Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scuba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scuba. Pokaż wszystkie posty

8/12/2010

woof, woof, woofah

Podczas ostatniej wycieczki do Berlina kupiłem czwarty, najnowszy, numer magazynu Woofah. Co przypomniało mi, że już dawno miałem wrzucić kilka rzeczy z numerów poprzednich. Na dobry początek wywiad ze Scubą i jego przewodnik po A Mutual Antipathy oraz fajna, dogłębna recenzja Aerial 2562 - tutaj.
Teraz widzę na stronie czasopisma, że poprzednie numery są już wyprzedane, więc tym bardziej mam powód, żeby wrzucać z nich teksty. Jakieś konkretne życzenia?
Najnowszy numer (który może nie rozejdzie się tak prędko, bo nakład wzrósł do tysiąca egzemplarzy) jest wart uwagi zwłaszcza ze względu na rozmowy z Ronem Vesterem i Tony'm Thorpem oraz recenzje. Nieco zawiódł mnie wywiad z Untoldem - materiał "okładkowy", a taki krótki.

Jeśli ktoś ma pierwszy numer, niech da znać!

2/24/2010

Negative Sound Study

W piątek postanowiłem wybrać się na występ Charlemagne Palestine'a do Französischer Dom, kombinując że pewnie kolejna szansa zobaczenia go na żywo nieprędko się trafi. Nie zdołałem kupić biletu przez internet, tak więc udałem się na miejsce wcześniej. Jednak to "wcześniej" nie wystarczyło, bo nie od razu odnalazłem katedrę i gdy w końcu dotarłem, musiałem dołączyć do długiej kolejki. Stoję więc zmarznięty, z przemoczonym jednym butem (udało mi się wywalić na oblodzonym chodniku), zrezygnowałem ze spotkania, które bardzo mnie interesowało, a kolejka prawie się nie porusza. Zaczynam się denerwować i obawiać, że wyprawiłem się na marne, zwłaszcza że w międzyczasie uformowała się druga kolejka, która jest znacznie aktywniejsza, niż ta w której stoję. Jednak my też trochę ruszamy, ktoś mija nas mówiąc, że wyprzedane. Już sobie wyobrażam, jak wkurzony wrócę do domu i będę psioczył, że zmarnowałem czas. Nie wszyscy jednak czekają w kolejce - co jakiś czas ktoś wsiada do windy obok schodów, wjeżdża do góry a większość z tych osób nie wraca. Ale może to jakieś wejście dla vipów, dla tych którzy wiedzą, że tam mają wejść. Myślę, żeby spróbować, ale jeśli się nie uda, to stracę miejsce w kolejce. W końcu jestem na tyle blisko drzwi, że słyszę, co tam wpuszczający mówią i tak: wyprzedane. Jakiś Włoch awanturuje się porażającym italian inglisz, że noł informejszyn, its streńdż! Razem ze stojącym przede mną, który coraz częściej zerka w stronę windy, decydujemy się z niej skorzystać. Wsiadamy, chwila napięcia, wysiadamy - jesteśmy wewnątrz, żadnych bileterów, obsługi, znajdujemy sobie miejsca. Jak cudownie niespodziewany obrót sprawy. A o samym koncercie przeczytacie w kolejnym M|I.

Potem WMF, jak przystało na weekend - imprezowo. Na mniejszej sali Scuba, który miał grać "tylko" 2,5 godziny, ale z powodu absencji Jokera, dostał do zagospodarowania 4. Byłem na początku, potem wpadałem co jakiś czas i słyszałem głównie (dobre, minimalne) techno.

Poszedłem na dużą salę, gdzie duet Serengeti & Band - mc i producent. Niby okej, trochę looserskiego image'u (przez strój i zachowanie u wokalisty), ale na dłuższą metę niezbyt zajmujące. Bębny w bitach nudne, a środkowych częstotliwości (tych, gdzie mogłyby się pojawiać "motywy") zbyt mało, chyba że to celowe, żeby było surowo.

Potem miłe zaskoczenie, bo nie znałem go w ogóle - Kelpe, z perkusistą. Przyjemny instrumentalny hip hop, czasem lekko podkręcony, kombinowany.
Nigdy nie byłem fanem Four Teta, tak więc nie liczyłem na wiele, ale było jeszcze gorzej. Najpierw pojawia się sample z jakiejś wokalistki soulowej, zapętlany, miętolony. Po chwili jest jasne, że to tylko gra wstępna przed wejściem bitu, sample tak jest przycinany, że już widać prześwity dla 4/4. No i jazda, bit naprawdę mocno wyeksponowany, po dwóch piosenkach Four Tet zmienił na jeden utwór rytmikę i było lepsze. Ale gdy powrócił do techniawki, wyszedłem.

Scuba kończył, bliżej dubstepu, a do występu szykowali się chłopacy z Mount Kimbie. Na żywo jako trio, bo z dodatkiem Jamesa Blake'a (zagrali też jego "Air & Lack Thereof"). Bardzo mi się podobało, udało im się swoimi raczej nietanecznymi utworami utrzymać uwagę tłumu, już mocno rozgrzanego i wydawałoby się spragnionego imprezowej muzyki. A oni zagrali piosenki, może nie takie tradycyjne, ale jednak piosenki - wokal (przez vocoder), gitara, klawisze, perkusja elektroniczna. W ogóle, to fajnie było ich obserwować przy pracy, jak się w trójkę kiwali lub bujali głowami nad sprzętami. Zaczęli od "50 Mile View", a na koniec chyba pokombinowali rytmicznie w "At Least". Szkoda, że mieli mniej niż pół godziny materiału przygotowanego do zaprezentowania na żywo. Jeszcze większa szkoda, że doły były tak strasznie dopchane. Może dubstepowi to służy, ale im na pewno nie - dudnienie i rezonans różnych metalowych części niweczyło delikatność i wyrafinowanie ich muzyki. Nie wiem, czy nie mogli z tym nic zrobić, zwłaszcza, że musieli to słyszeć. Wiem, bo ja słyszałem, a siedziałem prawie na równi z nimi.

Przez cały wieczór w klubie panował okropny ścisk i gorąc, to drugie dawało się we znaki zwłaszcza na większej sali. A najgorzej było podczas występu Dana Deacona, z dodatkiem walających się po podłodze butelek. Być może jako show zabawne, z Deacona migającymi lampkami i świecącą czaszką, z komenderowaniem publicznością (konkurs tańca, kładzenie rąk na głowie sąsiada, przechodzenie z jednej strony pomieszczenia na drugą), ale ja nie miałem na to siły. Było też beznadziejnie głośno, dźwięk tak sprasowany, że trudno mówić o czymś takim, jak brzmienie.

7/13/2009

moje noce są piękniejsze niż twoje dni

[taki był pomysł na tytuł wpisu, kiedy Loefah grał w Poznaniu, ale że nie było aż tak "pięknie" to zmieniłem, natomiast teraz...]

Ale po kolei. Nie udało mi się odwiedzić nowej siedziby Staalplaatu, za to do nowych miejsc dołożyłem sklep Tochnit Aleph. Nie rzuca się w oczy, więc instrukcja:
domofon - dzwoni się (Rumpsti-Pumsti)


w podwórko idzie się, się widzi po prawej plakat w oknie, potem te drzwi czerwone, a potem w prawo.


a w środku jest tak


Na wieczór wiele atrakcji, zanim Berghain, to jeszcze White Rabbit. Taka galeria, ładnie położona, też się oczom nie narzuca, szyldu nie ma na zewnątrz.








Grali tego dnia: Pure, Sudden Infant i o.s.t. Byłem ciekaw wszystkich oczywiście, ale najbardziej Infanta, który kiedyś (z TLASILA) nie dojechał do Poznania, a potem jak byłem, to grał w Berlinie, ale nie udało mi się znaleźć klubu.

(towarzysze podróży)
Koncerty zaczęły się ze standardowym opóźnieniem, jakiś pan puszczał fajną muzykę przedtem, inny wizualizował.
Najpierw Pure, którego słyszałem trzeci raz na żywo w tym roku. Nie zaskoczył, ale było dobrze, częściowo z Ification ("Fire" na koniec, jak zawsze świetne, chyba też "End"). Przed finałem moment pojedynczych uderzeń, nierównych, a w dodatku przesuwających się też w przód i w tył (trochę jak w ostatnim utworze z albumu z Dekamem). Przez chwilę sample z perkusji, trochę w stylu Brandlmayra na płycie, ale nie wiem, czy to te same.
Po raz kolejny odczułem tą wspaniałą właściwość muzyki Pure'a, jaką jest powściągliwość. Czy inaczej - umiejętność powstrzymania się od efekciarstwa, od łatwych chwytów. Na przykład było trochę dronowania, ale nawet gdy ono dominowało w danej fazie, to obok niego istniały inne elementy, którymi można było się delektować. Głośność też nigdy nie była przegięta.
Jedyny minus to wizualizacje, jakiejś pani, która dopiero się uczyła programu do vidżejki, a jak jej coś wychodziło, to było to zbyt ilustracyjne. Zawsze można zamknąć oczy.




Po przerwie Sudden Infant, z którego skasowałem przez przypadek zdjęcia.
Klęczał na środku sali, przed nim mały gramofon z przyczepionymi, stojącymi dwoma nagimi lalkami i magnetofon, trochę z boku lampa.
To był bardziej performance niż koncert, bo "muzycznie" to nie za wiele atrakcji. Nie wiem do końca, jak, ale Infant czasami jednocześnie nagrywał się na taśmę, którą manipulował (klawiszami), ale też z tej kasety leciało niezależnie (do dużych głośników? po kablu? bo magnetofon był z tych, co miały też własny głośnik). A czasami, jak się nagrywał to było słychać też nagrania "z pod spodu", które były wcześniej na kasecie. No i też było jego słychać bezpośrednio, nawet bez nagłośnienia.
Najpierw puścił kasetę, po czym zaczął malować twarz na biało (cały był ubrany w tym kolorze). Gdy skończył, przeszedł do wydawania dźwięków (oddechy, krzyki, śmiechy). Potem, z różnymi kombinacjami opisanych operacji, zaczął wypowiadać tekst (po angielsku). Złożyło się to mniej więcej na coś takiego: chcę dziś pomówić o dobrym ojcu (przy czym: tu chyba zamierzona niedokładność bo raz bardziej "good father" a innym jakby "godfather"), co ty wiesz o dobrym ojcu? myślę, że jest to słuszne pytanie, żeby zadać je dziś, w tym specjalnym dniu, a więc, co ty wiesz o dobrym ojcu? człowiek potrzebuje wzorca, kogoś, kto mu pokaże, co ma robić, obecnie trudno jest być (dobrym?) ojcem, czasami ojcowie zostają matkami, a matki ojcami, dobry ojcze czy mnie słyszysz?! przynosimy ci ten hałas jako ofiarę.
Kilka z tych fraz było powtarzanych. Muszę dodać, że jeśli tam nie było jakiegoś "tricku", który gwarantował, że nic nie może pójść źle, to wykonanie tego wymagało wiele planowania, biegłości i uwagi. Na koniec cały tekst został puszczony z taśmy (wcześniej nagrane?).
Ciekawe, czy "noise as an offering" to aluzja do "Das Musikalische Opfer". A biel - niewinność? (dziecięcą?)
Z jednej strony przekaz dość prosty (choć na marginesie: artysta jako ten ojciec?), więc niby nic powalającego, ale podane przekonująco, tak że dziwnie czułbym się klaszcząc na zakończenie (Infant zresztą nie wrócił po brawa).
Przez czasami zdwojone wokale skojarzenia z Bernardem Heidsieckiem.

Kolejna przerwa, o.s.t. się rozstawia. Pierwszy raz usłyszałem go w tym roku na CTM i było to przyjemne zaskoczenie. Trochę myślałem o nim w kontekście Vladislava Delay'a, ale to chyba słabe porównanie. Na pewno jeśli chodzi o ten koncert.
Momentami grał zadziwiająco gęsto, omamiająco, metaliczne powierzchnie, ale niewielkie, choć w dużej ilości. Szkoda, że nagłośnienie nie dało do końca rady (może niektóre brumienia były zaplanowane?). Podobało mi się bardzo, że nawet jeśli pojawiały się bity, na chwilę, to nie one organizowały przebieg utworów i były dość dyskretne.
Zaraz obok salki, w której koncerty (bez drzwi) był barek, a w czasie tego występu to nawet ludzie na sali gadali. o.s.t. na chwilę ściszył muzykę i powiedział, że może by chcieli wyjść. Zostało z 15 osób.

Poprzedniego dnia podczas rytualnej wizyty w Neurotitanie przyjemne zaskoczenie w koszyku z przecenami: o.s.t. seimlste - bardzo dobra płyta z 2002 roku. (To by też mogło być ciekawe; przy okazji - widzę, że na discogs jest nowy "style": rhythmic noise, no no). A do tego Richard Youngs/Brian Lavelle - Radios 7.

Jak się koncerty skończyły, to było po północy, co było też plakatową godziną rozpoczęcia Sub:Stance w Berghain. No ale dobra, tyle to nawet w Polsce zdążyłem się nauczyć, że nie ma potrzeby przychodzić tak od razu. Do domu długa droga, deszcz leje, udaje nam się pomylić drogę. Nie o taki *biforek* walczyliśmy. W końcu udaje się dobrnąć do mieszkania, napić kawy, zjeść coś. Przebieranie się w suche ciuchy nie ma zbyt sensu, bo nadal pada. Dobrze, że do Berghain niedaleko.
Budynek jest imponujący, kolejka też, zważywszy że jest gdzieś wpół do trzeciej.
Zostawiłem aparat w domu, bo czytałem, że nie wolno robić zdjęć, wielka szkoda. Czytałem też, że nie ma selekcji, ale chyba jednak była, bo odsyłali ludzi na bok. I to im bliżej byliśmy, tym więcej. Zaczęliśmy się zastanawiać, co powinniśmy zrobić, bo ci odesłani niczym szczególnym się nie wyróżniali (a co najdziwniejsze, większość z nich nie odchodziła, tylko stała i czekała...hmmm...). W końcu nie zrobiliśmy nic, podszedłem pierwszy i pan pyta, ile mam lat, ja nie kłamię, on coś nie wierzy, więc wyciągam ID, on patrzy na daty, zdjęcie i mówi, że to może być mój brat (taaa, od razu wiadomo, że go nie zna, ha ha). Wchodzimy.
Tu sobie możecie poczytać, że Berghain zmienia życie, że nic już nie jest takie samo.
I to prawda, ta impreza to było obcowanie z absolutem. Niesamowite, genialne nagłośnienie, na dużej sali nie ma złego miejsca, wszędzie słychać tak samo dobrze. Didżejka jest nisko, gdzieś z boku, prawie że ukryta, z przodu jest ściana (i głośnik, to one są elementem najbardziej rzucającym się w oczy). Zmienia to doświadczenie koncertowe, jest mniej "spektakularnie", bardziej...hm..."egalitarnie"? Czy może, hi hi, *rizomatycznie*. A jak nawpuszczają tyle dymu, że nie widzisz własnych stóp...Piękne, piękne.
Loefah zagrał bardzo dobrze, nie puścił La Roux, heh. Scuba okej, choć momentami za bardzo cisnął doły i nawet treble mnie uderzały po uszach. I przyłączę się do opinii z dubstepforum.pl, że Mala najlepszy. O piątej rano wydawało mi się, że nie mam już sił, ale on przekonał mnie, że jest inaczej. Takie nieposkromione buldożery basu, że ojej...malutki minusik za rewindy (jeden kawałek dwa razy nawet), no ale nic to.
Może szkoda, że do Remarca nie dotrwałem.

Tu Scuba mówi o cyklu imprez. Oby do października.

11/18/2008

"To setki godzin w pociągach gapiąc się w szybę / To praktyka i ćwiczenia, kartka i wolne style"

Wrocław (wcześniej czy później)

Po-Industrialowy powrót to pewnie największa moja trauma kolejowa. Za to dwa tygodnie wcześniej wracało się miło. Jak zwykle na tej trasie nie kłopotałem się szukaniem miejsca siedzącego w przedziale. Żeby nie musieć słuchać utyskiwań no, jak się mówi na poborowych w Marynarce Wojennej, jest jakieś słowo specjalne? To właśnie ich. W każdym razie, nie było nic do wypatrzenia w szybie przede mną, zacząłem słuchać Tiger Thrush Ami Yoshidy, a później, gdy zorientowałem się, że światło można *włączyć* przez dokręcenie żarówki, to czytałem "Zwierzenia klowna.

Yoshida akurat była jedną z niewielu nieruszonych jeszcze rzeczy z niewielkiego pokrowca, który służył na cały wyjazd. Ale też słuchana kilka godzin wcześniej Audrey Chen mi o niej przypomniała.

Trochę wyjaśnień by się przydało, nie? Z racji tego, że byłem na Ad Libitum, nie mogłem wybrać się na Karkowskiego i Pain Jerka do Lubonia, a czułem, że Japończyka powinienem zobaczyć na żywo. Postanowiłem złapać ich we Wrocławiu, gdzie Chen ich supportowała.

Hubert wyrażał się pochlebnie o lubońskim koncercie, który odbył się w (byłej?) fabryce Lubanta. Po rozmawiał trochę z Karkowskim, który wtedy określił Firlej w raczej ostrych słowach, z których łagodniejsze odnosiło się do ich podejścia do pieniędzy/zarabiania.

Może wyciągam zbyt daleko idące wnioski, ale może dla wrocławskiego klubu przyjął model grania, żeby się nie namęczyć (w przenośni, chodzi o krótkość). Oczywiście, w świecie noise'u kilkunastominutowe występy nie są niczym wyjątkowym. Ale o ile Pain Jerk był dynamiczny, obfity i wyczerpujący na tyle, że 10 minut jego dźwięków było więcej niż wystarczającą dawką, to Karkowski (15 minut?) jakby uchylił rąbka tajemnic swojego laptopa. Jego dźwięki bliższe były Attuning/Attending niż natychmiastowemu, wielokierunkowemu atakowi. Raczej była to wcześniej przygotowana całość i autor zmieniał ją głównie przez mikser. Szkoda, że tak szybko się skończyła, w dodatku bez (dźwiękowego/kompozycyjnego) powodu, bo bardzo podobało mi się jak z determinacją skradała się i podpełzała niskimi częstotliwościami.

Karkowski był głośniejszy niż jego partner, ale Pain Jerk za to wybrał taką częstotliwość, żeby zapychała uszy (dość wysoka, ziarnista), ona była nieco bardziej obecna w jednym kanale, za to w drugim trochę dominowały pokraczne perkusyjne (nie z perkusji) loopy (dziwnie nazwać by je było bitami), jakby wyjęte ze sterty rytmicznego gruzu i tylko nieznacznie posegregowane. Mi się podobało.

Przed nimi Chen, przed nią na szczęście nie panowie dyrektorzy festiwalu i tylko raz reklamówka piwa-sponsora (ten browar ma naprawdę rozległe zainteresowania muzyczne, wspiera też jednego pana w jego sjestowaniu w egzotycznych krajach). Gdybym widział ją po raz pierwszy, to byłbym pod wielki wrażeniem, a tak trochę wiedziałem, czego się spodziewać. http://diapazon.pl/PelnaWiadomosc.php?bn=Artykuly&Id=669 Poczułem, że wie, kogo suportuje, zaczęła od rozkręcenia elektroniki domowej roboty, ja bardzo lubię te open-circuitowe dźwięki, a jak do tego dojdą *rozszerzone techniki* wokalne, to jestem już kupiony. Wokal był mocno podgłośniony, mikrofon łapał wszystkie detale, Chen korzystała z tego, było kilka takich momentów dyskomfortu, jak w przypadku Yoshidy, że coś pękało, rozdzierało się, pisk wwiercał się w bębenki.
Potem długo bawiła się innym swoim pomysłem: śpiew a'la gospel/spirituals, w którym wyraz lub jedna głoska mogła być wyciągnięta, posłużyć jako pretekst do eksperymentów z głosem. Takie wyskoki z frazy.
Pod koniec jednak zaczęło mi się nieco dłużyć, chyba support grał w sumie tyle ile m a i n a c t (na finał było jeszcze niezbyt ciekawe kolabo Karkowskiego i Jerka - poniżej 20 minut).

Pozwólcie, że wspomnę jeszcze o przejażdżce ze stolicy do Wrocławia. Dzięki uważnemu studiowaniu mapy dostrzegłem, że mieszkam niedaleko Warszawy Zachodniej, więc tam się podróż zaczęła (a jeszcze - 5 minutowa korzyść ha ha). Nie znalazłem tablicy z najbliższymi odjazdami, ale na szczęście były jeszcze papierowe rozkłady całościowe. Zapowiadający przez megafony jakby stosowali jakiś szyfr, tak żeby właśnie nazwa miejscowości pozostała niezrozumiała. Trochę już tam stałem w towarzystwie gołębi, gdy pojawili się dwaj dobrze zbudowani panowie, z bagażem niewiele mniejszym od nich, a za nimi trzeci - starszy. Szybko dwie sprawy stały się jasne: że to ich w u j a i że nie mogę z nimi siedzieć w przedziale, bo będzie to jak setki godzin w pociągu.
As it happens - wyszło tak, że właśnie z nimi, myślę, że oni wiedzieli i tak manewrowali, żeby otoczyć mnie na korytarzu i nie zostawić drogi odwrotu (a okno, przecież!).
Był tylko jeden ratunek - słuchawki, tzn panowie też znali środek na ciężar poranka - tyskie (ukrywanie go przed konduktorem przypomniało mi zagrywki a'la zielona szkoła). Mi natomiast rewelacyjnie przysłużył się cdr Sculpture'a.

Jako, że miałem słuchawki - nie istniałem, nie dotyczyło mnie częstowanie ciastkami i pytanie, czy nie przeszkadzają mi papierosy. Pani siedząca na przeciwko mnie była z tych, co to spędzają czas gapiąc się w szybę. Potem, gdy już nasi towarzysze wysiedli, pani rozmawiała przez telefon, a ja uśmiechnąłem się w duchu, gdy powiedziała no miałam czytać książkę, ale mi się nie chciało.
Akurat złożyło się tak, że jak panowie nas opuszczali, to zrobiłem sobie przerwę, ale miałem słuchawki nałożone, dwóch wyszło najpierw i powiedziało do kobiety do widzenia, ja też odpowiedziałem, bo jestem dobrze wychowany. Na co trzeci, taki yh...żartowniś, powiedział patrzcie, całą drogę nic nie mówił, a teraz się odzywa, nie odpowiedziałem mu nic (chyba lepiej niż, żeby się dowiedział, że to jedyna rzecz, jaką chciałem mu przekazać), a potem on również się pożegnał.
W ogóle zabawne, ale do myślenia też daje.

Toruń (coraz rzadziej)

Jak już siedzę w tych pociągach, to jeszcze ostatnia wycieczka - w piątek do Torunia, w sobotę już powrót do Poznania. Ot, taka krótka trasa i takiż pobyt. Cel: drugi koncert projektu z Hubertem - Revue svazu českých architektů (coś pomiędzy ćwiczeniami a wolnymi stylami, ale kartki też są ważne).
W wojażach warszawskich towarzyszyły mi wspaniałe hd 515, a tutaj znów zadowalające hd 202. W zasadzie przez większość czasu zestaw taki sam, jak w mgielnym wpisie. Ten discman i ta płyta z mp3, którą tym razem ugryzłem od końca, co gwarantowało mi dotarcie do katalogu Ferns Recordings (wydają trzycalówki, okolice field recordingu i przetworzeń). Ponieważ mam genialny odtwarzacz bez możliwości wyświetlania nazw, znów nie wiem, czego słuchałem, ale generalnie podobało mi się. W powrotną drogę wziąłem od H płytę z mp3, bo moja druga nie działała, planowałem Naked City, ale najpierw było Future Sound Of London, a że moja znajomość z nimi pobieżna, to skorzystałem. Są momenty nieco już staroświeckie, ale starałem się ustawić to sobie w kontekście tego, co obecnie się dzieje. Pomyślałem o Scubie, który zawsze wydawał mi się kontynuatorem IDM-u i okolic, niż garage'u/jungle/dubu. Zwłaszcza takie kawałki FSOL jak "Vit Drowning / Through Your Gills I Breathe", czy "You're Creeping Me Out" bardzo mi się z nim kojarzyły.

Kiedyś w miarę często jeździłem do Torunia, ale ostatnio miałem długą przerwę. Dlatego też byłem zdziwiony odnowionym dworcem Poznań Wschód, toż to już z a c h ó d, panie.

A teraz to chyba trochę posiedzę w Poznaniu, jakaś praktyka i ćwiczenia może. I posłucham Knive Svarte Greinera. Co to leci z nieba? Śnieg, chyba, ale do ziemi już nie dotrze.