Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbigniew karkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbigniew karkowski. Pokaż wszystkie posty

9/24/2018

(trzy dni z) Sacrum Profanum 2018

„Nie chcę takiego nudnego koncertu!” - zawodzi żaląc się tacie na oko pięcioletni chłopiec po kilku minutach „Aeolian”, wspólnego dzieła Mai S.K. Ratkje i Kathy Hinde, prezentowanego na Sacrum Profanum właśnie z myślą o dzieciach. Był to jeden z tych elementów programu, w którym najmocniej rozjeżdżała się harmonia między treścią a formą, czy też kontekstem.

Dzięki dziecięcej przenikliwości można było ponownie sobie uświadomić, jak wiele zależy od umiejętnego jego zbudowania. W międzyczasie zastanawiając się, dlaczego coś, co według organizatorów „z pewnością przykuje uwagę również młodych słuchaczy” może jednak nie zadziałać. Oczywiście część dzieci była zainteresowana dźwiękami granymi przez Andreasa Borregaarda i Red Note Ensemble, a jeszcze bardziej nietypowymi instrumentami zaprojektowanymi przez Hinde. Kolorowe konstrukcje o dziwnych kształtach stały na podłodze wokół muzyków, pozornie nie było podziału na scenę i widownię, jednak przed wejściem zostaliśmy poinformowani przez obsługę, że te instrumenty tylko wyglądają jak zabawki, ale są delikatne i nie wolno ich dotykać, ani między nimi chodzić. Rodzice mieli więc pilnować swoich pociech tak, aby wystarczyło im lizanie lizaka przez szybę. Aktywności dzieci były dla mnie nieraz ciekawsze niż muzyków, wręcz kuriozalnie zrobiło się, gdy jeden z nich rozsypał kulki, po które młodzi słuchacze się rzucili, co wywołało popłoch obsługi. Twórców usprawiedliwia fakt, że dzieło nie powstawało z myślą o dzieciach, ale przecież tym bardziej należało przemyśleć jego umiejętne przeniesienie w nową sytuację. A tak ucierpiała na tym muzyka, na pewno nie nudna, ale zbyt fragmentaryczna i efemeryczna, coś tylko zarysowująca, by zaraz to porzucić.

To wydarzenie od innej strony naświetliło moje rozważania z dnia poprzedniego. Zirytowany efekciarstwem GGR Betong umacniałem się w przekonaniu, że nie ma muzyki po prostu, samej w sobie, a już na pewno nie na festiwalu. Występ szwedzkiej noise chamber orchestra, która powstała z chęci upamiętnienia Zbigniewa Karkowskiego, sięgał po bardzo tani chwyt – erupcjom głośnych dźwięków towarzyszyły oślepiające światła. Coś, co mogłoby się sprawdzić w przestrzeni klubowej, w sytuacji usadzenia (unieruchomienia) publiczności na krzesełkach w bezpiecznym odstępie od grających, wypadało bardziej jak próby epatowania burżuja. No i znów, traciła na tym muzyka, bo słuchane z zamkniętymi oczami „Below the Demarcation” Tetsuo Furudate potrafiło wciągnąć wirującą otchłannością. Dobrze wypadło też „The Great Silence” Lasse Marhauga, gdzie vuvuzele były użyte na szczęście nie dla efektu – przerodziły się w trąby jerychońskie i weszły w intrygującą relację z elektroniką. Raczej wyjątkowo, bo właśnie współistnienie elementów akustycznych i elektronicznych było tutaj często problematyczne, zwłaszcza jeśli chodzi o głos. W utworach Liny Järnegard i Ruty Vitauskaite wpadał on nawet w pewną szablonowość „nowej muzyki” - mnóstwo urywanych dźwięków, w tym nieartykułowanych, może cząstek słów, zająknięć, odchrząknięć. Taka zamierzona bełkotliwość, która niestety byłaby też najlepszym podsumowaniem całego koncertu. Największym jego walorem było przypomnienie o innej twarzy Pauline Oliveros, której zaskakująco hałaśliwy utwór otworzył całość.

Muzyka na festiwalu nie istnieje po prostu, nie tylko dlatego, że jest przez kogoś wybrana, ale też dlatego, że jest jakoś opakowana. Choćby opisem, na Sacrum Profanum hasłami, jakby tagami (i tak dobrze, że nie hasztagami): NPDLGŁŚĆ, EMNCPCJ, WLNŚĆ, FNTZMT (bez samogłosek, bo jak czytamy: „Zastanawiamy się, w jakim stopniu możemy się cieszyć pełnią idei reprezentowanych przez te hasła.”). Niektórych raziło silne odwoływanie się do stulecia niepodległości, zarzucali oportunizm, ale generalnie, jak na festiwalowe motywy przewodnie, to były one sprawnie wytłumaczone i przełożone na decyzje programowe. Nie rozumiem natomiast, po co zastosowano skalę trudności do oznaczenia konkretnych wydarzeń – od jednego do trzech znaków V („dla początkujących”, „dla zajawionych”, „dla wtajemniczonych”). Nie dość, że było to bardzo subiektywne, to mogło jeszcze stworzyć niepotrzebne bariery. Na festiwalu byłem tylko od piątku do niedzieli, więc nie mogę oceniać całości, ale próbuję też spojrzeć na niego bardziej ogólnie oraz, wiadomo, w kontekście. Sacrum Profanum u zarania było bliżej Warszawskiej Jesieni, dostrzegano nawet chęć konkurowania, a ostatnio pod wodzą Krzysztofa Pietraszewskiego odwołuje się do tego, co u nas wprowadzała Musica Genera i zbliża się nieco do Unsoundu (choć też dlatego, że ten festiwal chętniej zerka ku współczesnej kompozycji i improwizacji). Jednak nie ma tu aż takiej różnorodności jak na Unsoundzie, którego wyznacznikiem jest eklektyzm i po którym właśnie spodziewamy się wszystkiego. Z Sacrum Profanum mam ten problem, że nie słyszę wyraźnie, co ten festiwal chce mi powiedzieć.

Dochodzi do mnie wciąż odbijające się echo przekonania, że nazwiska jednak grają, stąd pomysł, żeby zaprosić na przykład Petera Brötzmanna, Musikfabrik czy Arditti Quartet. Do wielkich fanów tego pierwszego nigdy nie należałem, więc nic dziwnego, że jego występ na koniec długiego koncertu w utworze Michaela Wertmüllera zupełnie mnie nie poruszył. Jako że kompozycja była ostatnia, dłużyła się jeszcze bardziej, Brötzmann grał monotonnie, bez różnicowania dynamiki, a idiom free-jazzowy zupełnie nie służył Musikfabrik. Zresztą to zapowiadał już wcześniejszy utwór Anthony'ego Braxtona, w którym instrumentaliści improwizowali bez pomysłu. Zaczęło się też nie najlepiej – od kompozycji solowych i kameralnych, które ginęły w wielkiej sali ICE. Jasne, że z wielu względów dobrze jest mieć taką bazę, ale może festiwal zbyt się umościł w tej przestrzeni, która, jak ktoś żartobliwie zauważył, przypomina salon sprzedaży luksusowych samochodów. Czy gdyby chciano spróbować z wyjątkowymi lokalizacjami, to narażono by się na zarzut zrzynania od Unsoundu? Może jednak byłoby warto zaryzykować... A tak „Fury” Rebeki Saunders, które we właściwych warunkach i rękach wypada wspaniale (jak udowodnił Mateusz Loska na Poznańskiej Wiośnie Muzycznej [link]), tutaj zupełnie nie przekonało. W oddali majaczyły sylwetki wykonawców, tak też rozpływały się formalne kontury wykonywanych przez nich przegadanych utworów Lizy Lim i Johna Zorna. Bardzo dobrze był widoczny wiolonczelista grający kompozycję Michaela Beila, bo zwielokrotniony przez projekcję i eksponowany w stopklatkach. Beil sięgnął po inny tani chwyt – żart z konwencji, który był nie tylko łatwy, ale też uwalniał odbiorcę od wysiłku wyciągania wniosków.

Śmieszkowania było też trochę na koncercie Spółdzielni Muzycznej. W końcu udało się przedstawić program, z którego najpierw zrezygnowała ze względów finansowych Musica Polonica Nova a potem nie doszedł do skutku na Survivalu (akcja crowdfoundingowa nie przyniosła potrzebnych środków). Jak zauważył założyciel zespołu Krzysztof Stefański, jest to wręcz ironiczne, bo wykonywane utwory miały tematyzować kwestię pieniędzy. Dobrze, że zostało to podkreślone, bo w nich samych trudno byłoby się tego doszukać. Komentarz Stefańskiego, w formie typowej powerpointowej prezentacji był w ogóle jednym z lepszych elementów tego wydarzenia. Może szkoda, że został umieszczony na końcu, bo mógł być dozowany między kompozycjami, informacje tam przedstawione (wyliczenia, konkretne kwoty) wiele uzmysławiały. Ale czas między kolejnymi dziełami był zarezerwowany dla sponsorów – kilka razy puszczano spoty podmiotów faktycznie finansujących SP, zresztą leciały one też przed rozpoczęciem koncertu. Było więc sporo czasu na zastanowienie się nad przesłaniami, które w nas sączyły (prym wiodło wspieranie kultury) oraz ich formami (tu głównie tandetny windziany dżezik). Miejmy nadzieję, że sponsorzy mają poczucie humoru i ten sprytny trolling nie odbije się na festiwalu. Bo to, że nie istnieje on po prostu uzmysławia dobitnie wypełnianie ankiety, o co nagabują („będzie pan grzeczny?”) panie wysłane przez Krakowskie Biuro Festiwalowe. Jakim kultura jest produktem - rozważam starając się jak najdokładniej odpowiedzieć na pytanie, ile wydałem podczas tego pobytu w Krakowie (trudne) i czy zajmuję stanowisko kierownicze (łatwe). Ale, ale – skupmy się na muzyce, jak to ostatnio radzą mądrzy. Z tej rady chyba skorzystała Teoniki Rożynek, której utwór jako jedyny nie miał komponentu wizualnego. Bo też takiego wsparcia jej dźwięki wcale nie potrzebowały. Utwór zwarty, na swój sposób skromny, ale też zdecydowany, oparty na nieoczywistej motoryce oraz ciekawych splotach instrumentów i elektroniki, która sama w sobie była udana (co wciąż jest u nas rzadkością). Warstwa elektroniczna była też istotna u Marty Śniady, choć tutaj zbyt kojarzyła mi się z Sensate Focus – podobne były barwy plam oraz nieregularne bity. Ale i tak bardziej pochłaniało czytanie ciągle zmieniających się tekstów, które przykładały język reklamy do świata sztuki. Tu przesłanie było jasne, natomiast Mikołaj Laskowski chciał raczej wprawiać w zakłopotanie, a wypadł pseudo-radykalnie. Muzycy grali na scenie, ale jednocześnie oglądaliśmy projekcję, która pokazywała ich klaszczących i wiwatujących, a przerysowany entuzjazm podkreślało jeszcze odtworzenie w zwolnionym tempie. Na koniec ci realni złowrogo wpatrywali się w publiczność. Ale, jak można było się spodziewać, nic z tego nie wynikło, do żadnego przekroczenia nie doszło, nikt nie przełamał konwencji, odbiorcy grzecznie przystąpili do aplauzu.

W zupełnie innej sytuacji, ale jednak jakoś igrał z przyzwyczajeniami „The Otheroom” z muzyką Rolfa Wallina oraz choreografią Heine Avdala i Yukiko Shinozaki. Dzięki ruchomym podestom z instrumentalistami oraz pomysłowej scenografii (wielka kurtyna z balonami) przestrzeń występu wciąż się transformowała, publiczność musiała się przemieszczać, a ilość zdarzeń odciągała uwagę od wtórności muzyki. Nic wielkiego, ale miało to swój urok.

Nie można go też odmówić „The Shape of Jazz to Come”, rewizji gatunku, jakiej podjął się zeitkratzer z towarzyszeniem Mariam Wallentin. Był to najlepszy projekt zainicjowany przez festiwal, przemyślany, spójny, a do tego mistrzowsko wyegzekwowany. Po zespole prowadzonym przez Reinholda Friedla zawsze oczekuję odświeżającego podejścia do kanonów muzycznych, pomysłów tyleż zaskakujących, co solidnie umotywowanych. Tak było i tym razem, gdy przyjrzeli się spuściźnie jazzu pod kątem pomijanych przez kronikarzy postaci kobiet (Lil Hardin Armstrong, Geri Allen, Mary Lou Williams, Sweet Emma Barrett). Było to więc wykonawstwo historycznie poinformowane, ale jeśli chodzi o estetykę, to sięgające ku tradycji, jednak tylko by wziąć budulec i obrobić go po swojemu. Nie zaszło żadne szarganie świętości takich jak „Strange Fruit” czy „My Funny Valentine”, ale ukazanie ich innego oblicza. Gdybałem, jak mógłby zadziałać ten koncert w Alchemii, jednak w ICE oświetleniowcy i saksofonista Hayden Chisholm w roli konferansjera, też postarali się, żebyśmy poczuli się przynajmniej trochę jak w jazzowym klubie.

Na zamówioną przez SP operę „ahat ilī – Siostra bogów”, podsuwaną nam jako „kulminacyjne wydarzenie tegorocznej edycji”, też trudno nie patrzeć w kontekście. Choćby wyścigu zbrojeń uprawianego przez festiwale, które konkurują zamówieniami Wielkich Dzieł u Ważnych Twórców. Trochę mi nawet nieswojo, jako miłośnikowi pisarstwa Olgi Tokarczuk, tak się do sprawy odnosić, ale jednak w zwróceniu się do niej o libretto wyczuwam myślenie marketingowe. Podobnie z decyzją o tym by większość tekstu była po angielsku. Niby dzięki temu mamy od razu towar eksportowy, ale jeśli do transakcji miałoby faktycznie dojść, to należałoby zoptymalizować artykulację, zwłaszcza u Urszuli Krygier. Jeśli wziąć pod uwagę istotne dla festiwalu perspektywy, czyli historyczną i finansową, to aż ciśnie się na usta pytanie, czy nie lepiej byłoby sięgnąć do obfitego zbioru już istniejących oper, uznanych na świecie, a w Polsce wciąż nie wystawianych, zwłaszcza takich, na które teatry nie mogą sobie pozwolić.


11/26/2011

spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (wydanie netlabelowe)

Zbigniew Karkowski / Julien Ottavi Argosh (ściągnij) Kolejne ujawnienie jednego z moich "małych mistrzów", bardzo godne uwagi. Żeby było jasne: mam na myśli Ottaviego. Oczywiście, jak zobaczycie, że ma stronę noiser.org, to możecie sobie pomyśleć "arogancki żabojad", ale w jego przypadku to nie przechwałki. Pamiętam (niezbyt dokładnie), że kiedyś rozmawialiśmy z Patrykiem, o interesujących nas impulsach, czy tendencjach, jakie docierają do nas ze strony *muzyki noise'owej* i Patryk rzucił hasło "świadomy noise". Nie przystąpiliśmy do jego dokładnego zdefiniowania wtedy, ale myślę, że nadawałoby się do opisania tego albumu. Panowie mogą wiele, ale wiedzą też, że nie muszą wszystkiego. Ze zgromadzonego arsenału korzystają powściągliwie, właśnie - świadomie. Wyjątkami bywają końcówki utworów, w których czasami (najbardziej w pierwszym) jakby zaczynało im się spieszyć, żeby dorzucić jeszcze swoje trzy grosze albo nawet jakiś większy nominał. Interpretacyjne (po)szlaki: Argosh to miejscowość (miejsce?) w Iraku, "Fang" znaczy kieł, ale był też taki punkowy zespół, "Hito" znaczy człowieka po japońsku, "Ryon" to imię z języka gaelickiego.

Sébastien Bouhana Tambour, pas tant (ściągnij) Punkt wyjścia ten sam co u Anteza i u Ingara Zacha (przynajmniej kiedyś) - położyć bęben na płasko. Bouhana umieszcza na membranie różne przedmioty a potem w nią uderza. Dzieje się dużo, czasem znienacka spada na nas nawałnica, ze względu na charakter dźwięków skojarzenia z burzą są uprawnione. Zdaję sobie sprawę, że podobnie jak w przypadku Argosh, dla niektórych dopuszczalnymi dawkami będą pojedyncze utwory słuchane osobno. I wcale nie będzie to zła droga, a może być to stopniowane przyzwyczajanie, przez które da się zajść dalej.

Kevin Parks / Alice Hui-Sheng Chang Confessions of a middle school guidance counselor (ściągnij) Zarówno Bouhana, jak i ta para to nazwiska dla mnie nowe (słyszałem _o_ Parksie, bo gra w duecie z Joe Fosterem). To jest duża zaleta netlabeli, że inwestując tylko czas, a nie pieniądze, można odkryć nowych artystów. Zresztą Homophoni, które wydało Confessions... śledzę na bieżąco (kiedyś napisałem o nim tekst, który jakoś przestał być mój). Zawiedziony wydawnictwami Fraufraulein i Bryana Eubanksa, zajrzałem pod numer 45 w katalogu wytwórni. Bardzo przyjemna niespodzianka, zwłaszcza dla fanów Ami Yoshidy (do których się zaliczam). Chang raczej nie uniknie porównań z niesamowitą japońską wokalistką, ale też od razu da się wyczuć, że operując głównie w tym samym (bardzo wąskim zakresie) stara się powiedzieć coś swojego. Do tego uważnie dozowana gitara i elektronika Parksa, całość bez oczywistej dramaturgii, a jednak wzbudza zainteresowanie.

Ferran Fages / Lali Barrière Novosibirsk e.p. (ściągnij) Homophoni powstało z inspiracji Con-v, którego wydawnictwa swego czasu (tak z grubsza: do nr. 33) rzeczywiście mogły pobudzać siły i zapędy twórcze. Potem więcej w jego katalogu spadków niż wzniesień. W sumie ta 24-minutowa epka też nie do końca mnie przekonuje, ale chętnie upatrywałbym przyczyny tego w moim znudzeniu improwizacją elektro-akustyczną, a nie niedostatkach muzyków. Fages, człowiek wielu talentów, postać rzecz jasna nieobca (np. Cremaster, czy inne projekty z Costa Monteiro) tutaj w duecie z Barrière, obydwoje używają elektroniki, przedmiotów, mikrofonów kontaktowych. Niby wszystko jest jak trzeba, nieoczywiste dźwięki, niespodziewane zestawienia, ale mnie jakoś nie chwyta. Mi pomaga odbiór przez słuchawki, gdzie przynajmniej wszystkie szczegóły da się usłyszeć. Z tegorocznych wydawnictw Con-v wytrzymałym warto polecić Bena Owena.

11/17/2009

Tako rzecze Karkowski (również o dubstepie?)

Nie byłem na koncercie Karkowskiego, Piotrowicza i Antoine'a Chessexa w Zamku Ujazdowskim w Dzień Niepodległości, za to następnego dnia wybrałem się tam na spotkanie z tym pierwszym.

Po drobynm opóźnieniu i problemach technicznych zaczęło się od utworu, który Karkowski przygotował na składankę Zelphabet GX Jupittera-Larsena. Bardzo dobry utwór, z ciągle przemieszczającymi się wysokimi częstotliwościami, dla mnie nieco zepsuty przez jakieś porykiwania pod koniec.

Jednym z pierwszych wątków była kwestia głośności na koncertach noise'owych, na co Karkowski powiedział, że on tak długo pracuje z dźwiękiem i nie ma problemów ze słuchem. Stwierdził też, że może jest tak, że jeśli boisz się dźwięku, to on ci coś zrobi. Pytający dociekał, moim zdaniem aż za bardzo, bo sprawę zamykało przecież: "Niektórzy boją się dźwięku. Ja nie."

W ogóle Karkowski dobrze nadaje się do cytowania, więc przytoczę jeszcze dwa kąski, oczywiście wyrwane z kontekstu, ale dzięki temu smakowitsze: "Taku Sugimoto to chuj" (a propos sekciarstwa onkyo/redukcjonizmu), "Pierre Boulez to niebezpieczny człowiek" (bo ma wąską wizję, co jest muzyką, a co nie). Niepochlebnymi słowami poczęstowani zostali też Stephen O'Malley i Hasswell z Heckerem.

[edit: Ponieważ dwie osoby, z których zdaniem się liczę napisały do mnie wyrażając wątpliwości, co do sensu umieszczania powyższego cytatu (chodzi o ten dot. Sugimoto, nie Bouleza) - słowo wyjaśnienia. Oczywiście nie miałem zamiaru zaszkodzić Karkowskiemu. Po pierwsze, nie jestem przekonany, że ten cytat może w ogóle mu zaszkodzić, a tym bardziej przytoczony na moim blogu. Po drugie, zarówno tytuł jak i fragment poprzedzający cytaty w zamierzeniu były żartobliwe. Być może po raz kolejny zawiodło mnie moje wyczucie tego, co jest zabawne, ale w zasadzie to myślałem, że widać ironię i puszczenie oka w kierunku potrzeby takich "smakowitych kąsków". Jeśli nie - to teraz chyba mamy jasność?
Po co umieszczałem ten cytat? Żeby obraz spotkania był jak najpełniejszy, starałem się spisać wszystko, co zapamiętałem. Właśnie, skoro już wdałem się w wyjaśnianie, to może więcej kontekstu odnośnie "chuja". Sugimoto przewinął się po raz pierwszy a propos onkyo, Karkowski raczej nieprzychylnym tonem przytaczał recenzję jakiejś płyty (ciekawe jakiej?), gdzie autor opisywał, jak to Sugimoto gra jeden dźwięk na kilkanaście minut. Ktoś ze słuchających to podchwycił i zaczął kpić w deseń "no jasne, arcydzieło, świetne". Chciałem wtedy nawet wtrącić się, że na scenie noise'owej tak samo łatwo o sekciarstwo, jak w redukcjonizmie/onkyo czy w każdym innym rodzaju muzyki "awangardowej". Później pojawiła się kwestia, z kim Karkowski chciałby/mógłby nagrywać, ta osoba, która wcześniej kpiła, rzuciła "Sugimoto". Na co Karkowski bez zastanowienia wypalił "Nie, bo" + powyższe zdanie, zaraz się zaśmiał, a za nim reszta zgromadzonych.
Wracając jeszcze do przytoczenia tutaj tego cytatu - czy naprawdę przeceniam czytających tego bloga sądząc, że "chuj" nie będzie jedynym, co zapamiętają z tego wpisu? Czy to było najciekawsze, czego się dowiedzieliście? Jak zwykle zachęcam do komentowania, bo głównym powodem, dla którego te zapiski publikuję jako bloga, jest chęć komunikacji z czytającym.]

Potem prowadzenie dyskusji wzięli na siebie Anna Zaradny i Robert Piotrowicz. Pojawiła się kwestia zacofania środowisk akademickich, Karkowski mówił o postępowych uczelniach (m.in. CalArts). Potem pokazał film z ulicznego koncertu w Peru, razem z Christianem Galarettą. Dziwne było to, że nikt (poza jednym policjantem) nie reagował w żaden sposób na tak głośną muzykę w przestrzeni publicznej.
A propos sytuacji swojej partnerki, artystki wizualnej, Atsuko Nojiri, mówił że w Japonii większość absolwentów uczelni artystycznych podejmuje normalną pracę, a nie zostaje artystami. Wspomniał, że nie ma tam ministerstwa kultury (ale jednak nie do końca chyba).

Nawiązując do popularyztorskiej roli internetu, opowiadał o tym, jak grał na pierwszym festiwalu muzyki eksperymentalnej w Chinach, gdzie usłyszał ciekawego muzyka, z którym potem rozmawiał. Zapytał go o kilku wykonawców, z którymi jego twórczość mu się kojarzyła (Whitehouse, Merzbow), ale ten nie znał nikogo. Tamten powiedział, że dla niego inspiracją jest Harbin - jego rodzinne miasto, na północy, przy granicy z Rosją (też nie do końca), o przygnębiajacej, industrialnej atmosferze, gdzie w zimie jest -40 stopni i że jego muzyka to reakcja na tę rzeczywistość. Karkowski był zachwycony takim "zjawiskiem", że można być tak jeszcze odizolowanym. Po kilku latach spotkał go ponownie, w tym czasie ten zdążył się przeprowadzić na południe (do Hangzhou), pracuje w fundacji i robi muzykę na wzór Autechre, bo to mu się obecnie podoba. Karkowski dostrzegł taką prawidłowość, że wielu twórców z takich krajów "peryferyjnych" chce kopiować "zachodnich", którzy odnieśli sukces (także finansowy).

Karkowski kilka razy podkreślał, że tworzy nie kierując się intelektem, stara się nie myśleć podczas robienia muzyki, bo chodzi mu o bezpośrednią energię dźwięku, a nie o tłumaczenie go, koncepcję, która nada mu sens. Dlatego też nie lubi takiej sztuki, która potrzebuje odautorskiego komentarza, by odbiorca ją zrozumiał. Dla niego nie ma to sensu o tyle, że takie dzieło potrzebuje innego języka, by stać się zrozumiałe, pełne. W jego przypadku dźwięk mówi sam za siebie, jest, nie musi wspierać się innym językiem, który go objaśni.

Piotrowicz zapytał o Xenakisa, jednego z nauczycieli Karkowskiego, na co ten zaczął mówić przede wszystkim o jego charakterze, cechach osobistych, że mimo sławy nigdy nie budował wokół siebie muru, nie oddzielał się, można było z nim po prostu usiąść i pogadać. Dodał, że w sumie to bardzo mało rozmawiali o muzyce.
Wspomniał też o jednym ze swoich pedagogów w Sztokholmie, który po pierwszym spotkaniu i obejrzeniu jego partytur, stwierdził że może lepiej te 2 godziny co tydzień będą spędzać na graniu w bilarda, bo on nie jest w stanie nauczyć Karkowskiego nic przydatnego dla jego muzyki.

Była też mowa o projekcie z Chessexem i ILIOSem, w którym będą wykorzystane tylko niskie częstotliwości (górna granica to 60 Hz). Karkowski zainspirował się (jak sam to określił) undergroundowym ruchem, o którym czytał, gdzie gra się muzykę tylko z subwooferów a towarzyszą temu stroboskopy, ulokował ten ruch w Londynie i może też w Glasgow. Ich projekt będzie miał premierę bodajże w lutym w Anglii. Nie - stroboskopów nie przewidują.

(jeszcze a propos Piotrowicza, to wydał on 7", o której nie mam pisać na blogu, więc jak dobrze, że zostałem wyręczony.)

1/14/2009

(viele) Foto machen

W Cafe Mięsna zagrali: kalEka (pierwsze zdjęcie) a potem Zbigniew Karkowski i Robert Piotrowicz (zdjęcia pozostałe, niektóre cyknął Sierus).































/////
Członkowie an_Arche będą w środę (godzina 19:00, Aula Nova Akademii Muzycznej, wstęp wolny) grać Spiegel im Spiegel i Für Alina Arvo Pärta.
A my w Audiosferze będziemy puszczać muzykę Olgi Neuwirth.

11/18/2008

"To setki godzin w pociągach gapiąc się w szybę / To praktyka i ćwiczenia, kartka i wolne style"

Wrocław (wcześniej czy później)

Po-Industrialowy powrót to pewnie największa moja trauma kolejowa. Za to dwa tygodnie wcześniej wracało się miło. Jak zwykle na tej trasie nie kłopotałem się szukaniem miejsca siedzącego w przedziale. Żeby nie musieć słuchać utyskiwań no, jak się mówi na poborowych w Marynarce Wojennej, jest jakieś słowo specjalne? To właśnie ich. W każdym razie, nie było nic do wypatrzenia w szybie przede mną, zacząłem słuchać Tiger Thrush Ami Yoshidy, a później, gdy zorientowałem się, że światło można *włączyć* przez dokręcenie żarówki, to czytałem "Zwierzenia klowna.

Yoshida akurat była jedną z niewielu nieruszonych jeszcze rzeczy z niewielkiego pokrowca, który służył na cały wyjazd. Ale też słuchana kilka godzin wcześniej Audrey Chen mi o niej przypomniała.

Trochę wyjaśnień by się przydało, nie? Z racji tego, że byłem na Ad Libitum, nie mogłem wybrać się na Karkowskiego i Pain Jerka do Lubonia, a czułem, że Japończyka powinienem zobaczyć na żywo. Postanowiłem złapać ich we Wrocławiu, gdzie Chen ich supportowała.

Hubert wyrażał się pochlebnie o lubońskim koncercie, który odbył się w (byłej?) fabryce Lubanta. Po rozmawiał trochę z Karkowskim, który wtedy określił Firlej w raczej ostrych słowach, z których łagodniejsze odnosiło się do ich podejścia do pieniędzy/zarabiania.

Może wyciągam zbyt daleko idące wnioski, ale może dla wrocławskiego klubu przyjął model grania, żeby się nie namęczyć (w przenośni, chodzi o krótkość). Oczywiście, w świecie noise'u kilkunastominutowe występy nie są niczym wyjątkowym. Ale o ile Pain Jerk był dynamiczny, obfity i wyczerpujący na tyle, że 10 minut jego dźwięków było więcej niż wystarczającą dawką, to Karkowski (15 minut?) jakby uchylił rąbka tajemnic swojego laptopa. Jego dźwięki bliższe były Attuning/Attending niż natychmiastowemu, wielokierunkowemu atakowi. Raczej była to wcześniej przygotowana całość i autor zmieniał ją głównie przez mikser. Szkoda, że tak szybko się skończyła, w dodatku bez (dźwiękowego/kompozycyjnego) powodu, bo bardzo podobało mi się jak z determinacją skradała się i podpełzała niskimi częstotliwościami.

Karkowski był głośniejszy niż jego partner, ale Pain Jerk za to wybrał taką częstotliwość, żeby zapychała uszy (dość wysoka, ziarnista), ona była nieco bardziej obecna w jednym kanale, za to w drugim trochę dominowały pokraczne perkusyjne (nie z perkusji) loopy (dziwnie nazwać by je było bitami), jakby wyjęte ze sterty rytmicznego gruzu i tylko nieznacznie posegregowane. Mi się podobało.

Przed nimi Chen, przed nią na szczęście nie panowie dyrektorzy festiwalu i tylko raz reklamówka piwa-sponsora (ten browar ma naprawdę rozległe zainteresowania muzyczne, wspiera też jednego pana w jego sjestowaniu w egzotycznych krajach). Gdybym widział ją po raz pierwszy, to byłbym pod wielki wrażeniem, a tak trochę wiedziałem, czego się spodziewać. http://diapazon.pl/PelnaWiadomosc.php?bn=Artykuly&Id=669 Poczułem, że wie, kogo suportuje, zaczęła od rozkręcenia elektroniki domowej roboty, ja bardzo lubię te open-circuitowe dźwięki, a jak do tego dojdą *rozszerzone techniki* wokalne, to jestem już kupiony. Wokal był mocno podgłośniony, mikrofon łapał wszystkie detale, Chen korzystała z tego, było kilka takich momentów dyskomfortu, jak w przypadku Yoshidy, że coś pękało, rozdzierało się, pisk wwiercał się w bębenki.
Potem długo bawiła się innym swoim pomysłem: śpiew a'la gospel/spirituals, w którym wyraz lub jedna głoska mogła być wyciągnięta, posłużyć jako pretekst do eksperymentów z głosem. Takie wyskoki z frazy.
Pod koniec jednak zaczęło mi się nieco dłużyć, chyba support grał w sumie tyle ile m a i n a c t (na finał było jeszcze niezbyt ciekawe kolabo Karkowskiego i Jerka - poniżej 20 minut).

Pozwólcie, że wspomnę jeszcze o przejażdżce ze stolicy do Wrocławia. Dzięki uważnemu studiowaniu mapy dostrzegłem, że mieszkam niedaleko Warszawy Zachodniej, więc tam się podróż zaczęła (a jeszcze - 5 minutowa korzyść ha ha). Nie znalazłem tablicy z najbliższymi odjazdami, ale na szczęście były jeszcze papierowe rozkłady całościowe. Zapowiadający przez megafony jakby stosowali jakiś szyfr, tak żeby właśnie nazwa miejscowości pozostała niezrozumiała. Trochę już tam stałem w towarzystwie gołębi, gdy pojawili się dwaj dobrze zbudowani panowie, z bagażem niewiele mniejszym od nich, a za nimi trzeci - starszy. Szybko dwie sprawy stały się jasne: że to ich w u j a i że nie mogę z nimi siedzieć w przedziale, bo będzie to jak setki godzin w pociągu.
As it happens - wyszło tak, że właśnie z nimi, myślę, że oni wiedzieli i tak manewrowali, żeby otoczyć mnie na korytarzu i nie zostawić drogi odwrotu (a okno, przecież!).
Był tylko jeden ratunek - słuchawki, tzn panowie też znali środek na ciężar poranka - tyskie (ukrywanie go przed konduktorem przypomniało mi zagrywki a'la zielona szkoła). Mi natomiast rewelacyjnie przysłużył się cdr Sculpture'a.

Jako, że miałem słuchawki - nie istniałem, nie dotyczyło mnie częstowanie ciastkami i pytanie, czy nie przeszkadzają mi papierosy. Pani siedząca na przeciwko mnie była z tych, co to spędzają czas gapiąc się w szybę. Potem, gdy już nasi towarzysze wysiedli, pani rozmawiała przez telefon, a ja uśmiechnąłem się w duchu, gdy powiedziała no miałam czytać książkę, ale mi się nie chciało.
Akurat złożyło się tak, że jak panowie nas opuszczali, to zrobiłem sobie przerwę, ale miałem słuchawki nałożone, dwóch wyszło najpierw i powiedziało do kobiety do widzenia, ja też odpowiedziałem, bo jestem dobrze wychowany. Na co trzeci, taki yh...żartowniś, powiedział patrzcie, całą drogę nic nie mówił, a teraz się odzywa, nie odpowiedziałem mu nic (chyba lepiej niż, żeby się dowiedział, że to jedyna rzecz, jaką chciałem mu przekazać), a potem on również się pożegnał.
W ogóle zabawne, ale do myślenia też daje.

Toruń (coraz rzadziej)

Jak już siedzę w tych pociągach, to jeszcze ostatnia wycieczka - w piątek do Torunia, w sobotę już powrót do Poznania. Ot, taka krótka trasa i takiż pobyt. Cel: drugi koncert projektu z Hubertem - Revue svazu českých architektů (coś pomiędzy ćwiczeniami a wolnymi stylami, ale kartki też są ważne).
W wojażach warszawskich towarzyszyły mi wspaniałe hd 515, a tutaj znów zadowalające hd 202. W zasadzie przez większość czasu zestaw taki sam, jak w mgielnym wpisie. Ten discman i ta płyta z mp3, którą tym razem ugryzłem od końca, co gwarantowało mi dotarcie do katalogu Ferns Recordings (wydają trzycalówki, okolice field recordingu i przetworzeń). Ponieważ mam genialny odtwarzacz bez możliwości wyświetlania nazw, znów nie wiem, czego słuchałem, ale generalnie podobało mi się. W powrotną drogę wziąłem od H płytę z mp3, bo moja druga nie działała, planowałem Naked City, ale najpierw było Future Sound Of London, a że moja znajomość z nimi pobieżna, to skorzystałem. Są momenty nieco już staroświeckie, ale starałem się ustawić to sobie w kontekście tego, co obecnie się dzieje. Pomyślałem o Scubie, który zawsze wydawał mi się kontynuatorem IDM-u i okolic, niż garage'u/jungle/dubu. Zwłaszcza takie kawałki FSOL jak "Vit Drowning / Through Your Gills I Breathe", czy "You're Creeping Me Out" bardzo mi się z nim kojarzyły.

Kiedyś w miarę często jeździłem do Torunia, ale ostatnio miałem długą przerwę. Dlatego też byłem zdziwiony odnowionym dworcem Poznań Wschód, toż to już z a c h ó d, panie.

A teraz to chyba trochę posiedzę w Poznaniu, jakaś praktyka i ćwiczenia może. I posłucham Knive Svarte Greinera. Co to leci z nieba? Śnieg, chyba, ale do ziemi już nie dotrze.

4/29/2008

Co za tydzień

Od soboty do soboty koncerty przynajmniej co drugi dzień. Nie sądzę, że tak powinno być zawsze, ale raz na jakiś czas taki urodzaj jest dobry.

Chronologicznie:


MoHa! w Kisielicach, 19.04

[<-- foto Sierus]













Chciałem podziękować za pomoc wszystkim, którzy w
jakikolwiek sposób przyłożyli rękę (oni wiedzą, nie będę wymieniać).
Organizowałem ten koncert, więc możecie wątpić w obiektywność moich zachwytów (które tutaj).

Wszystko przebiegło dobrze, może jedynym problemem była głośność(ze względu na sąsiadów, ale o żadnym przerywaniu koncertu nie było mowy). Fajnie było pogadać (dowiedzieć się, że Pierre Henry występował w Stavanger), pożartować z chłopakami (w Danii może być problem z kupieniem kebaba, bo gdy mówisz "kebab", oni to odbierają wedle swojej wymowy i mogą zrozumieć, że chodzi o "hipab" = hip hop), dostać t-shirt i w ogóle, i tak dalej.

World as Will (Zbigniew Karkowski + Tetsuo Furudate) w Cafe Mięsna, 21.04

Byłem pozytywnie naładowany, czułem że będzie dobrze, potem słuchałem ich drugiej płyty i się upewniłem. Potem zobaczyłem plakat, który uważam za świetnie pomyślany (nie, nie chodzi o to że j e s t na nim swastyka, ale o to, j a k ona tam jest). Chodziłem cały dzień uskrzydlony wizją wieczoru, ale kilka godzin przed mój nastrój siadł. Potem okazało się, że taka kondycja zbiega się z koncertem, który wypadł średnio (więcej tu). Chyba racje miał Sierus, który po wyraził obawę, że wrażenia z tego wydarzenia szybko się zatrą.

To Live and Shave in L.A. na Rozbracie, 23.04
[<-- foto Sierus]
Tzn wybierałem się tam również na Sudden Infant, ten jednak się rozchorował i został w Berlinie. Mój brat, który akurat w dniu koncertu nie miał ochoty, a wcześniej chyba naprawdę chciał iść (co nie jest częste - zwykle muszę go namawiać i prosić), jakby się ucieszył, gdy po powrocie mu powiedziałem mu, że Infanta zabrakło. Ale i tak myślę, że ma czego żałować, bo supportujący kakofoNIKT, zaprezentował nową jakość w stosunku do poprzednich koncertów, a występ "gwiazdy wieczoru" był powalający (o czym więcej piszę tu). A w ogóle to bardzo podoba mi się pomysł dobierania na trasę ludzi, których się lubi, ceni, z którymi chciałoby się pograć (a zapewne też przebywać), a niekoniecznie nagrywa się z nimi płyty czy współpracuje zwykle w ramach zespołu, pod którego szyldem będą występować (trochę podobnie jest z Nurse With Wound).

W czwartek Black Earth Strings (kwartet Nicole Mitchell) w Estradzie - było miło.

No i w końcu Paweł Szamburski i DJ Lenar w Małym Domu Kultury - kameralnej przestrzeni w Dragonie. Nie mogłem się skupić na tym koncercie, byłem oderwany, ale z tego co do mnie dochodziło wnioskuję, że miała miejsce ciekawa improwizacja. Panowie dobrze się rozumieli, podłapywali wątki (aż zapytałem potem Lenara, czy coś było zaplanowane, okazało się, że nie). Obydwoje korzystali z loopstacji, może nawet za dużo było tego nawarstwiania jak dla mnie. Szamburski grał na klarnecie "zwykłym" i basowym oraz fujarce (raczej frazy, melodie lub ich fragmenty niż "techniki rozszerzone"). Na początku miał bardzo fajny pomysł, żeby zapętlić gniecenie papieru, potem z dwa razy używał przetworzonego wokalu. Był o wiele bardziej aktywny, ale jakoś nie przytłoczył partnera. Lenar z początku założył recepturkę na ramię gramofonu, co pozwoliło mu naśladować granie na kontrabasie.Potem było trochę skreczy (ale nie pokazowej turntablistycznej ekwilibrystyki), robienie bitu przez przyciskanie igły, szum starych winyli.
Włączony był też laptop, który z pewnością za coś był odpowiedzialny.