Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stary browar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stary browar. Pokaż wszystkie posty

12/18/2024

Marc Ribot i Salto w Starym Browarze (27.02.2009)

Od jakiegoś czasu Marc Ribot przyjeżdża do naszego kraju dość regularnie, ale dopiero teraz, za sprawą Starego Browaru, zawitał do Poznania. Może teraz doda to miasto do swojego „rozkładu jazdy”, bo publiczność dopisała i przyjęła go ciepło. Na sali można było dostrzec sporo osób starszych niż te, które zwykle przychodzą na koncerty do Browaru. Przed gwiazdą wieczoru wystąpiło Salto (gitarzysta Łukasz Rychlicki i Mateusz Rychlicki na perkusji).

W swoim niedługim secie, złożonym z kilku wyraźnych części, duet przez większość czasu kontrastował pojedyncze, spokojnie wybrzmiewające dźwięki gitary, z gęstą, niespokojną perkusją. Jednak to zestawienie sprawdziło się bardzo dobrze, może dlatego, że perkusista grał bardzo uważnie, mimo to, że było go „więcej”, to wcale nie dominował partnera, gdyż jego wkład wydawał się starannie dobrany, przemyślany. Dopiero pod koniec Łukasz Rychlicki zaczął wkładać więcej energii w grę na instrumencie, co też zaowocowało większą głośnością i zmianą faktury muzyki, która powoli zamieniała się w ścianę dźwięku. W ten sposób Salto zakończyło swój całkiem udany koncert.

Wedle zapowiedzi Ribot miał grać materiał z ostatniej solowej płyty - Exercises in Futility, jednak nawet jeśli utwory z niej pojawiły się, to były w mniejszości. Muzyk przyznał, że nie lubi opowiadać o tym, co gra, ale zdradził, że wykonuje dziś kompozycje m.in. Johna Zorna, Johna Coltrane'a i Alberta Aylera. Dwie pierwsze części koncertu zbudowane były na zderzeniu ze sobą utworu spokojnego, raczej prostego, jak to Ribot mówi „standardu”, z hałaśliwą, agresywną, „awangardową” grą, na którą składały się zgrzyty, sprzężenia i urywane rzężenia. Pierwsze wejście tego brzmienia było naprawdę zaskakujące, choćby przez samą różnicę głośności i na pewno zaszokowanie, wybicie z klimatu, było elementem strategii Ribota. Po drugiej odsłonie kilka osób opuściło salę, a ja miałem nadzieję, że kolejne części nie będą opierać się na tym samym schemacie. Na szczęście tak nie było – gitarzysta zaproponował swoją interpretację „Ghosts” Aylera, w której zachował porywistość, lekkość tematu, a jednocześnie przez kilka dźwięków pozostających w tle umocował go, nadał całości inny wymiar.

Gdyby ludzie, którzy zdecydowali się wyjść z koncertu, doczekali do tego momentu, pewnie byliby zadowoleni, od teraz było już dużo spokojniej. W kolejnym utworze Ribot kojarzył się momentami z Derekiem Bailey'em (a w ogóle to trochę też z Johnem Fahey'em), był to powrót do początkowych standardów, choć z paroma niespodziewanymi odskokami. Jednym z nich był bardzo cichy, filigranowy moment, kiedy dało się wyczuć, że publiczność faktycznie słucha grającego.

Potem było już zupełnie spokojnie, Ribot grał kompozycje stworzone na potrzeby filmów, zwykle był w nich podtrzymujący element rytmiczny, którego można się było złapać i iść po nim jak po ścieżce, co umożliwiało przyjmowanie gromadzonych wokół niego dźwięków, tutaj już raczej niezaskakujących. Gitarzysta grał przy użyciu zestawu dwóch pedałów głośności: jeden kontrolował sygnał wychodzący ze wzmacniacza, drugi dźwięki zbierane przez mikrofon nakierowany na instrument, co pozwoliło muzykowi dorzucać brzdąknięcia, czasem brzmienia nieco przypominające nawet banjo.

Choć Ribot wcześniej zerkał na kilka razy na zegarek, to chyba tak bardzo mu się nie spieszyło, bo chętnie wrócił na bis, gdzie najpierw zagrał coś w bardzo Waitsowskim klimacie, a potem zaśpiewał „Bury Me Not on the Lone Prairie”.

7/31/2017

Vladislav Delay Quartet w Starym Browarze (22.10.2009)

Sasu Ripatti (znany może lepiej jako Vladislav Delay, Luomo czy Uusitalo) kilkukrotnie występował już w Poznaniu. Jednak nigdy jeszcze jako perkusista - w tej roli zaprezentował się w utworzonym przez siebie kwartecie, do którego zaprosił Mikę Vainio, Lucio Capece i Dereka Shirley'a.

Spośród towarzyszących Ripattiemu muzyków pewnie najlepiej znany jest jego rodak, Mika Vainio działający w duecie Pan Sonic. Shirley to kontrabasista współpracujący m.in. z Michelem Thieke oraz współtworzący trio Ruby Ruby Ruby. Klarnecista i saksofonista Lucio Capece nagrywał m.in. z Toshimaru Nakamurą, Axelem Dörnerem, Yannisem Kyriakidesem.
Również dla niego nie była to pierwsza wizyta w Poznaniu, w zeszłym roku uczestniczył w festiwalu FRIV.

Dla fanów elektronicznej twórczości Ripattiego to wcielenie może być nieco zaskakujące. Jednak Fin swoją przygodę z muzyką zaczynał od jazzowego "bębnienia" i jak kilka lat temu przyznawał w wywiadzie dla Igloo Magazine ciągle gra na perkusji. Wtedy jednak nie był przekonany, czy nie powinno to pozostać w sferze czystej przyjemności, która nie ma związku z profesjonalną działalnością.

Być może zmienił poglądy albo w partnerach z kwartetu znalazł odpowiednie otoczenie dla swojej perkusji, grunt że po koncercie decyzję o publicznym ujawnieniu instrumentalnych zdolności można uznać za trafną. Ripatti wykazał się nie tylko pomysłowością jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czy umiejętne rozmieszczenie zdecydowanych uderzeń (które dzięki odrobinie pogłosu odznaczały się jeszcze silniej na tle innych elementów). Okazał się być także wyczulonym na detal barwy, faktury sonorystą, który równie dobrze odnajduje się zagospodarowując drugi plan.

Pewnym zaskoczeniem był elektroniczny wkład Vainio, który zaczął spokojnie, nawet (jak na niego) sielsko, co jednak idealnie pasowało do dźwięków Shirley'a i Capece. Innym razem bawił się samplami fortepianu, a towarzyszący temu smyczkowany powolnie kontrabas uczynił z tej partii najbardziej nostalgiczny fragment występu.
Vainio nie zawiódł jednak tych, którzy oczekiwali zagrań bliższych Pan Sonic. W pewnym momencie jedynym dźwiękiem był szum, stopniowo podgłaśniany, nagle urwany, po czym nastąpiło wejście mocarnego, nierównego bitu. Ripatti szybko włączył się do gry i nie pozostawał w tyle.

Z dużym zainteresowaniem obserwowałem pomysły Lucio Capece, który używając klarnetu basowego daleko odchodził od standardowych rozwiązań, często koncentrując się na wąskich wstęgach dźwięków albo używając strumienia wydmuchiwanego powietrza do poruszania małych przedmiotów ułożonych na rurze włożonej w kielich instrumentu. Koncert zakończył się
klamrą, ponieważ tak jak na starcie grali Shirley i Capece, przy czym ten drugi wydobywał medytacyjne dźwięki ze shruti box. Nieco bardziej tradycyjnie traktował saksofon, frapując czasem bezpośrednimi melodiami, czego naturalnym rozwinięciem był wykonany na bis utwór Rahsaana Rolanda Kirka.

Jedynym zarzutem wobec tego koncertu mogłoby być stwierdzenie, że był zbyt krótki. Jednak trudno mówić o niedosycie, bo artyści zaprezentowali muzykę o wielu obliczach.


7/29/2017

Unsound on Tour w Starym Browarze (21-22.11.2005)

Bardzo, ale naprawdę bardzo, w ogólności i w szczególe. Przede wszystkim bardzo dobrze, że Unsound wydostał się poza Kraków, dosyć już miałem tęsknego zerkania ku miastu smoka wawelskiego. W Poznaniu może nie wystąpiło jakieś multum artystów, ale byłoby bardzo głupio narzekać na tych, którzy zagrali. Bardzo miło, że takie tanie bilety i w zasadzie to aż dziw bierze, że przy cenie 10zł za dzień było tak mało ludzi.
Zwłaszcza dnia pierwszego, kiedy wystąpił Static i Kapital Band 1. Leichtmann grał pierwszy i zbudował bardzo przyjemny klimat. Piosenkowy, wpadający w ucho, wciągający. Gęsty ale przestrzenny. Jedyne na co bym narzekał to, że momentami zbyt chętnie łapał się tych przyjemnych „elementów” i aż zanadto na nich bazował. Mnie jakoś nie oczarował choć wśród publiki wyłapałem głosy niemalże zachwytu. Po krótkiej przerwie duet KB1 rozpoczął mozolne igraszki w dekonstrukcji jakiegokolwiek klimatu. Bardzo szybko rozwiał we mnie wspomnienie staticowego grania, by oczarować własną wizją. A było to odświeżające spojrzenie na elektroakustyczną improwizację. Muzyka skoncentrowana na drobiazgach a jednocześnie nie gubiąca perspektywy pozwalającej na trzymanie napięcia. Przede wszystkim bardzo bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie działanie perkusisty Martina Brandlmayra. Od muśnięć do uderzania, od tarcia po skrzypienie. Grał bardzo czujnie, sprawność techniczna na poziomie nielicznych i w dodatku pomysłowość. I nie tanie sztuczki, ale myślenie służące czemuś. Niesamowitą paletę brzmień perkusji zawdzięczamy chyba też specyficznemu (jak to nazwać...czułemu?) jej nagłośnieniu. Nie tak dobre wrażenie zrobił na mnie drugi członek zespołu Nicholas Bussmann. Wrzucał różne elektroniczne dźwięki, zimne, szorstkie. Czasem zalatywało to żrącym noisem, choć momentami miałem wrażenie, że wymykało mu się to spod kontroli. Ale chyba nie ma co za bardzo dumać nad „składnikami” muzyki Kapital Band 1 osobno, gdyż jej siła tkwiła w interakcji muzyków.

Drugiego dnia Pole Live Band, w składzie Betke na elektronice, Leichtmann na perkusji i Zeitbloom na basie. Panowie pojawili się za sprzętami po bardzo długim (50 minut) oczekiwaniu liczniejszej niż dnia pierwszego publiki. Dźwiękowo weszli bardzo gładko, sunącym dubem. Na początku już przyznam się, że nie jestem znawcą twórczości Pole'a, ale tego się nie spodziewałem. Bardzo masywny sound całości, czasem zbyt „trzaskający”, może trochę zbyt głośna perkusja, która dominowała. No i nie bez znaczenia spokojny, pozostający nieco w cieniu (również dosłownie) basista. Widać było radość z gry, która udzieliła się też słuchaczom, zwłaszcza przy szybszych kawałkach. Dla mnie zaskoczeniem było, że nawet gdy pojawiały się bardziej „oczywiste” rytmy to nie brzmiały one banalnie. Również koneserem twórczości Pole'a nigdy nie byłem, ale to co zaprezentował wczoraj w zupełności mnie przekonało. Jedyny minus - długość występu, która łącznie z bisami nieznacznie przekroczyła czas opóźnienia. Wszystko jak już zasugerowałem na początku bardzo fajne. Dodatkowymi faktami umilającymi odbiór muzyki było darmowe piwo, brak dymu papierosowego, ładna scenografia, intrygujące oświetlenie. Oby jak najwięcej takich inicjatyw.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

7/25/2017

Xavier Charles / Robert Piotrowicz w Starym Browarze (16.03.2006)

Kolejny odcinek programu muzyki improwizowanej w Starym Browarze – tym razem Robert Piotrowicz i Xavier Charles. Ten drugi to klarnecista, improwizator z Francji, teraz grał na urządzeniu własnego chyba pomysłu. Były to dwie membrany głośników, które były wprawiane w drganie za pomocą dźwięków niskich częstotliwości. Ustawione niczym misy, Francuzowi służyły jako pole do różnych operacji – wrzucał w nie szklane kulki, sprężyny, ziarenka, metalowe pręty, miseczki. Wszystko to drżało, podskakiwało, wibrowało na membranach.. Z racji tego, że ze zaraz nad nimi znajdowały się mikrofony – każdy dźwięk był dobrze słyszalny. Poza efektem dźwiękowym był to też interesujący widok – na przykład ziarenka oświetlone na czerwono, wyglądały jak miniaturowe wybuchy wulkanu i wylewy lawy.
Robert Piotrowicz obsługiwał syntezator analogowy, na stole miał też położoną gitarę, którą sporadycznie drażnił mechanicznym wiatraczkiem.


Znów była to gra otwarta na przypadek, Charles na przykład nie mógł przecież przewidzieć brzmienia, jakie osiągnie wrzucając kilka przedmiotów naraz. Pomimo tego panował nad swoją „partią”, umiał stopniować napięcie, nie spiętrzał hałasu w nieskończoność. Piotrowicz pozostawał raczej w cieniu, jego zasługą były ostre, mroczne motywy, plamy w tle, które raz po raz wchodziły w coś w miarę rytmicznego. Jednak była to rzadkość, w większości był to jakby dźwiękowy strumień świadomości, hałaśliwy, bez skrawka melodii, za to stworzony w skupieniu, ale z polotem. Na pewno byłem już świadkiem ciekawszych muzycznych spotkań, jednak to mimo, że pozostawiało pewien niedosyt (zresztą, wedle słów Piotrowicza, pożądany i zamierzony) było kolejną intrygującą podróżą w strefę niepokojących dźwiękowych brudów, z których obaj improwizatorzy powoli i przekonująco budują swój osobny świat.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

5/12/2017

Focus: Berlin (9-10.11.2006, Stary Browar)

Wieczór pierwszy rozpoczęła projekcja trzech filmów krótkometrażowych z dvd Berlin-Super 80. Z zaprezentowanych obrazów choć trochę interesujący był „3302 – Taxi Film”, pozostałe nie zapadły mi w pamięć. To rzecz gustu zapewne, ale może lepszym wyborem byłyby pochodzące również z tego krążka „Berliner Küchenmusik” albo „Spanish Fly” – te dziełka kojarzę z emisji na TVP Kultura. Tak czy inaczej, pierwszy punkt festiwalowego programu naznaczony był przede wszystkim tym, co ma się wydarzyć później.
Chwilkę po zakończeniu filmów licznie zgromadzona publiczność mogła powitać brawami pierwszego artystę grającego tego wieczora. Jelinek nie bawiąc się w długie wstępy od razu wrzucił nas w środek swojego muzycznego świata. Gdy z radością słuchałem, myśląc, że przy takiej muzyce (prym wiodły lekko pokrzywione motywy z gitary) mógłbym się budzić każdego (zbyt wczesnego) poranka, Jelinek dorzucił warstwę szumów, delikatnie świdrujące częstotliwości. Po zamknięciu pierwszego tematu (utworu ? nie jestem pewien, czy nie było tam jakiś elementów z „Up to my old trick again”) wszedł w basowe rejony, na których nagle (nie tyle niespodziewanie, co raczej na zasadzie olśnienia) pojawił się „Lithummelodie 1” Artysta w materiale znany z „Kosmischer Pitch” mocniej zaakcentował piękne iskrzące mikro-dźwięki, które stworzyły interesujący kontrapunkt. W ciągu całego występu (6 kawałków, mniej lub bardziej ze sobą związanych) Jelinek często bazował na bitach o wyraźnym rytmie i dość szybkim tempie. Na nie kładł kolejne warstwy, precyzyjnie rozplanowane, ale pojawiające się zupełnie naturalnie. Wszystkie dźwięki wokół rytmu igrały z nim, były od niego zależne, chcąc się od niego uwolnić, pokazywały go pod innym kątem. Nieraz dochodził do czegoś w rodzaju elektronicznej psychodelii, z lekka transującej. W występie zdarzały się też momenty słabsze (mógłby być trochę krótszy, ale nie kosztem wieńczącego "Universal band silhouteee”), ale mnie on zupełnie zadowolił. Podobał mi się sam sposób w jaki dźwięki się pojawiały, jak zmieniały swoje miejsce w konstrukcji, przemieszczały, jak się rozkładały i spajały.

Z Tarwaterem (który wystąpił po półgodzinnej przerwie) nie wiązałem specjalnych nadziei i dlatego tylko się nie zawiodłem. Jasne, można powiedzieć, że to nie moja bajka, ale lubię np. ich Silur a 11/6 12/10 też uważam za całkiem przyjemne. Z płyt wnioskowałem, że duet gra piosenki, oczywiście, nie takie radiowe lekko-łatwo-i-przyjemnie, ale jednak. Na koncercie w Browarze w odbiorze przeszkadzały mi dudniące, walące bity. Nie mogłem się radować liniami melodycznymi, drobnymi smaczkami, wokalami, czy w ogóle "klimatem", gdyż ten w ogóle nie zaistniał. Stale po uszach dawały topornie brzmiące rytmy.

Drugi dzień zaczął się również od projekcji, tym razem był to „Berlin: Symfonia miasta” (film Waltera Ruttmana z 1927 roku), do którego ścieżkę dźwiękową zaprezentował Vladislav Delay. Film przedstawia dzień z życia wielkiego miasta, koncentruje się na takich zjawiskach/obszarach tematycznych, jak fabryki (mechaniczny rytm urządzeń), zakupy, handel (rola pieniądza) rozrywki (zoo, kabarety, wyścigi), restauracje, transport (dojazdy do pracy, ruch uliczny), architektura. Jednym słowem – miejskość, do napięć na linii człowiek a jego wytwory, dzięki montażowi, autor dodał zestawienia podobieństw świata ludzkiego i zwierzęcego (np. walka psów a rękoczyny na ulicy) oraz kilka interesujących obserwacji, jak dzieci naśladują ‘prawdziwe życie’ dorosłych.

Fin wyrobił sobie markę na scenie nowej muzyki i jego łatwo rozpoznawalny styl nie wymaga chyba opisu. Delay zagrał tak, jak należało się spodziewać – przestrzeń (z fajnym pomysłem na puszczanie niektórych elementów tylko w jednym kanale), smugi dźwięków, skrawki, strzępy bitów, z kilkoma miejscami zagęszczonymi, chwilowymi przyspieszeniami, wszechobecny chłód. Artysta pewnie w większości miał wcześniej przygotowany materiał, ale cały czas, coś tam dokręcał, doprawiał. Choć nie zawsze idealnie trafiał z dźwiękami w to, co się działo na ekranie (czasem jakby ‘nadganiał’ fabułę), to moim zdaniem jego muzyka dobrze funkcjonowała jako soundtrack. Właśnie dzięki dźwiękom zaproponowanym przez Delay'a uświadomiłem sobie swoistość rytmu życia miasta. Zwykle mamy jakieś niejasne poczucie, że miasto żyje według jakiegoś rytmu. Wiemy, że jest on obecny, ale jednocześnie nie można go dokładnie uchwycić. Jest to spowodowane tym, że na rytm globalny składa się wiele rytmów o zasięgu lokalnym i ograniczonych w czasie, wywołanych przez różne zjawiska, które mają na siebie wpływ, wchodzą ze sobą w reakcje. Delay’owska ścieżka dźwiękowa była znakomitym (choć od strony muzycznej – bez wielkich zachwytów) tego odzwierciedleniem.

Po przerwie Gudrun Gut zaprezentowała projekt Ocean Club, który jest rozwinięciem pomysłu na klub czy też organizację mającą promować nową elektronikę. Obecnie pod tą nazwą istnieje audycja w Radio Eins, którą tworzą (obok G.G.) Thomas Fehlmann i Daniel Meteo. W sumie nie wiadomo było, czego się spodziewać (Gut miała podobno śpiewać?). Skończyło się na tym, że założycielka Moniki puszczała muzykę z winyli i cedeków (jakiś Mr. Scruff, Clouddead, kilka rzeczy z jej wytwórni). Było to może i przyjemne, ale bardziej nadawałoby się do siedzenia w kawiarni, tak żeby jakieś dźwięki leciały w tle. W tych warunkach (jako punkt w programie festiwalu), to jednak trochę mało. Gdy założycielka Malarii nadała szybsze tempo stery przejął Meteo. Szkoda, że ludzie zaczęli masowo wychodzić, zaraz gdy Gut zeszła ze sceny (jakby stwierdzili, że swoje już wysiedzieli i na dziś wystarczy). Meteo zaprezentował solidny tech-dubowy live act. Widać było, że fajnie mu się gra i garstce publiczności udało się nawet wyklaskać go na bis.

Nie wspomniałem dotychczas o Die Pfadfinderei, którzy zapewnili wizualizacje. Nie jestem specem w tych sprawach, ale ich działania, prezentowane na sześciu ekranach (dwa za występującymi i po dwa na ścianach bocznych, przy czym te ostatnie zwykle były wariacjami wokół centralnych projekcji) były ciekawym uzupełnieniem muzyki. Zawierały różne elementy od filmów (również przekształcanych, cofanych, wstrzymywanych) przez kształty geometryczne po elementy graficzne, które reagowały na rytm. W czasie występu Jelinka miałem nawet takie momenty, że bardziej moją uwagę przyciągał obraz (np. blokowiska czy zabawna sekwencja rysowania bohaterów komiksowych) a muzyka do niego po prostu pasowała. Także, gdy grał Meteo powstała ciekawa audio-wizualna całość, przy której można było odpłynąć.

Cieszy mnie to, że niektórzy ‘topowi’ artyści (teraz mam konkretnie na myśli twórcę loop-finding-jazz-records) są regularnymi gośćmi w Poznaniu, mam nadzieje, że będzie ich przybywać. Okazuje się, też że można zorganizować profesjonalny festiwal, który obejdzie się bez niedociągnięć technicznych (artystyczne to inna kwestia) i który przyciągnie mieszkańców innych miast (przyciągnął, prawda?). Może to sprawi, że Poznań stanie się naprawdę ważnym punktem na muzycznej mapie Polski.

Ciekawe, jakim miastom będą poświęcone następne mini-festiwale, kolejnej ważnej metropolii? A może organizatorzy odkryją dla nas jakieś miasto mniej znane, które jest również żywym ośrodkiem kultury?   

[pierwotnie opublikowane na nowamuzyka.pl]

3/18/2017

Ignaz Schick / Martin Tétreault w Starym Browarze (13.02.2006)

Kolejny raz artyści naprawdę światowego formatu zagościli w Starym Browarze. Tym razem, po występie na Transmediale i krótkiej trasie po Niemczech, w Poznaniu pojawili się Ignaz Schick i Martin Tétreault . Obaj reprezentują nurt improwizacji nazywany gramofonizmem – jest to granie na adapterach, rzadko jednak przy pomocy płyt. Częściej używa się jego poszczególnych części i dźwięków, jakie wydają po odpowiednim nagłośnieniu.
Szczerze mówiąc to jestem pod ogromnym wrażeniem koncertu – o wyważonej relacji nie ma mowy. Ale bez sensu byłoby czekać aż ochłonę z emocji – artyści wysłali w publiczność taką ilość energii, że jeszcze długo będę nosił w sobie wrażenia z ich występu.
Działo się bardzo dużo, ale był to chaos kontrolowany. To właśnie spodobało mi się najbardziej – otwartość na przypadek, odwaga w przyjmowaniu tego, co niespodziewane. Na tym właśnie powinna polegać improwizacja. Na wyrażaniu siebie z niezachwianą konsekwencją. A także na samoistnym zgraniu, które umacnia się podczas rozwoju koncertu. I ten warunek był spełniony, artyści prawie w ogóle na siebie nie patrzyli, nie odzywali się do siebie, a ich gra była naprawdę wspólna, zjednoczona. Rozumieli się w lot – językiem jaki wybrali by wyrażać siebie były dźwięki.
Przy tym zachowywali odrębność swoich charakterów. Schick (wyposażony w dwa profesjonalne adaptery) był bardziej takim rozrabiaką, rzucał małe papierki, metalowe krążki na talerz gramofonu, nakładał na niego plastikowe tabliczki, gwałtownie poruszał ramieniem z igłą, ostro szczotkował jego powierzchnię, obstukiwał obudowę. Tétreault jakby bardziej skupiony, coś a’la „mały majsterkowicz” – na swoim jednym prymitywnym gramofonie wyżywał się drapiąc go zapamiętale igłami, którymi zakończone były ruchome ramiona (co zapewniało mu swobodę ruchu), używał też mikrofonów kontaktowych, do których przykładał rozmaite niezidentyfikowane przedmioty.
Nie wiem, czy jest sens wymieniać dalej czynności, jakie stosowali artyści by rozszerzyć spektrum dźwięków wydobywanych ze swoich maszyn. Kto nie widział (i jednocześnie nie słyszał efektu), ten nie zrozumie ich siły. Aspekt wizualny był ważny, niektóre czynności były wręcz śmieszne, ale w niewymuszony sposób, nie było żadnego mrugania oczkiem do odbiorcy, że teraz będzie żart i należy się zaśmiać. Działania miały posmak parateatralny, niektóre przeradzały się w rozbudowane gesty albo cała ich serie, cały koncert przypominał trochę performance. Była w tym moc – ta moc dziania się, kontaktu pozawerbalnego między muzykami i nadawania komunikatu do publiczności. Tego, że oni robią coś teraz, a ja to odbieram. Mogę i chcę.
Duża ilość czynności powodowała olbrzymią ilość dźwięków. I co znów świadczy o geniuszu tych improwizatorów – w tym natłoku wszystko czytelne, przejrzyste. Nawet jeśli nie zrozumiałe od razu, to dzięki rozwojowi wszystko układało się w idealnym (nie)porządku. Postaram się wymienić niektóre z zapamiętanych odgłosów: dużo fabryki – pas transmisyjny, mielenie, spalanie, przetapianie, miażdżenie, piece, młoty, dźwigi. Oprócz tego: lotnisko w oddali, zatłoczone przejście podziemne na dworcu pkp, bicie serca, człowiek spadający w otchłań jeziora znajdującego się na dnie jaskini, jego ciało uderzające o dno tego jeziora, tętno, szum trzech źdźbeł trawy, kornik w belce, ścieranie na proch rogu kozła, oddech kamienia, zawiązywanie paczki z szarego papieru parcianym sznurem. Pisk jelita cienkiego, szuranie gwoździem po blasze, oddech noworodka . Skrecze, jazzowa piosenka, świst powietrza.
No i co? Napisałem na czym grali, co robili, a także – co słyszałem. No, jeszcze nie napisałem, że ich występ podzielił się w sposób naturalny (przez wyciszenia) na cztery części i że trwał poniżej godziny.
Ale, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek istotnego przekazałem na temat tego koncertu?
Jeśli nie, jeśli czytelniku nie zadowala Cię ta relacja – to przepraszam.
Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ja naprawdę w głowie ciągle mam co innego...Mianowicie: jeśli takie coś (koncert? występ? a może po prostu – spotkanie), jak to coś dzisiejszego, co stało się w Browarze dzięki przyjazdowi Schicka i Tétreault , może się wydarzyć (podkreślam – stać się, odbyć, zaistnieć), to warto pójść na sto nieudanych, a co tam sto, może być i tysiąc nieudanych koncertów – by raz przeżyć (podkreślam) coś takiego.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


3/06/2017

Jaki Liebezeit / Burnt Friedman w Starym Browarze (13.12.2007)

Postanowiłem na koncert pójść bez „przygotowania” – nie słuchać wspólnych płyt obu artystów, co w efekcie dało brak oczekiwań, a taki stan jest czasem dobrym punktem wyjścia. Oczywiście nie byłem tak zupełnie czysty, znałem jakieś płyty Can oraz nawet więcej rzeczy, do których rękę przyłożył Friedman.

Sala Słodowni w Browarze wypełniona, może nawet bardziej niż na Murcofie, nazwiska tych dwóch twórców uruchomiły zapewne nieco inne „targety”, licznie stawili się zarówno ci, dla których niemiecka grupa była soundtrackiem młodości, jak i obecni fani dokonań połówki Flangera.

Zaczęło się (z pewnym opóźnieniem) i od razu było (mi) dobrze. Miałem nadzieję, że może dostaniemy jedne długi set, nieco w stylu recenzowanych niedawno w serwisie The Necks. Tak się nie stało, ale i tak poszczególne utwory zwykle przekraczały 10 minut, kilka z nich mogło wprowadzić w trans. W niektórych górę brały wręcz taneczne rytmy, które kojarzyły się z muzyką etniczną (afrykańską, ale też latynoską – np. w ostatnim pobrzmiewał motyw z „Lambady”) przez specyficzne brzmienie perkusji, która raczej przypominała zestaw cong lub bongosów. Warto przy okazji wspomnieć o nietypowym doborze elementów – nie było centrali ani hi-hatu, Liebezeita lepiej określić jako bębniarza niż perkusistę.

Friedman serwował dźwięki elektroniczne, które niełatwo ująć w słowa. Jednocześnie gładkie, ale nie na tyle, aby zsuwały się po powierzchni percepcji, chyba chłodne, ale nie oziębłe, może raczej – odświeżające, jakby wiosenne. W ogóle ta pora roku byłaby dobrą metaforą dla muzyki duetu, było w niej jakieś rośnięcie, bardzo organiczne, jak w trzecim kawałku, gdzie po samplu akordeonu i wygaszeniu muzycy zaczęli powracać do coraz bardziej skomplikowanych struktur, które były jak narośle mchów albo jak orzeźwiająco zielone zarośla. W piątym kawałku elektronika była niczym otwierające się pąki, w nim też dosłyszałem minimalistyczny puls jak z ostatniego tracka Con Ritmo. Czasem robiło się kosmicznie, żeby nie powiedzieć, że Kosmischer-Pitchowo (czego najlepszym przykładem czwarty utwór), niektóre patenty rytmiczne przywoływały Deadbeata.


Organizatorzy anonsowali to wydarzenie, jako kandydata do koncertu roku, dla mnie chyba nie, co nie zmienia faktu, że bardzo miło wspominam ten wieczór.  

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl wkrótce po koncercie]

11/19/2009

Kwartet z Delay'em

Derek Shirley and Vladislav Delay

Na diapazonie pod dziwacznym tytułem ukazała się moja relacja z poznańskiego koncertu Vladislav Delay Quartet.

Zdjęcia robił Sierus, a ja nieco poedytowałem.

Mika Vainio

Lucio Capece

Vladislav Delay

Derek Shirley, Lucio Capece, Vladislav Delay

5/24/2009

Gdzie byłeś? (do ciebie, człowieku)


(Mattin - No Fun Fest 2009, foto: Michael Muniak)

Potraktuję to jako wstęp do wpisu o występach na żywo. To zdjęcie sprawia, że poniekąd słyszę w wyobraźni, co Mattin robi. Więcej obrazków Muniaka z tej imprezy tutaj.
No tak, a ja (na razie) nie dysponuję żadnymi zdjęciami z koncertów, o których poniżej. Nie będą to pełnowymiarowe relacje, ale jednak nie chciałbym, żeby się wszystko osunęło w niepamięć.

W środę Mikrokolektyw (Artur Majewski - trąbka, Kuba Suchar - perkusja) i Jason Ajemian na kontrabasie w Kisielicach. Zaczęło się naprawdę dobrze, myślałem, że to będzie świetny koncert, ale potem było po równi pochyłej - w dół. Co nie znaczy, że było źle. Wydaje mi się, że moim głównym problemem była trąbka, która unosiła się ponad sekcją. Przede wszystkim, bo była za głośno, a po drugie przez swoje brzmienie (często lekki pogłos). Majewski spokojnie wypełnił by salkę Kisielic bez pomocy mikrofonu, ale miał go głównie po to, żeby przepuszczać się przez efekty. Zdarzały mu się nawet fajne pomysły, raz użył tłumika, co z odpowiednim przetworzeniem dało ciekawy dźwięk studzienny z lekkim zabarwieniem kosmicznym. Innym razem, to chyba bez przekształcania, miał takie zmatowione brzmienie, w jednym momencie zdarzyło mu się grać urywane dźwięki. Ale generalnie fruwał ponad masywną, gęstą, sekcją.
Z której o wiele lepiej było słychać perkusję, żeby była jasność: Suchar jest świetnym instrumentalistą, pełnym inwencji, zwłaszcza jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czujnym, słuchającym. Ale gdy granie nabrało już rozpędu, to chwilami jego dźwięków było zbyt dużo jak na to pomieszczenie, czułem się nawet niewygodnie. Nie wiem, czy to on zagłuszał, czy też nie dało się nagłośnić bardziej kontrabasu, ale przez większość czasu u Ajemiana słychać było tylko najwyższe dźwięki, ginęła mięsistość, głębia kontrabasu.
Trio zagrało jeden długi set plus krótki bis, gdzie Ajemian udzielał się wokalnie.

W czwartek nie mogłem być na koncercie Jeffa Gburka i X-NAVI.Et, więc jeśli ktoś dał radę, niech napisze.

W piątek do Berlina, żeby zagrać z Kurortem. Bardzo przyjemny wyjazd, szkoda, że taki krótki. Jako bonus "odkrywanie" nieznanej mi części miasta - Hohenschönhausen. Zaskoczenie - Mies van der Rohe Haus (ach, posłuchać sobie tam Kurtaga, może z widokiem na jeziorko...), a co zabawne, to budynek obok wydawał mi się właśnie cokolwiek w stylu tego twórcy.
Występowaliśmy w Lichtblick-Kino a było to organizowane przez Salon Bruit. Może nie idealne warunki, ale daliśmy radę. Przed nami grał duet Furtur (czyli Fritz Welch i Guido Henneboehl), potem wymieniłem się z Fritzem płytami, on rzucił, że myślą o jesiennym odwiedzeniu Europy na wschód od Berlina z zespołem Peeesseye.

Sobota niemniej bogata w wydarzenia niż czwartek, na szczęście tym razem nie wszystko się nakładało.
Ikue Mori i Zeena Parkins mnie nie zachwyciły mnie, choć może to też wina mojej zniżki formy. Nie umiałbym konkretnie wskazać, co mi się nie podobało. Generalnie całość wydała mi się zbyt jednostajna, choć oczywiście były urozmaicenia, ale odczułem je jako dodane na siłę (złota folia, ekspresyjna partia Parkins na samplerze) i nie przekonały mnie. Dobrze, że Mori czasem szukała też czegoś poza owadzimi dźwiękami na swoim laptopie. Choć to one dominowały, tak jak u Parkins serie powtarzanych motywów na harfie. Wizualizacje chyba nawet mi się podobały - dużo mocnych, psychodelicznych kolorów, czasem owady właśnie, jakiś okrąg.

Potem kakofoNIKT partyzancko w wejściu do pasażu Apollo, akustyczny występ, którego centrum stał się "performer" (tancerz? akrobata? coś w ten deseń...) wydający z siebie zwierzęce dźwięki. Może szkoda, że całość tak wokół niego się skoncentrowała, bo gdy on skończył, ludzie zaczęli klaskać, no i zespół, nawet gdyby nie chciał, to musiał przestać grać. Choć chyba chciał, a to tylko ja sobie myślę, że mogło być dłużej.

Następnie, z pewnym zasiedzeniem w Głośnej Samotności, do Eskulapa na obiecująco ochrzczoną imprezę: WTF? Is dubstep a techno? Odpowiedź na to pytanie nie padła, a ja przez to zasiedzenie przyszedłem dopiero na 2Krazy, który nie przypadł mi do gustu. Wydawało mi się, że nie w pełni kontroluje to, co gra, tutaj coś się źle zmiksowało, tam jakiś nagły wzrost głośności, już nie mówiąc o tym, że spadł mu laptop. Jak na niego zerkałem, to chyba ciągle miał niezadowoloną minę. Czasami, jakby sobie przypomniał, machał rękoma, że niby zachęcając "tłum" do żywszej reakcji.
Jakąś osłodą były wizualizacje, heh, brawa za miksowaniem hefalumpów.
Potem Ramadanman, który na początku zdecydowanie bardziej w kierunku techno (i miał jakieś cholernie nieprzyjemne brzmienie trebli ustawione, hm?), co niekoniecznie spodobało się publice - pod sceną było kilka osób. Z czasem trochę się polepszyło, Ramadanman coraz częściej na ziemiach dubstepowych, przyjemnie minimalnych, ale czasem też o wyraźnym posmaku jamajskim, wszystko mu się ładnie miksowało, dobrze szło. Gdzieś pod koniec "Strange fruit" Zomby'ego z grime'ową acapellą, też chyba jakiś Burial.
Ale frekwencyjnie to raczej słabo, już zeszłym razem, na Stenchmanie i Emalkay'u, zastanawiałem się, że w sumie nie ma za dużo ludzi, a teraz, to aż przykro było patrzeć. Jak grał Ramadanman, to w porywach może z 15 osób się ruszało do tego.

Wyszedłem, jak Miz przejmował od niego stery i spacerowałem do domu obserwując jaśniejące niebo. Jak byłem na świętym Marcinie, to nagle pogasły latarnie, dziwnie przez moment. A potem jeszcze, z okna w pokoju, załapałem się na pierwsze oznaki wschodu słońca, więc mogłem już spokojnie iść spać.

5/04/2009

Ballady i Romanse, Iva Bittova z Bang on a Can - Stary Browar, 24.03.2009

Ballady i Romanse
Ominąłem niedawny koncert Sióstr Wrońskich w poznańskiej Galerii Pies, tak więc Stary Browar zrobił mi miłą niespodzianką zapraszając je, by supportowały występ Ivy Bittovej z Bang on a Can. Trudno powiedzieć, żeby te dwa projekty miały wiele punktów stycznych (poza obecnością, ale już nie rolą, wokali i perkusji), co nie zmienia faktu, że pierwszy koncert zadziałał dobrze jako wprowadzenie dla gwiazd wieczoru.

Ballady i Romanse
Oczywiście można narzekać na kilka nierównych wejść albo na niezbyt pewne głosy Wrońskich, które czasem jeszcze w dodatku były przykrywane przez dźwięki basu i perkusji. Tak, to było nieco inne wcielenie Ballad i Romansów, które tutaj stawały się zespołem koncertowym, choć dziwnie to momentami wyglądało. Od perkusisty i basisty biło profesjonalizmem, ograniem, nie to, żeby Siostry były zagubione, ale momentami wyglądało to dziwnie, bo band dzielił się na dwie połowy: one koło siebie, a muzycy bardziej ze sobą. Trzeba im jednak oddać sprawiedliwość, że ten profesjonalizm, to nie pokazówka, byli świetnie zgrani i uważni. Może nadmiernie się czepiam, ale któraś z liderek mogłaby chociaż przedstawić zespół, choćby że "na basie gra Maciek" (mimo że 99% publiki nie miałoby pojęcia, kim ten "Maciek" może być), bo tak nie wiem, czy to kolejna postać BiR, czy dwójka muzyków została dołączona, żeby "było porządnie" na takim koncercie.
Ballady i Romanse
Jeśli chodzi o same piosenki, to jest coś tak perwersyjnie przyjemnego, coś czemu nie mogę się oprzeć w tym, że Wrońskie słodkimi głosikami wyśpiewują np. "będzie źle". Albo zwiewnie podawane "pomoc niemożliwa jest", które w niezrozumiały dla mnie sposób przywołuje koszmar pod tytułem "Moja i twoja nadzieja" i stawia przed nim krzywe zwierciadło. Generalnie chodzi o wykorzystanie formy piosenki, a jeszcze lepiej działa to przy stereotypie "piosenki kobiecej" i próba nadwyrężenia formy przez wsadzanie do niej ciężko mieszczących się w niej treści. Na przykład też użycie refrenu, który zwykle jest jakimś prostym przekazem, mającym dobrze zapaść w pamięć, do wkładania słuchaczom do głowy "negatywnych", "dołujących" haseł (i robienie tego z uśmiechem na ustach).

Jak na support przystało, BiR nie grało długo, pojawiły się dwie piosenki, których nie ma na płycie. Jedna z refrenem, że "to nie szatan zdobi człowieka, nawet jeśli urzeka", a druga z powtarzającym się kilka razy "wiem, że Bauman jest boski", gdy już podejrzewałem jakiś "warszawsko-studencki" gryps, Zuzanna Wrońska dorzuciła "mój mąż".
Chyba można uznać, że publiczności podobał się ten występ, bo wyklaskała zespół na bis.
Cossin, Bittova, Ziporyn
Chciałem napisać, że Bittova powróciła do Browaru po niedawnym występie, a tutaj...jak ten czas leci, tamten koncert był na początku listopada. Teraz czeska wokalistka pojawiła się na scenie z klarnecistą Evanem Ziporynem i perkusistą Davidem Cossinem, którzy współtworzą kolektyw Bang on a Can All-Stars.
Bittova, Ziporyn
Nawet jeśli czerpali z muzyki folkowej i twórczości Bartóka, to to czego nabrali, zanieśli daleko i nawodnili tym zupełnie inne tereny. Była w tym atmosfera etniczna, ale raczej odwołująca się do wyobrażeń, niż do konkretów (i nawet dobrze). Trudno było określić, czy raczej znajdujemy się na Bałkanach czy na Bliskim Wschodzie. Ten drugi posmak nadawał Cossin, który choć czasami grał zdecydowanie, to bardzo sensownie opanowywał moc perkusji, okrywając niektóre bębny kawałkami materiałów. To nadawało też dźwiękom specyficznego charakteru, we fragmentach bardziej nastawionych na kolorystykę używał miotełek (zarówno perkusyjnych jak i takich do czyszczenia woka).
Bittova, Ziporyn
W aurę bliższą Bałkanom wprowadzał klarnet Ziporyna, który z jego basowej odmiany dobywał pochmurne, lekko drapiące dźwięki, a także od czasu do czasu serie perkusyjnych zadęć oraz bardziej punktowe elementy stukając klapami i uderzając w instrument. Najbardziej Bartókowski może utwór został zagrany pod koniec koncertu - motoryczne, energetyczne frazy klarnetu i skrzypiec napędzały się nawzajem w powtórzeniach, a perkusja zdawała się raczej je podtrzymywać niż dominować.
David Cossin
Oprócz skrzypiec, po które Bittova czasami sięgała, w jednym utworze zagrała na kalimbie, a w innym na plastikowej piszczałce. No właśnie, tu zbliżamy się do problematycznego aspektu występu, którego piszczałka była jedynie ukoronowaniem. Chodzi o różne gesty dźwiękowe, w których liczy się bardziej efekt, a nie ich muzyczność. Dlaczego Bittova grała na tej piszczałce? Czy uważała jej właściwości dźwiękowe za tak ciekawe? Czy może po prostu chciała rozbawić publiczność (na marginesie: kurcze, czy to naprawdę jest nadal zabawne po pięciu minutach? panie w pierwszy rzędach wciąż się podśmiechiwały, więc chyba jednak tak). Ale, jak pisałem, ten mały instrument był tak naprawdę jednym z ostatnich elementów łańcucha. Wcześniej były posyłanie całusa, zakrzyknięcie z przytupem na koniec utworu i z lekka rechotliwy śmiech oraz te bełkotliwe, szybko mówione cienkim głosem partie mówione i udawanie dialogu. Bittova jako artystka tak doświadczona i obyta, z pewnością zdaje sobie sprawę z efektu takich chwytów, tym bardziej łatwość takiego "zdobywania publiczności" raziła mnie i nieco nawet żenowała. Nie jestem totalnie przeciwko teatralizowaniu występu i różnych dźwięków, jestem jedynie przeciwko robieniu tego zbyt często i zbyt prosto (sceniczna obecność i zachowanie Wrońskich też było jakoś wykoncypowane, ale na tyle subtelnie, że mogłem odpowiednio dużo sam dołożyć do tego).
Bittova, Ziporyn
No cóż, nie wszystko musi się wszystkim podobać, dla mnie te wybiegi Bittovej zepsuły nieco ogólne wrażenie (innym mankamentem był uprzyjemniający brzmienie pogłos). To nie zmienia jednak faktu, że trójka muzyków to świadomi (siebie, przestrzeni) artyści, że muzyka rodziła się między nimi w tym miejscu i w tym właśnie czasie, że ich umiejętności pozwalały im robić wszystko to, co podsuwała im ich wyobraźnia. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzą zapewne ucieszą się, że Czeszka za kilka miesięcy powróci do Poznania, by wystąpić na Ethno Porcie.
Cossin, Bittova, Ziporyn
(zdjęcia: sierus, ja trochę pokadrowałem, żeby coś było tutaj widać)

3/24/2009

"Kumple chcą, żebym z nimi zajmowała się studiami"

W przerwie między Balladami i Romansami a Ivą Bittovą z Bang on a Can zastanawiałem się, do którego portalu będę miał wysłać relację z tego koncertu - nowejmuzyki czy diapazonu? Mam dziwne poczucie, że do żadnego z nich nie będzie pasować i to nie ze względu na zestawienie dwóch zespołów. Na pewno nie dostrzegam wszystkiego, ale jeśli w polskim internecie nie widzę serwisu, gdzie relacja z tego koncertu by się *nadawała*, to chyba nie jest dobrze (z polskim internetem? czy ze mną? czy możesz powinienem zacząć zerkać w kierunku screenagers?). Nie żeby to była dla mnie najważniejsza muzyka na świecie, o której każdy musi chcieć czytać, tak tylko przemyśliwałem...

Porządna relacja nie teraz (ale później), ale chciałbym napisać, jak zachwyciły mnie teksty piosenek BiR, to znaczy znów, dziś bardziej. Ja przepraszam, ale lubię te opowieści, jak to poznawałem czyjąś muzykę, jak to się działo, więc nie mogę sobie oszczędzić tym razem. Najpierw zetknąłem się z jedną Siostrą Wrońską - Zuzanną i jej kawałkiem Tak naprawdę, który wydał mi się wtedy (i nadał wydaje; wolę tamtą wersję niż albumową) wspaniały. Wysłuchałem go w okolicznościach nietypowych, jadąc autokarem w daleką wycieczkę, trochę w nieznane, hej przygodo, co na pewno dołożyło się do tego wrażenia. Potem długo nic, a ten jeden utwór odbijał się w pamięci. I dalej: dużo tekstów piosenek w Lampie i znów kilka zachwytów, decyzja, że trzeba kupić płytę i lekki zawód. Myślałem, że jednak wolę czytać teksty niż ich słuchać, ale na koncercie było inaczej, bo jednak cała ta sytuacja jakoś ustawiła je w nowym kontekście.

Zważywszy na tak silną relacją z Tak naprawdę, nic dziwnego, że lekko zaszkliły mi się oczy, gdy pojawiła się ona na koncercie. Genialnym strzałem było też wrzucenie tych "studiów" (zamiast czego? go figure!), nie będę tłumaczył, dlaczego mnie to porusza, bo od tego są piosenki, żeby właśnie nie trzeba było tłumaczyć, żeby ujmowały pewne rzeczy w sposób, który nie ma racji bytu gdzie indziej, który jest nieprzekładalny właśnie.

Ach, też pomysłowość+prostota "nie szatan zdobi człowieka" (i dalej: "nawet gdy urzeka"), aż się zdziwiłem, że nie słyszałem tego wcześniej.

Chciałbym napisać, że czułem, że któraś piosenka była o mnie, bo to tak fajnie - identyfikować się z bohaterem stworzonym przez kogoś, ale niestety, co najwyżej wszystkie były w jakiejś cząstce o mnie. Miałem wrażenie, że po prostu utrafiły w mój nastrój, ale z drugiej strony - nie wiem, jaki mam nastrój.
Czuję, jakbym miał ich kilka. Lekkie przeczucie, że za dużo wszystkiego, że przesyt, ale nie widzę sensu (dla mnie) w akcji typu: zakopuję się pod kołdrę, nic nie robię, nie jadę, dajmy na to na CoCArt. Jedyne, co potrafię to ucieczka do przodu, karmienie się planami, rzucanie się na to, czego jeszcze nie ma, w nadziei, że może będzie lepsze niż to, co jest. Nadzieja może być, bo to potencjalne, więc można przypisywać temu jakieś cechy, chciane, których brakuje temu, co jest. A z drugiej strony zaprzestanie aktywności jest zbyt radykalne, zbyt przykuwa uwagę, jest kłopotliwe. Inny nastrój, stale obecny, mówi że jestem idiotą, który stara się zawsze patrzeć na wszystko od najciemniejszej strony.

Hm, ten bloguś nie przywykł do takiej porcji osobistych, bełkotliwych wynurzeń, miejmy nadzieję, że go to nie rozsadzi.

3/10/2009

Yo! I Killed Your God

(świetny tytuł płyty, zawartość też *godna*)

Marc Ribot zagrał 27ego lutego w Starym Browarze, relacja na diapazonie. Tymczasem kilka zdjęć, robił je sierus, a ja kadrowałem itp.






12/07/2008

Focus : Rezonans

Napisali:
Maciej Kaczmarski
z3ppelin
ja

Fotografował:
Sierus, dużo jego zdjęć pod relacją na nowejmuzyce, ale kilka nie weszło, więc wrzucę tutaj.



Robert Henke - to jest totalnie piękne zdjęcie!



Mouse on Mars - w tle pusta twarz wypełniana treścią



P/B/B - tym razem w układzie Anthony Pateras, David Brown, Sean Baxter.



"Masz drobne? Grosik wystarczy - muszę tylko ciut dopreparować" - czyli fortepian Paterasa

11/22/2008

Zero zero jeden

Nawet byłem trochę zaskoczony, że Knive mi się tak podobał. Bałem się, że to będą jakieś patetycznie mroczne drony i *pejzaże*, na szczęście nie (porównanie do Deathproda dla mnie nietrafione), nie jest całkowicie abstrakcyjnie, dźwięki otoczenia sugerują jakieś fragmenty narracji. Ciekawą recenzję znalazłem tu.

Słuchałem też nowego Daniela Paddena (Pause for the jet), dla mnie każda produkcja z kręgu Volcano the Bear, to powód do radości. Przez połączenie zagrywek cyrkowych i posępnej atmosfery kojarzył mi się z Harmoniami Werckmeistera Tarra albo Wieczorem kuglarzy Bergmana.

O proszę, i takie ładnie przejście do tematyki filmowej będzie...Widziałem 0_1_0 i nie podobał mi się. Nie przekonuje mnie ta mozaikowość, fragmentaryczność. W kilku przypadkach, to nawet nie są przeplatanie się wątków, ale osobne scenki. Ta z Peszkową na koniec daje może nową perspektywę, ale sprawia też wrażenie doczepionej.
Przez to, że dostaję tylko urywki historii nie jestem w stanie się przejąc, zresztą nie mam poczucia, że powinienem. Raczej czuję się, jakbym obserwował kolejne przypadki nieprzystosowania, odmienności, życiowych problemów: narkomania, zmiana płci, prostytucja. Takie jest życie, jasne jasne, ale - co z tego?

Niby są dwa punkty, wokół których krążą te opowieści: wypadek i forum internetowe. Są przebitki z kraksy (w czerwieni, migotliwe), która dotyczyła kilku z bohaterów.
Jak często w filmach - kompletnie sztucznie wypada sprawa komunikacji przez internet. Wydaje mi się, że to forum zostało dorzucone, żeby pokazać, że twórcy mają świadomość, że oto nastał XXI i przecież wszyscy używają komputerów.

Jest to element, który nic nie wnosi, ktoś pisze posty na forum, ale jakie to ma znaczenie, czym jest spowodowane - to w ogóle nikogo nie obchodzi. W efekcie cała ten pomysł z forum (które ma to samo logo i nazwę jak film, o łał ale meta-coś) jedynie zamazuje, zaśmieca film.

Podobnie motywem dorzuconym na siłę jest prezenter radiowy, którego głos pojawia się od czasu do czasu. Na początku podobało mi się, bo w pierwszych scenach jego mówiącego ze studia słychać też w otwartej przestrzeni. Ale potem - niewiele.

W ogóle końcówka z wypogodzeniem po burzy zupełnie nie ma sensu po takim pokawałkowanym filmie, jakby ktoś chciał udowodnić widzowi, że jednak obejmuje ten świat/historie jako całość.
Na aktorstwie się nie znam, ale jedynie Julia Kijowska jakoś mnie poruszyła.

Jak zwykle miałem problem z muzyką w filmie, w ogóle mam z tym kłopoty. Podobnie w Spotkaniach na krańcach świata, skąd pomysł, że skoro natura to od razu coś a'la chorał gregoriański. To jest wyobrażenie wzniosłości/powagi dla Europejczyka, nawet bym przecierpiał gdyby nie kicz pod koniec, gdy jakiś cerkiewny głos zaczyna wychwalać Pana. Ja bym z chęcią oglądał lodowe krajobrazy z dźwiękami np. Eliane Radigue, Sachiko M albo wspominanego Deathproda. Ale film poza tym wart obejrzenia.

Jednym z najlepszych rozwiązań w użyciu muzyki wydaje mi się Ukryte Haneke, gdzie jej po prostu nie ma. Ale ponad miesiąc temu widziałem Cure Kiyoshi Kurosawy, gdzie bardzo interesująca muzyka, zredukowana elektronika, dobrze poumieszczana, bo czasem wydaje się być rozwinięciem dźwięków istniejących, otacza je, wchłania. No i świetnie przysłużyła się atmosferze filmu, niejasnego niebezpieczeństwa, zacieśniającej się pętli, podskórnych przeczuć.

A wczoraj pierwszy dzień Focus 2: w odbiorze Marka Fella skutecznie przeszkadzało mi gadanie ludzi, którzy koniecznie chcieli, żeby inni wiedzieli, że im się nie podoba. Falujące nawarstwienia skontrapunktowane klarownymi rytmami w wykonaniu Philipa Jecka przyjemnie kołysały. Przed koncertem przeprowadziłem z nim krótki wywiad, zapadło mi w pamięc, jak porównał zadrapania i inne uszkodzenia winyla, które się na nim zbierają, nagromadzają do patyny. Na koniec zagrali Anthony Pateras, Dave Brown i Sean Baxter - wysoce energetyczna improwizacja, w której skutecznie dewastowali przyzwyczajenia odnośnie określonego brzmienia instrumentu.

Ciekawe, co sobie myślał Robert Henke (jeśli to rzeczywiście był on)?
Na dziś mam tylko nadzieję, że nie będzie krzesełek na Mouse On Mars.

A tymczasem nadeszła zima (panie sierżancie). No właśnie, ostatnio odkryłem, że mam Kino Polska, sprawdzę, czy jest coś ciekawego.

7/25/2008

Odgrzewane kotlety: relacja z Focus:One

Ten blog nie służy do komentowania spraw na gorąco, nic się chyba nie stanie, jeśli zamieszczę relację z festiwalu odbywającego się w maju. (Trochę czekałem, bo myślałem, że może jednak zostanie opublikowana na nowejmuzyce, ale już chyba czas porzucić tą nadzieję.)

Dwa dni – cztery solowe koncerty. Dwie "gwiazdy", dwóch muzyków o polskich korzeniach, dwa występy, którym towarzyszyły wizualizacje, dwójka po raz pierwszy w Polsce, dwóch używających gitary, wszyscy czterej (w jakimś stopniu przynajmniej) – laptopa. (czy współczesna muzyka elektroniczna należy do tego urządzenia?)

Dla mnie – dwa koncerty niezbyt ciekawe, jeden całkiem całkiem, jeden bardzo dobry.


Festiwal rozpoczął Klimek, który zaprezentował program "Movies is magic". Na czarnym tle ukazuje się napis i mówi do nas Slavoj Žižek (zapewne ze Zboczonej historii kina, z jego siermiężnego inglisza udaje mi się wyłapać coś a'la "music is always a trap"). Wizualizacje były ciekawe, nie jakieś widoczki urocze, ani czysta abstrakcja geometryczna. Raczej jakby drugie wynikające z pierwszego, bardzo wolne zmiany, spokój, nasycone barwy, trochę kalejdoskopowych przetworzeń.
Dźwiękowo nie zawsze mi się podobało, chwilami syntetyczność, która udawała brzmienia instrumentów (smyczkowe orkiestrowe rozlewiska) była tak miękko-ładna, wypolerowana, że nie mogłem wytrzymać. Fajne było topienie dźwięków w pogłosie, ale nie takim dubowym lekkim pływie, tylko w zawiesinie. W jednym utworze (nie były one grane osobno, przechodziły w siebie, ale łatwo da się wydzielić kolejne) pojawiły się brzmienia jakiegoś arabskiego instrumentu strunowego, chyba tego samego co w kawałku "For Said Murad & Mazen Kerbaj" z albumu Dedications.



Najlepiej było, gdy przed końcem zrobiło się mrocznie (żartem można się pozastanawiać, czy Klimek słucha dubstepu? i wyciąga z niego specyficzne wnioski?) Oczywiście skojarzenia z tym gatunkiem bardzo odległe, bo tutaj bez np. wzmocnionych dołów, ale redukcja materiału jak z ostatnich dokonań szkoły brytyjskiej, dawkowane uderzenia, stopniowo dochodzące wokół tego dźwięki, zapętlające się. I jeszcze skrawki głosu, mi kojarzące się (oczywiście) ze SpaceApe'm.
Pamiętam taki moment, gdzie dźwięk, który się narodził jako echo jednego uderzenia, potem sam stał się trwałym elementem, wokół którego krążyły inne. Szkoda, że potem wrócił do wcześniej prezentowanej stylistyki, z jakimś mocno przetworzonym pianinem, choć nie była to kraina łagodności, to jednak gryzła się z tym, co przed chwilą się zdarzyło.



Następnie ten, dla którego wielu (jak można było wysłyszeć z rozmów publiczności) tego wieczora odwiedziło Stary Browar – Fennesz. Stanął z beznamiętnym wyrazem twarzy za stoliczkiem z mikserem i laptopem, założył gitarę i, jak na prawdziwego rockersa przystało, postawił piwo w zasięgu.
Jakiś czas temu nawet zachwyciłem się odświeżoną wersją Hotel Paral.lel i podczas koncertu zastanawiałem się, czy skoro Austriak musi zapuszczać się w przeszłość, to czemu nie może cofnąć się do tego albumu, ale koniecznie do Endless Summer. Oczywiście, poza tym, że to ta płyta uczyniła go cenionym i uwielbianym.
Fennesz dużo grał na gitarze, dźwięki z laptopa były tłem albo podstawą (czasem czyste, czasem szumowe). Szkoda, że instrument przez większość czasu brzmiał tak samo: kaskady drucianych, metalicznych brzdęków (rzecz jasna "brzdęki" inne niż ulicznego grajka) wpadały na siebie, krusząc się. Ja nie potrafię się w tym rozpłynąć niestety, nie odnajduję zbyt wiele ciekawego, co z tego że było głośno – każdy może być głośny, ale to musi czemuś służyć.



Jeden fragment, który mi się podobał, to gdy kilka warstw i rodzajów szumów stworzyło całkiem interesującą masę, nie żeby jakiś noise, ale trochę pazura w tym było. Jednak Fennesz bez ceregieli wprowadził na to, wyciszając, znów jakiś ładny prosty dźwięk. I znów były przygrywki (a nawet trochę sampli akustycznej gitarki).

Drugi dzień rozpoczął David Toop, znany chyba bardziej jako dziennikarz i autor książek o współczesnej muzyce. Człowiek bardzo zasłużony dla brytyjskiej muzyki poszukującej (polecam album Voila Enough! projektu Alterations), współpracował m.in.(bardzo "między innymi") z Brianem Eno, Maxem Eastley'em, Evanem Parkerem, Bobem Cobbingiem, Ivorem Cutlerem.



W Poznaniu grał używając gitary, laptopa, fletu poprzecznego oraz bambusowego instrumentu (trochę przypominającego koudi). Gitara leżała na stole, Toop traktował ją jako generator dźwięków - przykładał do niej e-bow (choć pod koniec dotykał też pojedynczych strun palcami). Zwykle pozostawiał go na dłużej w jednym miejscu, co najwyżej podgłaśniał sygnał i w ten sposób modulował dźwięk. To umożliwiało wejście w dany dźwięk, mi kilka razy zdarzyło się odpłynąć podczas tego koncertu. Potem grał na owym bambusowym instrumencie, delikatnie dmuchał w jego otwór, te odgłosy kojarzyły mi się z płytą Bechira Saade i Clive'a Bella An account of my hut, w zasadzie na równi było słychać jego oddech i samą czynność, jak i dźwięk instrumentu. W dalszej części koncertu pojawiły się puszczane z laptopa nagrania: jakby ktoś blisko mikrofonu poruszał kawałkiem papieru, przestawiał bądź przesuwał jakieś małe przedmioty. To sprawiło, że także odgłosy ze strony publiki, odległe kroki, uderzenie kapsla o podłogę, wkomponowały się w to, co stworzył Toop, jakby istniały tu na równych prawach.



Ten występ ujął mnie delikatnością (już sam fakt, jak cichy był), niemal intymnością, rozwagą w używaniu dźwięku, redukowaniem materiału do tego stopnia, że wszystko wydawało się na swoim miejscu i wszystko miało swoje znaczenie dla całości. A jednocześnie pomysłowość w dobraniu, zestawieniu źródeł/narzędzi, która przypuszczalnie, w rękach innego artysty, mogłaby dać w efekcie newage'owy relaksacyjny gniot.


Basinskiego
mogę doceniać, szanować itd., ale jego twórczość niestety mnie nie przekonuje. Może być fajnym, kontaktowym, dowcipnym facetem, ale jego melancholia nie nie jest moją melancholią, nie bardzo mnie poruszył jego występ. Trochę tak, jak w przypadku Fennesza, coś mnie omija, ale nie przeskoczę tego, gdyż to chyba wina różnic w charakterze, wrażliwości.



Basinski najpierw zagrał półgodzinny utwór (nawet jeśli odtwarzał materiał bazowy z ipoda, to czy to takie straszne?), któremu towarzyszył film Jamesa Elaine – drzewa odbijające się w wodzie. Gdy skończył, zapytał, czy już wystarczy, czy chcemy jeszcze. Większość czuła niedosyt i wybrała drugą opcję, dostaliśmy krótki kawałek, z subtelnymi nagraniami terenowymi (zamykane drzwi pociągu?). Basinski dał do zrozumienia, że to już koniec, ale gdy publiczność nie przestawała klaskać, zaproponował krótki film Melancholia, a sam złapał trzy tyskie i udał się za scenę.



Focus: One miał być momentem podsumowania cyklu koncertowego w Starym Browarze, gdzie wystąpiły takie postacie jak na przykład: Jan Jelinek, Fred Frith, Islaja, Vladislav Delay, Oval. Organizatorzy stale podnoszą sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę zapraszanych muzyków, tak więc na przyszłość należy spodziewać się wszystkiego najlepszego.

[zdjęcia napstrykał sierus, na każde można kliknąć i zobaczyć większą wersję]