Tak długo zbieram się do napisania o tym występie, bo gdy układam myśli w głowie, czuję że ciągle coś pozostaje nieuchwytne. Zobaczymy, jak pójdzie teraz...
Koncert był świetny, wciągający, wyjątkowy (nie tylko ze względu na miejsce). Tego się spodziewałem, znając i będąc fanem twórczości (zwłaszcza solowej) szwedzkiego saksofonisty. Co mnie zaskoczyło, to skupienie. Po pierwsze, jeśli chodzi o publiczność, która słuchała z uwagą. Po drugie, jeśli chodzi o wykonawcę, który wiedział dokładnie, co i jak chce wyrazić. Po trzecie, o coś pomiędzy, o intymność, jaką dało być może to, że Küchen grał bez nagłośnienia, być może bliskość, fizyczne skupienie słuchających wokół niego. Ale najpewniej - dała to sama muzyka.
Zdecydowana, ale nie agresywna, spójna, ale różnorodna. Küchen wykonywał materiał z The Lie and The Orphanage, albumu właśnie wydanego przez Mathka - inkarnacja (?) Audiotonga wypuszczająca cedeki. W Warszawie ten materiał zajął mu 35 minut, a potem był 10-minutowy bis - utwór dla teatru tańca.
Ten występ przypomniał mi o rozmyślaniach, jakie kiedyś wzbudziła we mnie muzyka Robina Haywarda, a ostatnio powróciły podczas słuchania jego powalającego States of Rushing. Artysta ten przekształcił swoją tubę w instrument brzmiący i zachowujący się raczej niczym jakieś elektroniczne urządzenie do wytwarzania dźwięku. I Szwed idzie trochę w tym kierunku, choć nie tak daleko, by jak Hayward w "Treader" imitować minimal-techno.
Raczej chodzi o podejście (do instrumentu) i o odejście (od jego historii). Przy czym nie ma w tym tego umęczonego wydostawania się, strzałów na oślep, zachłystywania się wolnością, które towarzyszy często tzw. technikom rozszerzonym. Może nie powinienem na siłę wykopywać przepaści między Küchenem, a dajmy na to Michelem Donedą, ale czułem sporą różnicę. Zresztą, nie to jest punktem ciężkości wywołanego przez pierwszego z nich wrażenia. I nie zamierzam nikogo potępiać za poszukiwania nowych środków wyrazu w grze na instrumencie. Chodzi o to, że miałem poczucie, że Küchen nie musi przekraczać granic, jakie wyznacza historia instrumentu, utarte sposoby grania, bo nakreślił dla niego swoje własne, wyznaczył mu nowe terytorium, w którym dzieli i rządzi. Nie robi czegoś, bo to można przecież zrobić, np. nie gra bez ustnika, bo tak też się da, ale dlatego, że tego właśnie potrzebuje. Techniki rozszerzone - też, ale potem - zawężone.
Inna sprawa to miejsce koncertu, była pracownia Edwarda Krasińskiego, mieszcząca się na 11. piętrze bloku w centrum miasta. Na jej oszklonym tarasie odbywał się koncert, w surowej przestrzeni szkła i betonu. No i świeczek, małych, rozstawionych na ziemi, które wkrótce uzupełniły z zewnątrz uruchamiane światła miasta. W tle dawały znać o sobie środki transportu - tramwaje i autobusy.
A także mniej typowe - helikoptery, które tego dnia wyjątkowo (a może wcale nie?) często krążyły nad stolicą. Uczyniły one "Killing the houses, Killing the trees" (w wersji bliższej tej dostępnej tu, niż tej na płycie) enigmatycznie niepokojącymi. Były takim odwołaniem do rzeczywistości, jakim są dla tego artysty dedykacje. Ale aspekt polityczny to jeszcze inna sprawa - o niej Michał Libera rozmawia z Küchenem w wywiadzie, którego fragment tu, a całość towarzyszy albumowi.
5/15/2010
Martin Küchen - 23.04.2010, Instytut Awangardy, Warszawa
8/11/2008
Wakacje dźwięku
Nadrabianie zaległości zacznijmy chronologicznie: o koncercie tria Rogiński/Masecki/Moretti w Dragonie napisałem tutaj.
Kiedy reszta rodziny pojechała już nad morze, ja wyruszyłem w przeciwnym kierunku - do Wrocławia. Oczywiście wolałbym Kode9 i SpaceApe'a, ale setu didżejskiego tego pierwszego też nie mogłem przepuścić. Tak, było za mało basu, ale nie żałuję, że pojechałem. Tak zwana wymiana opinii odbyła się tu (oraz tu - bez mojego udziału, co nie znaczy, że nie warto zerknąć).
Podróż z Wrocławia do Sarbinowa, z przesiadką i zmianą środków transportu w Poznaniu, dałaby sporo materiałów komuś planującemu nakręcenie wnikliwego, przenikliwego, zjadliwego, obnażającego filmu obyczajowego o współczesnej Polsce. Dobra, mogło być gorzej, a jeszcze miałem okazję zobaczyć wschód słońca.
W przeddzień końca nadmorskiego wypoczynku pomyślałem, że może szkoda, że nie postarałem się bardziej poddać wpływom tego miejsca. Że nie odciąłem się zupełnie od codzienności, tego co mam w domu. Np. powinienem nie słuchać muzyki, ale zagłębić sie w i docenić szum fal, ciągle słyszalny, stale obecny. Oczywiście zwracało moją uwagę, gdy szedłem spać, że w zupełnej ciszy, ciągle słychać dobiegający zza pasa drzew ruch wody.
Odczułem to mocniej po powrocie do miasta. Nie żeby miejski hałas mnie ogłuszał, ale dociera do mnie, że przez dwa tygodnie nie słyszałem tramwaju, karetki, klaksonu (a teraz mam to wszystko niemal pod oknem).
Wcześniejsze rozważania przerodziły się w pytanie, jak bardzo wakacje powinny się różnić od codzienności? Nie jestem fanem myślenia, że pojadę gdzieś i tam się dokona we mnie zmiana, jakiś pielgrzymek, medytacji w odosobnieniu. Nie po to jadę na wakacje, nie widzę też powodu, żebym miał sobie odmawiać takich przyjemności jak czytanie książek, słuchanie muzyki, oglądanie filmów.
Również dopiero teraz orientuję się, jak dużą różnicę stanowiła nieobecność telewizora. Ja sam mało korzystam, ale w domu to urządzenie jest dość silnie obecne.
Ale było radio, gazeta, laptop z nielimitowanym internetem, więc byłem na bieżąco. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wracałem po takim odcięciu i ze zdziwieniem obserwowałem, ile to się wydarzyło w sieci przez ten czas. A teraz tylko oczekiwałem powrotu do domu, żeby ściągnąć jakieś nowe wydawnictwo, o którym przeczytałem na forum.
Jedną z zasadniczych różnic w słuchaniu muzyki był brak niskich częstotliwości (= porządnych głośników), dziś więc z wielką radością zapuściłem, ot tak, żeby sobie przypomnieć, jak to jest, "Your friends like techno" TRG.
Dobra, koniec tych bezwnioskowych rozważań hiper-samoświadomej jednostki, której zawsze coś nie pasuje.
Wspomniałem wyżej o słuchaniu muzyki, nie będę tu wyliczał wszystkiego, ale kilka rzeczy wartych wzmianki.
Przekonałem się ostatecznie o geniuszu Red Dust Lionela Marchettiego. Jeśli ktoś sądzi, że muzyka konkretna to przeżytek, powinien tego posłuchać. Mistrzowsko dopracowana w najdrobniejszym szczególe, gęsta, wielopoziomowa, a jednocześnie nie przeładowana. Przy ostatnim słuchaniu myślałem o tym, jako o traktacie o trudności porozumienia się, powracają głosy z przeszłości (piosenkarka kabaretowa), piloci wysyłają sobie komunikaty ze współrzędnymi, jamajski wokalny sample wyrwany ze swego naturalnego otoczenia każe się zastanowić na ile ważna jest treść, a na ile forma (na ile forma jest treścią). Poruszający jest fragment, gdzie syntezatory mowy (tak?) wypowiadają tekst napisany przez autora utworu. Najpierw zadaje on sobie ("ustami" maszyny) pytanie, dlaczego tworzy, a potem sam indaguje (naiwnie) (maszynę), czy podoba jej się jego muzyka. Czy tak jest, czy rozmawiamy z maszynami (zamiast? jak z ludźmi?).
(na marginesie: dzięki tej płycie zainteresowałem się This Heat - fragmenty ich utworów Marchetti umieścił w swoim dziele; jakie to kręte są ścieżki czasem, heh)
Roel Meelkop powoli wyrasta na mojego "małego mistrza". Jego >Momentum< zawiera utwory, które pierwotnie były instalacjami, niektóre z nich zostały przearanżowane na potrzeby albumu, a inne są zaprezentowane w pierwotnej formie. Szczególnie druga połowa płyty robi wrażenie. Abstrakcyjna, nieraz ascetyczna, często preceyzyjna, chłodna, muzyka elektroniczna taka jak na tym krążku to jeden obszar zainteresowań Holendra. Drugim jest field-recording, płyty (onkyo ok) w całości mu poświęconej nie mogę polecić. Jest to jedyna słaba rzecz w jego dorobku, jaką słyszałem, a znam trochę. Szczególnie wart uwagi jest 5 (Ambiences), na którym nagrania terenowe pojawiają się w kilku miejscach, często stanowiąc interesujący kontrapunkt dla elektroniki.
O Martinie Küchenie i Ericu Carlssonie już kiedyś było. Teraz o ich albumie Beirut wydanym przez Kning Disk w zeszłym roku. Dzięki Mazenowi Kerbajowi, libańskiemu improwizatorowi, trębaczowi, rysownikowi, który na swoim blogu opowiada o życiu w Bejrucie, być może więcej osób przejęło się wydarzeniami w Libanie. A na pewno zwróciło to oczy improwizatorów na ten kraj. Projekt MUTA (Alessandry Romboli, Ingara Zacha i Rhodri Daviesa) nagrał płytę dedykowaną narodowi libańskiemu i Kerbajowi, gdzie tytuły utworów zostały zapożyczone z jego rysunków.
W przypadku tego albumu jest on autorem liternictwa na okładce.
Muzyka jest pełna brzydkich, czasem nieporadnych perkusyjnych dźwięków. Küchen oprócz saksofonu barytonowego i altowego używa też czegoś o nazwie "radio saxophone" oraz elektrycznych szczoteczek (którymi chyba dotyka instrumentu, przez co osiąga terkoczące albo klekoczące dźwięki). Nie ma być ładnie, ma być topornie i faktycznie czuć mozół w graniu (celowy - to przecież świetni muzycy). Pewne pojęcie o palecie brzmieniowej daje następujące zdarzenie: gdy raz słuchałem tego na głośnikach, pojawił się nagle głośniejszy od innych dźwięk, trochę się zdziwiłem, ale że w sumie pasował do tego, co było, pomyślałem, że to fragment, który wcześniej (na słuchawkach - wskazane: pozwalają wychwycić dużą ilość detali) nie odstawał tak bardzo od reszty. Jednak że utrzymywał się długo, za długo, pomyślałem, że coś jest nie tak. Podszedłem do okna, a tam jakieś dziecko przeciągało metalowe grabie po wyłożonych kamieniach.
Z nieprzyjaznym światem dźwiękowym kontrastuje idylliczne zdjęcie w środku okładki. Pan i pani siedzo-leżą w dużym gnieździe na brzegu jeziora, jest to chyba stanowisko do polowania, pan trzyma strzelbę. Obydwoje z ufnością i spokojem, w błogostanie, spoglądają przed siebie. A może to taki ironiczny komentarz...
Z trzech ostatnich płyt z Another Timbre najbardziej podoba mi się ...de las piedras wspominanych Romboli (flet) i Zacha (perkusjonalia) oraz Estebana Algory (akordeon). Ale tego napiszę porządną recenzję.
Chyba ten wspis jest już wystarczająco długi, więc o książkach, filmach (i może trochę o radiu...) kiedy indziej.
5/04/2008
Naczynia połączone
Słyszałem prawie wszystkie płyty, jakie wydała młoda angielska wytwórnia Another Timbre i to A life saved by a spider and two doves (2008) podoba mi się najmniej. Jest to album kwartetu: Evan Parker (saksofon sopranowy), Max Eastley (arc - monochord własnej konstrukcji), Graham Halliwell (komputer, elektronika), Mark Wastell (tam-tam, metalowe perkusjonalia, fisharmonia), nagrany 3. września 2007, kiedy to wszyscy panowie zagrali ze sobą po raz pierwszy. Po pierwszym słuchaniu stwierdziłem, że ich modus operandi to solista (Parker) i dronowate tło tworzone przez pozostałych. Oczywiście to generalizacja, bo nie jest tak przez cały czas - np. w pierwszym (z trzech) utworów. Ale już początek drugiego to popisówa Parkera, podobnie około środka ostatniego. Choć może właśnie dzięki jego wkładowi w centralnym tracku ożywia się reszta, są perkusyjne dźwięki, krążą metaliczno-krystaliczne ostrza. Bo właśnie, w związku z tym krążkiem męczy mnie, jakby to brzmiało gdyby tego wychodzącego przed szereg grania nie było, muzyka byłaby cokolwiek pusta, nudnawa.
Ale bardziej przeszkadza mi wrażenie, że Parker wcale nie przejmuje się pozostałymi, cóż: nie chce im się grać, wolą zostać w tyle - ich sprawa. Zaprawiony w boju saksofonista nie zmarnuje okazji by sobie pograć. Tylko jakby nie zauważał, że gra z innymi. Dla mnie ten kwartet rozpada się na dwie nierówne połowy, z których mniej liczebna dominuje, a każda z nich działa w innej stylistyce i momenty zejścia się są rzadkie.
Mam jakąś dziwną tendencję do konfrontowania Parkera z innymi saksofonistami i po drugim odsłuchu włączyłem Signal to Noise vol. 4 (2007), na którym słyszymy Jasona Kahna (syntezator analogowy, perkusja), Tomasa Korbera (gitara, elektronika), Norberta Möslanga (jak zwykle - "cracked everyday-electronics"), Güntera Müllera (ipod, elektronika), Christiana Webera na kontrabasie i saksofonistę Katsurę Yamauchi. Wydawane przez For4Ears Signal to Noise to seria nagrywana podczas wypadu Szwajcarów do Japonii (także Korei - o czym niżej), najczęściej z towarzyszeniem tamtejszych muzyków, czwórkę zarejestrowano 7. i 8. marca 2006. Jeśli sięgnąłem po nią w kontrze do albumu z Another Timbre, to nieświadomie, bo dopiero w trakcie słuchania pojąłem, jak bardzo instrumenty akustyczne są wewnątrz przestrzeni tworzonej przez elektronikę. Nie uciekają w bok, nie duszą się pod przygniecione, nie uciekają nad, wszystkie dźwięki się ze sobą przegryzają, przenikają.
Po kolejnym słuchaniu A life... przyłapałem się na tym, że znów mam zamiar włączyć płytę ze składem elektroniczno-saksofonowym-perkusyjnym - Chip Shop Music (2007). Album wydany przez Homefront (coś wspólnego z Confront?), zarejestrowany 1. czerwca 2007, grają Eric Carlsson, Martin Küchen (to on tu operuje na "rurze"), David Lacey i Paul Vogel. Spotkanie szwedzko-irlandzkie, dwie intrygujące, twarde improwizacje, jakby redukcjonistyczny pomysł na granie (np. małe dźwięki, nieciągłość, chropowatość) wyssał witalne soki od bardziej dynamicznego, ostrego grania (np. Ferran Fages, Alfredo Costa Monteiro i Ruth Barberan na Półwyspie Iberyjskim, English w Stanach - z nimi kojarzy mi się "psująca się" elektronika).
Na zakończenie tego przeglądu album wieńczący serię Singal to Noise, numer sześć (2008). Koreańczycy stali się w ciągu ostatnich dwóch lat czymś w rodzaju "next new thing" dla improwizacji elektroakustycznej, przede wszystkim za sprawą wydawnictw Manual i Balloon & Needle. Z grubsza rzecz ujmując to raczej oszczędna, niewypolerowana elektronika, z wolnymi przestrzeniami, której zdarzają się wypady w stronę noise'u, wśród grających powodzeniem cieszą się sprzęty takie jak discman, mikser didżejski, gramofon używane niezgodnie z przeznaczeniem.
Okazuje się, że Szwajcarzy trzymają rękę na pulsie i podczas swojej eskapady na Wschód dotarli do Seulu. Tam 16 i 17 marca 2006 w rozmaitych składach grali przez dwa wieczory. Kontyngent europejski to ci sami co na czwórce, minus Weber. Partnerowali im: Hong Chulki (sprzężenia miksera), Ryu Hankil ("analog clock", laptop), Sato Yukie (gitara, elektronika), Jin Sangtae (radio, laptop), Bae Miryung (laptop) i Choi Joonyong (odtwarzacze cd). Z siedmiu fragmentów setów wybrałbym na pewno ten rozpoczynający album: Korber/Möslang/Hong oraz Möslang/Choi i Korber/Bae/Ryu, może też, siłą rozpędu, następujący po nich i zamykający zestaw: Möslang/Jin/Sato. Dwa z Korberem, w którego zdążyłem trochę zwątpić (po początkowej fascynacji - Effacement) i dwa z Möslangiem - to mnie nie dziwi bo zwykle podobają mi się produkcje z jego udziałem.
Generalnie płyta jako całość może być podsumowana jako kontynuacja stylistyki dawniejszych dokonań Müllera i Voice Crack, choćby Wireless within (z Philipem Samartzisem) czy Strange love (z Orenem Ambarchim). Jeśli więc ktoś lubi takie brzmienia, to tutaj czeka go sporo miłych wrażeń.
