4/10/2018
Poznańska Wiosna Muzyczna 2018
9/25/2009
Warszawska Jesień 2009: czasem płynie, czasem kopnie
Koncert rozpoczął się od pewniaka 4 Dédicaces Luciano Berio, czyli czterech oddzielnych miniatur napisanych pomiędzy 1978 a 1989. Każda z nich po kolei ma coraz większy wykop, zwłaszcza przez rwące dęciaki, trzecia jest chyba najpełniejsza, a ostatnia najbardziej wali pojedynczymi ciosami.
Nie do końca przekonał mnie Koncert skrzypcowy nr 2 Hanny Kulenty. Zaczął się intrygująco, prawie że rzewnie, ale było to jakoś ostudzone, jakby na chłodno obserwowane, wyabstrahowane. Z początku dziwiło mnie umieszczenie tego utworu po Berio, bo był zupełnie inny. Ale wzrastająca obecność perkusyjnych jakoś je powiązała. Uśmiechnąłem się, gdy przeczytałem w komentarzu, że "Inaczej niż w klasycznych koncertach, trzy części utworu wtapiają się niepostrzeżenie jedna w drugą." Dla mnie właśnie ten utwór był niespójny, niezrozumiała była dla mnie funkcja środkowego solo, granego z przerwami, przez to jakby niepewnego, zagubionego. Gdzie indziej skrzypek dostawał kąski niemal wirtuozowskie, romantyczne, dla mnie odstające wobec reszty. Podobnie jak fragment ze strasznie zużytym chwytem - smyczkową gonitwą, tak bliską konwencji, że wypraną z emocji.
Po przerwie, gdy część fanów Kulenty chyba nie powróciła, zabrzmiało zamówienie WJ, .aÁmiper Aleksandry Gryki. Jak stwierdził Paweł: przedstawienie trąbki. No właśnie, było tak: oto jest trąbka, to można na niej zagrać, mam jeszcze do niej cztery tłumiki, no i też przepuścimy ją sobie przez komputer, to zabrzmi tak. Zespół (z 20 osób?) też był, ale nie pamiętam nic szczególnego, było kilka lepszych momentów nasyconego brzmienia.
Podobnie jak poprzedniego dnia z Xenakisem, po Dead City Radio. Audiodrome Fausto Romitellego też wiedziałem, dlaczego klaszczę. Nareszcie jakieś dzieło! (a tytuł łączy je z albumem Williama S. Burroughsa).
Muzyka, w której pojedyncze silne kolory giną w roztaczającej się wokół czerni (niektóre są jak podniszczone neony, których części migają własnym rytmem, inne to fajerwerki i pozostające po nich smugi). Muzyka złowieszcza, to może zbyt łatwe skojarzenie, bo autor już nie żyje (no i jest tytuł), ale dla mnie stykająca się ze śmiercią. Kojarzyła mi się też z filmem Kairo Kiyoshi Kurosawy, zwłaszcza przez te zniekształcone (megafonami) głosy, które tam były nawiązaniem kontaktu między światem umarłych a żywych. Głosy są na początku szmerowe, lekko zaznaczone, a pod koniec powracają wyraźniej i da się wyłapać "lost". Jak u Kurosawy niektóre elementy pozostają niewyjaśnione, w zawieszeniu, tak tutaj jest z samym zakończeniem, jakiś dźwięk elektroniczny - próba połączenia? zerwanie transmisji?
Zapadła mi też w pamięć złowroga rytmiczność małych dzwonków, potem odbita w rozchwianych, nachodzących na siebie, dzwonach rurowych. Punkty wraz z oddalaniem zaczynają być bardziej fakturą, rozmywają się.
Po tym już tak naprawdę nie potrzebowałem więcej muzyki, dlatego może nie do końca doszło do mnie Iris Pera Nørgårda. Podobało mi się to oddalenie, zamazanie na początku, nawet lekki flet, ale zakłopotało nagłe zakończenie.
9/01/2009
Ostrava Days 2009: Berio, Xenakis, Grisey, Ustwolskaja, Winter, Eckhardt, Epstein, Sarsfield, Imai, Tsurumoto, Sharp
A teraz coś z trochę innej beczki: koncert w kościele. Temat katechezy: głosy i instrumenty. Najwięcej do powiedzenia miał zespół Canticum Ostrava, udzielali się muzycy z Ostravskiej Bandy i inni zaproszeni.
Zanim jednak o muzyce to trochę o tym, co oprócz niej: o publiczności. Oczywiście każdy słuchacz więcej to skarb, cieszymy się bardzo, bla bla bla. Ale może - do cholery - warto przed wybraniem się na koncert poćwiczyć w domu siedzenie na nienajwygodniejszym krześle (bo i takie może się trafić) bez znaczniejszych ruchów przez 10 minut, najlepiej przy nienajłatwiejszych dźwiękach (bo i takie...). Na innych koncertach siedzenia były wygodne, ale tutaj (co było baaardzo złym pomysłem) dano drewniane krzesełka, które robiły sporo hałasu. Okazuje się też - po dwakroć - że Polska nie jest jedynym krajem, gdzie publiczności należy przypomnieć o wyłączeniu telefonów komórkowych i nie robieniu zdjęć podczas cichych utworów/momentów. Także - po trzykroć - byłoby sporo sensu w niewpuszczaniu ludzi podczas utworów, zwłaszcza przez te wielkie drewniane drzwi na zawiasach. No i - po trzykroć plus jeden - gaworzące dzieci nie są najlepszymi słuchaczami, ani kompania w słuchaniu.
To wszystko nie pomagało muzyce, która wymagała skupienia, a koncert jako całość był zbyt długi, utwory nierówne.
Symphony No. 4, Prayer (1985-87) Galiny Ustwolskaj(ej/i ?) było całkiem ciekawe, choć może oparte na zbyt prostej rytmice, a odwoływało się (bez wysilania się) do tradycji prawosławnej.
Jednym z lepszych momentów wieczoru było recitation, code, and (perhaps) round (2009) Michaela Wintera: wokaliści rozstawieni przed, wśród i wokół publiki, chyba prawie wcale nie zdarzyły się momenty, żeby śpiewali wszyscy razem. Najczęściej po dwóch-trzech, pojedyncze wyrazy lub nawet sylaby. Piękny klimat skupienia, ale dodatkowe brawa za przełamanie tego elementem ludycznym - stukaniem w garnki, który pokazał drugie oblicze religijności.
Niezbyt przekonała mnie Sequenza III (1966) Beria wykonana przez Katalinę Károlyi, początek wydał mi się zbyt pospieszny, całość zbyt śliska. Choć może to wynikało z mojego nieskupienia, które wynikało z omawianych na początku niedogodności.
Chwila odpoczynku od głosu: kontrabasista John Eckhardt gra fragmenty ze swojego albumu Xylobiont. Drapieżny początek, niemal zwierzęcy, aż przypominają się bardziej porysowane drony Daniela Menche'a. Trzeba przyznać, że pogłos przestrzeni pomagał tej (zresztą nie tylko) muzyce. Chwilami brzmiało to jak nietypowe zagrania na instrumentach dętych, co przywoływało na myśl ten utwór. Pod koniec trochę drobnych dźwięków, szarpanych, jakby Olaf Rupp. Jakkolwiek bardzo mi się to podobało, to jednak nie do końca trafiony był pomysł grania części z albumu, bo nie uzyskało to jakiejś mocnej formy. Ale oklaski dostał spore, tak że nawet przełamał kamień swojej twarzy i uśmiechnął się.
Ach ci współcześni kompozytorzy, już nie wiedzą, co wymyślać, wszystko już było, a oni muszą jeszcze. Na przykład zatytułują sobie kawałek Solo for Large Ensemble (2008-09). Tak zrobiła Nomi Epstein i wyszła jej muzyka ciemna, odpływająca, gdyby miała coś z pogrzebem w nazwie, to wcale bym się nie zdziwił, bo była chwilami wręcz żałobna. Inna rzecz, nie wiem, czy to wina wykonawców, czy tak było w partyturze, ale chwilami utwór jakby dygotał, był (zbyt?) rozchwiany, uciekał percepcji (choć to zarazem intrygowało).
Na koniec pierwszej części, zupełnie zbędna, biorąc pod uwagę długość całego koncertu, Symphony No. 4 Ustwolskaj(ej/i ?) w instrumentacji Marka Bowden, który pojechał patosem po bandzie, dołożył tuby i puzony do trąbki, a do gongu - bęben.
Zupełnie wyparował mi z pamięci Repeat that, repeat (2009) Donala Sarsfielda. Za to na długo pozostanie À Hélène (1977) Xenakisa, znów zrobiło się greckokatolicko. Muzyka była niezwykła, zachwycająca, ale może wolałbym żeby wykonawcy nieco bardziej dociążyli dźwięki, osadzili je, uczynili masywniejszymi, bo w niektórych fragmentach robiło się zbyt ulotnie.
Zakulisowa informacja: w kompozycji Chikage Imai Vectorial Projection II - turning of the wheel (2007) na klarnet basowy i akordeon na tym pierwszym miał grać Jacques Dubois. Jednak nie sprostał nutkom i musiał zastąpić go Theo Nabicht na kontrabasowym. Wyszło bardzo dobrze, znów pomogła przestrzeń, klarnet wychyla się zza akordeonu, ostrożnie, potem gdy przyszedł czas na bardziej zdecydowane ruchy, to trochę zabrakło odwagi. Akordeon unosi swoim wydechem klarnet, zupełne rozejście gdy ten drugi brumi i warczy, bo pierwszy wyciąga się ku najwyższym tonom. Klimat trochę jak na ...de las piedras.
Znów Nabicht - Anubis / Nout (1983) Grisey'a - czy kompozytor słuchał industrialu? Bo pierwsza część taka maszynowa, serie dźwięków, które nieco jak didgeridoo. W drugiej smugi z pyłu oddechowych szmerów.
Kolejny przedstawiciel Japonii: Hiroki Tsurumoto i light blue (2007), w którym przed delikatnym, prostym fortepianem rozciągał woal chóru. Wyciszająca atmosfera, choć zaledwie migawka. Gdyby trwało tyle co Ajapajapam Rytisa Mažulisa, to byłaby szansa na osiągnięcie lżejszej wersji odlotu, którą ten przynosi.
Z cyklu do trzech razy sztuka: OVOXXOVO (2009) Elliotta Sharpa. Ot, takie nic, ale nie bolało.
