Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dragon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dragon. Pokaż wszystkie posty

12/18/2024

The Ames Room w Dragonie (17.03.2009)

To już trzeci raz na przestrzeni nawet nie roku, gdy kontrabasista Clayton Thomas gości w kameralnym Małym Domu Kultury klubu Dragon w Poznaniu. Tym razem przyjechał w towarzystwie francuskiego saksofonisty Jean-Luc Guionneta i australijskiego (ale we Francji mieszkającego) perkusisty Will Guthrie. Od stycznia 2008 roku występują w trójkę pod szyldem The Ames Room.

Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem, które spowodowane było chyba oczekiwaniem na większą liczbę publiczności. Choć ostatecznie słuchaczy nie było zbyt wielu (pewnie około 30 osób), to ci którzy się pojawili, raczej nie żałowali.

Od początku było twardo, drapieżnie i dynamicznie, jednak przez pierwsze kilka minut uderzenia choć silne, to dawkowane. Wydawało się, że Guionnet wplata się w powtarzany przez Thomasa motyw, a Guthrie rozrzuca wokół strzępy, jakby chcąc ich zdezorientować. Jego dźwięki były zacinające (się), a rozpędu nabrał po pierwszym zdecydowanym uderzeniu w talerze. Trudno określić jego wkład jako bazę dla pozostałych, ale jednak jego dekonstruowana, sabotowana, motoryka nadała grze partnerów innej energii. Thomas długi czas grał „po prostu”, dopiero później zaczął stosować swoje ulubione preparacje, takie jak tablica rejestracyjna, metalowe pręty (wkładane między struny) i duży (pusty) dzwonek, jednak używał ich tylko przez chwilę. Guionnet najczęściej grał krótkie, rwane, kanciaste, frazy, serie po kilka były poniekąd powtórzeniami, jednak bez silenia się na dokładność odtworzenia pierwowzoru. Pod koniec pierwszej improwizacji doszedł do tak wysokich dźwięków, że aż zatykały się od nich uszy.

Następna miała chyba zaprezentować inne oblicze tria, choć z biegiem wypadków doszła do podobnej zapalczywości. Jednak stało się to zupełnie naturalnie, przez nagromadzanie i gęstnienie. Sam początek był w zupełnej kontrze do tego, co wcześniej: pojedyncze wysokie, eteryczne dźwięki grane przez Thomasa krótkimi pociągnięciami smyczka, Guthrie krążył w bliskich rejonach grając szkliste tony na tybetańskiej misie. Stopniowo wprowadzał delikatne uderzenia pałkami do kotłów, głównie na zasadzie: jedno silniejsze i wstrząsy wtórne, tak że wybrzmienia nachodziły na siebie. Zrobiło się pochmurnie, szaro-srebrno, Thomas dołożył kilka przeszywających dźwięków smyczkując dzwonek. Trudno było uchwycić jeden decydujący moment, po prostu było już całkiem dużo zazębiających się dźwięków, obfitość porównywalna z pierwszą odsłoną, choć nie tak gorąca. Gdzieś w drugiej części Guionnet przez dłuższą chwilę wykręcał wysoki dźwięk, co kawałek schodząc z niego, a potem płynnie do niego wracając.

I koniec, to znaczy to mógłby być koniec, choć może trochę smutno, że to już, ale też masa energii przekazana przez muzyków była wystarczająco duża. Ale nie - sygnalizują sportowym gestem prośbę o czas.

Podczas nieco zbyt długiej przerwy napięcie spada, jednak drugi set zaraz je przywraca. Wydaje się, że już w samej idei The Ames Room jest ustosunkowaniem się tych muzyków do free-jazzu, a ten set był właśnie najbliższy praktycznej realizacji tego gatunku. Przede wszystkim dzięki bębniącemu bez wytchnienia Guthrie'mu, dla mnie było to na granicy zdolności odbioru, zaraz przed zapadnięciem w bezład i bezsens, ale jednak działało i trzeba przyznać, że to dzięki niemu w tej części nie było żadnego opadnięcia, a nawet ciągłe wznoszenie i poczucie joggingu w epicentrum. Najważniejsze jednak, że pozostali odnaleźli się w tym bez problemów, Thomas wybrał opcję powtarzania (może i przez cały set?) tego samego motywu, którego niskie brzmienie przyjemnie pełzało po podłodze. W pewnym momencie, gdy Guionnet przerwał grę, Guthrie bardzo oszczędnie wszedł w rytm podawany przez Thomasa, co było zaskakujące o tyle, że wcześniej w ogóle się do niego nie odnosił.

Szkoda, że tak mało osób doświadczyło tak dobrego, pełnego pasji, koncertu. Być może po części było to winą zbyt wysokiej ceny biletów. Thomas grał wcześniej w Poznaniu z Mikołajem Trzaską, ale widocznie nie wyrobił sobie jeszcze „marki”, a pozostała dwójka zapewne niezbyt kojarzonych muzyków nie była magnesem dla publiczności.

3/18/2009

The Ames Room w Dragonie (17.03.2009)

Na szybko

The Ames Room
The Ames Room (od lewej): Jean-Luc Guionnet, Will Guthrie, Clayton Thomas

Jean-Luc Guionnet

Will Guthrie

Clayton Thomas

+ relacja (ze świetnym tytułem nadanym przez AEG)
++ o dzień wcześniejszym (Warszawa) pisze Paweł Bukowski

12/05/2008

Oto foto




Jak stało w obwieszczeniach, trzeciego grudnia Clare Cooper i Jean-Philippe Gross zagrali w Dragonie. Najpierw Cooper solo, potem jako duet Nevers i na koniec Gross. Okazało się to bardzo sensownym układem, bo każdy kolejny występ oznaczał zagęszczenie dźwięków i wzrost głośności. Gross swój secik zagrał z użyciem nagłośnienia, wcześniej sygnał leciał przez dwa magnetofony z wbudowanymi głośnikami i małe głośniki. W ogóle dość ciekawy system sprzęgająco-nagrywający, jeszcze radyjko zniekształcane lampą fleszową i silniczkami.



Cooper grała na guzheng rękoma, pałkami, smyczkiem, przekładała mostki podtrzymujące struny, przykrywała je też ręcznikiem by tłumić wybrzmiewanie.
Jeśli chodzi o duet to zaskoczyło mnie, jak dobrze, sensownie instrument i ta akustyczna elektronika mieszają się ze sobą, że nic nie dominuje, wszystko się przenika. Są momenty szumowe, perkusyjne, dźwięki bardziej określone.



Było ciemno, a nie chciałem im wtykać obiektywu w nos, więc zdjęcia są, jakie są (nieco edytowania: jasność, kontrast).

Trochę się bawiłem zdjęciami z koncertu Anderson. Najpierw jak zwykle interesujące cienie, a potem wariacje mniej i bardziej kolorowe.







8/24/2008

16.08.2008 w Dragonie

Jakoś tłumy nie zjawiły się w sobotę wieczorem w Małym Domu Kultury w Dragonie, ale przynajmniej można to sobie tłumaczyć niesamowitą ulewą, jaka tego dnia doświadczała Poznań.

Grający w minimalnym składzie kakofoNIKT rozpełzł się po sali, dlatego dobrze będzie skorzystać z pomocy naukowych w postaci zdjęć (autorstwa Sonii Orlewicz).

 


Powyżej Patryk Lichota grający na "strunie" (drucie) rozciągniętym po przekątnej przez prawie całe pomieszczenie. Zespół dba o aspekt wizualny nawet, gdy gra bez vidżejki, ten koncert zaczął się w zupełnej ciemności, Patryk oświetlał małą lampką ten odcinek drutu, który dotykał smyczkiem.

 


Natomiast przez większą część koncertu rozstawienie było takie: Patryk stał za laptopem zaraz koło dźwiękowca, Hubert Wińczyk z generatorem akustycznym i przedmiotami oraz Michał Joniec grający na swoim składzie złomu znajdowali się "na scenie". Hubert miał jeszcze ustawioną na środku konstrukcję z metalowych taśm, do których przyczepiony był mikrofon kontaktowy.

 



Patryk przez większość czasu grał na thereminie i basie, krótko na saksofonie (wtedy też chodził po sali). Akurat wtedy wyszedłem, żeby podtrzymać moją mamę na duchu, że jak to się skończy, to będzie lżej (nie było). Innych osób, które opuszczały koncert, nie mogłem niestety zatrzymywać - chyba ponad dycha się wymknęła.

 


Może też przez dodatkowy smaczek, który zapewnił nadgorliwy "fan" włączający się w koncert: najpierw grał waląc w kubik, na którym siedział, a potem gdy spostrzegł, jakie możliwości daje konstrukcja z metalowych drutów, również na niej próbował swoich sił. Oczywiście nie "przeszkadzał" w przebiegu koncertu, ale jakieś dziwne to było.

 


Następnie zagrał Jeff Gburek (na zdjęciu powyżej): gitara leży na stole, raczej jako pole do nagłaśniania przedmiotów, niż jako instrument (choć parę dźwięków też zagrał), a tak to kładł np. mały gong, przysuwał dyktafon do strun. Miał też małą plastikową plandekę z mikrofonem kontaktowym, po którym szurał różnymi rzeczami. Sygnał szedł przez laptopa z Abletonem, ale tam chyba niewiele manipulacji miało miejsce. Tak, zagrał zapowiadany utworek i faktycznie dość mocno go zdestruował. Dobry set, gęsty, głośny, szkoda że nagłośnienie nie dało rady, wszystko brzmiało jak ściśnięte, stłumione.

 


Po niewyobrażalnie długiej przerwie (kłopoty z laptopem i rzutnikiem) przedstawiliśmy z Hubertem nasz pomysł o kryptonimie Revue svazu českých architektů. Sto razy bardziej wolałbym wrzucić jego zdjęcie niż swoje, ale że było ciemno to podobno tylko mi dało się zrobić, tak żeby coś było widoczne.

Nie starczyło czasu, sił, chęci na spotkania improwizatorskie, ale to jeszcze da się nadrobić.

8/13/2008

Zapraszam na koncert

16 sierpnia, godzina 20:00 (około), Mały Dom Kultury w Dragonie.

Kolejne natarcie muzyki improwizowanej na MDK, tym razem zagrają:

Jeff Gburek
kakofoNIKT
Urinatorium i Piotr Tkacz

Jeff Gburek to amerykański gitarzysta, jak się okazuje o polskich korzeniach. Po pobycie na festiwalu Experyment w Zbąszyniu, postanowił przeprowadzić się do Polski, konkretnie do Poznania.
Ten koncert będzie więc swego rodzaju przywitaniem z tym miastem.

Gburek jest z tych, których nie zadowala "normalne" granie na gitarze, używa jej raczej jako generatora dźwięku, kładzie płasko na stole, stosuje różne przedmioty do preparacji, przetworniki elektroniczne i laptopa do przekształcania brzmień.

Jest nie tylko improwizatorem, ale też twórcą kompozycji, w których wykorzystuje nagrania terenowe, dźwięki konkretne, głos. Przykładem z tego obszaru działalności może być album wydany w netlabelu Con-v.

Nie wiem jeszcze, co chłopaki z kakofoNIKTu wymyślą, są różne plany na zaanektowanie przestrzeni, sam jestem ciekaw... Natomiast pewne (na pewno pewne?) jest to, że zagrają w składzie trzyosobowym: Hubert Wińczyk, Michał Joniec, Patryk Lichota.



Wraz z Hubertem przedstawimy projekt Revue svazu českých architektů, gdzie plany architektoniczne zostaną potraktowane jak partytury graficzne. Precyzyjna grafika będzie inspiracją dla improwizowanych modułowych konstrukcji dźwiękowych budowanych przez generator akustyczny i preparowany gramofon.

A potem różne niespodziewane spotkania w mieszanych składach. Gburek sam to proponował, po tym jak słyszał koncert kakofoNIKTU w Zbąszyniu, jest bardzo chętny na improwizowanie z członkami zespołu.

(najlepsze na koniec - wstęp wolny)

7/11/2008

FRIV (4-6.07.2008) - Dragon, Poznań

Wydaje mi się, jakby minęło 100 lat od czasu, gdy ostatni raz chciałem tu coś napisać (o filmach Nae Carnfila, mam coś naszkicowane, więc jakby ktoś bardzo chciał to mogę to rozwinąć i wrzucić tutaj). Potem była Malta, Tupika, potem Cieszyn (każdy ma jakąś opinię, więc ja też: Clark, Landstrumm/Milanese, Holy Fuck), no a teraz jest Animator.

Natomiast na pewno minęło (przynajmniej) 100 mejli, ale - siedzenie na dwóch skrzynkach i myspace'ie było najprzyjemniejszą częścią organizowania festiwalu.

Kilka razy po drodze zdążyłem zwątpić, czy w ogóle dojdzie do skutku, ale tak - Polsko-Niemiecki Festiwal Muzyki Improwizowanej FRIV odbył się w Dragonie, między czwartym a szóstym lipca.

Po niesamowicie zabieganym piątkowym popołudniu (dzięki tato za wsparcie! hm, jest tyle osób, którym powinienem podziękować, że lepiej, żebym nie zaczynał), gdy już poczułem, że stoję na nogach, powiedziałem do Patryka, że teraz rozumiem, czemu Anna Zaradny i Robert Piotrowicz rezygnują z występowania na swoim festiwalu.

Tomek jako przedstawiciel organizatora (Stowarzyszenie Kod_krowa) powitał i zaprosił, po czym chciał obarczyć mnie zadaniem przedstawienia *ideologii* improwizacji. Ja się wywinąłem, że nie ideologia, ale słuchanie itd, że mamy muzyków z różnych środowisk, więc liczymy, że ich wspólna gra będzie ciekawa.

No a potem przeszliśmy do losowania składów. Na każdy wieczór przewidzieliśmy po dwa duety (jedna osoba z Poznania, jedna z Berlina), trio (w różnych proporcjach) i kwartet (po dwie z każdego miasta). Okazało się, że coś źle policzyłem (ech he he, jak to możliwe) i ostatniego dnia nie będzie kwartetu (a rzeczywistość i to zweryfikowała). Nastąpiło pewne rozprężenie, kiedy my upewnialiśmy się, że na pewno źle policzyłem.

Mieliśmy spore opóźnienie względem oficjalnego programu, ale za to koncerty rozpoczęły się równo z transmisją radiową w Aferze (choć podobno trochę przerywało).

Oczywiście mógłbym stwierdzić, że nie będę opisywał koncertów, bo przecież jestem skrajnie nieobiektywny, no ale nie oszukujmy się - jeśli ja ich nie opiszę, to kto to zrobi?

Zresztą może poczekam na nagrania: słuchając ich będę mądrzejszy i napiszę więcej, a teraz tylko skrótowo. Na początek duet Franziski Wulschke (saksofon) i Radka Włodarskiego (syntezator analogowy) - trudna sprawa, bo jeśli chodzi o barwy to zupełnie się to nie łączyło, chwilami Franziska próbowała grać wedle struktur wyprodukowanych przez Radka (który może mógł być trochę powściągliwszy momentami?).

Potem duet skrzypka Gerharda Uebele i Stanisława Suchory grającego na pile. Przyjemne, figlarne, czasem filigranowe. Zabawne, ale bez gagów i jajcarstwa.

Następnie trio złożone z Sabine Vogel (flety, elektronika), Yannicka Francka (elektronika, głos) i mnie (gramofon uprzedmiotowiony).

Pierwszy dzień zakończył kwartet: Blanka Dembosz (wokal), Lucio Capece (klarnet, saksofon, preparacje), Clayton Thomas (kontrabas, preparacje), Piotr Mełech (klarnet basowy). Jak dla mnie koncert dnia, muzyka chwilami tak perwersyjna, że aż na granicy przyzwoitości.

Znów lekceważąc obiektywność napiszę, że generalnie poziom był przynajmniej dobry. Nie stało się to, czego najbardziej się obawiałem, że całe przedsięwzięcie okaże się sprytnym sposobem na wkręcenie się poznańskich młodzików i amatorów w *wyższe sfery* muzyki improwizowanej. Że sobie chłopaki zaprosili kilka nazwisk do ogrania, żeby mieć co wpisać do cv. (Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę o komentarz).

Sobota zaczęła się od śniadania, słuchania przy nim wakacyjnego Marchettiego, z czego wywiązała się dyskusja z Yannickiem i Philem Maggim (których nocowałem - co też było jakby wpisane "w formułę festiwalu", ha ha). Kawiarenka na Starym Rynku okazała się doskonałym punktem spotkań i oczekiwania nim wszyscy się zjawią. Kombinowałem, że może jakieś zwiedzanie, choćby w szczątkowej, zminimalizowanej formie, ale wygrała opcja Stanisława - leżenie w parku przed operą (co też przecież nie było złym rozwiązaniem).

Wcześniej rozmawiałem z Lucio o tym, że na finał chcemy wykonać coś ze Scratch Music, na zielonej trawce Lucio przyjrzał się uważnie książce i zaproponował People-Influenced Music Carole Finer. Początkowo chcieliśmy, aby była to jakaś partytura graficzna, ale skoro inni podchwycili pomysł wykonania utworu złożonego z reguł - to okej.

W sobotę udało nam się zacząć o czasie, duetem Piotra Mełecha i basisty Jakuba Paczkowskiego. Fajnie, choć trochę nie moja bajka, ale panowie odnaleźli wspólny język i czuć było, że dobrze im się razem gra.

Drugą parą tego wieczora byli Clayton Thomas i Patryk Lichota (saksofon). Po koncercie usłyszałem od jednej osoby, która gra z Patrykiem, że była zaskoczona. Zapytałem, czy to znaczy, że wątpił w jego umiejętności, odpowiedzią było coś w rodzaju potwierdzenia. Ja też wiele grywam z Patrykiem, ale nie zdziwiło mnie to, że stanął on na wysokości zadania. W zasadzie byłem pewien, że tak się stanie. A tak uważny i pełen inwencji partner, jak Clayton zadziałał niczym katalizator jego umiejętności. Piękna, energetyczna, pełna polotu i pasji muzyka.

A teraz coś z zupełnie innej beczki: Yannick Franck, Jan Talaga (bas preparowany) i Radek Włodarski. Transowy ambientowo-etniczny (a może pierwotny - rzecz siedziała w rytmie poddanym przez Radka) dryf, ze śladami industrialnej korozji.

Ślepy los zdecydował, że znów w kwartecie zagrają ze sobą Blanka i Lucio, tym razem z Martą Zapparoli (aka PenelopeX) używającą laptopa, miksera i mikrofonu kontaktowego oraz Stanisławem Suchorą. Kilka osób było trochę zawiedzionych, może oczekiwali podobnych szaleństw, jak poprzedniego wieczora. Pamiętam, że mi się podobało, szczególnie mocne, ale w sumie powściągliwe wejścia Marty.

Słusznie przewidywałem, że kameralność Małego Domu Kultury będzie sprzyjała odbiorowi, jak i graniu. Drewniana podłoga, po której upodobałem sobie chodzić na bosaka, charakterystyczne czarne kubiki (jako siedzenia i jako stoliki na sprzęt), zakaz palenia, oddzielenie od baru - wszystko to składa się na idealne warunki dla takich koncertów. Jedyny minus to gorąc, gdy w środku zbierze się pewna ilość osób.

Po koncertach odbyło się jeszcze *jam session*, a potem zabraliśmy naszych gości na przechadzkę po Cytadeli, gdzie wydarzyło się wiele różnych rzeczy, o których nie ma sensu pisać...

Z racji tego, że sobota skończyła się około piątej, to niedziela musiała zacząć się później, ale starczyło czasu, żeby obejrzeć Gdansk Queen AVVY.

Smutna wiadomość, że Sabine Vogel źle się poczuła i musiała wracać do Berlina. Miałem grać z nią w duecie, myślałem o użyciu radia, no nic, może jeszcze będzie okazja.

Ach, jedną z rzeczy, która wyniknęła ze szwędania się po Cytadeli było to, że Lucio zgadał się z Hubertem Wińczykiem i postanowili trochę razem pograć. Hubert używa generatora akustycznego, co razem z ciągłymi dźwiękami saksofonu Lucia dawało naprawdę mocne efekty. Momentami muzyka wypełniała całe pomieszczenie i trzeba było się przez nią przedzierać, walczyć o miejsce dla siebie w niej, wspinać na nią, siłować z nią. No i tak, niestety, właśnie takie rzeczy się nie nagrywają (bo jakieś problemy z instalacją sterowników czy coś...).

Pierwszy duet ostatniego dnia (Franziska i Michał Joniec grający na złomie) tak płynnie przeszedł od próby dźwięku do koncertu, że nikt nie przywitał publiczności, ani ich nie zapowiedział. Zrobiłem to po i przedstawiłem zmiany w programie. To znaczy moje dołączenie do tria Marty, Jakuba i Patryka.

Na koncercie Jońca, Janka i Gerharda Uebele niestety nie mogłem być (robota papierkowa). Słyszałem, że było ludycznie.

No i finał czyli partytura Carole Finer. Zbiór reguł: wybierasz po jednym dźwięku, który masz zagrać w następujących sytuacjach: kiedy ktoś wchodzi, wychodzi, patrzy na ciebie, mówi. Ponieważ reguły można modyfikować, dołożyliśmy jeszcze możliwość zagrania jakiegoś dźwięku po innym wybranym grającym. Udział brali: Marta, Lucio, Hubert, Patryk, Yannick, Gerhard, Piotr (i chyba Stanisław?). Może z początku przestrzegali założeń (choć nie tego, że jeśli jest za dużo zdarzeń na raz, należy zapamiętać dźwięk i zagrać go później), ale przeszło to w teatr instrumentalny. Niestety musiałem wyjść, więc o tym, że Marta wkładała Patrykowi końcówki jacków przez ustnik saksofonu, wiem tylko z opowieści (jak dobrze, że wszystko było filmowane).

Znów długa noc, tym razem nad Wartą. Kilka godzin snu i na dworzec pożegnać Martę i Lucia. Gadanie z Patrykiem, o tym ile dobrego się wydarzyło i ile jeszcze może się stać.

O tym, jak wykrakałem deszcz, to już nie będę się rozpisywać (zaczął padać, akurat gdy z Yannickiem i Philem wynosiliśmy ich rzeczy z Dragona). Yannick zastrzygł uchem na dźwięki, które leciały w Dragonie, że to fajne, że trochę przypomina jego wokale, a gdy okazało się, że to jego trio z Radkiem i Jankiem, powiedział, że można by to wydać.

A potem taki przetrącony (zawsze boli mnie brzuch jak mało śpię) poszedłem na "Instytut Benjamenta", jakby ten film nie był wystarczająco dziwny sam w sobie.

Tak to było, wydaje mi się, że uwolniło się sporo dobrej energii, z zupełnie osobistego punktu widzenia, to po prostu dawno nie czułem się taki szczęśliwy jak w te dni.

Jeśli ktoś ma jakieś uwagi (nie muszą być pochlebne), czy chciałby o coś zapytać, cokolwiek - może pisać w komentarzach. A my tymczasem zaczynamy myśleć o kolejnym festiwalu.