Od jakiegoś czasu Marc Ribot przyjeżdża do naszego kraju dość regularnie, ale dopiero teraz, za sprawą Starego Browaru, zawitał do Poznania. Może teraz doda to miasto do swojego „rozkładu jazdy”, bo publiczność dopisała i przyjęła go ciepło. Na sali można było dostrzec sporo osób starszych niż te, które zwykle przychodzą na koncerty do Browaru. Przed gwiazdą wieczoru wystąpiło Salto (gitarzysta Łukasz Rychlicki i Mateusz Rychlicki na perkusji).
W swoim niedługim secie, złożonym z kilku wyraźnych części, duet przez większość czasu kontrastował pojedyncze, spokojnie wybrzmiewające dźwięki gitary, z gęstą, niespokojną perkusją. Jednak to zestawienie sprawdziło się bardzo dobrze, może dlatego, że perkusista grał bardzo uważnie, mimo to, że było go „więcej”, to wcale nie dominował partnera, gdyż jego wkład wydawał się starannie dobrany, przemyślany. Dopiero pod koniec Łukasz Rychlicki zaczął wkładać więcej energii w grę na instrumencie, co też zaowocowało większą głośnością i zmianą faktury muzyki, która powoli zamieniała się w ścianę dźwięku. W ten sposób Salto zakończyło swój całkiem udany koncert.
Wedle zapowiedzi Ribot miał grać materiał z ostatniej solowej płyty - Exercises in Futility, jednak nawet jeśli utwory z niej pojawiły się, to były w mniejszości. Muzyk przyznał, że nie lubi opowiadać o tym, co gra, ale zdradził, że wykonuje dziś kompozycje m.in. Johna Zorna, Johna Coltrane'a i Alberta Aylera. Dwie pierwsze części koncertu zbudowane były na zderzeniu ze sobą utworu spokojnego, raczej prostego, jak to Ribot mówi „standardu”, z hałaśliwą, agresywną, „awangardową” grą, na którą składały się zgrzyty, sprzężenia i urywane rzężenia. Pierwsze wejście tego brzmienia było naprawdę zaskakujące, choćby przez samą różnicę głośności i na pewno zaszokowanie, wybicie z klimatu, było elementem strategii Ribota. Po drugiej odsłonie kilka osób opuściło salę, a ja miałem nadzieję, że kolejne części nie będą opierać się na tym samym schemacie. Na szczęście tak nie było – gitarzysta zaproponował swoją interpretację „Ghosts” Aylera, w której zachował porywistość, lekkość tematu, a jednocześnie przez kilka dźwięków pozostających w tle umocował go, nadał całości inny wymiar.
Gdyby ludzie, którzy zdecydowali się wyjść z koncertu, doczekali do tego momentu, pewnie byliby zadowoleni, od teraz było już dużo spokojniej. W kolejnym utworze Ribot kojarzył się momentami z Derekiem Bailey'em (a w ogóle to trochę też z Johnem Fahey'em), był to powrót do początkowych standardów, choć z paroma niespodziewanymi odskokami. Jednym z nich był bardzo cichy, filigranowy moment, kiedy dało się wyczuć, że publiczność faktycznie słucha grającego.
Potem było już zupełnie spokojnie, Ribot grał kompozycje stworzone na potrzeby filmów, zwykle był w nich podtrzymujący element rytmiczny, którego można się było złapać i iść po nim jak po ścieżce, co umożliwiało przyjmowanie gromadzonych wokół niego dźwięków, tutaj już raczej niezaskakujących. Gitarzysta grał przy użyciu zestawu dwóch pedałów głośności: jeden kontrolował sygnał wychodzący ze wzmacniacza, drugi dźwięki zbierane przez mikrofon nakierowany na instrument, co pozwoliło muzykowi dorzucać brzdąknięcia, czasem brzmienia nieco przypominające nawet banjo.
Choć Ribot wcześniej zerkał na kilka razy na zegarek, to chyba tak bardzo mu się nie spieszyło, bo chętnie wrócił na bis, gdzie najpierw zagrał coś w bardzo Waitsowskim klimacie, a potem zaśpiewał „Bury Me Not on the Lone Prairie”.
12/18/2024
Marc Ribot i Salto w Starym Browarze (27.02.2009)
7/31/2017
Vladislav Delay Quartet w Starym Browarze (22.10.2009)
Sasu Ripatti (znany może lepiej jako Vladislav Delay, Luomo czy Uusitalo) kilkukrotnie występował już w Poznaniu. Jednak nigdy jeszcze jako perkusista - w tej roli zaprezentował się w utworzonym przez siebie kwartecie, do którego zaprosił Mikę Vainio, Lucio Capece i Dereka Shirley'a.
Spośród towarzyszących Ripattiemu muzyków pewnie najlepiej znany jest jego rodak, Mika Vainio działający w duecie Pan Sonic. Shirley to kontrabasista współpracujący m.in. z Michelem Thieke oraz współtworzący trio Ruby Ruby Ruby. Klarnecista i saksofonista Lucio Capece nagrywał m.in. z Toshimaru Nakamurą, Axelem Dörnerem, Yannisem Kyriakidesem.
Również dla niego nie była to pierwsza wizyta w Poznaniu, w zeszłym roku uczestniczył w festiwalu FRIV.
Dla fanów elektronicznej twórczości Ripattiego to wcielenie może być nieco zaskakujące. Jednak Fin swoją przygodę z muzyką zaczynał od jazzowego "bębnienia" i jak kilka lat temu przyznawał w wywiadzie dla Igloo Magazine ciągle gra na perkusji. Wtedy jednak nie był przekonany, czy nie powinno to pozostać w sferze czystej przyjemności, która nie ma związku z profesjonalną działalnością.
Być może zmienił poglądy albo w partnerach z kwartetu znalazł odpowiednie otoczenie dla swojej perkusji, grunt że po koncercie decyzję o publicznym ujawnieniu instrumentalnych zdolności można uznać za trafną. Ripatti wykazał się nie tylko pomysłowością jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czy umiejętne rozmieszczenie zdecydowanych uderzeń (które dzięki odrobinie pogłosu odznaczały się jeszcze silniej na tle innych elementów). Okazał się być także wyczulonym na detal barwy, faktury sonorystą, który równie dobrze odnajduje się zagospodarowując drugi plan.
Pewnym zaskoczeniem był elektroniczny wkład Vainio, który zaczął spokojnie, nawet (jak na niego) sielsko, co jednak idealnie pasowało do dźwięków Shirley'a i Capece. Innym razem bawił się samplami fortepianu, a towarzyszący temu smyczkowany powolnie kontrabas uczynił z tej partii najbardziej nostalgiczny fragment występu.
Vainio nie zawiódł jednak tych, którzy oczekiwali zagrań bliższych Pan Sonic. W pewnym momencie jedynym dźwiękiem był szum, stopniowo podgłaśniany, nagle urwany, po czym nastąpiło wejście mocarnego, nierównego bitu. Ripatti szybko włączył się do gry i nie pozostawał w tyle.
Z dużym zainteresowaniem obserwowałem pomysły Lucio Capece, który używając klarnetu basowego daleko odchodził od standardowych rozwiązań, często koncentrując się na wąskich wstęgach dźwięków albo używając strumienia wydmuchiwanego powietrza do poruszania małych przedmiotów ułożonych na rurze włożonej w kielich instrumentu. Koncert zakończył się
klamrą, ponieważ tak jak na starcie grali Shirley i Capece, przy czym ten drugi wydobywał medytacyjne dźwięki ze shruti box. Nieco bardziej tradycyjnie traktował saksofon, frapując czasem bezpośrednimi melodiami, czego naturalnym rozwinięciem był wykonany na bis utwór Rahsaana Rolanda Kirka.
Jedynym zarzutem wobec tego koncertu mogłoby być stwierdzenie, że był zbyt krótki. Jednak trudno mówić o niedosycie, bo artyści zaprezentowali muzykę o wielu obliczach.
7/29/2017
Unsound on Tour w Starym Browarze (21-22.11.2005)
7/25/2017
Xavier Charles / Robert Piotrowicz w Starym Browarze (16.03.2006)
5/12/2017
Focus: Berlin (9-10.11.2006, Stary Browar)
3/18/2017
Ignaz Schick / Martin Tétreault w Starym Browarze (13.02.2006)
3/06/2017
Jaki Liebezeit / Burnt Friedman w Starym Browarze (13.12.2007)
11/19/2009
Kwartet z Delay'em

Na diapazonie pod dziwacznym tytułem ukazała się moja relacja z poznańskiego koncertu Vladislav Delay Quartet.
Zdjęcia robił Sierus, a ja nieco poedytowałem. 



5/24/2009
Gdzie byłeś? (do ciebie, człowieku)

(Mattin - No Fun Fest 2009, foto: Michael Muniak)
Potraktuję to jako wstęp do wpisu o występach na żywo. To zdjęcie sprawia, że poniekąd słyszę w wyobraźni, co Mattin robi. Więcej obrazków Muniaka z tej imprezy tutaj.
No tak, a ja (na razie) nie dysponuję żadnymi zdjęciami z koncertów, o których poniżej. Nie będą to pełnowymiarowe relacje, ale jednak nie chciałbym, żeby się wszystko osunęło w niepamięć.
W środę Mikrokolektyw (Artur Majewski - trąbka, Kuba Suchar - perkusja) i Jason Ajemian na kontrabasie w Kisielicach. Zaczęło się naprawdę dobrze, myślałem, że to będzie świetny koncert, ale potem było po równi pochyłej - w dół. Co nie znaczy, że było źle. Wydaje mi się, że moim głównym problemem była trąbka, która unosiła się ponad sekcją. Przede wszystkim, bo była za głośno, a po drugie przez swoje brzmienie (często lekki pogłos). Majewski spokojnie wypełnił by salkę Kisielic bez pomocy mikrofonu, ale miał go głównie po to, żeby przepuszczać się przez efekty. Zdarzały mu się nawet fajne pomysły, raz użył tłumika, co z odpowiednim przetworzeniem dało ciekawy dźwięk studzienny z lekkim zabarwieniem kosmicznym. Innym razem, to chyba bez przekształcania, miał takie zmatowione brzmienie, w jednym momencie zdarzyło mu się grać urywane dźwięki. Ale generalnie fruwał ponad masywną, gęstą, sekcją.
Z której o wiele lepiej było słychać perkusję, żeby była jasność: Suchar jest świetnym instrumentalistą, pełnym inwencji, zwłaszcza jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czujnym, słuchającym. Ale gdy granie nabrało już rozpędu, to chwilami jego dźwięków było zbyt dużo jak na to pomieszczenie, czułem się nawet niewygodnie. Nie wiem, czy to on zagłuszał, czy też nie dało się nagłośnić bardziej kontrabasu, ale przez większość czasu u Ajemiana słychać było tylko najwyższe dźwięki, ginęła mięsistość, głębia kontrabasu.
Trio zagrało jeden długi set plus krótki bis, gdzie Ajemian udzielał się wokalnie.
W czwartek nie mogłem być na koncercie Jeffa Gburka i X-NAVI.Et, więc jeśli ktoś dał radę, niech napisze.
W piątek do Berlina, żeby zagrać z Kurortem. Bardzo przyjemny wyjazd, szkoda, że taki krótki. Jako bonus "odkrywanie" nieznanej mi części miasta - Hohenschönhausen. Zaskoczenie - Mies van der Rohe Haus (ach, posłuchać sobie tam Kurtaga, może z widokiem na jeziorko...), a co zabawne, to budynek obok wydawał mi się właśnie cokolwiek w stylu tego twórcy.
Występowaliśmy w Lichtblick-Kino a było to organizowane przez Salon Bruit. Może nie idealne warunki, ale daliśmy radę. Przed nami grał duet Furtur (czyli Fritz Welch i Guido Henneboehl), potem wymieniłem się z Fritzem płytami, on rzucił, że myślą o jesiennym odwiedzeniu Europy na wschód od Berlina z zespołem Peeesseye.
Sobota niemniej bogata w wydarzenia niż czwartek, na szczęście tym razem nie wszystko się nakładało.
Ikue Mori i Zeena Parkins mnie nie zachwyciły mnie, choć może to też wina mojej zniżki formy. Nie umiałbym konkretnie wskazać, co mi się nie podobało. Generalnie całość wydała mi się zbyt jednostajna, choć oczywiście były urozmaicenia, ale odczułem je jako dodane na siłę (złota folia, ekspresyjna partia Parkins na samplerze) i nie przekonały mnie. Dobrze, że Mori czasem szukała też czegoś poza owadzimi dźwiękami na swoim laptopie. Choć to one dominowały, tak jak u Parkins serie powtarzanych motywów na harfie. Wizualizacje chyba nawet mi się podobały - dużo mocnych, psychodelicznych kolorów, czasem owady właśnie, jakiś okrąg.
Potem kakofoNIKT partyzancko w wejściu do pasażu Apollo, akustyczny występ, którego centrum stał się "performer" (tancerz? akrobata? coś w ten deseń...) wydający z siebie zwierzęce dźwięki. Może szkoda, że całość tak wokół niego się skoncentrowała, bo gdy on skończył, ludzie zaczęli klaskać, no i zespół, nawet gdyby nie chciał, to musiał przestać grać. Choć chyba chciał, a to tylko ja sobie myślę, że mogło być dłużej.
Następnie, z pewnym zasiedzeniem w Głośnej Samotności, do Eskulapa na obiecująco ochrzczoną imprezę: WTF? Is dubstep a techno? Odpowiedź na to pytanie nie padła, a ja przez to zasiedzenie przyszedłem dopiero na 2Krazy, który nie przypadł mi do gustu. Wydawało mi się, że nie w pełni kontroluje to, co gra, tutaj coś się źle zmiksowało, tam jakiś nagły wzrost głośności, już nie mówiąc o tym, że spadł mu laptop. Jak na niego zerkałem, to chyba ciągle miał niezadowoloną minę. Czasami, jakby sobie przypomniał, machał rękoma, że niby zachęcając "tłum" do żywszej reakcji.
Jakąś osłodą były wizualizacje, heh, brawa za miksowaniem hefalumpów.
Potem Ramadanman, który na początku zdecydowanie bardziej w kierunku techno (i miał jakieś cholernie nieprzyjemne brzmienie trebli ustawione, hm?), co niekoniecznie spodobało się publice - pod sceną było kilka osób. Z czasem trochę się polepszyło, Ramadanman coraz częściej na ziemiach dubstepowych, przyjemnie minimalnych, ale czasem też o wyraźnym posmaku jamajskim, wszystko mu się ładnie miksowało, dobrze szło. Gdzieś pod koniec "Strange fruit" Zomby'ego z grime'ową acapellą, też chyba jakiś Burial.
Ale frekwencyjnie to raczej słabo, już zeszłym razem, na Stenchmanie i Emalkay'u, zastanawiałem się, że w sumie nie ma za dużo ludzi, a teraz, to aż przykro było patrzeć. Jak grał Ramadanman, to w porywach może z 15 osób się ruszało do tego.
Wyszedłem, jak Miz przejmował od niego stery i spacerowałem do domu obserwując jaśniejące niebo. Jak byłem na świętym Marcinie, to nagle pogasły latarnie, dziwnie przez moment. A potem jeszcze, z okna w pokoju, załapałem się na pierwsze oznaki wschodu słońca, więc mogłem już spokojnie iść spać.
5/04/2009
Ballady i Romanse, Iva Bittova z Bang on a Can - Stary Browar, 24.03.2009

Ominąłem niedawny koncert Sióstr Wrońskich w poznańskiej Galerii Pies, tak więc Stary Browar zrobił mi miłą niespodzianką zapraszając je, by supportowały występ Ivy Bittovej z Bang on a Can. Trudno powiedzieć, żeby te dwa projekty miały wiele punktów stycznych (poza obecnością, ale już nie rolą, wokali i perkusji), co nie zmienia faktu, że pierwszy koncert zadziałał dobrze jako wprowadzenie dla gwiazd wieczoru. 
Oczywiście można narzekać na kilka nierównych wejść albo na niezbyt pewne głosy Wrońskich, które czasem jeszcze w dodatku były przykrywane przez dźwięki basu i perkusji. Tak, to było nieco inne wcielenie Ballad i Romansów, które tutaj stawały się zespołem koncertowym, choć dziwnie to momentami wyglądało. Od perkusisty i basisty biło profesjonalizmem, ograniem, nie to, żeby Siostry były zagubione, ale momentami wyglądało to dziwnie, bo band dzielił się na dwie połowy: one koło siebie, a muzycy bardziej ze sobą. Trzeba im jednak oddać sprawiedliwość, że ten profesjonalizm, to nie pokazówka, byli świetnie zgrani i uważni. Może nadmiernie się czepiam, ale któraś z liderek mogłaby chociaż przedstawić zespół, choćby że "na basie gra Maciek" (mimo że 99% publiki nie miałoby pojęcia, kim ten "Maciek" może być), bo tak nie wiem, czy to kolejna postać BiR, czy dwójka muzyków została dołączona, żeby "było porządnie" na takim koncercie.
Jeśli chodzi o same piosenki, to jest coś tak perwersyjnie przyjemnego, coś czemu nie mogę się oprzeć w tym, że Wrońskie słodkimi głosikami wyśpiewują np. "będzie źle". Albo zwiewnie podawane "pomoc niemożliwa jest", które w niezrozumiały dla mnie sposób przywołuje koszmar pod tytułem "Moja i twoja nadzieja" i stawia przed nim krzywe zwierciadło. Generalnie chodzi o wykorzystanie formy piosenki, a jeszcze lepiej działa to przy stereotypie "piosenki kobiecej" i próba nadwyrężenia formy przez wsadzanie do niej ciężko mieszczących się w niej treści. Na przykład też użycie refrenu, który zwykle jest jakimś prostym przekazem, mającym dobrze zapaść w pamięć, do wkładania słuchaczom do głowy "negatywnych", "dołujących" haseł (i robienie tego z uśmiechem na ustach).
Jak na support przystało, BiR nie grało długo, pojawiły się dwie piosenki, których nie ma na płycie. Jedna z refrenem, że "to nie szatan zdobi człowieka, nawet jeśli urzeka", a druga z powtarzającym się kilka razy "wiem, że Bauman jest boski", gdy już podejrzewałem jakiś "warszawsko-studencki" gryps, Zuzanna Wrońska dorzuciła "mój mąż".
Chyba można uznać, że publiczności podobał się ten występ, bo wyklaskała zespół na bis. 
Chciałem napisać, że Bittova powróciła do Browaru po niedawnym występie, a tutaj...jak ten czas leci, tamten koncert był na początku listopada. Teraz czeska wokalistka pojawiła się na scenie z klarnecistą Evanem Ziporynem i perkusistą Davidem Cossinem, którzy współtworzą kolektyw Bang on a Can All-Stars. 
Nawet jeśli czerpali z muzyki folkowej i twórczości Bartóka, to to czego nabrali, zanieśli daleko i nawodnili tym zupełnie inne tereny. Była w tym atmosfera etniczna, ale raczej odwołująca się do wyobrażeń, niż do konkretów (i nawet dobrze). Trudno było określić, czy raczej znajdujemy się na Bałkanach czy na Bliskim Wschodzie. Ten drugi posmak nadawał Cossin, który choć czasami grał zdecydowanie, to bardzo sensownie opanowywał moc perkusji, okrywając niektóre bębny kawałkami materiałów. To nadawało też dźwiękom specyficznego charakteru, we fragmentach bardziej nastawionych na kolorystykę używał miotełek (zarówno perkusyjnych jak i takich do czyszczenia woka). 
W aurę bliższą Bałkanom wprowadzał klarnet Ziporyna, który z jego basowej odmiany dobywał pochmurne, lekko drapiące dźwięki, a także od czasu do czasu serie perkusyjnych zadęć oraz bardziej punktowe elementy stukając klapami i uderzając w instrument. Najbardziej Bartókowski może utwór został zagrany pod koniec koncertu - motoryczne, energetyczne frazy klarnetu i skrzypiec napędzały się nawzajem w powtórzeniach, a perkusja zdawała się raczej je podtrzymywać niż dominować. 
Oprócz skrzypiec, po które Bittova czasami sięgała, w jednym utworze zagrała na kalimbie, a w innym na plastikowej piszczałce. No właśnie, tu zbliżamy się do problematycznego aspektu występu, którego piszczałka była jedynie ukoronowaniem. Chodzi o różne gesty dźwiękowe, w których liczy się bardziej efekt, a nie ich muzyczność. Dlaczego Bittova grała na tej piszczałce? Czy uważała jej właściwości dźwiękowe za tak ciekawe? Czy może po prostu chciała rozbawić publiczność (na marginesie: kurcze, czy to naprawdę jest nadal zabawne po pięciu minutach? panie w pierwszy rzędach wciąż się podśmiechiwały, więc chyba jednak tak). Ale, jak pisałem, ten mały instrument był tak naprawdę jednym z ostatnich elementów łańcucha. Wcześniej były posyłanie całusa, zakrzyknięcie z przytupem na koniec utworu i z lekka rechotliwy śmiech oraz te bełkotliwe, szybko mówione cienkim głosem partie mówione i udawanie dialogu. Bittova jako artystka tak doświadczona i obyta, z pewnością zdaje sobie sprawę z efektu takich chwytów, tym bardziej łatwość takiego "zdobywania publiczności" raziła mnie i nieco nawet żenowała. Nie jestem totalnie przeciwko teatralizowaniu występu i różnych dźwięków, jestem jedynie przeciwko robieniu tego zbyt często i zbyt prosto (sceniczna obecność i zachowanie Wrońskich też było jakoś wykoncypowane, ale na tyle subtelnie, że mogłem odpowiednio dużo sam dołożyć do tego). 
No cóż, nie wszystko musi się wszystkim podobać, dla mnie te wybiegi Bittovej zepsuły nieco ogólne wrażenie (innym mankamentem był uprzyjemniający brzmienie pogłos). To nie zmienia jednak faktu, że trójka muzyków to świadomi (siebie, przestrzeni) artyści, że muzyka rodziła się między nimi w tym miejscu i w tym właśnie czasie, że ich umiejętności pozwalały im robić wszystko to, co podsuwała im ich wyobraźnia. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzą zapewne ucieszą się, że Czeszka za kilka miesięcy powróci do Poznania, by wystąpić na Ethno Porcie. 
(zdjęcia: sierus, ja trochę pokadrowałem, żeby coś było tutaj widać)
3/24/2009
"Kumple chcą, żebym z nimi zajmowała się studiami"
W przerwie między Balladami i Romansami a Ivą Bittovą z Bang on a Can zastanawiałem się, do którego portalu będę miał wysłać relację z tego koncertu - nowejmuzyki czy diapazonu? Mam dziwne poczucie, że do żadnego z nich nie będzie pasować i to nie ze względu na zestawienie dwóch zespołów. Na pewno nie dostrzegam wszystkiego, ale jeśli w polskim internecie nie widzę serwisu, gdzie relacja z tego koncertu by się *nadawała*, to chyba nie jest dobrze (z polskim internetem? czy ze mną? czy możesz powinienem zacząć zerkać w kierunku screenagers?). Nie żeby to była dla mnie najważniejsza muzyka na świecie, o której każdy musi chcieć czytać, tak tylko przemyśliwałem...
Porządna relacja nie teraz (ale później), ale chciałbym napisać, jak zachwyciły mnie teksty piosenek BiR, to znaczy znów, dziś bardziej. Ja przepraszam, ale lubię te opowieści, jak to poznawałem czyjąś muzykę, jak to się działo, więc nie mogę sobie oszczędzić tym razem. Najpierw zetknąłem się z jedną Siostrą Wrońską - Zuzanną i jej kawałkiem Tak naprawdę, który wydał mi się wtedy (i nadał wydaje; wolę tamtą wersję niż albumową) wspaniały. Wysłuchałem go w okolicznościach nietypowych, jadąc autokarem w daleką wycieczkę, trochę w nieznane, hej przygodo, co na pewno dołożyło się do tego wrażenia. Potem długo nic, a ten jeden utwór odbijał się w pamięci. I dalej: dużo tekstów piosenek w Lampie i znów kilka zachwytów, decyzja, że trzeba kupić płytę i lekki zawód. Myślałem, że jednak wolę czytać teksty niż ich słuchać, ale na koncercie było inaczej, bo jednak cała ta sytuacja jakoś ustawiła je w nowym kontekście.
Zważywszy na tak silną relacją z Tak naprawdę, nic dziwnego, że lekko zaszkliły mi się oczy, gdy pojawiła się ona na koncercie. Genialnym strzałem było też wrzucenie tych "studiów" (zamiast czego? go figure!), nie będę tłumaczył, dlaczego mnie to porusza, bo od tego są piosenki, żeby właśnie nie trzeba było tłumaczyć, żeby ujmowały pewne rzeczy w sposób, który nie ma racji bytu gdzie indziej, który jest nieprzekładalny właśnie.
Ach, też pomysłowość+prostota "nie szatan zdobi człowieka" (i dalej: "nawet gdy urzeka"), aż się zdziwiłem, że nie słyszałem tego wcześniej.
Chciałbym napisać, że czułem, że któraś piosenka była o mnie, bo to tak fajnie - identyfikować się z bohaterem stworzonym przez kogoś, ale niestety, co najwyżej wszystkie były w jakiejś cząstce o mnie. Miałem wrażenie, że po prostu utrafiły w mój nastrój, ale z drugiej strony - nie wiem, jaki mam nastrój.
Czuję, jakbym miał ich kilka. Lekkie przeczucie, że za dużo wszystkiego, że przesyt, ale nie widzę sensu (dla mnie) w akcji typu: zakopuję się pod kołdrę, nic nie robię, nie jadę, dajmy na to na CoCArt. Jedyne, co potrafię to ucieczka do przodu, karmienie się planami, rzucanie się na to, czego jeszcze nie ma, w nadziei, że może będzie lepsze niż to, co jest. Nadzieja może być, bo to potencjalne, więc można przypisywać temu jakieś cechy, chciane, których brakuje temu, co jest. A z drugiej strony zaprzestanie aktywności jest zbyt radykalne, zbyt przykuwa uwagę, jest kłopotliwe. Inny nastrój, stale obecny, mówi że jestem idiotą, który stara się zawsze patrzeć na wszystko od najciemniejszej strony.
Hm, ten bloguś nie przywykł do takiej porcji osobistych, bełkotliwych wynurzeń, miejmy nadzieję, że go to nie rozsadzi.
3/10/2009
Yo! I Killed Your God
(świetny tytuł płyty, zawartość też *godna*)
Marc Ribot zagrał 27ego lutego w Starym Browarze, relacja na diapazonie. Tymczasem kilka zdjęć, robił je sierus, a ja kadrowałem itp.



12/07/2008
Focus : Rezonans
Napisali:
Maciej Kaczmarski
z3ppelin
ja
Fotografował:
Sierus, dużo jego zdjęć pod relacją na nowejmuzyce, ale kilka nie weszło, więc wrzucę tutaj.
Robert Henke - to jest totalnie piękne zdjęcie!
Mouse on Mars - w tle pusta twarz wypełniana treścią
P/B/B - tym razem w układzie Anthony Pateras, David Brown, Sean Baxter.
"Masz drobne? Grosik wystarczy - muszę tylko ciut dopreparować" - czyli fortepian Paterasa
11/22/2008
Zero zero jeden
Nawet byłem trochę zaskoczony, że Knive mi się tak podobał. Bałem się, że to będą jakieś patetycznie mroczne drony i *pejzaże*, na szczęście nie (porównanie do Deathproda dla mnie nietrafione), nie jest całkowicie abstrakcyjnie, dźwięki otoczenia sugerują jakieś fragmenty narracji. Ciekawą recenzję znalazłem tu.
Słuchałem też nowego Daniela Paddena (Pause for the jet), dla mnie każda produkcja z kręgu Volcano the Bear, to powód do radości. Przez połączenie zagrywek cyrkowych i posępnej atmosfery kojarzył mi się z Harmoniami Werckmeistera Tarra albo Wieczorem kuglarzy Bergmana.
O proszę, i takie ładnie przejście do tematyki filmowej będzie...Widziałem 0_1_0 i nie podobał mi się. Nie przekonuje mnie ta mozaikowość, fragmentaryczność. W kilku przypadkach, to nawet nie są przeplatanie się wątków, ale osobne scenki. Ta z Peszkową na koniec daje może nową perspektywę, ale sprawia też wrażenie doczepionej.
Przez to, że dostaję tylko urywki historii nie jestem w stanie się przejąc, zresztą nie mam poczucia, że powinienem. Raczej czuję się, jakbym obserwował kolejne przypadki nieprzystosowania, odmienności, życiowych problemów: narkomania, zmiana płci, prostytucja. Takie jest życie, jasne jasne, ale - co z tego?
Niby są dwa punkty, wokół których krążą te opowieści: wypadek i forum internetowe. Są przebitki z kraksy (w czerwieni, migotliwe), która dotyczyła kilku z bohaterów.
Jak często w filmach - kompletnie sztucznie wypada sprawa komunikacji przez internet. Wydaje mi się, że to forum zostało dorzucone, żeby pokazać, że twórcy mają świadomość, że oto nastał XXI i przecież wszyscy używają komputerów.
Jest to element, który nic nie wnosi, ktoś pisze posty na forum, ale jakie to ma znaczenie, czym jest spowodowane - to w ogóle nikogo nie obchodzi. W efekcie cała ten pomysł z forum (które ma to samo logo i nazwę jak film, o łał ale meta-coś) jedynie zamazuje, zaśmieca film.
Podobnie motywem dorzuconym na siłę jest prezenter radiowy, którego głos pojawia się od czasu do czasu. Na początku podobało mi się, bo w pierwszych scenach jego mówiącego ze studia słychać też w otwartej przestrzeni. Ale potem - niewiele.
W ogóle końcówka z wypogodzeniem po burzy zupełnie nie ma sensu po takim pokawałkowanym filmie, jakby ktoś chciał udowodnić widzowi, że jednak obejmuje ten świat/historie jako całość.
Na aktorstwie się nie znam, ale jedynie Julia Kijowska jakoś mnie poruszyła.
Jak zwykle miałem problem z muzyką w filmie, w ogóle mam z tym kłopoty. Podobnie w Spotkaniach na krańcach świata, skąd pomysł, że skoro natura to od razu coś a'la chorał gregoriański. To jest wyobrażenie wzniosłości/powagi dla Europejczyka, nawet bym przecierpiał gdyby nie kicz pod koniec, gdy jakiś cerkiewny głos zaczyna wychwalać Pana. Ja bym z chęcią oglądał lodowe krajobrazy z dźwiękami np. Eliane Radigue, Sachiko M albo wspominanego Deathproda. Ale film poza tym wart obejrzenia.
Jednym z najlepszych rozwiązań w użyciu muzyki wydaje mi się Ukryte Haneke, gdzie jej po prostu nie ma. Ale ponad miesiąc temu widziałem Cure Kiyoshi Kurosawy, gdzie bardzo interesująca muzyka, zredukowana elektronika, dobrze poumieszczana, bo czasem wydaje się być rozwinięciem dźwięków istniejących, otacza je, wchłania. No i świetnie przysłużyła się atmosferze filmu, niejasnego niebezpieczeństwa, zacieśniającej się pętli, podskórnych przeczuć.
A wczoraj pierwszy dzień Focus 2: w odbiorze Marka Fella skutecznie przeszkadzało mi gadanie ludzi, którzy koniecznie chcieli, żeby inni wiedzieli, że im się nie podoba. Falujące nawarstwienia skontrapunktowane klarownymi rytmami w wykonaniu Philipa Jecka przyjemnie kołysały. Przed koncertem przeprowadziłem z nim krótki wywiad, zapadło mi w pamięc, jak porównał zadrapania i inne uszkodzenia winyla, które się na nim zbierają, nagromadzają do patyny. Na koniec zagrali Anthony Pateras, Dave Brown i Sean Baxter - wysoce energetyczna improwizacja, w której skutecznie dewastowali przyzwyczajenia odnośnie określonego brzmienia instrumentu.
Ciekawe, co sobie myślał Robert Henke (jeśli to rzeczywiście był on)?
Na dziś mam tylko nadzieję, że nie będzie krzesełek na Mouse On Mars.
A tymczasem nadeszła zima (panie sierżancie). No właśnie, ostatnio odkryłem, że mam Kino Polska, sprawdzę, czy jest coś ciekawego.
7/25/2008
Odgrzewane kotlety: relacja z Focus:One
Ten blog nie służy do komentowania spraw na gorąco, nic się chyba nie stanie, jeśli zamieszczę relację z festiwalu odbywającego się w maju. (Trochę czekałem, bo myślałem, że może jednak zostanie opublikowana na nowejmuzyce, ale już chyba czas porzucić tą nadzieję.)
Dwa dni – cztery solowe koncerty. Dwie "gwiazdy", dwóch muzyków o polskich korzeniach, dwa występy, którym towarzyszyły wizualizacje, dwójka po raz pierwszy w Polsce, dwóch używających gitary, wszyscy czterej (w jakimś stopniu przynajmniej) – laptopa. (czy współczesna muzyka elektroniczna należy do tego urządzenia?)
Dla mnie – dwa koncerty niezbyt ciekawe, jeden całkiem całkiem, jeden bardzo dobry.
Festiwal rozpoczął Klimek, który zaprezentował program "Movies is magic". Na czarnym tle ukazuje się napis i mówi do nas Slavoj Žižek (zapewne ze Zboczonej historii kina, z jego siermiężnego inglisza udaje mi się wyłapać coś a'la "music is always a trap"). Wizualizacje były ciekawe, nie jakieś widoczki urocze, ani czysta abstrakcja geometryczna. Raczej jakby drugie wynikające z pierwszego, bardzo wolne zmiany, spokój, nasycone barwy, trochę kalejdoskopowych przetworzeń.
Dźwiękowo nie zawsze mi się podobało, chwilami syntetyczność, która udawała brzmienia instrumentów (smyczkowe orkiestrowe rozlewiska) była tak miękko-ładna, wypolerowana, że nie mogłem wytrzymać. Fajne było topienie dźwięków w pogłosie, ale nie takim dubowym lekkim pływie, tylko w zawiesinie. W jednym utworze (nie były one grane osobno, przechodziły w siebie, ale łatwo da się wydzielić kolejne) pojawiły się brzmienia jakiegoś arabskiego instrumentu strunowego, chyba tego samego co w kawałku "For Said Murad & Mazen Kerbaj" z albumu Dedications.
Najlepiej było, gdy przed końcem zrobiło się mrocznie (żartem można się pozastanawiać, czy Klimek słucha dubstepu? i wyciąga z niego specyficzne wnioski?) Oczywiście skojarzenia z tym gatunkiem bardzo odległe, bo tutaj bez np. wzmocnionych dołów, ale redukcja materiału jak z ostatnich dokonań szkoły brytyjskiej, dawkowane uderzenia, stopniowo dochodzące wokół tego dźwięki, zapętlające się. I jeszcze skrawki głosu, mi kojarzące się (oczywiście) ze SpaceApe'm.
Pamiętam taki moment, gdzie dźwięk, który się narodził jako echo jednego uderzenia, potem sam stał się trwałym elementem, wokół którego krążyły inne. Szkoda, że potem wrócił do wcześniej prezentowanej stylistyki, z jakimś mocno przetworzonym pianinem, choć nie była to kraina łagodności, to jednak gryzła się z tym, co przed chwilą się zdarzyło.
Następnie ten, dla którego wielu (jak można było wysłyszeć z rozmów publiczności) tego wieczora odwiedziło Stary Browar – Fennesz. Stanął z beznamiętnym wyrazem twarzy za stoliczkiem z mikserem i laptopem, założył gitarę i, jak na prawdziwego rockersa przystało, postawił piwo w zasięgu.
Jakiś czas temu nawet zachwyciłem się odświeżoną wersją Hotel Paral.lel i podczas koncertu zastanawiałem się, czy skoro Austriak musi zapuszczać się w przeszłość, to czemu nie może cofnąć się do tego albumu, ale koniecznie do Endless Summer. Oczywiście, poza tym, że to ta płyta uczyniła go cenionym i uwielbianym.
Fennesz dużo grał na gitarze, dźwięki z laptopa były tłem albo podstawą (czasem czyste, czasem szumowe). Szkoda, że instrument przez większość czasu brzmiał tak samo: kaskady drucianych, metalicznych brzdęków (rzecz jasna "brzdęki" inne niż ulicznego grajka) wpadały na siebie, krusząc się. Ja nie potrafię się w tym rozpłynąć niestety, nie odnajduję zbyt wiele ciekawego, co z tego że było głośno – każdy może być głośny, ale to musi czemuś służyć.
Jeden fragment, który mi się podobał, to gdy kilka warstw i rodzajów szumów stworzyło całkiem interesującą masę, nie żeby jakiś noise, ale trochę pazura w tym było. Jednak Fennesz bez ceregieli wprowadził na to, wyciszając, znów jakiś ładny prosty dźwięk. I znów były przygrywki (a nawet trochę sampli akustycznej gitarki).
Drugi dzień rozpoczął David Toop, znany chyba bardziej jako dziennikarz i autor książek o współczesnej muzyce. Człowiek bardzo zasłużony dla brytyjskiej muzyki poszukującej (polecam album Voila Enough! projektu Alterations), współpracował m.in.(bardzo "między innymi") z Brianem Eno, Maxem Eastley'em, Evanem Parkerem, Bobem Cobbingiem, Ivorem Cutlerem.
W Poznaniu grał używając gitary, laptopa, fletu poprzecznego oraz bambusowego instrumentu (trochę przypominającego koudi). Gitara leżała na stole, Toop traktował ją jako generator dźwięków - przykładał do niej e-bow (choć pod koniec dotykał też pojedynczych strun palcami). Zwykle pozostawiał go na dłużej w jednym miejscu, co najwyżej podgłaśniał sygnał i w ten sposób modulował dźwięk. To umożliwiało wejście w dany dźwięk, mi kilka razy zdarzyło się odpłynąć podczas tego koncertu. Potem grał na owym bambusowym instrumencie, delikatnie dmuchał w jego otwór, te odgłosy kojarzyły mi się z płytą Bechira Saade i Clive'a Bella An account of my hut, w zasadzie na równi było słychać jego oddech i samą czynność, jak i dźwięk instrumentu. W dalszej części koncertu pojawiły się puszczane z laptopa nagrania: jakby ktoś blisko mikrofonu poruszał kawałkiem papieru, przestawiał bądź przesuwał jakieś małe przedmioty. To sprawiło, że także odgłosy ze strony publiki, odległe kroki, uderzenie kapsla o podłogę, wkomponowały się w to, co stworzył Toop, jakby istniały tu na równych prawach.
Ten występ ujął mnie delikatnością (już sam fakt, jak cichy był), niemal intymnością, rozwagą w używaniu dźwięku, redukowaniem materiału do tego stopnia, że wszystko wydawało się na swoim miejscu i wszystko miało swoje znaczenie dla całości. A jednocześnie pomysłowość w dobraniu, zestawieniu źródeł/narzędzi, która przypuszczalnie, w rękach innego artysty, mogłaby dać w efekcie newage'owy relaksacyjny gniot.
Basinskiego mogę doceniać, szanować itd., ale jego twórczość niestety mnie nie przekonuje. Może być fajnym, kontaktowym, dowcipnym facetem, ale jego melancholia nie nie jest moją melancholią, nie bardzo mnie poruszył jego występ. Trochę tak, jak w przypadku Fennesza, coś mnie omija, ale nie przeskoczę tego, gdyż to chyba wina różnic w charakterze, wrażliwości.
Basinski najpierw zagrał półgodzinny utwór (nawet jeśli odtwarzał materiał bazowy z ipoda, to czy to takie straszne?), któremu towarzyszył film Jamesa Elaine – drzewa odbijające się w wodzie. Gdy skończył, zapytał, czy już wystarczy, czy chcemy jeszcze. Większość czuła niedosyt i wybrała drugą opcję, dostaliśmy krótki kawałek, z subtelnymi nagraniami terenowymi (zamykane drzwi pociągu?). Basinski dał do zrozumienia, że to już koniec, ale gdy publiczność nie przestawała klaskać, zaproponował krótki film Melancholia, a sam złapał trzy tyskie i udał się za scenę.
Focus: One miał być momentem podsumowania cyklu koncertowego w Starym Browarze, gdzie wystąpiły takie postacie jak na przykład: Jan Jelinek, Fred Frith, Islaja, Vladislav Delay, Oval. Organizatorzy stale podnoszą sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę zapraszanych muzyków, tak więc na przyszłość należy spodziewać się wszystkiego najlepszego.
[zdjęcia napstrykał sierus, na każde można kliknąć i zobaczyć większą wersję]




