Pokazywanie postów oznaczonych etykietą norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą norwegia. Pokaż wszystkie posty

10/18/2017

MoHa! w Blue Note (18.10.2007)

To nie będzie typowa relacja, nawet chyba mało relacja w ogóle. Bardziej wspominka, bo to pierwszy koncert jaki zorganizowałem.
Jeśli mnie pamieć nie myli, to było tak, że jako fan tego duetu zauważyłem na stronie last.fm (pamiętamy?), że grają w Warszawie i Krakowie a także w Poznaniu, ale tutaj miejsce było ciągle "TBA". Nie pamiętam, jak to wyszło, ale po jednym z koncertów w Starym Browarze rozmawiałem z Łukaszem Knasieckim (wtedy tam organizującym rzeczy) i okazało się, że mieli występować tu, ale jest jakiś problem z salą. Wtedy mi zaczęły chodzić trybiki w głowie i pomyślałem, że mógłbym spróbować pójść niewydeptaną jeszcze ścieżką do klubu Blue Note (którą dostrzegałem bo dzięki mojemu tacie znałem osoby tam działające). Łukasz dał mi numer do Macia Morettiego, który zajmował się wojażami MoHa! po Polsce. Zapadła mi w pamięć sytuacja dogadywania szczegółów podczas spaceru po rozsłonecznionym ogrodzie botanicznym.
Dalej było ustalanie z Blue Note, okazało się, że w Poznaniu duet mógłby być w czwartek, a jak wszyscy tutaj wiemy - w tym klubie jest to zawsze "Czarny Czwartek", czyli cykl imprez hiphopowych. Jednak on rozpoczyna się o 21, więc jeśli do tego czasu po występie nie będzie śladu, to damy radę. Czyli jest! robimy, oczywiście bez stawki, za bramkę. Chłopaki wysyłają rider, menedżerka klubu łączy mnie z głównym dźwiękowcem i nie zapomnę, jak ten pyta "kto mówi?", ja się przedstawiam i tutaj cisza, a menedżerka sufleruje mi "organizator koncertu", no więc powtarzam za nią i proszę, proszę, Austin miał rację, performatywna funkcja języka działa.
Nie zdążyłem nawet wystosować briefu, a Mikołaj już zrobił jedno z tych swoich klasycznych plakaciw:



Nadchodzi dzień koncertu, a nawet coraz bardziej jego pora - a grajków nie ma. Koncert zapowiadany na 19:30, chłopaki podjeżdżają pod klub po 19. Na szczęście zebrała się pokaźna grupa kolegów (Patryk, Hubert, Marcin, Jakub, kto jeszcze - wpisywać się, bo zamierzam dozgonnie dziękować), która pomaga nosić sprzęt. Bo MoHa! jeździła z zasadniczo całym sprzętem, który pozwalał im zagrać koncert bez innego nagłośnienia. Tak się stało i wtedy, bo chłopaki postanowili rozstawić się przed sceną, żeby nie tworzyć bezsensownego dystansu i żeby też za bardzo się nie certolić przeszli płynnie z mniej więcej trzyminutowego soundchecku w koncert. Który był oczywiście najlepszy, możecie mi nie wierzyć, ale to wasza sprawa, miałem nagranie, ale je straciłem więc już nawet brak dowodów. Był on też krótki, ale już nad naszymi głowami zaczęli się gromadzić pierwsi hiphopowcy. Wobec tego zwinęliśmy interes równie szybko, co rozstawiliśmy i poszliśmy do Kisielic, gdzie kończył się koncert Ludzi. Albo duetu Arszyn + Bunio? W każdym razie, tam też w pokoiku zrobiłem wywiad z Moha!, który jest tutaj.

Chłopakom chyba się spodobało, bo wrócili do Poznania w kwietniu kolejnego roku, wtedy do Kisielic i wtedy też dali mi koszulkę, którą noszę do dziś, choć duet już nie istnieje, ale muzycy nadal robią dobre rzeczy, ale to już temat na inną okazję.

3/26/2017

Co słychać u Mai Ratkje ?

Jeśli ktoś czytał mój przewodnik po płytach Rune Gramofon, to być może pamięta zachwyt (który absolutnie podtrzymuję) dla solowego (ze wsparciem Jazkamera) krążka Mai Ratkje – Voice. Od tego czasu postanowiłem śledzić uważnie wszystkie jej przedsięwzięcia. A jest w czym wybierać – kwartet SPUNK, jego połowa - Fe-Mail i duety. Poniżej przedstawię pokrótce trzy albumy, wydane już po solówce: Post-Humand Identities (Kontrans, 2005), Ballads (Dekorder, 2006) oraz Blixter Toad (Asphodel, 2006).
Maja Ratkje spotkała się już z Jaapem Blonkiem, czego owocem była płyta wydana
przez Kontrans (tak jak i ta) w serii Improvisors. Tamten album (swoją drogą - bardzo ciekawy) angażował tylko wokale obu artystów. Na Post-Human Identities do głosu doszła również elektronika – obydwoje używają samplerów, efektów, Holender – powerbooka a Ratkje – dyktafonu.
Z dobrodziejstw techniki korzystali chyba w sposób intuicyjny (nie chcę przez to powiedzieć, że nie wiedzieli, co robią), co dało wrażenie pierwotności, jakiegoś „nieoheblowania” całości. Zwłaszcza pierwszy utwór (18 minutowy, najdłuższy) jest taką podróżą do jądra ciemności. Pamiętam, że gdy słuchałem go po raz pierwszy i wszedł on w apogeum miałem taki moment, że chciałem zdjąć słuchawki i ukryć się pod łóżkiem. Reszta niewiele mu ustępuje, choć mam wrażenie, że od trzeciego następuje nieznaczne spuszczenie z tonu i rozprzężenie elementów. Dźwięki na albumie są różnego sortu – raz niemal industrialne, czasem odwołują się do klimatu eksperymentów akademickich lat 60., nie ma prawie w ogóle wysokich częstotliwości.
Co czyni ten album intrygującym to linie napięcia, jakie rozciągają się między elementami powtarzalnymi, tymi których słuchacz może się uchwycić (fragmentaryczne bity, beatbox, drobne „motywy”) a całą niekontrolowaną resztą. Również ciekawa gra toczy się między wokalem (który jest też samplowany, przetwarzany) a elektroniką. Trudno powiedzieć, czy głos walczy o swoje miejsce w całości, a jeśli tak to czy chce nad nią zapanować, czy tylko znaleźć sobie miejsce w szeregu. Może i trudne w odbiorze, ale raczej warto.

[...]

Muzyce Fe-Mail (Ratkje – elektronika, głos oraz Hild Sofie Tafjord – elektronika oraz róg francuski) pikanterii dodaje ich przekorny image (design strony internetowej, oprawa płyt, tytuły utworów). Tym razem z okładki spoglądają na nas artystki przeistoczone w jaszczurki (kurczę – one naprawdę ubrały te stroje czy to komputerowo zrobione?). Panie lubią też nadawać dowcipne tytuły swoim dokonaniom: płyta z Marhaugiem nosiła tytuł „All Men Are Pigs”, na jednej ze starszych produkcji była kompozycja „A merry day in a woods”, która nic a nic nie była „merry”. Na Blixter Toad Norweżki karmią nas sambą z rozwalonym rytmem („Samba Furore”), „Rockabilly” ze zduszonym i zdewastowanymi gitarami. Jedynie piękna „Ballad” nie zwodzi tytułem. Ten 13-minutowy utwór, który znajduje się gdzieś na przecięciu stylistyk Deathproda i Steve’a Rodena, wspaniale wygasza wszelkie napięcia, kołysze rozmazanym wokalem i dźwiękami portowych syren we mgle. Jest równie niesamowity, choć diametralnie różny, od otwierającego dwupłytowy album „Belonging”. Ów powoli nabiera masy, objawia nam całe pogmatwanie (i rozkosz z odnajdywania się) muzyki duetu – stopniowo zagęszcza się niezidentyfikowany hurgot, pod spodem płyną strumienie szumowej drobnicy, nad wszystkim mocarny i szaleńczy wokal Ratkje, przetworzone zaśpiewy (trochę w deseń Islaji).
Wokalistka jak zwykle używa wielu środków – pisku, bełkotu, dźwięków gardłowych.
Nie ma mowy o jakimkolwiek klimacie, może poza atmosferą dadaistycznego kabaretu. Duet żongluje motywami, miesza, burzy, zestawia delikatność (szczegółowość, misterność przy zachowaniu żywiołowości) z brutalnością, myli tropy.
Całość jest gęsta, porywista, wielowarstwowa, znaczna część materiału trzyma bardzo wysoki poziom, co jak na ponad 100 minut muzyki jest nie lada wyczynem. Jedna z płyt roku.

Gdy już ktoś poznał wszystkie trzy produkcje polecam pewną „zabawę”: posłuchanie płyt w takiej kolejności: pierwszy dysk Blixter Toad, potem płyta z Blonkiem, dalej drugi krążek Fe-Maila a na koniec duet z Hegre.

Maja Ratkje nie próżnuje, ukazał się właśnie Adventura Anatomica z muzyką do tanecznego performance’u wykonywanego przez nią, zapowiadany jest album Fe-Mail i Carlosa Giffoni, ponoć też SPUNK szykuje coś specjalnego z okazji 10-lecia. Miło to słyszeć, a potem słuchać.

[tekst pierwotnie opublikowany na nowamuzyka.pl]

3/14/2017

John Hegre / Maja Ratkje - Ballads

Po kilku wydawnictwach z Lasse Marhaugiem przyszedł czas na współpracę z drugą połową Jazkamera – Johnem Hegre. Owocem tego jest album Ballads – nie znając płyty sądziłem, że tytuł jest przekorny. Wszak obydwoje artyści gustują raczej w głośnych dźwiękach, jednak np. solowy Voice Ratkje jest emocjonalny, głęboko dojmujący przez szczerość. I w tym kierunku poszła para twórców na tym krążku – są to introspektywne, wyciszone, proste utwory. Swój zgrzebny świat Norwegowie zbudowali z dźwięków konkretnych (subtelne stukoty, analogowe kliknięcia, odgłos pieczątki) nieznacznie manipulowanych w niektórych partiach, większość materii dźwiękowej jest podana w lekko niedbałej formie. Pod tym względem jest to płyta nie-wirtouzowska, nie chodzi o zagranie czegoś ekstra, ale o cieszenie się tym co proste, o użycie tego, co pod ręką. W swej naiwności przypomina to podejście free-folkowców, choć efekt jest mocno zredukowany. Hegre używa gitary, ale przez większość czasu wydaje się, że leży ona gdzieś z boku i dźwięki wydobywają się z niej jakby przez zapomnienie. Kilka razy gitarzysta próbuje wprowadzić jakiś „motyw”, który ma dać kanwę utworowi, ale robi to niefrasobliwie (i to cały urok, te od niechcenia próbowane akordy z całą magiczną otoczką dźwięków przypadkowych)
Album jest bardzo cichy, żeby więc wejść w ten świat trzeba mocno podgłośnić odtwarzacz. Ostrzegam jednak, że trzeci na albumie „Private Master” wskakuje na chwilę na zwykły poziom uchylając rąbka noise’owej duszy artystów. To jedyny moment, gdzie następuje zagęszczenie i to dość znaczne. Całość wieńczy „Hammock Moods” przygaszony hymn, gdzie przetworzone wokalizy wplatane są w drobne sekwencje stukotów, trochę szkoda, że całość nie została jakoś zawiązana (jednak kupuję również i to rozwiązanie, gdzie album kończy się i jakby rozpływa w rzeczywistości). Satysfakcjonujące wydawnictwo i na swój sposób przystępne.

[pierwotnie opublikowane na nowamuzyka.pl]

4/29/2008

Co za tydzień

Od soboty do soboty koncerty przynajmniej co drugi dzień. Nie sądzę, że tak powinno być zawsze, ale raz na jakiś czas taki urodzaj jest dobry.

Chronologicznie:


MoHa! w Kisielicach, 19.04

[<-- foto Sierus]













Chciałem podziękować za pomoc wszystkim, którzy w
jakikolwiek sposób przyłożyli rękę (oni wiedzą, nie będę wymieniać).
Organizowałem ten koncert, więc możecie wątpić w obiektywność moich zachwytów (które tutaj).

Wszystko przebiegło dobrze, może jedynym problemem była głośność(ze względu na sąsiadów, ale o żadnym przerywaniu koncertu nie było mowy). Fajnie było pogadać (dowiedzieć się, że Pierre Henry występował w Stavanger), pożartować z chłopakami (w Danii może być problem z kupieniem kebaba, bo gdy mówisz "kebab", oni to odbierają wedle swojej wymowy i mogą zrozumieć, że chodzi o "hipab" = hip hop), dostać t-shirt i w ogóle, i tak dalej.

World as Will (Zbigniew Karkowski + Tetsuo Furudate) w Cafe Mięsna, 21.04

Byłem pozytywnie naładowany, czułem że będzie dobrze, potem słuchałem ich drugiej płyty i się upewniłem. Potem zobaczyłem plakat, który uważam za świetnie pomyślany (nie, nie chodzi o to że j e s t na nim swastyka, ale o to, j a k ona tam jest). Chodziłem cały dzień uskrzydlony wizją wieczoru, ale kilka godzin przed mój nastrój siadł. Potem okazało się, że taka kondycja zbiega się z koncertem, który wypadł średnio (więcej tu). Chyba racje miał Sierus, który po wyraził obawę, że wrażenia z tego wydarzenia szybko się zatrą.

To Live and Shave in L.A. na Rozbracie, 23.04
[<-- foto Sierus]
Tzn wybierałem się tam również na Sudden Infant, ten jednak się rozchorował i został w Berlinie. Mój brat, który akurat w dniu koncertu nie miał ochoty, a wcześniej chyba naprawdę chciał iść (co nie jest częste - zwykle muszę go namawiać i prosić), jakby się ucieszył, gdy po powrocie mu powiedziałem mu, że Infanta zabrakło. Ale i tak myślę, że ma czego żałować, bo supportujący kakofoNIKT, zaprezentował nową jakość w stosunku do poprzednich koncertów, a występ "gwiazdy wieczoru" był powalający (o czym więcej piszę tu). A w ogóle to bardzo podoba mi się pomysł dobierania na trasę ludzi, których się lubi, ceni, z którymi chciałoby się pograć (a zapewne też przebywać), a niekoniecznie nagrywa się z nimi płyty czy współpracuje zwykle w ramach zespołu, pod którego szyldem będą występować (trochę podobnie jest z Nurse With Wound).

W czwartek Black Earth Strings (kwartet Nicole Mitchell) w Estradzie - było miło.

No i w końcu Paweł Szamburski i DJ Lenar w Małym Domu Kultury - kameralnej przestrzeni w Dragonie. Nie mogłem się skupić na tym koncercie, byłem oderwany, ale z tego co do mnie dochodziło wnioskuję, że miała miejsce ciekawa improwizacja. Panowie dobrze się rozumieli, podłapywali wątki (aż zapytałem potem Lenara, czy coś było zaplanowane, okazało się, że nie). Obydwoje korzystali z loopstacji, może nawet za dużo było tego nawarstwiania jak dla mnie. Szamburski grał na klarnecie "zwykłym" i basowym oraz fujarce (raczej frazy, melodie lub ich fragmenty niż "techniki rozszerzone"). Na początku miał bardzo fajny pomysł, żeby zapętlić gniecenie papieru, potem z dwa razy używał przetworzonego wokalu. Był o wiele bardziej aktywny, ale jakoś nie przytłoczył partnera. Lenar z początku założył recepturkę na ramię gramofonu, co pozwoliło mu naśladować granie na kontrabasie.Potem było trochę skreczy (ale nie pokazowej turntablistycznej ekwilibrystyki), robienie bitu przez przyciskanie igły, szum starych winyli.
Włączony był też laptop, który z pewnością za coś był odpowiedzialny.