Pokazywanie postów oznaczonych etykietą con-v. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą con-v. Pokaż wszystkie posty

11/26/2011

spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (wydanie netlabelowe)

Zbigniew Karkowski / Julien Ottavi Argosh (ściągnij) Kolejne ujawnienie jednego z moich "małych mistrzów", bardzo godne uwagi. Żeby było jasne: mam na myśli Ottaviego. Oczywiście, jak zobaczycie, że ma stronę noiser.org, to możecie sobie pomyśleć "arogancki żabojad", ale w jego przypadku to nie przechwałki. Pamiętam (niezbyt dokładnie), że kiedyś rozmawialiśmy z Patrykiem, o interesujących nas impulsach, czy tendencjach, jakie docierają do nas ze strony *muzyki noise'owej* i Patryk rzucił hasło "świadomy noise". Nie przystąpiliśmy do jego dokładnego zdefiniowania wtedy, ale myślę, że nadawałoby się do opisania tego albumu. Panowie mogą wiele, ale wiedzą też, że nie muszą wszystkiego. Ze zgromadzonego arsenału korzystają powściągliwie, właśnie - świadomie. Wyjątkami bywają końcówki utworów, w których czasami (najbardziej w pierwszym) jakby zaczynało im się spieszyć, żeby dorzucić jeszcze swoje trzy grosze albo nawet jakiś większy nominał. Interpretacyjne (po)szlaki: Argosh to miejscowość (miejsce?) w Iraku, "Fang" znaczy kieł, ale był też taki punkowy zespół, "Hito" znaczy człowieka po japońsku, "Ryon" to imię z języka gaelickiego.

Sébastien Bouhana Tambour, pas tant (ściągnij) Punkt wyjścia ten sam co u Anteza i u Ingara Zacha (przynajmniej kiedyś) - położyć bęben na płasko. Bouhana umieszcza na membranie różne przedmioty a potem w nią uderza. Dzieje się dużo, czasem znienacka spada na nas nawałnica, ze względu na charakter dźwięków skojarzenia z burzą są uprawnione. Zdaję sobie sprawę, że podobnie jak w przypadku Argosh, dla niektórych dopuszczalnymi dawkami będą pojedyncze utwory słuchane osobno. I wcale nie będzie to zła droga, a może być to stopniowane przyzwyczajanie, przez które da się zajść dalej.

Kevin Parks / Alice Hui-Sheng Chang Confessions of a middle school guidance counselor (ściągnij) Zarówno Bouhana, jak i ta para to nazwiska dla mnie nowe (słyszałem _o_ Parksie, bo gra w duecie z Joe Fosterem). To jest duża zaleta netlabeli, że inwestując tylko czas, a nie pieniądze, można odkryć nowych artystów. Zresztą Homophoni, które wydało Confessions... śledzę na bieżąco (kiedyś napisałem o nim tekst, który jakoś przestał być mój). Zawiedziony wydawnictwami Fraufraulein i Bryana Eubanksa, zajrzałem pod numer 45 w katalogu wytwórni. Bardzo przyjemna niespodzianka, zwłaszcza dla fanów Ami Yoshidy (do których się zaliczam). Chang raczej nie uniknie porównań z niesamowitą japońską wokalistką, ale też od razu da się wyczuć, że operując głównie w tym samym (bardzo wąskim zakresie) stara się powiedzieć coś swojego. Do tego uważnie dozowana gitara i elektronika Parksa, całość bez oczywistej dramaturgii, a jednak wzbudza zainteresowanie.

Ferran Fages / Lali Barrière Novosibirsk e.p. (ściągnij) Homophoni powstało z inspiracji Con-v, którego wydawnictwa swego czasu (tak z grubsza: do nr. 33) rzeczywiście mogły pobudzać siły i zapędy twórcze. Potem więcej w jego katalogu spadków niż wzniesień. W sumie ta 24-minutowa epka też nie do końca mnie przekonuje, ale chętnie upatrywałbym przyczyny tego w moim znudzeniu improwizacją elektro-akustyczną, a nie niedostatkach muzyków. Fages, człowiek wielu talentów, postać rzecz jasna nieobca (np. Cremaster, czy inne projekty z Costa Monteiro) tutaj w duecie z Barrière, obydwoje używają elektroniki, przedmiotów, mikrofonów kontaktowych. Niby wszystko jest jak trzeba, nieoczywiste dźwięki, niespodziewane zestawienia, ale mnie jakoś nie chwyta. Mi pomaga odbiór przez słuchawki, gdzie przynajmniej wszystkie szczegóły da się usłyszeć. Z tegorocznych wydawnictw Con-v wytrzymałym warto polecić Bena Owena.

7/15/2008

Mój internecie

No już, już, będzie o muzyce, tak jak to być miało na tym blogu.

Od czasu do czasu odczuwam potrzebę zagłębienia się w odmęty netlabeli, nie tylko nadgonienia wydawnictw z tych sprawdzonych, ale też odkrycia nowych.

Jeśli chodzi o tą pierwszą kategorię, to Homophoni (o którym kiedyś pisałem na nowejmuzyce) jest dla mnie zdecydowanie najlepszym netlabelem. W dodatku w tym roku przyspieszyli tempo (7 miesięcy - 6 wydawnictw) bez obniżania poziomu. Koncentracja na Amerykanach jest widoczna, ale przedstawicieli innych nacji też się trochę znajdzie. Jest Xedh z kraju Basków, w bardzo ciekawym, brudnym utworze Armiarma. W ogóle Xedh (Miguel A. García) grał w tym roku w Gdańsku, zapewne było z pięć osób, ale dobrze, że ktoś (Audiotong) w ogóle wpadł na pomysł, żeby go sprowadzić. Bo sądzę, że o tym panu jeszcze kiedyś usłyszycie. Z Homophoni wypada też polecić argentyńsko-amerykański duet Gabriel Paiuk/Jason Kahn, czyli fortepian preparowany i syntezator analagowy. Jeśli macie miejsce na dysku, to zróbcie sobie przyjemność i ściągnijcie to (stąd) we flacu.

Kiedyś moim ulubionym netlabelem było Con-v, ale po Con-vpilation (edit: przypomniałem sobie, że omawiałem ją tutaj) trochę się pogorszyło. O tej wytwórni też pisałem, jeśli ktoś się styka z nią po raz pierwszy to powinien sięgnąć głębiej, bo znajdzie tam prawdziwe skarby (Pablo Reche, Sehnaoui/Sehnaoui/Rodrigues, Russell+Sakada, Cheapmachines).
A z nowszych rzeczy to Michael Trommer.

Kolejny label, o którym pisałem i kolejny, który miał według mnie nieco słabszy okres. A po świetnym początku - składance (Dave Phillips, Violet, Jasenka, Matsutake), potem zbiorowi występów Drumma, Rylan i Joe Colley'a, to dało się silnie odczuć (cenne było to, że wychodzili poza zbiór typowych artystów netlabelowych [nieraz bardzo - Alva Noto sieciowo!?], ciągle to robią, ale w katalogu można spotkać też wszędzie obecne nazwiska). Dwie składanki hołdujące: Xenakisowi (wstyd, ale nie słuchałem) i Tarkowskiemu (dopiero ściągam). A, Tunguska 833-45 (czyli Kevina M. Krebsa) dobre, gęste, zaszumione, może niektóre pomysły na rytmy (ich prostota, wykładanie kawy na ławę) budzą moje wątpliwości.

Niezupełnie odkrycie, bo wiedziałem o istnieniu Crónicastera, ale pierwszą rzeczą jaką ściągnąłem jest live Pure'a z tegorocznego Club Transmediale. Musiałbym dobrze poszperać w pamięci, żeby być pewnym, ale może jest to pierwszy przypadek, gdy słucham oficjalnie wydanego nagrania z koncertu, na którym byłem obecny. Przypominam sobie, jak leżałem na pufie i zapadałem się w nawarstwiające się dźwięki, które choć nieostre nie ześlizgiwały się po prostu po uszach, a jakoś w nie wkleszczały (bezboleśnie). Pamiętam jak przyjemnie mi było gdy znalazłem się w strefie między świadomym odbiorem rzeczy(wistości) a snem.

Na dawnym, linkowanym wyżej blogu wpisy dotyczące netlabeli tytułowane były "Nie wszystko co w sieci, to śmieci" i tutaj w przyszłości będę używał tej metki.