8/09/2009
9/17/2008
Literatura na wakacjach: H. M. Enzensberger
Wśród wakacyjnych lektur znalazło się dwóch pisarzy, na których moją uwagę zwróciło czasopismo Literatura na Świecie: Gérard de Nerval (o którym następnym razem) i Hans Magnus Enzensberger.
W numerze 11-12/2007 znalazł się talk-show w formie dramatu "Precz z Goethem", dwie rozmowy oraz osiem wierszy (z tomów "Kiosk", "Leichter als Luft" i "Die Geschichte der Wolken").
Idealnie byłoby zacząć od przekrojowych, dwujęzycznych Utworów wybranych,
ale pod ręką (w bibliotece) był tylko Proces historyczny.
Książka ukazała się w 1982 nakładem Wydawnictwa Literackiego, "wyboru dokonał" i "posłowiem opatrzył" Grzegorz Prokop. W zbiorze znajdziemy wiersze z kilku tomów (m.in. z debiutanckiego verteidigung der wölfe - 1957 aż do połowy lat 70. - Mausoleum). Podstawowa bolączka, w zasadzie spory mankament, to brak wyjaśnienia, które utwory, z jakiej książki pochodzą.
Nie uniemożliwia to czytania, ale dobrze byłoby móc się zorientować, który wiersz kiedy się pojawił.
To nie będą jakieś syntezy co do całości dorobku, umiejscowienia w tradycji, dogłębne analizy, ani kreślenie kontekstu. Na to bym się nie porywał, jedynie kilka myśli i spostrzeżeń (+ kilka cytatów), w obrębie niewielkiego materiału z książki, jaką czytałem.
Trzy-czwarte jej objętości zajmują wiersze ze wspominanego Mausoleum o podtytule "37 ballad z historii/dziejów postępu". Cykl Enzensberger opisuje w ten sposób:
Zasadnicza idea była taka, że poezja może nie tylko przedstawiać emocję, lecz także opowiadać - że ma zdolność narracyjną, która dziś się w znacznej mierze zagubiła. Nie rozumiem tego. W wierszu można opowiedzieć skomplikowaną historię, wszak dawniejsi poeci tak postępowali.
Drobne czepialstwo z mojej strony: w tytułach autor podał inicjały i lata narodzin i śmierci danej postaci (zastosował, jak mówi, "taki trick"), natomiast redakcja (? tłumacz?) w polskim wydaniu uznała za stosowne rozwinąć inicjały i to od razu w tytule. Znów, to zapewne nie zbrodnia przeciw ludzkości, ale w sumie po co? W obawie, że ktoś może mieć problem z domyśleniem się i się sfrustruje, na tyle że przerwie lekturę?
No dobrze, może w końcu coś o wierszach. Otóż historia postępu okazuje się kroniką zboczeń, ułomności psychicznych, skrzywień charakteru, budzących grozę dziwactw i postępków niekoniecznie chwalebnych. Nawet jeśli niektóre portrety starają się być neutralne, to i tak ich bohaterowie na skali "normalności" są co najmniej kilka stopni poniżej punktu zerowego.
Wydaje się, że autor celowo używa takiego dużego hasła na nazwę cyklu i przez to zderzenie z rzeczywistością jest jeszcze bardziej bolesne. Zaczynamy się zastanawiać, że kurcze, to jest niby ten cały postęp, tak to było, to czy to naprawdę takie fajne. Enzensberger kwestionuje trochę ideę postępu, choć niewątpliwie fascynuje go nauka (ciekawe, jak by ujął Talbota?) i docenia ludzi jej oddanych. A może prezentuje cenę, jaką trzeba zapłacić za geniusz, za odkrycie, żebyśmy, my - stojący z boku, wcześniej nieświadomi, lepiej pojęli, ile to wymaga, jakie to trudne.
Podoba mi się też zabieg wprowadzania zapisów, opinii skądinąd, który czyni wiersze nieco oschłymi, jednocześnie nadaje ton sprawozdawczy, obiektywizuje, co faktycznie działa na korzyść wspominanej "zdolności narracyjnej" i pomaga utworom uwolnić się od "przedstawiania emocji".
Jednak dużo więcej czasu poświęciłem lekturze pierwszych 25-ciu stron książki, gdzie znajdują się lakoniczne, często (choć nie wszystkie) drobne, wiersze. Ich niewielkie gabaryty rzucają się jeszcze bardziej w oczy, bo kontrastują z rozłożystymi wersami ballad.
Niektóre sprawiają wrażenie niedokończenia, ale nie w negatywnym sensie, raczej niedopełnienia wynikającego ze staranności by nie przesadzić, nie przeciążyć.
Ale czasem jest jakby wszczepiono im jakąś cząstkę, ciało obce, słowa czy zwroty pojawiają się znikąd, nie tyle jak Freudowskie przejęzyczenia, raczej jak mechaniczne błędy, przeskoki liter z innych światów.
Atmosferę tych wierszy można by jakoś przyrównać do tych z utworów Świetlickiego, ale przy bardzo ważnym zastrzeżeniu - u Enzensbergera podmiot liryczny się ukrywa, nie ma żadnego bohatera, mało w ogóle jakiś osób wyraźnych, czy to nadawców, czy odbiorców.
Być może zainteresowania tłumacza odgrywają tu też pewną rolę, mamy tu w końcu wybór i wgląd tylko w małą część dorobku, ale bardzo podoba mi się znaczna obecność morskości. Jak na przykład w pięknej "obecności", w której słowa powracają, są przeplatane, pojawiają się w różnych zestawieniach, przez co powstaje wrażenie jakiejś mantryczności.
Ta morskość jest raczej z tej części spektrum kondycji, jak ta w Opowieściach portowych, ale bez bohaterstwa. Tu pewne rzeczy się dzieją, a ujęcie ich w wierszu wydobywa ciężar egzystencjalny, unaocznia ich przełożenie z takiej skrajnej sytuacji człowiek vs. natura, na codzienne, "zwykłe", przypadki.
Utwory takie jak "Hurtigrute" czy "Proces historyczny" są bardzo północne (w latach 1957-59 poeta przebywał w Strandzie w Norwegii). Panuje w nich gęsta atmosfera, jest trochę oślizgłości (w innych wierszach pojawia się ślimak, śledź, flądra), klimat zdegustowania, ale bezsilnego, niechęci. Ciekawe, że nie jest to świat mroczny, nie brakuje w nim światła (mogłoby to być jedynie odbicie od czegoś mokrego), ale ono nie pomaga, nie rozjaśnia. Światło nie jest równoznaczne z nadzieją, nie można po nim oczekiwać ratunku, a to przygnębia jeszcze bardziej.
Najbliższe aforystyczności (a nawet haiku) jest dziesięć strofek "Królestwa cienia". Pozorne mądrości, ale życiowo nieprzydatne, zahaczające o salonowe bon-moty, ale na obecność tam zbyt posępne. Ciekawe, że wiersz można widzieć jako pierścień, bo tutaj pierwsza i ostatnia część się zazębiają.
"Utopia" i "Middle class blues" mogą razić obecnie jako zbyt łatwe, prostackie w krytykowaniu "mieszczuchów" i "władzy", no ale tak, ktoś kiedyś musiał to/tak napisać.
Włączanie, korzystanie z treści naukowych widać w "Hommage á Gödel" (nie mam kompetencji, żeby się o tym rozpisywać, ale też Stockhausen mniej więcej w tym okresie chętnie wplatał naukę w swoje dzieła).
W tej ekonomii słowa, urywkowości, rafinowaniu wersów zdarzają się Enzensbergerowi mistrzowskie strzały: "odrzuć książkę / i czytaj" ("bibliografia"), "kaznodziejom, / którzy wabią do rzeźni, rzucają / piaskiem w pyski" (jak smakowicie w naszym języku: k-k-w-d-rz-rz-p-w-p, ze "zwycięstwa wiśni"). No i jeszcze coś zupełnie prostego, a jak silnego: "dom milczy" (w "odległym domu").
Jeszcze a propos pobytu w Norwegii, niemiecka wiki informuje, że pracował tam jako freier Schriftsteller, co może ma jakieś specjalne znaczenie w tym języku, ale skalkowane na polski oznacza "wolnego pisarza". Przypomniał mi się fragment z rozmowy: Także osobliwa figura pisarza jako tak zwanego wolnego twórcy jest w końcu produktem epoki mieszczańskiej. Przedtem trzeba było pracować przy dworze albo dla Kościoła. Od tej figury nie mogę się uwolnić.
Tutaj siedem wierszy po polsku i notka biograficzna (wersja skrócona z LnŚ).
[wypowiedzi Enzensbergera z: "Spacer w czasie" z HME rozmawia Alexander Kluge, Literatura na Świecie 11-12/2007]
9/08/2008
Noc muzeów [1]: Neue Nationalgalerie
Noc muzeów (umowna wersja angielska strony) rozpoczęliśmy od Neue Nationalgalerie. Wiadomo, wspaniały obiekt, ostatnie dzieło Miesa van der Rohe. W Mitologii nowoczesności Roberto Salvadori pisze: Wzniesiony w latach 1965-68 budynek łączy w sobie wątki znaczące podwójne życie twórcy i jego podwójne doświadczenie, europejskie i amerykańskie. To wolna przestrzeń bez pośrednich elementów nośnych, pokryta grubą płytą z polerowanej stali, wsparta, za pośrednictwem ośmiu zewnętrznych kolumn połączonych z dachem sferycznymi złączami, na kamiennym cokole. W ten sposób Mies wykorzystał nie tylko model pawilonu, zainaugurowany w 1907 roku willą Riehla (swoim pierwszym dziełem), i Schinklowski temat akropolu, zaprezentowany w 1910 w konkursowym projekcie pomnika Bismarcka, ale nawiązał również - dzięki sferycznym złączom - do Turbinenhalle z 1909 roku swego mistrza Behrensa. Spójność języka, wierność samemu sobie. Można by cytować jeszcze, książka bardzo ciekawa (Zeszyty Literackie, 2004), a przy okazji polecam gorąco film dokumentalny, który można trafić na tvp kultura.
Na polskiej wiki jakiś mądrala napisał: Ze względu na całkowicie przeszkloną i jednolitą przestrzeń kondygnacji górnej, jak również nietypową organizację dolnego poziomu muzeum wykazuje poważne trudności w użytkowaniu., wtf?
Obecnie w muzeum są dwie wystawy czasowe, co oznacza, że stała kolekcja (kubizm, ekspresjonizm, Bauhaus, surrealizm) nie jest pokazywana.
Prace Rupprechta Geigera w ogóle mnie nie poruszają, nic ze mną nie robią w zasadzie. W tej sytuacji to o tyle dobre, że mogłem poświęcić więcej czasu wystawie Hiroshi Sugimoto.
Nazwisko tego japońskiego fotografa nie było mi obce, bo wspominał o nim Alessandro Bosetti w wywiadzie dla Glissanda: [...] jeśli pomyślisz o filmie, fotografii, to często używa się przy ich opisywaniu wyrażeń w stylu: rzeczywistość została przefiltrowana "przez oko" reżysera. Na przykład: doliny Montany "widziane przez" [fotografa] Ansela Adamsa, Kuwejt po wojnie w Zatoce "widziany przez" Wernera Herzoga [film Lektionen in Finsternis] albo morze "widziane przez" [fotografa] Hiroshi Sugimoto."
Chodzi o cykl "Seascapes", w którym artysta prezentuje morza z różnych części globu, w taki sposób, że są one do siebie bardzo podobne. Wydają się być wariacją na bazie jednego wzoru, w dodatku ta matryca jest anty-widokówkowa, programowo zupełnie nieefektowna, tafla wody jest gładka, nigdy nie ma słońca (romantycznym zachodom mówimy nieczułe "pa!"), nic co by mogło umożliwić nam rozpoznanie danego miejsca, żadnego kolorytu lokalnego (typu łódka, boja, ptak). Poczucie przestrzeni kompletnie zaburza fotografia Morza Liguryjskiego, gdzie linii horyzontu możemy się jedynie domyślać. Jest to bliższe kawałkowi płótna o jednostajnym wzorze ujętemu w ramy, niż krajobrazowi.
Taką grą z poczuciem przestrzeni (jej uwiecznianiem, odzwierciedlaniem przez artystę) jest też "Pine Trees". Dobrze, że dano komentarze autora (są również na linkowanej stronie), bo pozwalają one poznać tło i dodatkowe sensy zawarte w pracach. Tutaj Sugimoto przywołuje japońską praktykę zwaną honka-dori (dosłownie "podejmowanie melodii" - ciekawe, czy w ichniej muzyce można to znaleźć), którą on tłumaczy nie tylko jako nawiązywanie do dzieł poprzedników, ale też ich naśladowanie. Fotograf wchodzi w las sosnowy namalowany przez Hasegawa Tohaku, opisuje jak jeździł w poszukiwaniu idealnych (wyidealizowanych) widoków i jak w końcu złożył swoją wersję z różnych fotografii, kreując miejsce, które wcześniej nie istniało (tym samym powtarzając efekt dzieła, które było inspiracją). To zabawne, że oglądając na żywo nie dostrzegłem "błędów" w łączeniu, dopiero na stronie dostrzegłem owe szwy, które czynią wymowę "Pine Trees" jeszcze głębszą.
Bardzo podobała mi się postawa Sugimoto (którą wywodzę z jego dokonań), zakorzenienie w tradycji, trochę używanie jej, ale z szacunkiem i rozmysłem, prowadzenie continuum, brak potrzeby radykalnych zerwań, a jednocześnie pełna swoboda twórcza, nawiązania, ale nie żonglowanie cytatami.
Też zawsze fajne jest jak jakieś dzieło otwiera przed nami coś innego, otwiera nas na coś, czego nie znaliśmy. Oprócz opisywanej przed chwilą specyfiki japońskiej, to jeszcze postać Williama Henry'ego Foxa Talbota twórcy kalotypu (pierwszej techniki fotograficznej, która pozwalała robić wiele odbitek z jednego negatywu). Za tymi hasłami kryje się fascynująca ludzka historia, a Sugimoto w komentarzu zwraca uwagę, że Talbot wynalazł swoją technikę przenoszenia obrazów na papier, bo nie umiał rysować. Na wystawie zaprezentowane są trzy wywołane zdjęcia, z negatywów, które Sugimoto "zdobył" i których (jak sugeruje) Talbot nie poznał w postaci fotografii (więc widzowie teraz, dzięki niemu, dostępują pewnego objawienia).
To ciekawie koresponduje ze słowami Japończyka z wywiadu dla Art:21: Photography is like a found object. A photographer never makes an actual subject, they just steal the image from the world. So it’s basically a found object.
Oczywiście w nawiązaniu do Duchampa, ale tutaj to znalezienie ma sens dosłowny. Natomiast kradzież skojarzyła mi się z serią "Architecture", której w Berlinie chyba tylko część (jako "smaczek" Seagram Building). Autor twierdzi, że modernistyczne budynki oparły się jego dewastującym zabiegom, że przetrwały jako ikony, kontury, podstawowe kształty, ale ja wyczuwam (podejrzewam, projektuję) też pewną radość spryciarza, mistrza sztuczek dwuznacznych, który nie kradnie otwarcie, ale umie wszystko załatwić, a tutaj znajduje odpowiedni/e (sposób na) ujęcie wielkich dokonań architektury.
Oprócz czasu i przestrzeni oraz ich skomplikowanego nachodzenia na siebie (Sugimoto mówi, że obrazy morza sprowadzają go do czegoś odwiecznego), ważne jest też światło. Mamy więc serię "Lightning fields" chwytającą wyładowania elektryczne oraz "Colors of Shadow". Ta druga aż prosi się o zestawienie z estetyką onkyo. Sugimoto skupia się tutaj na detalu, na płaszczyźnie (którą wybrał i przygotował po wielu próbach) i wszystko splata się ze sobą, bo przecież obserwowanie zmian cienia w jednym pomieszczeniu to jednocześnie światło, czas i przestrzeń.
Przy tych pracach pojawiła się jedyna trudność w użytkowaniu, bo wisiały one na przeciw okien wychodzących na ogród, nad który właśnie schodziło słońce, nikt nie pomyślał, żeby zaciągnąć "zasłony" i mocne światło burzyło nieraz pustkę tych zdjęć. Ale jednocześnie podobało mi się nakładanie swojego cienia na ich powierzchnię, nachodzenie na nie.
Podobnie elementy łączą się w serii "Theaters", która także ma podłoże konceptualne i to bardzo intrygujące, igrające trochę ze spektakularnością, pytające o naturę filmu, sytuację jego prezentowania, a przez rozciągniętą czasowość także nieco niepokoi, bo jest czymś w rodzaju głosu z góry, który mówi: to wszystko przelatuje, miga sobie tylko, a co zostaje?
Wszystko w czerni i bieli (plus odcienie szarości o blasku srebrzystym, bo na takich powierzchniach Sugimoto drukuje), też tylko te kolory w oprawie wystawy, o wiele bardziej do mnie trafiło niż dzikie barwy Geigera. Wprowadzały atmosferę skupienia, wyciszały, kiedy trzeba przytłaczały.
W środku zakaz robienia zdjęć, ale wiele prac można obejrzeć tutaj.
Poza tym: relacja z tej samej wystawy w Salzburgu, z innej w Chicago i z jeszcze innej w Edynburgu.
8/18/2008
Wymyśl do tego nagłówek
Takie zadanie dostaje Quoyle (bohater Kronik portowych grany przez Kevina Spacey) wkrótce po przyjęciu do lokalnej gazety od dziennikarza, który wprowadza go w "arkana sztuki". Quoyle na początku niezbyt umie się do tego zabrać, szare chmury na horyzoncie komentuje neutralną linijką, podczas gdy jego partner odmalowuje widmo nadciągającego sztormu. Jednak szybko załapuje i również sam dla siebie zabawnymi nagłówkami opatruje wydarzenia ze swojego życia.
W ogóle praca w dzienniku (tygodniku?) i koledzy z pracy to ten zabawny szew w fabule, która choć raczej stara się wypadki ujmować raczej pogodnie, to traktuje o sprawach przykrych, problemach itd. Pewnie byłbym bardziej zawiedziony (denerwowało mnie to natrętne "sagaizowanie", aura pionierstwa i otaczanie nimbem wspaniałości, romantyzowanie wokół przodków, nawet tych, którzy raczej mieli na koncie czyni niezbyt chwalebne) gdyby nie to, że miałem ochotę obejrzeć film i dałem się ponieść morskiemu klimatowi.
Ale nie samemu dziełku Lasse Hallström (tak, ten od Co gryzie Gilberta..., Czekolady, Wbrew regułom) zawdzięczam ten klimat. Jeśli więc dostałbym zadanie ułożenia nagłówka, brzmiałby on:
"Audiowizualne połączenie między Nową Fundlandią a Lofotami".
Na Nowej Fundlandi dział się film (i był kręcony - autorka książki, na podstawie której napisano scenariusz tylko pod tym warunkiem zgodziła się na ekranizację). Natomiast na Lofotach przebywali w 2004 roku Steven Stapleton i Colin Potter (pierwszy - założyciel Nurse With Wound, drugi - częsty współpracownik w tym projekcie). Zostali tam zaproszeni by tworzyć audycje dla lokalnego radia, szczegóły można przeczytać tutaj.
Och, jak ja uwielbiam płyty, za którymi kryje się jakaś historia, opowieść, które nie zostały "po prostu" nagrane (jak się dobrze poszpera, to może okazać się, że żadna płyta nie została "po prostu" nagrana). Wyobrażam sobie ich chodzących (po czym? jak tam jest? trzeba pojechać, sprawdzić...) i nagrywających dźwięki, szukających przedmiotów. I nadawanie tej audycji - kto jej słuchał? Czy tamtejsi ludzie, mieszkańcy? Co o niej myśleli? A jeszcze odnośnie twórców - co oni tam robili? Jak się czuli, przebywali dwa miesiące w zupełnie obcym miejscu, dość odmiennym chyba od ich codziennego otoczenia...
Szczęśliwie Colin Potter wydał większość tych audycji w dwóch zestawach o nazwie Shipwreck Radio (a potem, w 2006 doszła jeszcze jedna płytka). Słuchałem tylko czterech tracków, w tym trzech z drugiej części. Przypuszczam, że ona w całości będzie dronowa, zaczyna się spokojnie, ale już drugi utwór jest na tyle gęsty i zmienny, że jako soundtrack zaczął wręcz wypychać obrazy i rozporządzać nimi wedle swego porządku. Z części pierwszej tylko jeden, ale tu jest o wiele dziwniej - przez większość czasu perkusyjny loop, zwijany i męczony, a potem manipulacje głosami, w zasadzie dwie (z wielu) specjalności NWW.![]()
Wyspa Svolvær około roku 1890, jest ponoć lubiana przez artystów, cenią ją za tamtejsze specyficzne światło, ale to sobie można przeczytać (i linki dalsze znaleźć) tutaj (ilustracja też z wiki)

