Pokazywanie postów oznaczonych etykietą argentyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą argentyna. Pokaż wszystkie posty

8/06/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 1)

Pierwszego dnia poszedłem na Juliettę Almodovara, ale tylko dlatego, że nie udało mi się dostać na nowego Apichatponga. Była to więc taka nagroda pocieszenia, nie spodziewałem się wiele i dzięki temu się nie zawiodłem. Na poziomie, stylowo, fachowo, z nawiązaniem do mitu Odyseusza, niespecjalnie mnie to poruszało.

Festiwal rozpoczął się dla mnie tak naprawdę następnego dnia rano i to z rozmachem. Korporacja (Office) wszechstronnego Johnniego To, czyli oszałamiający biurowy musical, z fenomenalnym początkiem, potem tempo trochę spada, ale to w sumie nawet dobrze, bo nadal jest szybkie. Piosenki o wchodzeniu na giełdę i audytach, muzycznie może nie są nowatorskie, ale nadrabiają treścią. Materialistyczne wyznania wiary podają wiele prawd objawionych tak wprost, że trudno przyszpilić, czy to jeszcze szczerość, czy już puszczanie oka. Udało się w tym filmie stworzyć świat osobny, kompletny, w czym duża zasługa fantastycznej scenografii, ale osadzony w rzeczywistości (kryzysu). Wszystko zbudowane jest ze stelaży i rozświetlone jarzeniówkami, taka konstrukcja zapewnia dobrą widoczność, przejrzystość, gwarantuje pewne ramy, ale może też sugerować niestabilność, czasem przypominać kraty czy ogrodzenia. Jest to świetne zmetaforyzowanie specyfiki tej sytuacji. Świat ten zachowuje autonomię przestrzenną, jest jednocześnie wydzielony, ale i otwarty oraz czasową, bo nie jesteśmy w stanie określić, kiedy mijają dni, a kiedy miesiące. Wszędzie są zegary, ale często nie wiadomo, jaka to pora dnia, bo widać, że biurowiec jest wybudowany w studiu i otacza go czarna przestrzeń. Jeden przykład niesamowitej dbałości o szczegóły: papierosy pali się na dachu, bagatela 71. piętro, a stojącym tam wiatr rozwiewa włosy.
Do tego jawne odwołania do Metropolis i Modern Times, przypomina się też Playtime Tati. Tak jak dla francuskiego reżysera, tak dla To dźwięk jest bardzo ważny. Interesująco byłoby gdyby chciał naprawdę zaszaleć i postawił na warstwę muzyczną z dźwięków konkretnych obecnych w biurowcu. Ale i tak jest pod tym względem ciekawie, np. gdy zapada w nim cisza (zjawisko tam rzadko spotykane) i słyszymy tylko jakiś równomierny odgłos, czy to mechanizm zegara, czy klimatyzacja, czy może niewidzialne serce korporacji? O żywym organizmie pozwala myśleć podobieństwo tego dźwięku do aparatury szpitalnej przewijającej się w pobocznym wątku. Zastanawiające, że w niemałym zespole nie figuruje sound designer, a jedynie recordist (Sham Pekkle).
Reżyser poszedł o krok dalej niż w Don't Go Breaking my Heart, w którym przestrzeń biurowców z wielkimi oknami (a potem też miejską) uczynił nie tylko scenerią, ale też katalizatorem, romansu. Tam zresztą była jedna scena na poły musicalowa. Gdy skorzystał z tego formatu w pełni, dał nam jeden z najlepszych filmów NH. Sama idea korporacyjnego śpiewania nie jest taka niezwykła w kulturze azjatyckiej, pamiętam program o piosenkach motywacyjnych śpiewanych z rana w biurach japońskich. Ciekawe, czy to była dla To jakaś inspiracja.

Czarny mróz (La helada negra) Maximiliano Schonfelda mniej mi przypadł do gustu. Ciągle mnie zastanawia, co było widać na początku - chyba nie komórki, prędzej jakieś skamieliny. Towarzyszyły im szmery i basowe posuwy, które potem wracały i rozszerzały przestrzeń, dawały poczucie bezmiaru, nawet gdy oglądaliśmy coś zupełnie zwykłego. Odsyłały też do tej pierwszej sceny. Kilka razy najpierw pojawiał się dźwięk z kolejnej sceny, a dopiero potem obraz. Bardzo ładne nakładania i przenikania dwóch albo nawet trzech obrazów, raz np. pejzaż zmieszany z twarzą głównej bohaterki. To interesujące zwłaszcza, gdy pamięta się czyjeś słowa, że jej oczy mają moc. Jak ona patrzy na to, co ją otacza, czy jej spojrzenie zmienia. A propos widoczności, to jeszcze znaczenie dymu. Zaskoczyły mnie jakby austriackie tańce i melodie na imprezie.
Spostrzeżenia, że ludzie wysychają wewnątrz więc rośliny też oraz że im mniej mają, tym więcej obstawiają, nie są może wielce odkrywcze, ale też jakoś bardzo nie rażą i filmowi nie można w zasadzie nic zarzucić. Ale mnie jakoś taki realizm magiczny nie wciągnął.

Potem wybrałem się w długą podróż na Aleuty i Alaskę z Ulrike Ottinger. Cień Chamisso (Chamissos Schatten, Teil 1: Alaska und Aleutische Inseln) trwa ponad trzy godziny, a jest to i tak tylko pierwsza część cyklu. Chyba idealnie odbierałoby mi się go w godzinnych odcinkach, tak jak jakiś program na Planete. W takiej ramówce na pewno byłaby to pozycja wyróżniająca się na plus. Reżyserka podąża śladami Adelberta von Chamisso, który brał udział w rozpoczętej w 1815 roku ekspedycji naukowej, przywołuje dziennik jego, jak i zapiski Alexandra von Humboldta i Georga Stellera. Zaczyna się od podróży palcem po mapie, dosłownie, bez żadnych wizualizacji i infografik. Już to pokazuje, jakie będzie tempo opowieści. Długie statyczne ujęcia, często bez narracji, oczywiście żadnej muzyki. Była jedna ciekawostka dźwiękowa - specjalna boja wyposażona w dzwon i gwizdek w okolicy wyspy Kodiak, która wydaje różne odgłosy w zależności od zmian szybkości fal i wiatru (Tomek Popakul podrzucił link do youtube'a, dzięki któremu trafiło na to - nie zupełnie o coś takiego chodzi, ale blisko). W innej scenie trzeszczący wrak. Ottinger dużo uwagi poświęca migracjom, zauważa na przykład, że chętniej przemieszczali się ludzie z wybrzeży, którzy byli niejako ośmieleni przez istniejące szlaki handlowe, wiedzieli, że taki ruch jest możliwy. Bardzo ciekawa, niejednoznaczna, okazuje się też rola rosyjskich misjonarzy (poza ich krajem), którzy choćby spisywali miejscowe języki, by na nie tłumaczyć Biblię. Spory epizod ma wydra, która powraca też w ludowych podaniach, gdzie zostaje żoną człowieka. W innym waleń zamienia się w młodzieńca, fascynujący jest ten świat gdzie zachodzą transformacje we wszystkich kierunkach i pomiędzy gatunkami. Można by pół-żartem stwierdzić, że posthumanistyczne pomysły krążą od dawna.
Na spotkaniu po autorka mówiła o swojej fascynacji Cieśniną Beringa, tym miejscem zetknięcia kontynentów (już wcześniej kręciła w Azji, ale nie tak na północy). Dobrze, że padło to słowo, bo ja podczas oglądania jakoś tego zafascynowania nie odczułem. Oczywiście, sam fakt poświęcenia takiej ilości czasu jednemu projektowi o czymś świadczy. Ale mi chodzi bardziej o samą atmosferę filmu, któremu bliżej do poetyki wykładu, z beznamiętnym komentarzem (żeby tak raz na jakiś czas zmienił się ton głosu i pojawił się w nim choć cień emocji) i obiektywizującymi zdjęciami. Żadnych nietypowych ujęć, odważnych kątów ustawienia kamery, zaskakującego kadrowania. Jasne, że sama sceneria jest tak niezwykła, że robi wrażenie, ale ono z czasem słabnie i nienacechowane emocjonalnie obrazy trochę nawet nużą. Zapewne szukam dziury w całym, ale też miałem czas, żeby to robić. Niemniej przyklaskuję Ottinger, bo również doceniam, jak to ujęła, "czas epicki" czyli długie trwanie, przyglądanie się niespiesznym procesom, namysł nad nimi. Za tym szło spostrzeżenie, że filmy musiały tyle trwać, żeby przedstawione kultury mogły należycie wybrzmieć. Wspominała też o tym, że różne przywołane relacje dialogują ze sobą, o tym, że młodzi rdzenni Amerykanie odkrywają swoją historię i o korzystaniu z warsztatu antropologii strukturalnej.

Jakoś nigdy nie dałem sobie szansy, żeby stać się fanem Pippo Delbono, więc uznałem, że retrospektywa na festiwalu to najwyższa pora. Niestety zacząłem od rejestracji spektaklu, a nie jego filmu. Cisza (Il silenzio) bazująca na tekstach
Giuseppe Ungarettiego zupełnie do mnie trafiła. I nic nie dało, że "łączy z powodzeniem Beethovena z Bartókiem". Wynotowałem sobie tylko różne "rodzaje" ciszy: umarłych, żywych, głuchych, kamieni - to nie wszystkie. A na koniec mieszająca wszystko parada (a'la Fellini?).

Zwieńczeniem dnia była pierwsza odsłona skromnej sekcji Trzecie Oko: Posthumanizm, na którą postanowiłem chodzić w ciemno. Dzika (Wild) to film Nicolette Krebitz (która wcześniej nakręciła rzecz o obiecującym tytule Das Herz ist ein dunkler Wald) o fascynacji młodej kobiety wilkiem. Wiem, że obraz ten wzbudził bardzo mieszane uczucia, ale ja wziąłem go z dobrodziejstwem inwentarza. Jest mocno, czasem po bandzie, ale cóż - zew krwi ma swoje prawa, na szczęście jest też z humorem (znów życie biurowe). Fajny pomysł z kobiecym rytuałem osaczania wilka. Myślę też teraz, że film może być odczytany jako komentarz również na temat związków ludzi, nie tylko między gatunkami. Dobry dźwięk (Rainer Heesch), muzyka (głównie Terranova) i zdjęcia.
No i główna rola: Stangenberg has that exceptional quality that a few actresses exhibit from time to time, of seeming quite ordinary at first while promising and/or showing increasing flashes of the extraordinary. She has this and more, specifically great guts and daring, and not becoming self-conscious or histrionic while laying everything on the line physically. Hollywood actors who imagine they’re bold when they step out of their comfort zones would be humbled and chastened by what they see here. (via)
Wild is a great experiment. Stangenberg nails the character of Ania and convinces of her desire for the wolf. Her subsequent wooing unfolds comedically as we watch the notion of bestiality manifest onscreen—it feels real and thus foreign (at least to me—I’m a bit of a prude). Ania exhibits growth from her shy beginnings to nonchalantly leaving a rabbit she buys at the mercy of the wolf in her flat. (Trigger warning: If you really like bunnies, this film is not for you.) Not to mention: Stangenberg works her waify, model-like physique in sensual scenes to subvert the idea of the girl next door. Friedrich also performs well, as I found her boss’s character to be distastefully lecherous just as much as I pitied him. (via)

7/12/2016

Leones - Jazmín López (wpatrywanie cz. 29)

Pełnometrażowy debiut nie tylko reżyserki, ale też artystki wizualnej (i to się czuje w tym filmie). Nagrodzony w Wenecji, pokazywany też na Nowych Horyzontach, w Rotterdamie i Wiedniu. Porównywany z dokonaniami Gus van Santa, Lucrecii Martel czy nawet Béli Tarra.

Spotkałem się z opinią, że to "fabularna wydmuszka", ja bym to ujął inaczej - historia jest tu tak przedstawiona, że bardzo wiele zależy od odbiorcy. Może on w pewnym sensie zdecydować, jak ułożyć sobie składniki w całość, więc ich suma może się różnić (czego dowodzi przeczytanie kilku rozbieżnych streszczeń w recenzjach). Co jest interesujące, ale w zupełności rozumiem tych, którym fabuły jest za mało.

Za powodzenie tego filmu w dużej mierze odpowiadają zdjęcia Matíasa Mesy (z którym López współpracowała wcześniej).

Co ciekawe, nie ma tu muzyki jako takiej (oprócz znaczącej piosenki Bright Eyes), ale jest wspaniały sound design Julii Huberman. Ratuje on sytuacje w przydługich momentach, gdy na ekranie nie widzimy żadnych postaci.


Leones to nie dzieło wybitne, ale jest w nim zbyt wiele bliskich mi elementów, żebym nie mógł spojrzeć na nie łaskawym okiem. Po pierwsze, jest mapa, list napisany przed rokiem, nagranie na dyktafonie, jego odsłuchiwanie, przewijanie (co służy też jako mapa, przewodnik). Po drugie, są gry słowne. Po trzecie, nawiązania - do Bressona (może ukryte, ale jednak pada, że "diabeł, prawdopodobnie") i do Antonioniego (wyraźniejsze, przetwarzające końcówkę Blowup).
No i są też gry z czasem, bardziej otwarte - przyspieszanie "filmu" oraz zawoalowane - gdy bohaterowie nie mogą uzgodnić, czy to zachód, czy wschód słońca.

7/01/2009

Urodzaj płytowy trwa,

niedługo chyba kolejna reorganizacja półek.

P7015686

P7015684

P7015685

Bertrand Gauguet, Franz Hautzinger, Thomas Lehn - Close Up
Ograniczenie do czerni i bieli, graficzna asceza, uporządkowanie i prosta czcionka nadaje opakowaniu szlachetności, dostojeństwa. Z tego co wysłyszałem dotychczas, kontrastuje to z muzyką na płycie. Nie żeby była ona kpiarska, wesołkowata, ale jest bardzo żywa, ruchliwa i giętka.

P7015715
P7015716
P7015714
Günter Müller + Alan Courtis / Pablo Reche, Gabriel Paiuk / Sergio Merce - Buenos Aires Tapes
Dwie sesje Müllera z Argentyńczykami, z każdą parą na jednym krążku. Muzyka raczej wycofana, cicha, w którą trzeba wejść, co mi na razie się nie udało. Fajna czcionka, ładne zestawienie łagodnej czerwieni i lekko kremowej bieli. No i zdjęcie na okładkę kontynuujące (tak sądzę) ideę z serii Signal to Noise z wzorami tworzonymi przez architekturę, co jest w zasadzie bezbłędnym chwytem, żeby mnie kupić.

P7015688

P7015689

Jeff Gburek - Remote Provinces

Obszerne fragmenty z wszystkich trzech albumów dziś w Audiosferze, która będzie przeglądem wydawnictw z tego roku. Oprócz nich rewelacyjny Hecker (Acid in the style of David Tudor), nowinki od Scuby i Untolda, duet gitara i saksofon: Kim Myhr/Jim Denley, 16bit, Vindicatrix.

Dwa albumy zbierające starsze nagrania Petera Votavy (którego niedługo znów chyba zobaczę na żywo, hurra). W takiej masie ciężka sprawa, ale Bodyhammer mocno kopie, nawet jeśli czasami dość schematycznie.

P7015695
P7015694
P7015697
Pure - Bodyhammer
Te nachodzące na siebie warstwy i proste kąty dobrze oddają charakter muzyki.

P7015691
P7015693
P7015692

Current 909 - The Price For Existence Is Eternal Warfare
Główny kolor wyblakły, drugi jasny, choć nie "żywy", raczej jak neon reklamujący szubienicę, na tle nieba, które jest wciąż takie samo - zasnute smogiem. Komputerowość, technicyzacja, alienacja.

Dla kontrastu
P7015707
P7015708
P7015712
P7015706

Horny Trees - Branches Of Dirty Deligh
Ciekawy dobór kolorów (cedek jest szaro-błękitny), lekkie, nieco bajkowe ilustracje (inspiracja Gangiem Wąsaczy?) plus za użycie połyskujących elementów.
Przyjemny, energetyczny, ale bez szaleństw, jazz, niepotrzebnie czasem popada w manierę *rockową*. Kiedyś miałem skojarzenia z The Art Ensemble of Chicago, ale ostatnio nie mogłem ich odnaleźć.

Ach, jeszcze Luc Ferrari - to innym razem.

6/25/2009

Musica Electronica Nova 2009

[być może będzie na nowamuzyka.pl, ale już nie chce mi się czekać, więc wrzucam tutaj]

Wrocławski festiwal wydawał mi się najbardziej interesujący tam, gdzie wychodził poza akademickie mury i choćby zaglądał na alternatywne podwórko (podaruję sobie cudzysłowy czy próby uściślania, ale mniej więcej wiadomo, o co chodzi, prawda?). Dlatego też udałem się dopiero na ostatnie dwa dni imprezy, trwającej już tydzień, które oferowały atrakcje bliższe właśnie temu drugiemu obszarowi.

Wydarzeniem wyglądanym w sobotę był solowy występ Roberta Piotrowicza, jednak to było zwieńczenie dnia i żeby się tam znaleźć, trzeba było przejść przez mniej lub bardziej niewygodną drogę krzyżową. Spóźniłem się nieco na pierwszy koncert, a organizatorzy zdążyli poczynić roszady w repertuarze, tak że przez jakiś czas myślałem (bo zaglądałem w program podany w katalogu), że właśnie wysłuchałem utworu Bogusława Schaeffera, który był "całkiem okej", co mnie zdziwiło, bo zwykle jest gorzej. Okazało się jednak, że to Prolongement Stanisława Krupowicza otworzył koncert, którego formuła była następująca: kompozycje na kwartet smyczkowy (w tej roli Kwartet Śląski) i elektronikę (taśmę, komputer) przeplatane utworami czysto elektronicznymi. Na Prolongement dotarłem w momencie, gdy dźwięki z komputera zaczęły się ujawniać w postaci delikatnego szumu, który przypominał odgłos maszyny do "mgły", co sprawiło, że wyobrażałem sobie, że elektronika jest takim dymem wpuszczanym między dźwięki instrumentów. Te zasłona gęstniała, coraz bardziej zakrywała smyczki, choć one wciąż pracują, pojawiają się metaliczne tarcia, jakby od przesuwania cienkich blach po sobie. Moment bez instrumentów, a potem powracają one bardziej zdecydowane: długie pociągnięcia, nachodzące na siebie, nawarstwiające się, natarczywe. Komputer nie daje za wygraną, elektronika coraz mocniejsza, czasami wprowadzana zbyt na siłę (nagły wzrost głośności), pochłania kwartet, momentami bardzo przyjemnie krąży kanałami po sali, porusza się. To bardzo odległe skojarzenie, ale pomyślałem o "Studies for Thunder" Henke - i to przed uderzeniowo-burzową końcówką. "Bum" miało przynajmniej tą zaletę, że nie było punktowe, a ciekawie rozłożyste, rozwinęło się w bardzo niskie wybrzmienia, choć i tak odczuwałem to jako silnie akademicki chwyt - potrzebę zaakcentowania, że oto koniec, a na koniec coś się przecież musi stać. Potem dowiedziałem się, że podobny był początek utworu, co trochę polepszyło moją opinię o kompozycji - wolę klamrę spinającą niż stempel zamykający.
Dwa utwory "na taśmę" były niezbyt dobre, najlepiej o tym świadczy fakt, że gdy następnego dnia chciałem zanotować swoje wrażenia, to niewiele znalazłem w sobie do przelania na papier. Poetries Schaeffera pochodzi z roku 1978 i to było słychać, przynajmniej jeśli chodzi o budowę. Odnośnie treści może trochę mniej, mój kajet podsuwa: "to, co Oval przepuszcza przez sito" - choć to znów skojarzenie raczej tak, żeby móc się w ogóle czegoś złapać, żeby nie pozostać bezradnym. Ogólnie elementy porozrzucane, bez ładu, od niechcenia, pourywane, tu jakieś "spit", tam "spat", potem przez moment trochę mokro: plim-plum. Odczuć z Flashbacku (1996) Elżbiety Sikory raczej nic nie będzie w stanie przywrócić mojej pamięci. Początek to kawalkada dźwięków perkusyjnych, jak ze starej dobrej muzyki konkretnej, potem było już lepiej (gorzej nie mogło...), ale teraz nie mam pojęcia, co to "lepiej" oznaczało w przełożeniu na materię muzyczną (zanotowałem, że było "miękko"). Wiem, że były fragmenty mówione, ale tak niewyraźnie, że nie dało się zrozumieć słów, co mnie trochę męczyło.
Pomiędzy tymi utworami dostaliśmy kolejnego Krupowicza: Tylko Beatrycze (1988) na amplifikowany kwartet i taśmę. A może raczej: dostaliśmy kolejnym Krupowiczem, bo dzieło to, inspirowane fragmentem wiersza Lechonia, było dla mnie tak celnie wymierzonym ciosem wrażliwości estetycznej zupełnie mi obcej, że ledwo (powstrzymując śmiech) przetrwałem drugą rundę z polskim kompozytorem. "Taśma" zawiera przetwarzany głos kobiecy wypowiadający słowa, przetwarzany od pierwszej chwili i na potęgę. Czuć zachwyt możliwościami przekształceń (metaliczne rezonowanie, przecieranie szumami, pogłosy) i brak zahamowań w posługiwaniu się nimi ("a co będzie jak to echo trochę spitchujemy"), a nawet chwilami podejrzewałem twórcę o nieprzysłuchwanie się efektom operacji. Jedynie ciekawie jest, gdy z głosu wyciągane są niedługie pulsy-drony, znów zaleta nagłośnienia, które pozwala przynajmniej napawać się niskimi częstotliwościami. Stopniowo głosu i dźwięków z niego jest coraz więcej, nikną pod nimi instrumenty, które często grają pojedyncze frazy, aforystycznie, trochę gesty neoklasyczne (a może to jakieś kryptocytaty), no i gdzieś też drobna wisienka pogłosu dla smyczków (minimalnego, ale okropnie sztucznego). Tak jak w poprzednim utworze Krupowicza, znów słychać brak szczególnego pomysłu na połączenie dwóch żywiołów w jedną, spójną kompozycję.
Najlepszy utwór koncertu zostawiono na koniec, a był nim Phrase and Fiction (1994/5) Argentyńczyka Alejandro Viñao. Jego największą przewagę względem poprzednich kompozycji wykorzystujących stanowił fakt, że warstwę elektroniczną stanowiły dźwięki jakby ze smyczków wywiedzione, pochodzące z tej samej rodziny brzmieniowej i/lub fakturowej. Przypuszczam, że to faktycznie było źródłem, które poddano przetworzeniom, tutaj na szczęście udanym. Głównie zyskiwały one chropowate oblicze albo właściwości drapiące, z lekkimi odchyłami ku drażniącym (tzn. "nie-tak-ładnie"). Często, zwłaszcza w pierwszej części, zdarzało się tak, że elektronika szła bardzo blisko gry instrumentu, splatając się z nim i odchylając. Tutaj też lokalnie zdarzały się delikatne rytmy, podczas gdy druga część była spokojniejsza. To dlatego, że choć generalnie bardziej wypełniona dźwiękami, to były one stateczne, smyczki grały długie frazy, raczej płaskie, a elektronika zeszła na dalszy plan. Trzecia część znów żywsza, ogólnie nie tak, jak pierwsza, poza samym finałem, gdzie powrócił wcześniej obecny motyw, co może pozwala go uznać za temat? Najważniejsze jednak, że Viñao przekonał mnie, że miał coś do powiedzenia, a utwór brzmiał sensownie jako całość.

Wieczorny koncert odbywał się, tak jak poprzedni, w sali teatralnej Impartu. Znów zmiany programu, na których zapowiadanie tym razem się załapałem, ale niewiele to dało, bo jedna zapowiedź nie wystarczyła na przyswojenie informacji, które nie zostały poparte (jak to miało miejsce popołudniu) wydrukami nowego rozkładu jazdy.
Tak czy inaczej, rozpoczęło się od Lisboa, tramway 28, Hommage á Fernardo Pessoa (1998) Sikory na taśmę i saksofon altowy i sopranowy (grała Dorota Samsel). Niestety, ta kompozycja też nie wryła mi się zbytnio w pamięć. Saksofon zaczął szmerowo-oddechowo, ale potem już w zasadzie regularne dźwięki, których było za dużo. Z taśmy, no tak, były jakieś nagrania terenowe, zapewne ze stolicy Portugalii, trasy słynnego tramwaju. Hm, trudna sprawa, tu było coś, tam coś - a co z tego?
Potem było już lepiej (gorzej być nie mogło...) - zaprezentowany został elektroniczny Styal Davida Berezana, opierający się głównie na dźwiękach nagranych w fabryce. Utwór miał faktycznie industrialny charakter, wiele w nim było mroku, chropowatych powierzchni, podpieranych bardzo niskimi dudnięciami, przesuwami, chwilami można się było poczuć jak w środku olbrzymiej maszyny. Choć naprawdę dobrze by było, gdyby udało się wywołać wrażenie ruchu elementów zależnie od siebie.
Następnym punktem był występ Macieja Walczaka, który na żywo operował dźwiękiem i obrazem (a nosiło to nazwę Terapia 12/1). Z początku wydawało się, że może być ciekawie, a przynajmniej zabawnie (w dobrym sensie), gdy na ekranie pojawił się pan w roboczym stroju na wysięgniku obok drzewa. Było to dość zaskakujące, bo zwykle raczej w roli wizualizacji oglądamy bezpieczną abstrakcję, a tutaj takie coś, jak zdjęcie z dodatku lokalnego jakiejś gazety. No ale później Walczak zrezygnował z figuratywności, gdzieś tam wplatał kształty, ale wszystko zalewał kolorowymi płaszczyznami, prostymi przekształceniami, osiągając unikalną formę neo-kiczu. Dźwięki były zdecydowanie cyfrowe, w pierwszych minutach jakby się zacinały albo były przypadkowo pauzowane, a potem....hm, też się coś z nimi chyba działo...
Muszę przyznać, że z nadzieją wyczekiwałem kolejnej odsłony Viñao, którą był elektroniczny The World we Know (polecam opis). Gdy spadły hip-hopowe bity i bas przesuwał się po podłodze, byłem naprawdę zaskoczony, ale i ucieszony. Oczywiście, nie był to wybitny utwór, ani też wielce oryginalny chwyt, ale dawał bardzo przyjemne wytchnienie od tego, w większości nieudanego, eksperymentowania. W drugiej połowie rytm był wciąż zaznaczony, ale sam bit już nie tak obecny, więcej było faktur, jakiś sampli ze starego zegara. Sensownie dowcipny i dynamiczny kawałek muzyki.
Po dość kuriozalnych ustaleniach, czy teraz ma być przerwa, czy nie (stanęło na drugiej opcji) zagrał Robert Piotrowicz. Używając syntezatora analogowego i laptopa stworzył coś tak niesamowitego, że nawet trudno próbować to odnieść w jakikolwiek sposób do tego, co słyszeliśmy w Imparcie wcześniej. Wysokie dźwięki, pod które zaczęły wchodzić nieco niższe, przyjemne w brzmieniu, chwilami melodyjne, kojarzyły mi się trochę z "kładzionymi" tonami Orena Ambarchiego. Niedługo pojawiły się pojedyncze uderzenia, bez jakiejś szczególnej barwy, raczej po prostu basowe odgłosy, porozrzucane były między cztery głośniki, co jakiś czas sugerując, że może pojawi się rytm, ale nawet w swej nieregularności były niestałe. Pasma wysokich częstotliwości były pełne małych wrąbków, jakby ponacinane w trudny do odszyfrowania wzór, to i ich szklistość, jasność przywodziły na myśl Mauve Cycles Anny Zaradny. W pewnym momencie cała ta wiązka nitek została spleciona w grube włókno, które zachowało ich przejrzystość, przy tym na trochę wytyczyło zdecydowany szlak, po chwili jednak zostało poluzowane. Szczytem był fragment, w którym Piotrowicz jakby złapał dźwięk przypominający cyfrowe zacięcie ("trrr" - średnio-wysokie, dość mięsiste) i wyciągnął go na pierwszy plan. Nie był to ani dron, ani noise'owy atak na zmysły, muzyka falowała, krążyła wedle jakiegoś modelu w czterech kanałach, tak że wkrótce można było wejść w nią, zespolić się z organicznym cyklem przemieszczania.
Trwało to czas jakiś, po czym Piotrowicz zdecydowanie zmniejszył głośność, oczywiście dobrze, że nie skończył koncertu w tym miejscu, tylko chciał zbudować coś jeszcze dalej, ale uderzyło mnie to ściszenie. A może się czepiam i nie było dobrego wyjścia/zejścia z osiągniętych wyżyn, płynny fade też by mnie pewnie ukuł w uszy. Podobało mi się jednak to, że Piotrowicz zostawił te dźwięki, które przed momentem były bardzo głośne, tak że stały się teraz fakturą w tle, zmienił perspektywę słuchania (przed chwilą byliśmy w nich, teraz widzimy je pod sobą). Na niej kładł bardzo drobne pyknięcia, generalnie druga połowa nie była odmienna od pierwszej, wydawała się lżejsza, choć pojawiły się (w oddali) elementy industrialno-perkusyjne, może dlatego, że nie było rozpoznawalnej kumulacji. Tylko nagłe urwanie.

Niedziela to finał festiwalu i tylko jeden koncert - w Filharmonii Wrocławskiej, jeden utwór - An Index of Metals Fausto Romitellego (komentarz kompozytora). Znałem ten bardzo ciekawy utwór niemniej ciekawego włoskiego twórcy, więc we Wrocławiu nie tyle całość, co szczegóły przykuwały moją uwagę. Na przykład taki Pan Sonicowy moment elektroniki "solo", gdzieś w jednej trzeciej trwania utworu, ona też wcześniej jakby odmierzająca, tykająca, może w roli stałej skali dla "przemijających" instrumentów? Później, wspaniała chwila, gdy usłyszałem krople deszczu padające (pojedynczo) na rozgrzany dach i skwierczące przy tym. Albo wygaszenie przed finałem, gdzie gitary (elektryczna i basowa) nadały taki jazzowy feeling, prawie że wykluły się błękitne nuty, zastygnięcie, ale nie skamienienie, tylko nostalgiczny krok w tył. Natomiast finał, który nie jest takim typowym finałem-spełnieniem (i chwała mu za to), może mógłby jednak być wykonany nieco energiczniej, trochę za mało w nim wezbrało. Jeden jeszcze szczegół, który wcześniej mi umykał, a teraz nieco raził, to spowalniany odgłos silników (w filharmonii chociaż brzmiał dobrze). No i to już na granicy czepialstwa, ale może Agata Zubel mogłaby być nieco ciszej względem reszty, bo tego że instrumenty nie były tak wyraźne jak na nagraniu, nie dało się uniknąć. Jeśli chodzi o całość, to wrażenie mogły popsuć problemy z wizualizacjami, na pewno dało się to zrobić profesjonalniej (są programy vj-skie, itd, itp). Ja wolałem skoncentrować się na dźwiękach i raczej miałem zamknięte oczy, ale i tak dostrzegłem okienko Media Player Classic, komunikat o jego błędzie, kursor, problemy z synchronizacją (obraz był na trzech ekranach) - szkoda.