Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emiter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emiter. Pokaż wszystkie posty

8/16/2017

Emiter - sinus

Po koncercie w poznańskim Arsenale zacząłem mieć pewne obawy co do nowego materiału Emitera. Nie znaczy to, że występ mi się nie podobał, raczej zdziwił. Nigdy wcześniej nie słyszałem u niego tak surowych, ciężkich, momentami wręcz mrocznych dźwięków. Swoją zasługę w brzmieniu ma też na pewno koncertowe nagłośnienie, które przydało trochę mocy muzyce (szyby drżały od basów). Jednak sama materia, z której Emiter złożył swoje utwory była nieco inna niż dotychczas. Nie znaczy to jednak, że artysta dokonał jakiejś radykalnej wolty. W pokoncertowej rozmowie powiedział (to nie jest dokładny cytat), że to jest to samo podejście, co dotychczas, tylko trochę odmienne tworzywo. Po zapoznaniu się z płytą, zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Muzyka zawarta na „Sinusie” nie będzie zaskoczeniem dla tych, którzy słuchali „datowanych” albumów Emitera i Arszyna (dla Monotype i Audiotong). Także duży użytek jaki autor poczynił z generatora fal sinusoidalnych, nie zradykalizował jego muzyki (to nie są rejony Sachiko M, raczej już Ryoji Ikedy). Ta druga postać przychodzi na myśl przy okazji czwartego utworu, gdzie Emiter jakby wypuszcza sygnały z echosondy. Podobne poszukiwanie „naturalnego” pulsu, rytmu maszyn (tak jak dla człowieka np. bicie serca) słychać już w pierwszym utworze. Podoba mi się takie podejście do każdego rodzaju dźwięku, nieważne jakiego pochodzenia, jest w tym empatia, niemal czułość.
Płyta dotyczy przemieszczania się, podróżowania. Po pierwsze, została nagrana w różnych miastach, także podczas koncertów (Berlin, Brunszwik, Gdańsk). Hołdem oddanym odwiedzonym miejscom jest też użycie nagrań terenowych. Efekt bywa różny, niektóre tego typu dźwięki niewiele dodają do konstrukcji utworu, a część można przegapić przy mniej uważnym słuchaniu. Po trzecie w końcu, podróżowanie znalazło swoje odbicie w tytułach kompozycji. Zaczyna się od domu i Oliwy (co przywołuje na myśl tytuły z „#2: Static”). Potem jest „Saraj-ovasi” (chyba dawna nazwa Sarajewa), wkroczymy też na tereny objęte zimną wojną („Kould uo” = cold war ?, moim zdaniem najmniej interesujący moment płyty, brakuje tu głębi). Uda nam się jednak szczęśliwie znaleźć „W centrum”. Bawi mnie ten po części ironiczny tytuł, po poprzednich nazwach utworów myślałem o tym, w kontekście symboliki środka, centrum obszaru, jakiegoś axis mundi. A tymczasem, przez wprowadzone field recordings, znajdujemy się w centrum...handlowym. Wózki, kasy, ludzie, nawoływania przez megafon. Ogólnie – zgiełk. Pod hałasami zebranymi w „świątyni konsumpcji” stale obecny jest prosty dźwięk, który delikatnie modulowany coraz wyraźniej zaznacza swą obecność. Nie rozpycha się, nie jest coraz głośniejszy, nie zwraca na siebie uwagi, ale po prostu jest (podobnie jak twórczością tego artysty w ogóle). Dwie minuty przed końcem zgiełk nagle zanika i pozostaje tylko spokojny ton. Jest już jasne, że to on był cały czas w centrum utworu, a dopiero teraz słuchacz może sam umieścić się w jego centrum.

35 minut nowych dźwięków od Emitera składa się na dobry album. To, że odczuwam brak „czegoś” (ale gdyby ktoś zapytał, to nie byłbym w stanie określić, czego konkretnie), wynika z moich wygórowanych oczekiwań względem tego twórcy, a niedosyt jest czasem uczuciem pożądanym. Ci którzy w dotychczasowych poczynaniach Emitera znaleźli coś dla siebie, nie powinni ominąć tego albumu. 

Emiter.Arszyn.Gadomski - 29-30.11.06

Jak się ma muzyka do tak zwanej codzienności, określanej mianem normalnego życia, zwykłych zajęć i obowiązków? Konkretnie: jak się ma do tego tworzenie muzyki? Trzech muzyków spotyka się, by grać ze sobą, miejscem jest kościół, w którym odbywa się renowacja. Ludzie, którzy się tym zajmują nie przerywają swoich zajęć. Na nagraniu z tego spotkania odgłosy pracy pojawiają się obok granych dźwięków.

Powyższe pytanie intrygującym uczyniła najnowsza płyta w katalogu prowadzonej przez Łukasza Ciszaka wytwórni Sqrt. Emiter, Arszyn i Tomasz Gadomski spotkali się w kościele św. Jana w Gdańsku pod koniec listopada zeszłego roku i z wyimprowizowanego materiału złożyli 37-minutowy album.

Płyta zaczyna się od dźwięków perkusyjnych i to one później wiodą prym, zresztą nie oczekiwałem po Dymiterze, że będzie „wymiatał” na swojej gitarze. Jednak nie oznacza to, że muzyk ten hamuje się, trzyma się z tyłu, nic z tych rzeczy – gra tyle, ile „należy”. Taka postawa świadczy o klasie improwizatora. Pozostałej dwójce na okładce przypisano „percussion” – słychać całą paletę talerzy, jak również sporo bębnów, gra jest czasem porywcza, nawet chaotyczna (ale w ożywczy i sensowny sposób). Poza standardowym zestawem perkusyjnym w użyciu były też pewnie jakieś perkusjonalia, chyba marimba (i może inne instrumenty afrykańskie?).

Marimbę [poprawka: to inny instrument] słychać w ostatnim utworze – 15-minutowej muzycznej medytacji odwołującej się do amerykańskiego minimalizmu (pewne skojarzenia z delikatniejszymi fazami „Drumming”). Wcześniej na płycie pojawiały się fragmenty oparte na repetycji (w pierwszym i czwartym tracku segmenty perkusyjne, zapętlona gitara w czwartym), ale dopiero tutaj technika ta zostaje użyta na sporym odcinku czasu i ma szansę zadziałać. W dodatku powolnie zmieniającym się wzór inkrustowany jest wspominanymi na wstępie odgłosami prac renowacyjnych. Muzyka zaczarowuje czas, słuchacza, a tuż obok toczy się życie.


Intrygujący, operujący różnymi nastrojami, a jednocześnie broniący się jako całość album. Fani dokonań któregokolwiek z trójki improwizatorów znajdą na tej płycie wiele ciekawego, inni chyba też.

Emiter.Arszyn - 07.05.05

Niecały miesiąc temu w Poznaniu gościło na dwóch wieczorkach zapoznawczych Monotype Records, nowe polskie wydawnictwo szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Korzystając z okazji, że płyty od wydawcy zawsze tańsze, a także że różnie z ich dostępnością w sklepowym obiegu, nabyłem między innymi „07.05.05”. Jest to zapis koncertu, jaki Emiter i Arszyn (a więc jeszcze przed połączeniem w Emiszyn) dali na festiwalu Alt+F4. Nagrany materiał nie był poddawany żadnej edycji poza masteringiem, tak więc dostajemy kawałek surowej dźwiękowej materii. Choć surowej, to jednak nie pozbawionej swoistego uroku. Zaczyna się od nerwowych, delikatnych szarpnięć, powoli narastających i obudowywanych różnorakimi brudami. Usterkowanie jako metoda tworzenia jest obecnie powszechna, ale tutaj na wykorzystywaniu dźwięków niemuzycznych się nie kończy. Mniej więcej w połowie pojawia się jeden ton podstawowy i atmosfera staje się skrajnie ascetyczna. Wokół tego dźwięku zaczynają krążyć strzępy innych, czasem poszumy, czasem podskórne pulsacje. W końcu pewnego rodzaju partnerem dla tonu sinusoidalnego staje się motyw płynącego strumienia (albo to tylko moje banalne skojarzenie, może to być szum, tylko że podobnie brzmiący do tego naturalnego dźwięku). Od tego momentu te struktury stanowią ramę dla całości i w ich obręb dostają się inne dźwięki, które starają się znaleźć sobie miejsce. 

Z zawartością płyty skojarzyła mi się twórczość Philipa Jecka (i jeszcze kilku artystów z kręgu Touch), ale chodzi bardziej o pomysł na tworzenie, niż o wynik. Polacy prezentują chyba podobne podejście do powtarzalności struktur, ich powolnej przemiany, a także cechuje ich staranie by wydobyć z każdego, nawet pozornie nieatrakcyjnego dźwięku, jego wszystkie walory brzmieniowe i aspekty faktury. Muszę przyznać, że choć album mnie nie zachwycił, to przekonał w pełni dzięki ciekawemu przebiegowi, rozwiniętemu zmysłowi narracji u twórców. Taka to krótka recenzja - jak i krótka płyta (zaledwie 30 minut) i to chyba największy mankament. Tym bardziej, że w wywiadzie dla Lampy Arszyn wspominał, że na płycie mają się znaleźć dwa koncerty. Szkoda, że tę idee zarzucono, bo przecież obu artystów niejedno ma oblicze i ciekawie byłoby posłuchać na przykład jak materiał „Emiszyn” sprawdza się na żywo, a tutaj mamy tylko próbkę z dziedziny muzyki elektroakustycznej, bez zwykłych instrumentów. 

Ale by oddać sprawiedliwość muzykom - jest to rzecz, która świadczy o ich otwartości, wyobraźni i pozwala ze spokojem wyczekiwać kolejnych ich wydawnictw.

Emiter - cztery pierwsze płyty (2000-04)

Szkicownik

Absurdalne tytuły, trochę muzyki naiwnej, ogólna lekkość sprawiają, że trudno do „#1” mi podejść zupełnie poważnie. Album sam w sobie nie jest rewelacją, jednak jest wart uwagi. Natomiast tutaj, dla mnie ważny jest przede wszystkim w kontekście płyt następnych. Jako pewien początek drogi, punkt wyjścia. Jest tu zbiór szkiców do rozwinięcia, szkicownik w takim sensie, jak pisał Norwid, że choć zabazgrany to szczery. Niewiele jest tu eksperymentów elektroakustycznych, kilka urokliwych mantrujących ballad, trochę rzężenia gitarowego. A owe szkice faktycznie znajdą rozwinięcie: „Emiter cz.1” zostanie na "#2" uzupełniony częścią drugą, inny temat zostanie wykorzystany jako baza kompozycji z "Antrology" Mord. Nad wszystkim unosi się duch Pascala Comelade i Pierre'a Bastiena. Rzecz godna uwagi nie tylko dla „badaczy”.

Martwa natura

Różne takie - ścinki, skrawki, czasem tylko zalążki, jakby zadania do rozwiązania. Spleen, pusta plaża, koniec lata. Dźwięki organiczne, z rzadka coś „nienaturalnego”. Choć album w całości stanowi dobrze poprowadzoną i sensowną narracje, to w pewien sposób jest rozczłonkowany, zwłaszcza przez dwa śpiewane kawałki. Najpierw, jako drugi track, „1500 wiadomości”, dalej "Kociko". Pierwszy to tandetny żarcik muzyczny, który bawi może kilka razy, ale potem denerwuje. Rozumiem, że to pewien wątek w twórczości Dymitera, kpienie (bo nawet nie krytykowanie) „konsumpcjonizmu”, ale materia dźwiękowa bardzo cierpi tym razem. Jakoś na #2 Emiter jako wokalista niespecjalnie mnie przekonuje (w przeciwieństwie do "Antrology"), również w banalnym (zwłaszcza w warstwie tekstowej) "Kociko". Okej, pokrytykowałem sobie, przynajmniej mogę z czystym sumieniem wskazać elementy pozytywne. Jest ich na szczęście wiele więcej. Po pierwsze, dobrze robią albumowi goście, szczególnie Krzysztof Topolski (Arszyn) na perkusji w trzech utworach. Posiadł on wyrazisty i niesztampowy styl gry, który okazuje się świetnie współgrać z wrażliwością Emitera. Ich kolaboracje to najdynamiczniejsze partie „#2: Static”. Poza tym Columbus Ensemble przygrywa w jednej kompozycji a swoje wersje dwóch pomieszczonych na #2 utworów prezentują Paul Wirkus i Rosa Arruti. Jest tu wiele momentów, szczegółów, które zapadają w pamięć. Przezwyciężają pewną niespójność i sumują się na wspaniałą całość. Tą pozycję w dorobku Emitera cenię przede wszystkim za to pewne niedokończenie, że nic nie jest podane na tacy, nic się nie narzuca. Dźwięki kuszą by razem z nimi zagubić się w spreparowanej tajemniczym sposobem przestrzeni (paradoksalnie – zimnej, ale i przytulnej), która mogłaby być nawet odgłosem zza okna (gdyby tylko mieszkać nadmorsko). 


Detal: Polna droga

Tą płytę można uznać za początek nowego działu w działalności Emitera. Bo choć jego dzieła nigdy nie były zbyt długie, to teraz zostaje określone to jakby formalnie. "#3" i "#4" zostały wydane w formie 3" CD - obramowane warunkiem trwania poniżej 24 minut. Czyli z jednej strony pewien rygor, ograniczenie, ale też położenie większego nacisku na to, co zostanie zawarte na albumie. Przy mniejszej ilości materiału każda minuta zyskuje na znaczeniu, każe bardziej zwracać na siebie uwagę. Jeśli ufamy twórcy, to wiemy, że dał on nam tyle samo treści, tak samo wiele materiału, który ma nas poruszyć. Emiter zabiera nas na bezdroża, pobocza, szuka poezji w dźwiękach mechanicznych (jak w "Komecie"), wśród szumów, zakłóceń. Na "#3" zastosował pewien zabieg, który w skrócie można by streścić tak: na wstępie kilka nieznacznych dźwięków, które się kumulują, spiętrzają (jednak wszystko odbywa się bez bólu dla uszu), łączą się w strukturę, dość jednolitą. Dopiero w czasie rozwijania się utworu pojedyncze motywy, zwiewne akordy gitary. Te dwa składniki pięknie grają razem, w różnych momentach tworzą dla siebie nawzajem rozmaite konteksty. Na "#3" chodzi o odczucie tych niuansów, o ich smakowanie, o skupienie się na detalu.

Miniatura: Zima

Na "#4" Emiter dalej prowadzi wątki z poprzednich numerów, obecne jest elektroakustyczne tło, zabiegi z "#3" są również rozwijane. Ta produkcja to duet z Tomaszem Gadomskim z The Band of Endless Noise, który jest tu odpowiedzialny za wszelkie perkusjonalia, nierzadko proweniencji dalekowschodniej, wydaje mi się również, że słyszę granie smyczkiem na talerzach perkusyjnych. Są to kolejne smaczki, którymi można się rozkoszować, jednak Marcin Dymiter daje też znać o swojej obecności. Lekką ręką rzuca nam urzekające motywy. Permanentna melancholia sięga tutaj prawie metafizyki. O jednej kompozycji chciałbym szczególniej, mianowicie o "Meridianie" - najdłuższy na płycie, trwa ponad 8 minut. Przez większość czasu szumią fale, podkreślane pastelowymi wstęgami. I tak by mogło nawet pozostać, taka sobie delikatna impresja. Dlatego tym bardziej imponuje mi gest, który Emiter wykonał na finał tego utworu. Zamykają go wyraźne, mocne akordy gitary elektrycznej, które nawet bardziej przełamują wykreowaną atmosferę, niż ją kwitują. Jeśli się nad tym zastanowić, było to dość ryzykowne. Czyżby w takim razie sztuka odkrywania niesamowitości w banale?

3/28/2017

Mordy (Cafe Mięsna, 28.03.2006)

Są takie koncerty, że już po kwadransie trwania można przewidzieć, jak potoczą się (oczywiście w kategoriach „mniej-więcej”) do końca. Takie, że z grubsza wiadomo, co się stanie, po jakich poruszamy się obszarach i co muzycy mają do zaprezentowania. Taki rodzaj koncertów rzadko bywa naprawdę satysfakcjonujący. Zwłaszcza, jeśli za istotę występu na żywo przyjąć „dzianie się” albo inaczej – nieprzewidziany bieg wypadków. Jeśli koncert jest przewidywalny, to możemy zachwycać się maestrią instrumentalistów, jakąś atmosferą albo porównywać to, co słyszymy do wersji studyjnych. Czasem to wystarcza, ale zwykle jednak nie.
A na pewno nie mi. Dla mnie liczy się spontaniczność, otwartość, co nie koniecznie oznacza szaleńczą hiper-aktywność, przekręcanie rozmaitych gałek do oporu w każdą stronę, usilną chęć udziwnienia prostego dźwięku. Wystarczy to magiczne coś.
Wczorajszy występ Mord zdecydowanie sytuuje się na antypodach typu wzmiankowanego przeze mnie na początku. Blisko dwugodzinny występ nie pozostawia wątpliwości, co do klasy członków zespołu. A co za tym idzie do bandu jako całości. Podkreślam to, gdyż wydaje mi się, że w tym leży przyczyna tego, że nieokreślone coś materializuje się podczas koncertów grupy. Komunikacja między muzykami jest tak dobra, że podejrzewam ich o telepatię. Jakby muzycy czerpali siłę z siebie nawzajem, jakby zaczątki rytmów perkusisty pobudzały basistę do wtrącenia swoich paru dźwięków, a to z kolei uruchamia gitarzystę do wypuszczenia niebanalnej melodii. No i jest jeszcze trębacz, choć odniosłem wrażenie, że nie może on znaleźć dla siebie miejsca. Trochę zabrakło mu odwagi i przez większą część wieczoru raczył nas pojedynczymi frazami. Dopiero w ostatnim kawałku i bisie zrobił użytek ze swego dęciaka (choć wtedy ani nie rozwinął skrzydeł, ani nie pokazał pazura).
Swoista reakcja łańcuchowa, jaką jest współgranie muzyków, nie ma bezpośredniego przełożenia na muzykę. Mam na myśli to, że kompozycje nie są pokazami fajerwerków, nieustannym żonglowaniem motywami. Rozwijają się powoli, narastają, zwykle za podstawę mając połamane (ale stabilne) rytmy perkusji i diabelsko głębokie linie basu. Korzystając w równej mierze z estetyki rockowego noise’u (no, było parę powalających gitarowych ścian) jak i dubu (tak, również kilka razy zakołysało, w bardzo zamglonej otoczce) tworzą coś na przecięciu kilku różnych stylistyk, bez popadania w eklektyzm. Ważną rzeczą w ich grze jest transowość, jeśli dodać komunikację prostymi emocjami, otrzymamy muzykę angażującą bez reszty. Za jakieś punkty odniesienia można by uznać na tych samych prawach Tortoise, jak i Mogwai. Wczorajszego wieczoru natomiast kilka razy skojarzył mi się norweski zespół Salvatore. Jednak jakiekolwiek rzucanie nazwami, wyliczanki nie na wiele się zdadzą - Mordy grają co chcą. I robią to znakomicie.
Podobnie, jak muzykę zespołu umieszczałbym generalnie „pomiędzy” tak też wydaje mi się, że Mordy wyznaczają jakąś nową kategorię grania zespołowego. Grania razem, bo nie ma tu lidera i nikt nie goni szaleńczo za możliwością popisu, ale przy wyemancypowaniu się każdego z muzyków. Tak jakby zespół stanowił płaszczyznę do osobistej wypowiedzi każdego członka. Przy czym ta płaszczyzna jest wartością nadrzędną, a nie odskocznią.
To może zbędne dodawać, że każdy poszczególny styl, zagrywka, inwencja korespondują z pozostałymi, ale mnie to tak dogłębnie poruszyło, że muszę o tym wspomnieć. Każdy z mnóstwa pomysłów znalazł odpowiednie miejsce w dramaturgii przebiegu zarówno całości występu, jak i każdej kompozycji z osobna. Czerpałem ogromną radość siedząc naprzeciw muzyków i czekałem na to, co się jeszcze wydarzy. Mimo tak długiego czasu trwania, muzyka ciągle mnie zaskakiwała, fascynujące było, jak utwory nabierały drugiego i trzeciego (a nawet czwartego) oddechu i skręcały w nieoczekiwanym kierunku. Dawno nie czułem się tak wciągnięty (wręcz ogarnięty, pochłonięty) w przestrzeń dźwiękową, która wydawała się bezkresna.


[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

4/14/2009

Śpieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą

Ilość wydawnictw, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce, waha się na granicy porządnego przyswojenia i przesłuchania. Póki jeszcze jakoś daję radę, postanowiłem zrobić wpis zbiorczy, gdzie chociaż pokrótce o tych różnych albumach.

Emiter był taki miły, że dał mi trzy swoje ostatnie wydawnictwa.

Emiter / Franczak - vs. poezja konkretna

P4034783

W warstwie wizualnej motywem przewodnim jest wiersz bez tytułu z 1970 Gerharda Rühma, do znalezienia w nieocenionym numerze Literatury na Świecie - 11-12/2006. Także tam, pojawiające się w innym momencie, fragmenty z Jiří'ego Kolářa. Pierwsze kilkanaście minut zdominowane jest przez litery (np. na kartkach, foliogramach), potem jest ich mniej, choć też są obecne. Mamy sekwencję ujęć blokowisk i balkonów, gdzie pojawia się tajemnicza postać człowieka-jelenia, któremu następnie towarzyszymy w lesie. Jest trochę zniekształceń, pikselizacji, przenikania warstw.
Dźwiękowo jest nieco zaskakująco, zaczyna się od szumów itd, ale potem wchodzi loop gitarowo-wokalny, całkiem okej, ale zbyt długo jest eksploatowany i zaczyna mnie męczyć (głównie przez to, że głos jest wysoki). Razem z pojawieniem się blokowisk wchodzi bit, który kojarzy się z Buniowymi Historie + R, klimat jest taki trochę nieuczesanego "nu-jazzu". On też jest długo obecny, nie jest sam w sobie specjalnie ciekawy, ale wokół niego dzieją się inne rzeczy. Np. odzywa się Kurt Schwitters, którego Ursonate jest przetwarzane.
Tak więc - warto sprawdzić, a ja mam nadzieję, że będę miał szansę zobaczyć duet na żywo, bo podobno podczas CoCArtu było dobrze.

Oprócz tego dostałem album Pocztówki dźwiękowe z Dolnego Miasta, który chyba nie jest sprzedawany? a który jest wynikiem warsztatów z dziećmi w CSW Łaźnia. 27 fragmentów nieprzetwarzanych nagrań terenowych.

Linie Północne to projekt Dymitera z pisarzem Marcinem Odiją, który tutaj ujawnia się jako wokalista. Choć lubię tematykę morską itd, to mam momentami problem ze sposobem, w jaki Odija podaje tekst, ma manierę zaciągania, nie wiem, coś jak Maleńczuk bez ikry. Muzycznie pierwszy utwór w okolicach Fennesz/Sakamoto, potem gitara, raczej stonowana, w ogóle trochę mi się ten album kojarzy ze współpracą Machinefabriek i Jana Kleefstry.

Serpent podaje, że Linie i dvd wydał Sojuz, co oznaczałoby powrót do życia własnej inicjatywy Dymitera (a ciekawe, czemu wewnątrz okładki tego pierwszego pojawia się logo Monotype?).

Kolejne trzy po koncercie The Ames Room w Dragonie.

Clayton Thomas - Bad Self

P4034802

Świeżynka - ponad godzina solowego Claytona (trzy utwory z 2008, jeden z 2007 i jeden z 2004), tutaj pisał o tym Andrzej Nowak. Może mówienie o "ambiencie" nie jest najlepszym określeniem, ale wiem, o co chodzi, bo muzyka jest raczej przyczajona i ukryta. Ale jeśli podchodzi się do niej z odpowiednim nastawieniem, skupieniem, to np. taka zamykająca krążek 32-minutówka, może nas zabrać w bardzo ciekawe rejony. Wydane pod szyldem Gutstring, czyli prawdopodobnie projektowała Clare Cooper. Pewnie nie będzie dostępna powszechnie, ale można zapytać Thomasa przez myspace'a, a jeśli ktoś się brzydzi, a chciałby kupić, to myślę, że mogę pomóc w skontaktowaniu.

Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite

P4034807

Och, piękna płyta, jedna z lepszych, jakie słyszałem w tym roku. Dwie długie, oszczędne improwizacje na saksofon, altówkę, wiolonczelę i perkusję nagrane na lizbońskiej ulicy (wyobrażam sobie, że w nocy, po deszczu). Porządna recenzja później, a tymczasem podziwiajcie okładkę (te zdjęcia jak z kamery monitorującej).

P4034808

Will Guthrie - Spear

P4034795

Kolejna własnym sumptem: ta 3" wydana w 2005 w Antboy'u zawiera nieco ponad osiem minut dźwięków - ale co to za dźwięki. Jak może niektórzy wiedzą, Guthrie działa (upraszczając) dwutorowo: bywa "bębniarzem", ale jest też konstruktorem, który składa swoje utwory z elementów różnego pochodzenia. Tutaj mamy to drugie wcielenie, a oprócz brzmień wydobytych z perkusji, na tą rzeźbę złożyły się dźwięki konkretne, radiowe, elektroniczne i potem wszystko było ustawiane, edytowane. Ostrzej niż podczas występu na Generze, ostrzej niż na solówkach Body and Limbs Still Look to Light i Building Blocks. Najbliżej może Cinabri - duetu z Ferranem Fagesem, z którego, jak przyznał zagadnięty przeze mnie o to, Guthrie jest bardzo dumny.

Herman Müntzig, Martin Küchen, Andreas Axelsson - Sound of Mucus

P4034798

Wspominałem już o kupnie tej płytki, zdecydowałem się głównie ze względu na Küchena, byłem ciekaw, jak wypadnie jego spotkanie z Müntzigiem. Dziwnie, tego pierwszego słyszę tu najwięcej, tego drugiego bardzo mało. Küchen jest dobry, jak zwykle, ale nie robi nic takiego, czego jeszcze bym nie słyszał. Denerwuje mnie trochę śmieciowa perkusyjność pod koniec, a improwizacji jako całości brakuje spójności (ech - może takie było zamierzenie). Okładka bazuje oczywiście na plakacie do filmu Sound of Music.

Sebastian Lexer, Seymour Wright - Blasen

P4034804

Sebastian Lexer, Seymour Wright blasen


Another Timbre wydało właśnie trzy płyty, które zapowiadają się bardzo ciekawie. Tu jeszcze jedna ze starego rzutu. Dwie długie improwizacje: Wright na saksofonie altowym, Lexer na fortepianie, z dodatkiem "+" co oznacza program napisany w Max/MSP do przetwarzania dźwięków. W pierwszej zajmuje się sygnałem ze swojego instrumentu, co ciekawe, choć czasem wyraźnie słychać operację przetwarzania, to nie razi to wcale. W drugiej to wkład Wrighta jest poddany obróbce, choć szczerze mówiąc, mam problemy z usłyszeniem tego. Ciągle mam wrażenie, że za mało jeszcze słuchałem tego albumu, że coś mi umyka, bo duet pozostaje raczej na niewysokim poziomie głośności i dba o najmniejsze detale.

Jak często w przypadku tej wytwórni, zawartość krążka jest przynajmniej dobra, ale jego opakowanie - mniej niż satysfakcjonujące. Mnie razi już strona internetowa labelu, z tymi ramkami i niedbale zrobionymi miniaturami okładek, gdzie napisy zamieniają się w robaczki. Okładkom płyt niby nie można nic zarzucić, ale zwykle są po prostu średnie, bezpieczne, bez pomysłu. Nie wiem, może się czepiam...

Phil Durrant, Lee Patterson, Paul Vogel - Buoy

P4034812

...ale gdy trzymam w rękach takie opakowanie, to widzę, jak można rzeczy robić naprawdę dobrze. Ta płyta też zasługuje na porządną recenzję, która kiedyś oczywiście. Mocna rzecz, choć bardzo powściągliwa i stonowana.
P4034811
P4034809
Cathnor w opakowaniach trzyma się formatu dvd (choć nieco pomniejszonego), ale Buoy przynosi istotną zmianę, która wynika ze względów ekonomicznych. Od teraz nie ma już standardowych plastikowych trzymaków na płytę - dzięki temu opakowanie jest cieńsze i lżejsze. Cd wsadzone jest w zwykłą papierową kopertę z okienkiem, co odrobinę psuje całościowe wrażenie. Moim zdaniem idealnym wyjściem byłoby piankowe kółko, na które można nałożyć płytę.

P4034810


v4w.enko
- Harmonic Ratio


P4034788

Takich używa np. Kvitnu, z którego dostałem ten album. Okładkę zaprojektowała Zavoloka - fajnie (jak często w tej wytwórni urozmaicające pomysły z tłoczeniem w okładce), ale czy nie za bardzo przypomina Test Pattern Ikedy?
A zawartość? Zaczyna się trochę w stylu Mego (Fässler/Roisz, Gert-Jan Prins), dynamicznie, nieco brudno, nie jest źle, potem wpadamy w dziurę o nazwie "electronica" - przyjemnych brzmień, płynnych tonów, to są tracki 12-16, które razem zabierają ponad 25 minut czyli nieco mniej niż 1/3 albumu, pod koniec wędrujemy w okolice Raster-Noton. Okej, na pewno takie dźwięki mają swoich amatorów, ale dla mnie nie jest to pozycja zbyt ciekawa.