Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elliott sharp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elliott sharp. Pokaż wszystkie posty

8/27/2009

Ostrava Days 2009: Sharp, Kotik, Chaloupka, Lang

Dobrze, nie będziemy się certolić - to był zły koncert (z jednym wyjątkiem). Nie było nim On Corlear's Hook (2005) Elliotta Sharpa, kompozycja, jak pozostałe, na orkiestrę symfoniczną. Z całym należnym szacunkiem, ale to brzmiało jak wyobrażenie średnio wyrobionego słuchacza o tym, jak powinien brzmieć poważny, duży utwór. Z paniką smyczków i nawałnicą kotłów, z podniosłością i porywami. Może jedynie kilka pomysłów na fortepian warte były wysłuchania.
Nieco mniej żenujący był Fragment (1998) Petra Kotika, którego od wiecznego potępienia ocaliło trochę ciekawie rozciągniętych brzmień smyczkowych w wolnym środku. Choć chęć zdeptania słuchacza była odczuwalna równie mocno jak u Sharpa.
Po przerwie Naklonit si Nebesa (2009) młodego Czecha Františka Chaloupka. Programowość tego utworu mogłaby odrzucać, na szczęście nie czytałem komentarza przed wykonaniem. Była to faktycznie całkiem niebiańska muzyka, unosząca, porywająca. Chwilami silnie poruszająca, jak w drugiej (piekielnej) części, która była chyba celowo na granicy przerysowania, groteski ze swoimi wzmacnianymi, jakby przeskakującymi rytmami kotłów i wyciem dętych. Jeśli przy poprzednich czułem jakby ktoś stawiał sto razy kropkę nad i, to tutaj zabrakło mi właśnie jakiegoś zakończenia zawiązującego całość.
Przyznam, byłem źle nastawiony do Bernharda Langa i jego Monadology II: Der Neue Don Quichote (2005), bo słyszałem pierwszą część tego utworu. Jednak, gdy zobaczyłem, że w tej nie ma gitary elektrycznej, pomyślałem, że może nie będzie tak źle. Choć z drugiej strony to przeładowanie, to zachłyśnięcie aparatem wykonawczym: 10 wiolonczeli, 8 kontrabasów, mniejszych smyków to całe zastępy. Ostatecznie - nie, nie tak źle.

Ostrava Days 2009: Boulez, Hayward, Sharp, Graham, Susam, de Man, Byron

Wybiła dziesiąta - czas zaczynać noc występów solowych. Na festiwalu panuje dziwny zwyczaj grania muzyki przy wszystkich możliwych światłach zapalonych, co może nie tyle przeszkadza, co nie zawsze dobrze z nią współgra. Na szczęście teraz odstąpiono od tej reguły i soliści nie wyglądali na wielkiej sali jak rozbitkowie na otwartym morzu, bo większość przestrzeni niknęła w ciemnościach.
Być może to wynik przesytu i wyłączyłem się, ale utwory Elliotta Sharpa (Graviton The Boston i Inverted Fields - oba 2008, ale czy to na pewno były dwie kompozycje?) oraz Anthémes 1 (1991) Bouleza zupełnie do mnie dotarły. Pamiętam, że przyjemnie słuchało mi się Three Page Prelude (2004) Petera Grahama. Ale tak naprawdę to czekałem na Robina Haywarda, który zagrał swoje trzy (znów - powiedziałbym raczej, że dwa) kompozycje Release, Tone i Redial (2008). Żałuję, że nie wiem więcej o tym, jak gra się na tubie, bo mógłbym lepiej zrozumieć i wytłumaczyć, jak Anglik uzyskuje takie dźwięki. W komentarzu wspomina o technice kręcenia zaworami, która pozwala filtrować i wzmacniać odgłos powietrza biegnącego przez instrument. Oprócz niesamowicie skupionych syków i szumów były też zaskakujące uderzenia w tempie marszowym, które zostały nakryte czymś co mogło by robić za technowe cykacze. Choć Hayward był dobrze omikrofonowany (jeden u wylotu kielicha, drugi z tyłu a jeszcze ścianka zatrzymująca dźwięki), to jednak niektóre elementy ginęły w tej sali, czasami brakowało tła, z którego bardziej wyraziste fragmenty mogłyby wystawać. Może zresztą nie jest to twórczość na warunki koncertowe, dlatego tym bardziej warto czekać na płytę States of Rushing, gdzie znajdą się wykonywane tutaj utwory.
Potem były nocturnes (2009) Taylana Susama na fortepian, ale...były, no właśnie, nie pamiętam...ale chyba słuchanie ich nie bolało.
Następnie Ecoute, écoute (1999) Roderika de Mana na klarnet basowy i warstwę elektroniczną. Którą był głos i przetworzenia klarnetu, głos mówił po francusku - ja mam takie podejście do tego języka, że dla mnie to można w nim mówić cokolwiek, nawet niezbyt sensownego, a i tak ładnie brzmi (bo w większości znaczenia nie wychwytuję). Może tak samo kombinował kompozytor, bo gdy przeczytałem potem tłumaczenie tekstu, to faktycznie okazało się to być....powiedzmy eufemistycznie: błahe. Muzycznie - nic specjalnego.
I to już było po północy, zostało bardzo mało osób, część leżała, część zasypiała, a organizatorzy nieco perwersyjnie na koniec podali Dreamers of Pearl (2004-05) Micheala Byrona wykonane przez pianistę, któremu utwór był dedykowany - Josepha Kubera. Okazało się to być przeżyciem cokolwiek transcendentalnym. Kubera zapowiedział utwór, podając czas trwania i tytuły jego części. Przytoczę je, bo są (znów - eufemistycznie) nieszablonowe: "Enchanting the Stars", "A Bird Revealing the Unknown to the Stars", "It Is the Night and Dawn of Constellation Irradiated". Pomimo nadania takich tytułów autor utrzymuje, że jest to muzyka absolutna (aka czysta). Całkiem być może. Podczas pierwszej części jeszcze się zastanawiałem, czy może nie powinienem jednak już jechać do domu - spać. Gdy przeszliśmy w drugą, zacząłem się zastanawiać, czy wykonawca aby na pewno powiedział "ejt minyts"? a może "ejtin"? może "ejti"? Przestało to mieć znaczenie, czas biegł gdzieś obok, ja siedziałem apatyczny, aseptyczny (jałowy, ale też bez skazy), otępiały, ale jakoś uspokojony. Dźwięk się dział i tylko on. (Pierwsze dwie sekcje miały coś z Glassowskiej ładności, trzecia była czymś w rodzaju transkrypcji Nancarrowa na ludzkie zdolności.)