, pewnego pociągającego powabu, uroku.


[opublikowane pierwotnie w 2006 na nowamuzyka.pl]

1/09/2018

Anna Zaradny - Mauve Cycles (Musica Genera, 2008)

Na tę płytę długo trzeba było czekać, ale wspaniały efekt udowadnia, że naprawdę mądrość zawiera się w przysłowiu, że lepiej późno niż wcale. Anna Zaradny w ogóle nie spieszy się z wypuszczaniem kolejnych produkcji, chyba ciągle wystarczy palców jednej ręki, aby policzyć jej dorobek płytowy. A na pewno jest to pierwsze albumowe ujawnienie jej działań kompozytorskich z użyciem laptopa.

Nie udało mi się usłyszeć w muzyce sugerowanej w tytule barwy, ale cykliczność już tak. Przez to krążenie, zapętlanie i kolistość płyta kojarzy mi się z „Noonbugs” Pure'a. Albumy łączy też poziom skomplikowania, czy raczej dbałości o detal i myślenie wieloma planami. „Mauve Cycles” jest jednak jaśniejsze niż płyta Pure'a, a Zaradny wykorzystuje zupełnie abstrakcyjne dźwięki, podczas gdy u Austriaka część odnosi się/sugeruje instrumenty akustyczne.

Na krążku znajdują się dwie kompozycje o długości 25 i 13 minut.
Znaczną część obwodu pierwszej stanowi pojawiający się około 9 minuty rytm (nie bit), bo w zasadzie, choć stopniowo coraz bardziej rozmazywany, jest obecny do końca. Najbardziej przysadzisty w okolicach kwadransa, z całkiem ciężkimi dołami, a jego późniejsze przekształcenia przypominają nieco te charakterystyczne dla studiów eksperymentalnych i muzyki na taśmę z lat 60.
W drugim średnicą jest ciągły dźwięk o powoli wzrastającej częstotliwości, która osiąga (po połowie) pułap nie bardzo wysoki, ale na tyle, żeby stać się elementem przewodnim. Jednak motyw ten choć elegancki nie jest gładki, wypolerowany – pojawiają się na nim rysy, pofałdowania, co jest zresztą pomysłem konstrukcyjnym tego albumu. Podział czasowy wyznaczony przez jakąś drobną składową może nałożyć się na inny, nawarstwić na nim, jakby wnikając i zmienić jej brzmienie. Pomyślcie o takich „kolistych” czynnościach, jak mieszanie cukru w herbacie lub ukręcanie ciasta: łączenie się elementów, włączanie, wcielanie.

Uważne podążanie za dźwiękami w celu wyśledzenia stałych „loopów” nie zda się na wiele, ogarnięta w jednym momencie regularność, w kolejnym wygląda zupełnie inaczej, zasilona niepozornym, marginalnym składnikiem, krążącym wokół niej. Jedyną stałą rzeczą jest zmiana.

Oraz to, że Musica Genera wydaje świetne płyty.


8/16/2017

Emiter - sinus

Po koncercie w poznańskim Arsenale zacząłem mieć pewne obawy co do nowego materiału Emitera. Nie znaczy to, że występ mi się nie podobał, raczej zdziwił. Nigdy wcześniej nie słyszałem u niego tak surowych, ciężkich, momentami wręcz mrocznych dźwięków. Swoją zasługę w brzmieniu ma też na pewno koncertowe nagłośnienie, które przydało trochę mocy muzyce (szyby drżały od basów). Jednak sama materia, z której Emiter złożył swoje utwory była nieco inna niż dotychczas. Nie znaczy to jednak, że artysta dokonał jakiejś radykalnej wolty. W pokoncertowej rozmowie powiedział (to nie jest dokładny cytat), że to jest to samo podejście, co dotychczas, tylko trochę odmienne tworzywo. Po zapoznaniu się z płytą, zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Muzyka zawarta na „Sinusie” nie będzie zaskoczeniem dla tych, którzy słuchali „datowanych” albumów Emitera i Arszyna (dla Monotype i Audiotong). Także duży użytek jaki autor poczynił z generatora fal sinusoidalnych, nie zradykalizował jego muzyki (to nie są rejony Sachiko M, raczej już Ryoji Ikedy). Ta druga postać przychodzi na myśl przy okazji czwartego utworu, gdzie Emiter jakby wypuszcza sygnały z echosondy. Podobne poszukiwanie „naturalnego” pulsu, rytmu maszyn (tak jak dla człowieka np. bicie serca) słychać już w pierwszym utworze. Podoba mi się takie podejście do każdego rodzaju dźwięku, nieważne jakiego pochodzenia, jest w tym empatia, niemal czułość.
Płyta dotyczy przemieszczania się, podróżowania. Po pierwsze, została nagrana w różnych miastach, także podczas koncertów (Berlin, Brunszwik, Gdańsk). Hołdem oddanym odwiedzonym miejscom jest też użycie nagrań terenowych. Efekt bywa różny, niektóre tego typu dźwięki niewiele dodają do konstrukcji utworu, a część można przegapić przy mniej uważnym słuchaniu. Po trzecie w końcu, podróżowanie znalazło swoje odbicie w tytułach kompozycji. Zaczyna się od domu i Oliwy (co przywołuje na myśl tytuły z „#2: Static”). Potem jest „Saraj-ovasi” (chyba dawna nazwa Sarajewa), wkroczymy też na tereny objęte zimną wojną („Kould uo” = cold war ?, moim zdaniem najmniej interesujący moment płyty, brakuje tu głębi). Uda nam się jednak szczęśliwie znaleźć „W centrum”. Bawi mnie ten po części ironiczny tytuł, po poprzednich nazwach utworów myślałem o tym, w kontekście symboliki środka, centrum obszaru, jakiegoś axis mundi. A tymczasem, przez wprowadzone field recordings, znajdujemy się w centrum...handlowym. Wózki, kasy, ludzie, nawoływania przez megafon. Ogólnie – zgiełk. Pod hałasami zebranymi w „świątyni konsumpcji” stale obecny jest prosty dźwięk, który delikatnie modulowany coraz wyraźniej zaznacza swą obecność. Nie rozpycha się, nie jest coraz głośniejszy, nie zwraca na siebie uwagi, ale po prostu jest (podobnie jak twórczością tego artysty w ogóle). Dwie minuty przed końcem zgiełk nagle zanika i pozostaje tylko spokojny ton. Jest już jasne, że to on był cały czas w centrum utworu, a dopiero teraz słuchacz może sam umieścić się w jego centrum.

35 minut nowych dźwięków od Emitera składa się na dobry album. To, że odczuwam brak „czegoś” (ale gdyby ktoś zapytał, to nie byłbym w stanie określić, czego konkretnie), wynika z moich wygórowanych oczekiwań względem tego twórcy, a niedosyt jest czasem uczuciem pożądanym. Ci którzy w dotychczasowych poczynaniach Emitera znaleźli coś dla siebie, nie powinni ominąć tego albumu. 

Emiter.Arszyn.Gadomski - 29-30.11.06

Jak się ma muzyka do tak zwanej codzienności, określanej mianem normalnego życia, zwykłych zajęć i obowiązków? Konkretnie: jak się ma do tego tworzenie muzyki? Trzech muzyków spotyka się, by grać ze sobą, miejscem jest kościół, w którym odbywa się renowacja. Ludzie, którzy się tym zajmują nie przerywają swoich zajęć. Na nagraniu z tego spotkania odgłosy pracy pojawiają się obok granych dźwięków.

Powyższe pytanie intrygującym uczyniła najnowsza płyta w katalogu prowadzonej przez Łukasza Ciszaka wytwórni Sqrt. Emiter, Arszyn i Tomasz Gadomski spotkali się w kościele św. Jana w Gdańsku pod koniec listopada zeszłego roku i z wyimprowizowanego materiału złożyli 37-minutowy album.

Płyta zaczyna się od dźwięków perkusyjnych i to one później wiodą prym, zresztą nie oczekiwałem po Dymiterze, że będzie „wymiatał” na swojej gitarze. Jednak nie oznacza to, że muzyk ten hamuje się, trzyma się z tyłu, nic z tych rzeczy – gra tyle, ile „należy”. Taka postawa świadczy o klasie improwizatora. Pozostałej dwójce na okładce przypisano „percussion” – słychać całą paletę talerzy, jak również sporo bębnów, gra jest czasem porywcza, nawet chaotyczna (ale w ożywczy i sensowny sposób). Poza standardowym zestawem perkusyjnym w użyciu były też pewnie jakieś perkusjonalia, chyba marimba (i może inne instrumenty afrykańskie?).

Marimbę [poprawka: to inny instrument] słychać w ostatnim utworze – 15-minutowej muzycznej medytacji odwołującej się do amerykańskiego minimalizmu (pewne skojarzenia z delikatniejszymi fazami „Drumming”). Wcześniej na płycie pojawiały się fragmenty oparte na repetycji (w pierwszym i czwartym tracku segmenty perkusyjne, zapętlona gitara w czwartym), ale dopiero tutaj technika ta zostaje użyta na sporym odcinku czasu i ma szansę zadziałać. W dodatku powolnie zmieniającym się wzór inkrustowany jest wspominanymi na wstępie odgłosami prac renowacyjnych. Muzyka zaczarowuje czas, słuchacza, a tuż obok toczy się życie.


Intrygujący, operujący różnymi nastrojami, a jednocześnie broniący się jako całość album. Fani dokonań któregokolwiek z trójki improwizatorów znajdą na tej płycie wiele ciekawego, inni chyba też.

Emiter.Arszyn - 07.05.05

Niecały miesiąc temu w Poznaniu gościło na dwóch wieczorkach zapoznawczych Monotype Records, nowe polskie wydawnictwo szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Korzystając z okazji, że płyty od wydawcy zawsze tańsze, a także że różnie z ich dostępnością w sklepowym obiegu, nabyłem między innymi „07.05.05”. Jest to zapis koncertu, jaki Emiter i Arszyn (a więc jeszcze przed połączeniem w Emiszyn) dali na festiwalu Alt+F4. Nagrany materiał nie był poddawany żadnej edycji poza masteringiem, tak więc dostajemy kawałek surowej dźwiękowej materii. Choć surowej, to jednak nie pozbawionej swoistego uroku. Zaczyna się od nerwowych, delikatnych szarpnięć, powoli narastających i obudowywanych różnorakimi brudami. Usterkowanie jako metoda tworzenia jest obecnie powszechna, ale tutaj na wykorzystywaniu dźwięków niemuzycznych się nie kończy. Mniej więcej w połowie pojawia się jeden ton podstawowy i atmosfera staje się skrajnie ascetyczna. Wokół tego dźwięku zaczynają krążyć strzępy innych, czasem poszumy, czasem podskórne pulsacje. W końcu pewnego rodzaju partnerem dla tonu sinusoidalnego staje się motyw płynącego strumienia (albo to tylko moje banalne skojarzenie, może to być szum, tylko że podobnie brzmiący do tego naturalnego dźwięku). Od tego momentu te struktury stanowią ramę dla całości i w ich obręb dostają się inne dźwięki, które starają się znaleźć sobie miejsce. 

Z zawartością płyty skojarzyła mi się twórczość Philipa Jecka (i jeszcze kilku artystów z kręgu Touch), ale chodzi bardziej o pomysł na tworzenie, niż o wynik. Polacy prezentują chyba podobne podejście do powtarzalności struktur, ich powolnej przemiany, a także cechuje ich staranie by wydobyć z każdego, nawet pozornie nieatrakcyjnego dźwięku, jego wszystkie walory brzmieniowe i aspekty faktury. Muszę przyznać, że choć album mnie nie zachwycił, to przekonał w pełni dzięki ciekawemu przebiegowi, rozwiniętemu zmysłowi narracji u twórców. Taka to krótka recenzja - jak i krótka płyta (zaledwie 30 minut) i to chyba największy mankament. Tym bardziej, że w wywiadzie dla Lampy Arszyn wspominał, że na płycie mają się znaleźć dwa koncerty. Szkoda, że tę idee zarzucono, bo przecież obu artystów niejedno ma oblicze i ciekawie byłoby posłuchać na przykład jak materiał „Emiszyn” sprawdza się na żywo, a tutaj mamy tylko próbkę z dziedziny muzyki elektroakustycznej, bez zwykłych instrumentów. 

Ale by oddać sprawiedliwość muzykom - jest to rzecz, która świadczy o ich otwartości, wyobraźni i pozwala ze spokojem wyczekiwać kolejnych ich wydawnictw.

Emiter - cztery pierwsze płyty (2000-04)

Szkicownik

Absurdalne tytuły, trochę muzyki naiwnej, ogólna lekkość sprawiają, że trudno do „#1” mi podejść zupełnie poważnie. Album sam w sobie nie jest rewelacją, jednak jest wart uwagi. Natomiast tutaj, dla mnie ważny jest przede wszystkim w kontekście płyt następnych. Jako pewien początek drogi, punkt wyjścia. Jest tu zbiór szkiców do rozwinięcia, szkicownik w takim sensie, jak pisał Norwid, że choć zabazgrany to szczery. Niewiele jest tu eksperymentów elektroakustycznych, kilka urokliwych mantrujących ballad, trochę rzężenia gitarowego. A owe szkice faktycznie znajdą rozwinięcie: „Emiter cz.1” zostanie na "#2" uzupełniony częścią drugą, inny temat zostanie wykorzystany jako baza kompozycji z "Antrology" Mord. Nad wszystkim unosi się duch Pascala Comelade i Pierre'a Bastiena. Rzecz godna uwagi nie tylko dla „badaczy”.

Martwa natura

Różne takie - ścinki, skrawki, czasem tylko zalążki, jakby zadania do rozwiązania. Spleen, pusta plaża, koniec lata. Dźwięki organiczne, z rzadka coś „nienaturalnego”. Choć album w całości stanowi dobrze poprowadzoną i sensowną narracje, to w pewien sposób jest rozczłonkowany, zwłaszcza przez dwa śpiewane kawałki. Najpierw, jako drugi track, „1500 wiadomości”, dalej "Kociko". Pierwszy to tandetny żarcik muzyczny, który bawi może kilka razy, ale potem denerwuje. Rozumiem, że to pewien wątek w twórczości Dymitera, kpienie (bo nawet nie krytykowanie) „konsumpcjonizmu”, ale materia dźwiękowa bardzo cierpi tym razem. Jakoś na #2 Emiter jako wokalista niespecjalnie mnie przekonuje (w przeciwieństwie do "Antrology"), również w banalnym (zwłaszcza w warstwie tekstowej) "Kociko". Okej, pokrytykowałem sobie, przynajmniej mogę z czystym sumieniem wskazać elementy pozytywne. Jest ich na szczęście wiele więcej. Po pierwsze, dobrze robią albumowi goście, szczególnie Krzysztof Topolski (Arszyn) na perkusji w trzech utworach. Posiadł on wyrazisty i niesztampowy styl gry, który okazuje się świetnie współgrać z wrażliwością Emitera. Ich kolaboracje to najdynamiczniejsze partie „#2: Static”. Poza tym Columbus Ensemble przygrywa w jednej kompozycji a swoje wersje dwóch pomieszczonych na #2 utworów prezentują Paul Wirkus i Rosa Arruti. Jest tu wiele momentów, szczegółów, które zapadają w pamięć. Przezwyciężają pewną niespójność i sumują się na wspaniałą całość. Tą pozycję w dorobku Emitera cenię przede wszystkim za to pewne niedokończenie, że nic nie jest podane na tacy, nic się nie narzuca. Dźwięki kuszą by razem z nimi zagubić się w spreparowanej tajemniczym sposobem przestrzeni (paradoksalnie – zimnej, ale i przytulnej), która mogłaby być nawet odgłosem zza okna (gdyby tylko mieszkać nadmorsko). 


Detal: Polna droga

Tą płytę można uznać za początek nowego działu w działalności Emitera. Bo choć jego dzieła nigdy nie były zbyt długie, to teraz zostaje określone to jakby formalnie. "#3" i "#4" zostały wydane w formie 3" CD - obramowane warunkiem trwania poniżej 24 minut. Czyli z jednej strony pewien rygor, ograniczenie, ale też położenie większego nacisku na to, co zostanie zawarte na albumie. Przy mniejszej ilości materiału każda minuta zyskuje na znaczeniu, każe bardziej zwracać na siebie uwagę. Jeśli ufamy twórcy, to wiemy, że dał on nam tyle samo treści, tak samo wiele materiału, który ma nas poruszyć. Emiter zabiera nas na bezdroża, pobocza, szuka poezji w dźwiękach mechanicznych (jak w "Komecie"), wśród szumów, zakłóceń. Na "#3" zastosował pewien zabieg, który w skrócie można by streścić tak: na wstępie kilka nieznacznych dźwięków, które się kumulują, spiętrzają (jednak wszystko odbywa się bez bólu dla uszu), łączą się w strukturę, dość jednolitą. Dopiero w czasie rozwijania się utworu pojedyncze motywy, zwiewne akordy gitary. Te dwa składniki pięknie grają razem, w różnych momentach tworzą dla siebie nawzajem rozmaite konteksty. Na "#3" chodzi o odczucie tych niuansów, o ich smakowanie, o skupienie się na detalu.

Miniatura: Zima

Na "#4" Emiter dalej prowadzi wątki z poprzednich numerów, obecne jest elektroakustyczne tło, zabiegi z "#3" są również rozwijane. Ta produkcja to duet z Tomaszem Gadomskim z The Band of Endless Noise, który jest tu odpowiedzialny za wszelkie perkusjonalia, nierzadko proweniencji dalekowschodniej, wydaje mi się również, że słyszę granie smyczkiem na talerzach perkusyjnych. Są to kolejne smaczki, którymi można się rozkoszować, jednak Marcin Dymiter daje też znać o swojej obecności. Lekką ręką rzuca nam urzekające motywy. Permanentna melancholia sięga tutaj prawie metafizyki. O jednej kompozycji chciałbym szczególniej, mianowicie o "Meridianie" - najdłuższy na płycie, trwa ponad 8 minut. Przez większość czasu szumią fale, podkreślane pastelowymi wstęgami. I tak by mogło nawet pozostać, taka sobie delikatna impresja. Dlatego tym bardziej imponuje mi gest, który Emiter wykonał na finał tego utworu. Zamykają go wyraźne, mocne akordy gitary elektrycznej, które nawet bardziej przełamują wykreowaną atmosferę, niż ją kwitują. Jeśli się nad tym zastanowić, było to dość ryzykowne. Czyżby w takim razie sztuka odkrywania niesamowitości w banale?

8/09/2017

Bertrand Gauguet / Franz Hautzinger / Thomas Lehn - Close Up

Uważni czytelnicy Diapazonu być może kojarzą trębacza Franza Hautzingera z recenzowanych tutaj kiedyś albumów: solowego "Gomberg II" albo duetów z Manon-Liu Winter czy Mazenem Kerbajem. Na niedawno wydanym przez Monotype krążku otrzymujemy trzy długie fragmenty zarejestrowane podczas dwóch jego spotkań z Thomasem Lehnem i Bertrandem Gauguetem w styczniu 2007 i lutym 2008. 


Lehn, grający na syntezatorze analogowym, przez liczne projekty i nagrania dał się poznać słuchaczom muzyki improwizowanej. Przy parze swoich towarzyszy Gauguet, francuski saksofonista (sopran i alt), jawi się jako postać cokolwiek tajemnicza "Close Up" to dopiero drugi album z udziałem tego instrumentalisty, koncertowo aktywnego od dziesięciu lat. Często występuje m.in. z Frédériciem Blondy'm, Pascalem Battusem, Martine Altenburger i Michelem Donedą. To ostatnie nazwisko może być pewnym znakiem orientacyjnym, bo choć nie ma mowy o kopiowaniu, to Gauguet prezentuje podobne podejście do saksofonu.
Słuchanie tych utworów (opisanych jako skomponowane przez całą trójkę) jest trochę jak wizyta w wesołym miasteczku. Dlatego też, żeby doświadczyć wszystkiego, co mają do zaoferowania, należy dać się im ponieść, rzucić w wir, a nie narzekać, że ojej, jak wysoko, że ach, za szybko. Być może zawroty głowy i przyspieszone bicie serca, ale także wiele zadziwiających dźwięków w ekscytujących zestawieniach będzie danych tym, którzy posłuchają tego albumu. Że park rozrywki, do którego wchodzimy jest raczej nietypowy przekonujemy się już zaraz w pierwszych minutach. Być może został on wybudowany na pozostałościach fabryki, bo równolegle do rollercoastera biegnie taśma montażowa. Produkcja, jaka na niej się odbywa nie spełnia żadnych norm, a jej efekty kwestionują użyteczność i niepokoją wyglądem. Oto bowiem metaliczna konstrukcja złożona z wielu wchodzących w siebie, poskręcanych rur, które w kilku miejscach mają wibrujące silniczki, tak że całość drga, a elementy coraz silniej zagnieżdżają się w sobie.

Ta muzyka jest bardzo giętka i gęsta, sprężysta i zawiesista, najbardziej w pierwszej odsłonie. Po niej druga może nawet jawić się jako pewnego rodzaju wytchnienie, choć masywne drony przy początku sugerują, że raczej złowroga atmosfera zostanie utrzymana. Ta część podczas trwania również okazuje się ruchliwa, ale na swój sposób, nadal mechaniczny, ale z udziałem czegoś organicznego. Może dobrą analogią byłoby rozcieranie przypraw w moździerzu. Natomiast ostatnia partia, zajmująca prawie połowę płyty, to mozolne, pracochłonne i powolne odwierty, pojawiająca się późno trąbka z pogłosem zdaje się sugerować, że pokłady jakiś bogactw naturalnych zostały osiągnięte. Ten utwór zaskakuje też wyraźnie rytmicznymi fragmentami (lepiej zamaskowane pojawiały się też w pierwszym), trudno tu mówić o bitach, ale zastanawiałem się, czy trio nie przymierza się do coverowania Plastikmana, a nieco dalej, czy mogli inspirować się COHem.
Lekko nie będzie, ale warto, bo to jedna z najlepszych tegorocznych płyt.

[recenzja opublikowana pierwotnie na diapazon.pl]

Trzaska / Wirkus - Noc

O obu artystach można by napisać wiele, każdy z nich przeszedł długą drogę w swej twórczości. Zarówno Mikołaj Trzaska, jak i Paul Wirkus niejedno muzyczne oblicze mają. Pierwszy z nich kojarzony jest z narodzinami yassu, z którego to nurtu wywodzi się wielu uznanych muzyków. Oficjalnie lideruje Łoskotowi, stale działa z braćmi Olesiami, współpracował ze Świetlickim, Ostrowskim (tym z Bexa Lala), jak również współtworzy, wraz z Jarosławem Grzesicą, Trzaska Seed Electronic Ensemble.
Paul Wirkus - kiedyś, dawno perkusista w punkowym Karcerze, potem spotkanie z Marcinem Dymiterem i powoli już chyba legendarna płyta "Fudo". Artysta bardzo płodny, wydawał wiele solowych płyt, które często przechodziły niezauważone. Działa na polu minimalnej (przede wszystkim jeśli chodzi o środki, gdyż w wyrazie jego muzyka jest bogata, choć stonowana) elektroniki, ale nie porzuca swego instrumentu - czego dowodem nagranie na dwie perkusje z Maciem Morettim - "Na baterie" i koncerty podczas Unsound on Tour.
Co wydaje mi się ciekawe i co łączy obie postacie to w pewnym sensie - późny sukces. Choć zarówno „późny”, jak i „sukces” są tu określeniami niedokładnymi, jedno bardziej od drugiego. Faktem jest, że w przypadku Wirkusa uznanie, jakie już wcześniej mu się należało (czemu nikt nie wychwala "Mimikr"), przychodzi za sprawą "Inteletto d'Amore" wydanego w 2004 przez pododdział Staubgold - Quecksilber.
Trzaska natomiast powoli wchodzi w obieg międzynarodowy, nagrał najpierw płytę z sekcją Petera Brötzmanna - "Unforgiven North". Natomiast niedawno wyszedł album "Malamute" sygnowany jako North Quartet, gdzie nie tylko jest sekcja Brötzmanna, ale również legenda saksofonu we własnej osobie. Polak wszystkie płyty wydaje we własnej oficynie - Kilogram Records, która zawsze dba o edytorską stronę wydawnictw, także każdemu albumowi towarzyszy staranna oprawa graficzna (zwykle dzieło wzmiankowanego Morettiego), która dopełnia część dźwiękową. W przypadku "Nocy" na okładce widzimy zarys granicy polsko-niemieckiej, z zaznaczonymi przejściami, który jest stylizowany na jakąś gwiezdną konstelację.
Album jest bowiem muzyką do spektaklu według tekstu Andrzeja Stasiuka pod tym samym tytułem, który jest koprodukcją Düsseldorfer Schauspielhaus i Starego Teatru w Krakowie. Ponieważ przedsięwzięcie jest jakoś powiązane z ideą integracji, współpracy unijnej i tak dalej, muzykę też mieli stworzyć wspólnie artyści z dwóch krajów. Do pary Trzasce dobrano Paula Wirkusa, który w tej sytuacji jest reprezentantem niemieckiej strony.
Płyta jest dość krótka, wypełniona lapidarnymi miniaturkami, które charakteryzują się ażurową wręcz konstrukcją. Zdecydowanie jest to muzyka w małej skali, do brania pod lupę - słuchania uważnego. Składa się z drobnych fragmentów, ostrych (ale bez bólu), wcinających się, klików i pojedynczych sygnałów maszynek elektronicznych, jakby nadawanych z oddali, dochodzących z kosmosu. Jeśli pojawi większa porcja dźwięków to wydaje się, że służą one zaznaczeniu jakiegoś obszaru, odmierzeniu czasu. Trochę delikatnego obstukiwania perkusji, do tego proste frazy klarnetu, z rzadka saksofonu. W obu przypadkach wyciszone, ani śladu ekstatyczności. Uspokojone, uspakajające, trafne, trafiające. Jeśli na tym albumie doszło do zderzenia (dwóch wrażliwości dźwiękowych), to na szczęście zarówno muzycy, jak i słuchacz wychodzą z niego bez szwanku. Przypomina to trochę "M.=addiction" Dictaphone, ale jest o kilkanaście stopni chłodniejsze.
Jest w tym wyrafinowanie, szkoda, że nie ma całościowego ładu, że utwory nie tworzą w jakiś sposób narracji. Ale to zakrawa na nadmierne marudzenie - również incydentalność tych kompozycji frapuje tak mocno, by nadstawić ucha.

[recenzja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


7/27/2017

Xavier Charles / Martin Tétreault - MXCT

Wydany w 2001 „MXCT” to pierwsze zarejestrowane na płycie spotkanie Martina Tétreault i Xaviera Charlesa. Album zainteresował mnie głównie z tego powodu, że obydwu miałem w tym roku okazję widzieć na żywo. Pierwszy grał z Ignazem Shickiem natomiast Charles z Robertem Piotrowiczem.
Na tej płycie artyści oddali się penetrowaniu mikrostruktur, dźwięków na granicy słyszalności, które zostały obdarzone siłą, jaka zwykle nie jest im dana. Myślę, że warto przywołać tytuły kompozycji, gdyż oddają one w pewien sposób aurę dźwiękową i zamysł ogólny. Po kolei: nerwy, dynamo, mięsień, mózg, atom, cząsteczka, oko. Muzycy (używający gramofonu Tétreault i systemu wibrujących głośników z przedmiotami na nich umieszczonymi Charles) chcieli chyba skierować uwagę słuchacza ku strukturom organicznym, a także na aspekt ich mechaniczności, słowem na obszar, gdzie przecina się naturalne i sztuczne.
Ważne, że taka „teoria” nie podpiera muzyki – nie ma takiej potrzeby, dźwięki bronią się same. A wszelkie myśli przychodzą niejako same przez się, wraz z czasem trwania płyty. Centralne miejsce zajmuje 20-minutowy „Mózg” i chyba można stwierdzić, że reszta utworów jest od niego zależna, czy to jako wstęp, czy też jako komentarz albo pewna wariacja. Cała reszta podlega tej pięknej i wciągającej kompozycji, wcale jej wiele nie ustępując. Centralny utwór podszyty jest nieustannym pulsem, który jednak nie naznacza go w sposób zbyt silny. W dodatku ta struktura ulega ciągłym, delikatnym modyfikacjom, jakby w jakiś sposób dryfowała. Z tego powodu stale wywołuje nowe skojarzenia: terkot starego projektora kinowego, uspokajający rytm kół wózka prowadzonego po kocich łbach oraz bliżej nieokreślone nierównomierne powierzchnie, których zachowanie przy zetknięciu ze sobą artyści mistrzowsko odwzorowali swoimi technikami.

Z pewnością jest to płyta wymagająca uwagi, nasłuchiwania, na pewno lekkiego podkręcenia głośności. Z drugiej strony „MXCT” nie jest szczególnie skomplikowana, trudna w odbiorze, mimo tego, że jest bogata w niuanse, wypełniona dźwiękami drobnymi, to jednak jej narracja jest linearna, nie ma tam wielowarstwowości, zderzania rozmaitych materii dźwiękowych. Płyta jest spójna, można by pewnie określić jakąś jej logikę rozwoju. Jednak to nie jest tak konieczne, gdy po prostu satysfakcjonuje samo jej słuchanie.  

[recenzja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

7/04/2016

Grand Mal - Perfect Fit

To jedna z tych długo poszukiwanych płyt, które w końcu znajduje się dziwnym przypadkiem. Kilka utworów z Perfect Fit usłyszałem w jednej z nocnych audycji w Programie Drugim Polskiego Radia, chyba była to prezentacja wydawnictw z holenderskiego Unsounds. Chociaż na wpół zasypiałem, jakiś obszar mojej intuicji został pobudzony i zaintrygowany dźwiękami stworzonymi przez trio Grand Mal. Skład zespołu to Justin Bennett (bębny, perkusja, zither), Stephie Büttrich (głos, obiekty), Anne Wellmer (syntezator, automat perkusyjny, powerbook).
Utwory zawarte na płycie to w większości piosenki, ale zwichnięte, jakby pokiereszowane, po przejściach. Najlepszym przykładem igrania z konwencją piosenki, przełamywania jej przymilności jest "Peel me a grape" (interpretacja utworu Davida Frishberga). Kompozycja zaczyna się od zmysłowego wokalu, którego śpiewająca nie jest w stanie utrzymać na wodzy, który mutuje w jęki, natomiast tekst staje się bełkotliwy. Porzucenie „seksownego” tonu jest jak otrząśnięcie się ze stereotypu, jaki popkultura przydzieliła piosenkarkom. Büttrich uwalnia swój głos, chce odkryć pełnię jego możliwości. Podążą ścieżką jaką przecierał Jaap Blonk, choćby swoim „Speechloss”. Nie atakuje jednak tak bezlitośnie jak jej rodak. Wykorzystuje szeroki wachlarz środków takich jak warkot, bełkot, rżenie, mamrotanie; mocuje się ze swoim głosem, który uwiązł w gardle, urywa słowa, zacina się, jakby chciała je zatrzymać. Potrafi także stworzyć zabawno-przerażającą kreację w „707”, która ociera się o piosenkę aktorską. Tam parodiuje rutynę pouczeń, jakich stewardessy muszą udzielać pasażerom przed startem. Ta stewardessa chyba odczuła nudę i postanowiła nieco urozmaicić prezentację.
Dotychczas pisałem wyłącznie o 1/3 zespołu. Choć to wyczyny wokalistki przykuwają uwagę, towarzysząca dwójka jest równie ważnym elementem Grand Mal. W omawianym przed chwilą utworze sugestywnie odwzorowują dźwiękową aurę pasa startowego. Ale potrafią zagrać nie tylko ilustracyjnie, perkusista nie ogranicza się do krótkich sekwencji stuknięć i chrobotów, ale podgrzewa też atmosferę gęstymi solówkami. Dla jego zagrań ciekawy punkt oparcia stanowi syntezator analogowy: freejazzowe „odloty” zyskują inne znaczenie pośród ziarnistych, buzujących powierzchni, drapiących igiełek pojedynczych dźwięków lub ich postrzępionych chmur. Nie jest to nawałnica do jakiej przyzwyczaił Thomas Lehn, jednak gra Wellmer świetnie pasuje do artystycznego pomysłu tria.
Trochę rozczarowuje wyciszająca końcówka albumu (3 albo 4 ostatnie kompozycje), tam jednak słuchanie umilają etniczne zaśpiewy doprawione rytualnymi niemal rytmami (wcześniej zdarzą się jakieś fragmenty bardziej rytmicznych bitów, w stylu piosenkowym) i lekką transowością.
Ciekawy album, który dostarczy przyjemności osobom lubiącym twórczość zasilaną szaleństwem z przymrużeniem oka. Dziwaczny urok spowijający te nietypowe piosenki sprawia, że awangardowa i niełatwa z pozoru muzyka staje się nie tyle lekkostrawnym, ile nęcącym daniem. W dodatku bawi w niewymuszony sposób nie sięgając po kabaretowe chwyty.

[recenzja pierwotnie opublikowana w 2006 roku na nowamuzyka.pl]

10/20/2011

spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (20.10.2011)

[Wojtek Mszyca kiedyś stwierdził, że to świetne hasło, dlatego postanowiłem wyciągnąć je z odmętów moich zapisków internetowych i używać jako nazwy cyklu wpisów, w którym znajdować się będą krótkie recenzje wydawnictw z bieżącego roku. W ogóle postanowiłem sobie, że będę więcej pisać tutaj, zwłaszcza o muzyce, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie na dłuższą metę.]

Esther Venrooy Vessel

Czwarte wydawnictwo holenderskiej kompozytorki dla ciekawego londyńskiego labelu Entr'acte. Zwróciła moją uwagę mrocznym i skondensowanym Shift Coordinate Points, w którym wykorzystywała nagrania z numbers stations. Tym razem niestety bez głosów, ale za to z odgłosami statków (choć to trudno wychwycić, jeśli się nie przeczytało). Talent Venrooy polega na tym, że używa ona nagrań terenowych z rozmysłem i nie wpada w czarną dziurę nawarstwiania dźwięków, by stworzyć jakieś totalizujące "soundscape'y". To jest przemyślana kompozycja elektroakustyczna, gdzie czuć rozwagę i skupienie autora. Bardzo odpowiada mi też ta niepokojąca atmosfera, zwłaszcza, że po Mock Interriors obawiałem się, że możemy zostać zniesieni w bezpieczną łagodność.

Sculpture Toad Blinker

Jak mnie to cieszy, że Sculpture, któremu kibicuję od dawna w końcu dociera do szerszej publiczności i zdobywa uznanie - pierwszy nakład, jak i dodruk, ich poprzedniego wydawnictwa dla Dekordera rozeszły się szybko. Nic dziwnego, że niemiecki wydawca z chęcią wypuszcza kolejny ich winyl. To znów picture disc, tak więc kwestia wizualizowania sobie muzyki została zagospodarowana. Ale wyobraźnia i tak pulsuje poddając wizję dziwacznych mutacji organiczno-mechanicznych. Koresponduje to z naturą muzyki Sculpture, gdzie (nad)używany sprzęt wydaje się z lekka zepsuty, niedoskonały. Tak więc, gdy pojawiają się rytmy (często), to nie będą one oczywiste i prowadzące za rękę, ale raczej będą propozycjami ścieżek, na których można się przyjemnie zgubić. Gdy pojawią się melodie (czy może należy wziąć je w cudzysłów?), to choć będą wdzięczne i radosne, to nie zalepią nam słodkością uszu.

Call Back The Giants The Rising

David Keenan zajął się name-checkingiem, więc mi pozostaje wyrażanie opinii i uciekanie się do przenośni. Opinia: jedna z płyt roku, świetna na rozmyte popołudnia duszące deszczowymi chmurami. Przenośnia: soundtrack do animowanej wersji Przemiany Kafki, rysowanej przez Blutcha. Opinia: Niby to wszystko znamy, lekko lo-fi pasaże podgniłych klawiszy, głos, czasem puszczony ze spowolnionej taśmy. Ale są też utwory zupełnie niespodziewane, które cieszą, bo pokazują, że duet nie stoi w miejscu i szuka. Przenośnia: "The Pharroh Man" pokazuje alternatywną wersję ewolucji The Shadow Ring, gdyby chcieli zostać zespołem avant-(glitch?)-popowym.

10/10/2011

Ghédalia Tazartès "Repais froid" (PAN, 2011)

Repas froid pierwotnie ukazało się na cd w 2009 roku nakładem [tanzprocesz], jednak jest kilka powodów, by zainteresować się winylową reedycją w PAN. Po pierwsze, jest to pełna wersja tego materiału. Po drugie, została zmasterowana przez Rashada Beckera, ulubionego inżyniera producentów "muzyki tanecznej". Wreszcie, została pięknie wydana, co w przypadku PAN jest w sumie normą, co sprawia, że będzie ładnie wyglądać obok tego nęcącego boksu.

Ci którzy znają twórczość Tazartèsa, nie usłyszą tutaj wybuchających stylistycznych rewolucji. Jednak nie jest też tak, że Francuz odcina kupony i układa je tylko w nowe mozaiki. Niby mamy, to co zawsze: instrumenty (wyróżnia się zwłaszcza akordeon), głos i hałasy (często loopowane). Wyróżnia ten album dawkowanie głosu, który nie pojawia się (jeśli dobrze rozpoznaję) zbyt często. Ale za to pojawia się w różnych odmianach, można by powiedzieć, folkloryzująych: wywiedzionych z Mahgrebu zawodzeniach, śpiewach gardłowych i jednym fragmencie po niemiecku. Mógłby to być cover Einstürzende Neubauten, ale z tego, co sprawdziłem - raczej tak to tylko brzmi. Do tego mamy jeszcze wstawki skądinąd: odgłosy z telewizora, dziecko mówiące przez telefon. Ci, którzy znają francuski, mogą wyłapać dodatkowe sensy, jednak zrozumiałych słów w ogólności nie pojawia się tak wiele (sam tytuł oznacza "zimny posiłek").

Muzyka Tazartèsa jest poskładana, jest konstrukcją, ale to wcale nie tłamsi jej energii i emocjonalności. Swoją swobodnością i zaskakującymi zestawieniami może kojarzyć się z innym twórcą na swój potrzeby przechwytującym muzykę konkretną - Luciem Ferrarim. Jednak panuje tu zupełnie inny klimat, jest chłodno i ciemno, nieco opresyjnie. Innym punktem odniesienia, ze względu na glossolalię i właśnie ten ciężar gatunkowy mógłby być Alessandro Bosetti i jego Il Fiore della Bocca.

Przy okazji: zwróćcie uwagę na trio Tazartèsa (m.in. z szefem [tanzprocesz] w składzie) Reines d'Angleterre oraz na najnowszy jego projekt - ścieżkę dźwiękową do Haxan.

7/21/2011

Przegląd nowości

Trochę nowości (choć nie wszystkie bardzo nowe) przesłuchanych i poniżej opisanych (czasem może zbyt oględnie, ale jeśli ktoś zagadnie w komentarzach, to gotów jestem rozwinąć):

Mika Vainio Life (...It Eats You Up)

Cóż, nadal najmocniejszym momentem w solowym dorobku Fina pozostanie dla mnie Revitty, ale ten album (wydany przez Editions Mego) na pewno jest warty uwagi. Główną rolę odgrywa na nim gitara, oczywiście nikt tu nie rzeźbi solówek, ale instrument ten dominuje choćby przez to, że określa paletę brzmień. Jak zawsze - jest mrocznie, ale w trochę innych odcieniach, nie tak daleko od niektórych nagrań Xeli (mój brat zwrócił uwagę, że może kojarzyć się z Pure'm). Trudno to zdefiniować, ale jakby bardziej "ludzko" niż "maszynowo", co nie znaczy wcale, że lżej, łatwiej. Przeszkadza mi trochę niespójność całości, która jest wynikiem kilku utworów z bitami. Jednak bez tego mogłoby się stać trochę jednostajnie.

Jessica Kenney & Eyvind Kang Aestuarium

Żeby pozostać przy eMego: jest to pierwsze wydawnictwo sub-labelu Ideologic Organ, którym kieruje Stephen O'Malley. Pierwotnie wydany w 2005 duet na głos i altówkę (+ w ostatnim utworze perkusjonalia), którego efektem jest bardzo surowa muzyka, jako punkt odniesienia mogłaby służyć twórczość Nilsa Øklanda wyabstrahowana z folku. Wydaje mi się, że ze względu na atmosferę mogłoby to trafić do fanów "holy minimalism", ale właśnie ta surowość sprawiłaby im problem, bo pozwala ona nazwać tę muzykę zbyt prostą, czy wręcz nudną. To oczywiście kwestia nastawienia, wyczulenia na detal, bo jest tu wiele zadziwiających współbrzmień i dryfujących alikwotów. Inna sprawa, że nie jest to płyta na lato, no chyba że na takie, jak obecnie mamy, że kolejny dzień leje.

Liberez The Letter

Podobno to pierwszy album tego projektu, chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby ten Liberez był kontynuacją tego. W składzie tamtego przecież John Hannon i Pete Wilkins, obecni i tutaj. Do nich doszlusowali Tom James Scott i Nina Bosnic. Tak czy inaczej: ten album wydała Alter prowadzona przez połówkę Birds Of Delay, ale nie to mnie skusiło. Do posłuchania zachęciła mnie okładka, która może być dobrym prologiem dla dźwięków. Dominuje atmosfera zabrudzonej melancholii i zmęczonej alienacji. Jednak atmosfery nie wystarczy na cały album, który rozwija się według zasady spadającego napięcia. Zaczyna się dość agresywnie, chwilami nawet brutalnie, ale potem energia wygasa. Tłumaczę sobie, że ustępuje miejsca zabiegom transującym, ale nie wypadają one zbyt przekonująco. A poza tym, przywoływanie Roberta Ashley'a jako inspiracji dla zastosowania głosu jest już przegięciem.

Sigha I Am Apathy, I Am Submission, HF029, The Politics of Dying

Teraz jak już wiem, jak wymawiać ("Saja"), to będę polecał wszystkim na prawo i lewo. Zastanawiam się, czy to będzie rok przełomowy dla Sigha, który jest moim faworytem od początku, od podcastu i singli dla Hotflush, kiedy niektórym wydawało się jeszcze, że tworzy on dubstep. Teraz, gdy remiksują go Ruskin i Dettmann, już chyba nikomu nie przyjdzie do głowy taka kategoryzacja. Sigha robi techno i robi to dobrze. Jeśli ktoś nie poczuje przesytu po tych trzech wydawnictwach wypuszczonych w krótkim odstępie czasu (z których mi najbardziej przypadło I Am Apathy... - nie tylko ze względu na tytuł), to może sprawdzić też jego niedawne miksy. Ten zwięzły dla Boiler Room i ten dłuższy, w ramach zastępstwa w Rinse FM, Sigha nie jest tutaj zbyt gadatliwy, ale to dobrze, bo dzięki temu flow miksu bardzo zyskuje.
(Przy okazji: czy ktoś słuchał tegorocznych podcastów Hotflush? co warto?)

Wracając do wątku płyt na lato, to zdecydowanie polecam Space Is Only Noise Nicolasa Jaara i Me Me LOL. Chociaż ta druga w kilku miejscach wystaje znacznie poza tę kategorię (co wychodzi jej tylko na zdrowie).
A co sądzę o Inside Piano Friedla można przeczytać tutaj.

8/10/2009

Yôko Higashi, Lionel Marchetti - Okura 73°N - 42°E [Musica Genera, 2009]

Marchetti ma ostatnio szczęście do polskich wydawców, pod koniec zeszłego roku Monotype wydał reedycję powalającego Kitnabudja Town, a w czerwcu Musica Genera wypuściła ten album. Już drugi w swoim katalogu z udziałem tego francuskiego artysty i tak jak poprzedni (Docteur Kramer (you are not you) z Emmanuelem Petit) zawiera po części muzykę stworzoną w duecie.

O czym może być album, którego okładkę zdobi fragment XVI-wiecznej mapy Azji i Oceanii, tytuł łączy w sobie nazwę japońskiej wioski ze współrzędnymi punktu gdzieś na Morzu Barentsa, a niektóre dźwięki wykorzystane w kompozycjach pochodzą z Mozambiku i ze statku cumującego w Rostocku? O przemieszczaniu, o nakładaniu (się) na siebie różnych rzeczywistości, porządków? Wspomnień i fantazji?

Z tego przemieszczenia wynika przekształcenie: takie jak rozciągnięcie i rozmazanie głosu Higashi w "Petrole 42", który brzmi jak szklista łuna. Oraz zniekształcenie: takie jak przykrycie, wytłumienie etnicznego motywu perkusyjnego, sprowadzenie go do prostego wzoru, jakby motywu powracającego na tkaninie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale po kilku odsłuchach (słuchawki by wyłapywać detale, głośniki by dać się pochłonąć) stwierdziłem, że kompozycja Higashi ("Okura") podoba mi się najbardziej. Być może w dużej mierze dlatego, że jest dłuższa, a przez to wydaje się być pełniejszą opowieścią. Ale też ze względu na niemalże psychodeliczno-rockową eksplozję około połowy oraz niesamowite niskie dźwięki, nie tyle agresywne, co stanowcze, ale jednocześnie ulotne, dynamiczne. Nie wspominając już o pomysłowym rozkładaniu detali między kanały i różnicowaniu w nich poziomu głośności.

Nie chodzi jednak o to, że utwory flankujące kompozycję Higashi, pierwszy samego Marchettiego i kończący płytę stworzony w dwójkę, mógłbym określić jako gorsze. Nie w tym rzecz, one same w sobie są bardzo ciekawe. Tylko że w porównaniu z "Okurą", która oferuje wiele punktów obserwacyjnych, oba "Petrole" są migawkami z jednej pozycji. Co nie musi być wadą, bo przez to skupienie zyskują lepszą eksplorację wybranych treści. Zresztą oba te utwory w ciekawy sposób się uzupełniają, bo w ogólnym podejściu są oparte na tej samej zasadzie: ciągłego syntezatorowego dźwięku, wokół którego gromadzone są inne (też odpowiadające sobie: głosy i odgłosy statku). Pierwszy jest mroczny, chropowaty, ciężki (niektóre momenty kojarzą się z wczesną kompozycją "Sirrus"), słowa przez cb radio są brudne, niepokojące, drugi jakby się unosił, odlatywał, piął na krystalicznych pasmach w górę, gdzie roztacza się wspominany zaśpiew Higashi.

Album nie trwa nawet 35 minut i patrząc przez pryzmat przyjemności obcowania z zawartymi na nim dźwiękami, gdy ostatnie wybrzmiewają, do głowy przychodzi tylko: za krótko. Jednak to przechodzi i pozostaje wdzięczność za możliwość doświadczenia tych światów, które niczym te z mapy przywołanej na okładce, są nierzeczywiste, nie mogłyby zaistnieć nigdzie indziej.



+ szczegółowe informacje

(nie chciałem już rozdymać wstępnych wyliczanek, ale podoba mi się też pomysł, że Okura w tytule odnosi się sieci hoteli, a współrzędne są propozycją lokalizacji dla nowego obiektu; wtedy znów dochodzimy do przemieszczania)

7/04/2009

Hati - Ka [Eter, 2009]

Nowa płyta Hati - nowy skład. Do duetu Iwański/Kołacki dołączył Dariusz Brzostek, który udziela się w sześciu z ośmiu utworów. Główną zmianą, jaką wprowadza do brzmienia zespołu jest harmonium, które zapewnia podłoże dla innych dźwięków. Na szczęście jest ono odpowiednio dawkowane, nie mamy do czynienia z bezkresami łatwego dronowania. Nowy członek jest raczej kolejnym elementem pasującym do układanki, niż nową zmienną (i to nie zarzut - wręcz przeciwnie).
Mimo pewnej ewolucji, w tej muzyce ciągle ważny jest rytm, czego nie zwiastuje pierwsza kompozycja. Ze swoim morsko-leśnym szemraniem mógłby być wstępem do jakiegoś delikatnego fińskiego freak-folku. Innym skojarzeniem jest 23 skidoo, zwłaszcza początek "The culling is coming", który przypomina się podczas wciągająco rozbujanego, wielowarstwowego, 14-minutowego "Moondrone" (może też jakieś mrugnięcie w kierunku Moondoga?), który stanowi centrum albumu. Następujący po nim utwór tytułowy ze swoją (cofniętą jednak) ścianą metalicznych szmerów odwołuje w okolice "Works for Scrap Metal". To zresztą robi też kolejny, "Industrial Règime" przez wykorzystanie łańcuchów do grania. Po nich nieco spokojniejsze utwory: opierające się na harmonium "Lullaby for Somnambulist" (trudny gatunek z pewnością) i najbardziej powietrzne "Aleph".
Choć dostrzegam logikę w budowaniu dramaturgii i całościowej narracji albumu, to jednak wydaje mi się on odrobinę za długi (63 minuty). Ale to tylko mały minus, który nie ma wielkiego znaczenia wobec satysfakcji, jaką daje ta muzyka. Zwraca uwagę bogactwo faktur, które nie przygniata jednak rytmicznej ruchliwości.

(do posłuchania: fragmenty w mp3 / dwa w całości - myspace)

6/03/2009

Imperium dźwięków

Tak w tłumaczeniu brzmi tytuł dokumentu, który oglądałem dziś przed południem na arte. Dotyczył on sound designu, czyli hm, projektowania dźwięków? dźwiękowego? Tutaj może raczej to pierwsze, bo rzecz była m.in. o badaniu brzmienia chrupania płatków śniadaniowych, o wrażeniach, jakie wywołują rozmaite rodzaje zakrętek, zamknięć w perfumach i kosmetykach. Jak się domyślam (bo francuskiego raczej nie rozumiem) o wpływie na konsumenta aspektu dźwiękowego w produkcie. Przez moment wypowiadało się dwóch panów z IRCAMU. Generalnie polecam, choć nie wiem, jak arte powtarza programy.

W filmie przykładami były też fragmenty z Jacquesa Tati (oczywiście/brawo), co mi przypomniało, że gdzieś na dysku mam artykuł o dźwiękach w jego filmach, który powinienem dokładniej przeczytać.

Wiedziałem, że w szkole będę miał trochę pustego czasu więc oprócz Pierścieni Saturna (duże och) wziąłem też discmana.

Zacząłem od This Past Spring czyli rejestracji koncertu basisty Darina Gray'a i gitarzysty Lorena (MazzaCane) Connorsa. Znam wiele płyt tego drugiego, chyba mogę się określić jako jego fan, bo większość bardzo lubię, a te które podobają mi się mniej, zmuszony określiłbym jako "niezłe". Nie wiem, czy ten album jest jakoś szczególnie dobry, ale na pewno podoba mi się (tak, jestem fanem). Gdy po kilku minutach myślałem, że kurcze, tak trochę za ładnie, za łatwo to idzie, to wtedy Connors wszedł głośno i masywnie.
Porą oferującą odpowiednią aurę dla jego twórczości i też przez tą muzykę jakoś przywoływaną jest noc (i nie zawsze cicha, spokojna, odludna, bo np. ten trochę jazgotliwy fragment kojarzy mi się z mrugającymi neonami). Ale dziś krajobraz dzienny też się sprawdził jako wizualizacja tej muzyki: szaro-białe niebo, widoki za szybą przefiltrowane przez krople deszczu na niej.
Na osobny raz zostawiam sobie zasługujący na atencję wygląd płyt Connorsa wydawanych przez Family Vineyard.
(a tutaj ścieżka trzecia)

Potem do discmana powędrował krążek z Nostalgie in den Objekten autorstwa Urinatorium (aka Hubert Wińczyk). Wydawnictwo to jest dostępne legalnie w sieci jednak tak wyszło, że (jak dowcipnie autor zanotował wewnątrz okładki) "w dużym internecie są pliki małej jakości", więc na razie nie będę linkował. Tak, mp3 są fajne, ale do pewnej granicy, a 64kbps znajdują się już chyba za nią.
Oczywiście znam dobrze Huberta, mamy też wspólny projekt dźwiękowy, więc jestem absolutnie nieobiektywny, jednak pozwolę sobie na wyrażenie opinii, że jest dobra i warta uwagi płyta. Miałem ciekawe przeżycie podczas słuchania pierwszego utworu, gdzie użyty jest mocny pogłos, a siedziałem w dużym pomieszczeniu i to była odwrotność takiej izolacji, kreowania osobistego świata dźwiękowego przez słuchawki, jak mamy zwykle. Bo dźwięki niesione takim właśnie pogłosem mogły powstać w tym pomieszczeniu, pasowały do jego świata dźwiękowego, wobec czego oba się nałożyły, czy też wymieniły właściwościami. Jedna rzecz, która momentami mi przeszkadzała, to że utwory trzymają się często formuły powtarzania długo jakiegoś loopu. Czasem byłoby ciekawiej, gdyby coś tą loopowatość naruszyło i nie chodzi mi o jakiś odciągający uwagę kolorowy fajerwerk nadlatujący skądinąd, ale może żeby z samego tego fragmentu coś wyszło, wyłamało się, wykruszyło. Niemniej, to właśnie ta powtarzalność świetnie robi zamykającemu płytę utworowi, który ma bardzo przyjemne doły, trochę jakby powolne, szurające smyczkowanie wiolonczeli.

Czytałem Sebalda, który jest pochłaniający, ale czasem wymaga tyle uwagi, że nie można sobie pozwolić na myślenie o czymkolwiek niezwiązanym z książką. Musiałem więc przerwać, bo rozważałem pomysł, który przyszedł mi kilka dni temu do głowy: założenia kolejnego nikomu niepotrzebnego bloga. Jako że wymyśliłem w końcu dla niego nazwę, sprawa wydaje się przesądzona.

Potem zacząłem For Hugh Davies z udziałem Adama Bohmana, Marka Wastella i Lee Pattersona, który przez różne odgłosy przedmiotów, takie skrobiące, lekkie uderzenia, wydawał się kontynuacją wątków z Nostalgie....

Aaa, dziś Audiosfera o tegorocznej Generze, o której już wszystko wiadomo.

5/10/2009

EKG - Electricals (Another Timbre, 2009)

Patrząc na katalog Another Timbre łatwo dostrzec, że wytwórnia skupia się na projektach z udziałem muzyków brytyjskich, choć nie jest to żelazną regułą, bo artyści z Kontynentu też są obecni. Dopiero szesnaste wydawnictwo AT oferuje wyprawę za Ocean, prezentując amerykański duet: Ernst Karel i Kyle Bruckmann.
Ta dwójka klasycznie wykształconych instrumentalistów (Karel - trąbka, Bruckmann - obój) poznała się pod koniec lat '90 w Chicago, gdzie uczestniczyli w różnych projektach związanych z muzyką improwizowaną, współpracowali m.in. z Olivią Block, Gene'em Colemanem.

Na piątym albumie projektu większy niż instrumenty wpływ na brzmienie materiału ma analogowa elektronika (co tytuł jeszcze podkreśla), trąbka prawie w ogóle nie jest obecna, ale zdarzają się momenty, gdzie dźwięki akustyczne da się rozpoznać (Bruckman gra tutaj też na innym rzadko spotykanym okazie - rożku angielskim). Jest tak np. w końcówce 13-minutowego (najdłuższego na tym albumie, trwającym ponad trzy kwadranse) "Drift", który przywodzi na myśl pierwsze wydawnictwo Another Timbre - Tempestuous tria The Contect of Pleasures. W podobny sposób, choć mniej agresywnie, dźwięki EKG powoli opadają lub wznoszą się, rysując delikatnie krzywizny. Ta metoda jest przeniesiona na kształtowanie elektronicznej materii (a instrumenty nie służą kontrapunktowaniu, raczej budowaniu osłon lub przesłon zmieniających jej obraz), która faluje w ostrożnych modulacjach, zmianach częstotliwości. Duet często operuje dźwiękami o dużej powierzchni, ale nie tyle rozlewa dźwiękowe plamy, co z precyzją wycina z nich wstęgi. Nie zapomina o odpowiednim ich rozłożeniu - pod nimi skradają się ziarniste, lekko chropowate drobiny, nieraz przebijające się wyżej i wywołujące zaburzające wypustki. Ernst Karel przywołuje muzykę elektroniczną lat '50-'60 jako inspirację i to faktycznie słychać: początek "Current" ma takie mechaniczno-brumiące, lo-fi brzmienie, później pojawiają się efekty w stylu dawnych operacji "muzyki na taśmę" - brudne echo przekształcające pojedyncze uderzenie. Zamykający album "Interval" jest może najbliżej dronu, ale im dłużej trwa, tym bardziej kłopotliwy się robi, brudząc i naddzierając czyste z początku połacie dźwiękowych płócien, tak że trudno wylegiwać się na nich w spokoju.

Użycie analogowej elektroniki pozwala myśleć o EKG w kontekście dwóch innych amerykańskich duetów: English i GOD, które też operują takim sprzętem. Jednak EKG w porównaniu z nimi jest o wiele delikatniejsze, nie pozwala sobie na nieokiełznanie i wycieczki w wąwozy hałasu. Może wynikać to też z metod pracy, bo choć Bruckmann i Karel są improwizatorami, to ich wspólne albumy są wynikiem komponowania: edycji, aranżowania, przestawiania materiału nagranego podczas improwizacji. I jedno jest jasne: są w tym bardzo dobrzy, słychać, że utwory są przemyślane, da się wyczuć włożoną w nie pracę. Podobne wrażenie przynosiła poprzednia płyta duetu No sign (pomiędzy nią a Electricals była jeszcze Group z dołączonym do EK G - Giuseppe Ielasi'm), która choć nieco mroczniejsza, zamieszkuje zbliżone rejony. Nie ma mowy o powtórkach, więc w niczym nie ujmuje to wartości najnowszego krążka - jest dobrze, ale może mogłoby być lepiej?

P5105204
Powtórzenie zdjęcia z okładki na drugiej stronie, odwróconego? Okej, ale jeszcze raz w środku, w szarościach? Po co? I ten nadruk na cedeku raczej brzydki.

Wywiad z duetem i z Karelem, bardziej o jego działaniach solo (a zajmuje się instalacjami, nagraniami terenowymi).
Pierwszą płytę (z 2001), inną niż późniejsze rzeczy, można ściągnąć tutaj
Wydane ostatnio przez Another Timbre duety Karel/Bruckmann i Krebs/Davies, prowadzą do innego duetu, który ma wydać Cathnor - Karel/Krebs, no ciekawe, fajnie jak tak płyty (muzycy) się przeplatają. (A Karel ma też jakieś przedsięwzięcie z Alessandro Bosettim, mam nadzieję, że coś z tego kiedyś ujrzy światło dzienne.)

5/09/2009

Octante - Lúnula (Another Timbre, 2009)

Ferran Fages i Alfredo Costa Monteiro byli dla mnie jednym z (licznych) odkryć Musica Genera Festival w 2006. Zagrali wtedy w specjalnie na festiwal zaaranżowanych składach, jak również razem pod nazwą Cremaster. Wtedy też kupiłem ich wspólną płytę z Ruth Barberán Atolón, która była niczym odkrycie nieznanego lądu albo raczej zwierzęcia nieznanego gatunku, które powstało dzięki krzyżówce dwóch, w jakiś sposób przeze mnie już udomowionych - improwizacji i noise'u. Postanowiłem bacznie przypatrywać się działalności tych artystów, co nie było trudne, bo w takiej czy innej konfiguracji, wypuszczali niemało wydawnictw.

Lúnula to druga płyta kwartetu Octante, w którym oprócz wymienionych uczestniczy Margarida Garcia. Tylko ona używa dokładnie tego samego sprzętu, jak na poprzednim albumie (który ukazał się w 2005 nakładem L'Innomable), czyli elektrycznego kontrabasu. Costa Monteiro do akordeonu dołożył przedmioty, Fages produkuje dźwięki oscylatorami i przystawkami, a Barberán rozszerzyła brzmienie trąbki za pomocą głośnika i mikrofonów. Na płycie znajdują się dwie około 30-minutowe improwizacje nagrane w lutym 2008. Obie są raczej mroczne, chwilami nawet posępne, jednak również dynamiczne, pierwsza w najcięższych miejscach nieco przytłaczająca (a tutaj to miłe uczucie, gdy dźwięk narasta, wydaje się być wszędzie wokół). Swój ciężar zawdzięcza przede wszystkim smyczkowanemu kontrabasowi, który ociężale przesuwa się po wyboistym dnie, a także chwilami dronującemu akordeonowi (ale Costa Monteiro nie osiadł zupełnie w niskich rejonach - gra również wysokie tony). Druga odsłona jest nieco lżejsza albo raczej - przejrzystsza, unoszą ją czyste, nieco kujące częstotliwości oscylatora, a także powłóczysto-mgliste zawodzenia trąbki. Nadal są to dźwięki zamazane, ale teraz słychać, że jest to na pewno ten instrument, czego w pierwszym utworze rzadko można było być pewnym. Zestaw używany przez Barberán jest bardzo ciekawy, bo oferuje wiele możliwości, a słuchaczowi pozwala na spekulacje - skoro mikrofony zostały wyszczególnione to może są umieszczane wewnątrz trąbki? skoro głośnik, to może ma wpływ na brzmienie: jest mały i wychodzą z niego dźwięki przesterowane? skoro mikrofony i głośnik, to może sprzężenia?

To, co słychać, czyni prawdopodobnym każde z tych przypuszczeń, jednak są to rozważania na potem, bo podczas wrażenie robi całość, współistnienie elementów, które tworzą tak silnie zespolone konstelacje, że ciekawość pcha nas potem do zastanowienia się, co się na nie składa i jak to funkcjonuje (coś na zasadzie podziwiania pięknego zegara i rozkręcania jego mechanizmu). W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa kwartetu, jest tu kilka różnic: tam Garcia przede wszystkim grała pociągając struny palcami (co tutaj pojawia się tylko na początku), Barberán prawie zupełnie zrezygnowała z "technik rozszerzonych" polegających na tworzeniu dźwięków wargami na ustniku (charakterystyczne "cmoknięcia"), nie ma też elektronicznych skrawków, które na Octante Fages produkował sprzężonym mikserem. W swej szorstkości, zabrudzeniach, nadłamaniach Lúnuli bliżej do Semisferi, gdzie grali Fages, Costa Monteiro i Barberán. Co łączy te dwa albumy, to silnie zaznaczona (ale umiejętnie wyważona) obecność akordeonu i operowanie długimi formami (na Semisferi są dwa ponad 40-minutowe utwory). Nie można jednak powiedzieć, że te dwie płyty są do siebie podobne, oczywiście jest to pewna stylistyka (może już nawet nieco ustabilizowana), w której ci improwizatorzy operują, ale najnowszy album pokazuje, że nadal poszukują nowych dróg, a nie płyną po ustalonym kursie (dowodem na to jest choćby rozszerzanie i zmiany instrumentarium).

Propozycja z Półwyspu Iberyjskiego lokuje się bliżej cięższego krańca spektrum muzyki improwizowanej, choć nie jest to gadżet z katalogu dźwiękowego s&m. W przeciwieństwie do nazwy i tytułu (który oznacza półksiężyc) wynoszących w sferę astronomii, moje skojarzenia są raczej związane z ziemią, choć zmierzają ku górze. Ta muzyka kojarzy mi się z jakimś trudem, mozolnym poruszaniem się, może ze wspinaczką, gdzie po udanym kroku, istnieje ryzyko osunięcia się w dół i właśnie ta niepewność czyni to tak ekscytującym. Nawet jeśli słuchanie tego albumu wymaga pewnego wysiłku, to ostatecznie okazuje się on satysfakcjonujący.

5/07/2009

Annette Krebs, Rhodri Davies - Kravis Rhonn Project (Another Timbre, 2009)

Wspólny materiał Krebs i Daviesa to spotkanie muzyków z dwóch ważnych dla improwizacji elektro-akustycznej ośrodków: Berlina i Londynu. Krebs do stolicy Niemiec przyjechała w 1993 i zaczęła poznawać tamtejszą scenę muzyki improwizowanej oraz aktywnie w niej uczestniczyć. W swojej grze idzie niejako pod prąd klasycznemu wykształceniu, które odebrała ucząc się grać na gitarze - zaczynała od preparowania instrumentu, potem doszła elektronika, mikser, który służył do kontrolowania sygnału z gitary, a ona stawała się bardziej źródłem dźwięku. Od jakiegoś czasu Krebs korzysta coraz częściej z radia i taśm z przygotowanym materiałem.
Davies mieszka w Londynie od 1995, tutaj współpracował w wielu projektach z Markiem Wastellem (The Sealed Knot, IST, Broken Consort, Assumed Possibilities). Jest harfistą, udziela się nie tylko na polu muzyki improwizowanej, ale też jako wykonawca muzyki współczesnej, ma również na koncie współpracę z The Cinematic Orchestra.

Muzyka improwizowana w obydwu wspomnianych miastach z końcem lat '90. zwróciła się w kierunku generalnie cichszego grania, ograniczania materiału dźwiękowego, co w stolicy Anglii zostało ochrzczone mianem "London silence" a w Niemczech "Berlin reductionism". Jednak opisywanie Kravis Rhonn Project jako dzieła pogrobowców tamtych tendencji byłoby nietrafione, bo ta muzyka to coś zupełnie innego. Jednocześnie z tego właśnie powodu jakiś sposób opisu, ustawienia tego albumu w kontekście, byłby przydatny. Nie wiem, czy będę w stanie go zapewnić.

Kłopot w opisie wynika z tego, że jest to muzyka trudna, nawet nie tyle w odbiorze, co (tak to sobie wyobrażam) w stworzeniu. Trudna, bo wymagająca odwagi od grających, ryzykowna, bo ani nie ultra-minimalistyczna, jak np. dokonania Malfattiego i jego uczniów, ani nie stawiająca na dialogowanie, wymianę między grającymi. Co nie znaczy, że muzycy nie słuchają siebie nawzajem, grają "mimo", na pewno jest między nimi jakiś rodzaj porozumienia, bo taka rozwaga w dobieraniu dźwięków może wynikać tylko z wzajemnego zrozumienia. Ale jest to coś, co nie przekłada się w oczywisty sposób na grane dźwięki. Porzucenie improwizowanego dialogu jako modelu tworzenia muzyki, powoduje, że mylące byłoby stwierdzenie, że w pierwszej odsłonie (21-minutowej - trwającej niewiele mniej niż dwa pozostałe utwory) to Krebs wiedzie prym. To dawałoby do zrozumienia, że Davies pozostaje w tyle, przegrywa w wyścigu o jakąś stawkę. A tego nie można powiedzieć - bo nie wiadomo, co jest stawką (jeśli ona tutaj istnieje). Poza tym byłoby to branie ilości za jakość. Harfista gra mało, ale gdy już wydobywa z instrumentu dźwięk (nieco kojarzący się z gitarą akustyczną), to jest to właśnie ten dźwięk, który powinien się pojawić. Duża część decyzji podejmowanych przez Niemkę też opiera się na właściwym umiejscowieniu elementów, bo często korzysta ona z nagrań głosów (zapowiedzi radiowe? rozmowy?), z których kilka jest bardzo cichych (zdecydowanie warto obcować z tym albumem na słuchawkach - ale nie wyłącznie), tak że brzmią jak dobiegające z sąsiedniego pokoju, jak również z urywków radiowych (ale, ten 50 Cent to nie zza ściany).
W kolejnych dwóch utworach Davies (na ile da się to oczywiście określić, rozgraniczyć) dokłada kilka dźwięków przypominających sprzężenia, będących pewnie efektem traktowania strun e-bowem oraz przez dłuższy czas delikatne partie terkotliwo-brzęczące. W ostatnim, gdy będą one wysunięte na pierwszy plan, Krebs jakby chcąc skomentować "cyfrowy" charakter tego dryfowania, zaproponuje nagranie prawdziwych fal (to jest przykład innego rodzaju ryzykowności tego albumu). Bardzo podoba mi się też jej pomysł, by niektórych nagrań (a może nie bójmy się tego słowa: sampli) użyć kilka razy. Jesteśmy daleko od jakiegokolwiek poczucia regularności, używania tego jako podziałki, ale może to jakaś bardzo daleka pochodna refrenu? Jeden z takich elementów jest najpierw wyraźnie spowolniony, a gdy pojawia się drugi raz chwilami ma normalne tempo, ale trochę jakby wciągało kasetę. Drugie nagranie, gdzie głos jest jeszcze łatwiej rozpoznawalny, bo jest to fragment mówiony, przewinie się trzy razy, ale maestria powtórzenia polega na tym, że gdy po dwóch razach mogliśmy nawet go już zapamiętać, to ostatnie wypuszczenie daje nam tylko sam początek (reszta dopowiada się w głowie?).

Jako punkt odniesienia można by przywołać płytę Krebs z Robinem Haywardem, gdzie też używa on sporo sampli, jednak tamten album jest o wiele bardziej dynamiczny, w porównaniu z tym chwilami wręcz dramatyczny (dzięki tubie Haywarda). Na Kravis Rhonn Project (ech, co za tytuł, ciekawe, czy na drugim albumie użyją go zamiast nazwisk?) słychać bardziej operowanie powierzchniami, co nie znaczy, że brak tu głębi i napięcia. One są, jak najbardziej, ale podane subtelniej, co wynika z powściągliwości grających, która na szczęście nie wypada nienaturalnie - jest wynikiem świadomości warsztatu, a nie odgórnych założeń.
Nie wiem, czy najlepsza (bo nie wiem, wedle jakich kryteriów określać, jak bardzo jest udana), ale na pewno najciekawsza płyta ostatnich miesięcy. Odważna, fascynująca, niepostrzeżenie wciągająca.

P5105202

Dobra, nie chcę się czepiać, ale okładka zaledwie taka sobie, bezpiecznie abstrakcyjna, obrazki Louisy Martin.

P5105203

A tutaj recenzja Richarda Pinnella.