Pokazywanie postów oznaczonych etykietą berlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą berlin. Pokaż wszystkie posty

9/08/2022

 Pisanie tutaj nowego posta to jak wracanie do domu po długiej niebytności. Ze świadomością, że ten dom tam cały czas był, z tyłu głowy i że się go może trochę zaniedbało, ale przecież stoi nadal, jest, wystarczy trochę poodkurzać, a przy okazji można coś poprzestawiać, inaczej udekorować, znaleźć nowe zastosowania dla starych mebli. Nie będę udawał, że starałem się przez te blogowo chudsze lata zachować jakąkolwiek ciągłość, ale też nie będę udawał, że jedynie *zapomniałem* skasować blogaska. Oczywiście, że nie  - nie tylko dla tego, że (przynajmniej mi) służył za archiwum i był podręcznym repozytorium moich zainteresowań czy tekstów (gdy np. chciałem przypomnieć starą, a jakoś aktualną recenzję). Albo takim składzikiem, który, jak już naprawdę nie wiedziałem, gdzie mógłbym dany materiał opublikować, to zawsze on był w zasięgu (jak było choćby w przypadku pamiętnej relacji z Sacrum Profanum). 

W międzyczasie działy się tzw. media społecznościowe, a zwłaszcza (dla mnie) jedno medium społecznościowe. I tak jak coraz bardziej lubię grupkę mojej audycji, tak coraz mniej lubię mój fanpej. A dokładniej: to, jak owo medium traktuje go (i wiele mu podobnych, oczywista). Od początku starałem się trochę robić mu na przekór, jakby wedle koncepcji Burroughsa, żeby karmić w odwecie system tym samym, czym on nas próbuje nasycić i żeby się dzięki temu udławił albo chociaż widowiskowo wyrzygał; uprawiałem data poisoning pewnie zanim to pojęcie istniało (a na pewno zanim je poznałem). Na ale cuszzzz, te małe przyjemności bladły wobec kombinatoryki: czy można dać link w poście, jaką focię i o której wrzucić. Nawet śledzenie statystyk ze specjalistycznych wyżyn wyssanego z palca profesjonalizmu i wydumanego technokratyzmu Business Suite było psu na budę. Pogoń za zasięgami frustrowała, tym bardziej, gdy okazywało się, że wrzucona od niechcenia pierdółka zyskiwała niespodziewanie duży rozgłos. 

W końcu różne elementy układanki ułożyły się znów inaczej, w jakiś meta-kubistyczny obrazek internetów, które pod pewnymi względami są podzielone jak nigdy, ale na wielu innych poziomach (nieprzewidywalnych, niewyobrażalnych, nierealnych i absurdalnych często) tak bardzo nakładają się na siebie i korespondują, że nie wiadomo, co z tego i co z tym zrobić.

A może wiadomo, może należy (jak zwykle) robić swoje - bez obawy, że tl;dr i że nie mogę podlinkować, bo mi to rozbije konstrukcję posta. Fanpeja oczywiście nie kasuję, jakieś zastosowanie się na pewno dla niego znajdzie, a tymczasem zapraszam do dyskusji w przyjaznych przestrzeniach tego dziennika odczuwania. Make bloghouse great again!

Zastanawiałem się, czy na okoliczność tej reaktywacji nie zebrać moich publikacji od początku tego roku, ale na to jeszcze przyjdzie czas (hint: pod koniec tego miesiąca, co będzie po listopadzie). Teraz więc tylko materiały z ostatniego miesiąca:


>> audycja Upiór w operze x zasypywanie kanonu, czyli wielka przyjemność przysłuchiwania się, jak Dorota Kozińska mówi, jak jest & jak by mogło być; bez nazwisk, żeby uniknąć foszków i pozwów, ale i tak substancjalnie

>> szkic pod pretekstem Norwid'Elipsa Elżbiety Sikory o jej radiofonicznej twórczości

>> rozmowa z Pawłem Doskoczem nie tylko o Black Sabbath, Dragonie, Spontaneous Music Festival i o tym, że granie muzyki nie jest trudne [ZOBACZ JAK]

>> zapiski podróżne z Berlina (Wassermusik), Świdnicy (Festiwal Bachowski) i znad Kierskiego i Strzeszynka (OFF Opera)

>> recenzyjka ze spektaklu w ramach OFF Opery, Pieśni żałobne Moniki Błaszczak

>> recenzyjka kompilacji Music from Saharan WhatsApp

>> podwójna recenzja ostatnich albumów Zavoloki i Kotry

>> zdefragmentowana sylwetka Ryoji Ikedy

12/03/2017

Ich bin kein Berliner

Okolice Treptower Park, zwłaszcza te nie tak bliskie parkowi, rzadko mam okazję zwiedzać, więc należało skorzystać mimo średniej pogody. 


Spacerkiem do znanego i lubianego geszeftu Hard Wax, gdzie pierwszą chwyconą płytą było CultureClash i po przesłuchaniu z 50 pozycji zostało jako jedyne zakupione. Byłem przekonany, że to jakaś zupełna nowość, która zaraz wylądowałaby w kategorii "outernational" (mały szacun za wprowadzenie tego jako działu). Dopiero jak wczytałem się we wkładkę, to dowiedziałem się, że to rzeczy nagrane 25 lat temu i wtedy niewydane. Jak często ostatnio - stara muzyka to najbardziej nowa muzyka. Z wizytacji w pamięć zapadł też Alix Perez z "Ghosts EP", Maria Teresa Luciani, Renick Bell i Zuli z UIQ, Mary Afi Usuah, "Escape" Sully'ego. 

Za każdym razem cykam kilka zdjęć tamtejszej klatki schodowej, dla potomności rzecz jasna.

Najfajniejszym wynikiem wybrania się na koncert Petera Cusacka, Maxa Eastleya i Christiny Kubisch było poznanie tej książki. Nie można było jej kupić, jak zresztą również wystawionych płyt i przecież nad wyraz słusznie, bo tego dnia na sprzedaż były publikacje kończącego swoją rezydencję DAAD Cusacka, więc to na nich należało się skupić. Udało się wejść, gdy Cusack kończył swoje wystąpienie, tzn. mówienie i puszczanie dźwięków. Akurat prezentował najciekawszy dźwięk, jaki usłyszał w Berlinie, czyli rzężenie diabelskiego młyna za Treptower Park (on zwykle działa? uruchomili go na specjalne życzenie?). Potem było zabawnie o podwórkach i bliskości dźwiękowej sąsiadów. A potem już mniej, bo Cusack stworzył "artwork, or at least I call it like that" czyli pokaz slajdów z kolażem dźwięków. Dla każdej rzeczy da się zapewne znaleźć jakiś użytek, więc zamiast się znęcać - polecam to uwadze magazynu "Zwykłe Życie", gdyby chcieli iść w multimedialny kontent. Koncert tria niestety nie był wiele lepszy, na pewno tym mocniej mi się tak wydało, bo bardzo nastawiałem się na Kubisch i Eastlaya, których nigdy nie słyszałem na żywo. Ten drugi nie przywiózł niestety żadnych swoich rzeźb kinetycznych, tylko monochord trochę jak elektryczny kontrabas i grał na nim dron. A przynajmniej próbował dopóki ręką mu się nie zsuwała. Kubisch miała swój zestaw laptopów (nawet jeden nie Mac) i słuchawek (mikrofonów zbierających pole elektromagnetyczne?). Być może to tak naprawdę miało być, ale często brzmiało jakby jakiś kabel się poluzowywał i brumiał. Cusack do połowy grał na gitarze, co było nawet do zniesienia, potem zajął się jakimś multiefektem (tak?) na tablecie, który przetwarzał szemrzącą elektronikę, więc brzmiał w pół drogi pomiędzy swoimi partnerami. Zaczynałem już wydrapywać sobie w ścianie drogę ucieczki, bo drzwiami nie dało się wyjść, ale na szczęście skończyło się to, zanim nakryli mnie strażnicy. Ale serio, kolejny po Sokołowsku przypadek tego uczucia, kiedy słuchasz dawnych mistrzów i masz trochę gulę w gardle bo okazuje się, że nie każdy wie, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. 

Po czymś takim tylko falafel. Sprawdzony, na Skalitzer, z czarno-pomarańczowym szyldem. Dawno temu uznany za najlepszego podczas obrad jury złożonego ze mnie, więc jeśli ktosia ma inne kandydatury, to czekam. 

Wiadomo, ale dobrze sobie przypomnieć, zwłaszcza z witryny baru. 

Widok z okna oglądany w roztargnieniu. Po pierwszym dniu Eavesdrop Festival, który był klawym miszungiem przypominania sobie dawnych znajomych i poznawania nowych. Pierwsza od dawna wizyta w Ausland, Golden Diskó Ship, którą słyszałem 8 lat temu, a która teraz przeciążyła mi system zbytnim dopchaniem niskiego pasma. JD Zazie, którą szczerze mówiąc słabo pamiętam sprzed...5 czy 6 lat, kiedy "supportowała" Trophies. Teraz też jakoś mi nie zapadła, czy jak to mówi młodzież - nie siadła. Z tego co zrozumiałem miała grać sety-przerywniki w tle, ale gdy wszedłem, to ona już się rozkręciła, ludzie siedzieli w skupieniu, nie gadali. Może nie było tej instalacji, która miała otwierać wieczór? Jak dla mnie grała za długo, zwłaszcza, że mogła mieć na uwadze, że był to pierwszy występ z serii (a w dodatku miała też jeszcze potem się produkować). Do tego używała efektów z miksera didżejskiego o bardzo charakterystycznym brzmieniu, co po pewnym czasie nużyło.
Potem zagrała Martyna Poznańska i zrobiła to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do JD, która przemieszczała się od fragmentu do fragmentu bez wyraźnego celu i sensu, tutaj cały czas miałem poczucie samonapędzającego się ruchu, nie pospiesznego, dającego sobie i nam czas, nieustępliwego. Coś nadciągało sunąc na dronie, który mimo, że uformowany i uchwytny, to jednak ciągle przepoczwarzający się i wylewający z koryta. Do tego nie za długo i nie za głośno.
Po Ship Jessica Ekomane sprytnie wykorzystująca cztery głośniki (czyżby w każdym kanale inny sygnał?), też prąca naprzód, ale inaczej. Przede wszystkim szybciej, opierając się na bitach, czasem kojarzyło się to z COH, ale nie było tak cyfrowo-słodko. 

Nie czytałem, ale oceniając po okładce - polecam. 

8/05/2016

Trio Nexus gra Feldmana, Toshimaru Nakamura, FM3, The Necks - Haus der Kulturen der Welt (31.03.2007)

Nicholas Bussmann (z Kapital Band 1) zaplanował naprawdę ciekawy dzień w berlińskim Haus der Kulturen der Welt, była to czwarta odsłona meine Baustelle, o nazwie meine Zeit. Około 15.20 Trio Nexus (Erik Drescher: flety, Tomas Bächli: fortepian, Claudia Sgarbi: wibrafon, dzwony rurowe, glockenspiel) zaczęło wykonywać "For Philip Guston" - czterogodzinny utwór Mortona Feldmana z 1984 na flety, fortepian, wibrafon, glockenspiel i dzwony rurowe. Występ odbywał się w obszernej sali, w której na co dzień mieści się bar. Na szczęście funkcja konsumpcyjna miejsca nie rzucała się w oczy, bar oczywiście nie był otwarty w czasie koncertu, stoły odsunięto pod ścianę, jedynie szum klimatyzacji dochodzący pozostał jej śladem. W Sali wysokiej na ok. 6 metrów, z antresolą i dwoma ścianami przeszklonymi w całości, niska scena ustawiona została na środku, otoczona ze wszystkich stron rzędami krzeseł. Bardzo mnie ucieszyło, że siedząc w środku i słuchając kompozycji będę mógł utrzymać kontakt ze światem zewnętrznym. To za sprawą tych szklanych ścian, z których szersza oferowała widok na rzekę. Okazało się to tym bardziej dogodne, że utwór był zupełnie nienarracyjny. Do tego co usłyszałem mogłem dodać więc rozmaite zewnętrzne zdarzenia. Przejeżdżające pociągi (różne typy - kolory), przepływające statki (np. "Milan", "Luna"), samoloty, rowerzystów, joggingowców, spacerowiczów - w rozmaitych konfiguracjach, rodzinnych i pewnie też poza-. Statki wdzierały się czasem do wnętrza, warkot silnika przy odbijaniu od brzegu albo strzępki głosu pana, który przez mikrofon opowiadał coś ludziom na pokładzie. Potem też słońce wędrujące po rusztowaniu (które było wewnątrz sali) i odbijające się w budynku na moście.
O ile się orientuje "For Philip Guston" to drugi najdłuższy utwór Feldmana (po pięciogodzinnym "String Quartet II"), nie da się więc pominąć tej kwestii. Wysiedzieć cztery godziny bez przerwy, słuchać cztery godziny bez przerwy (tzn. słuchać uważnie, tak jak zwykle się czyni na koncercie), czy to w ogóle możliwe? czy nie jest to w jakiś sposób nie-ludzkie? Może nawet w jakiś sposób megalomańskie (ze strony kompozytora) jest wymaganie tego, napisanie takiej kompozycji i zaplanowanie jej odegrania w ten sposób (bez przerwy)? Nie wiem, na pewno nie mogę powiedzieć, że ten utwór mi się podobał. Ale też nic odwrotnego, choć przez ostatnie pół godziny patrzyłem zniecierpliwiony na to ile kartek z partytury jeszcze zostało.
Oczywiście, mogłem wyjść, rozruszać się, ogrzać (na zewnątrz było cieplej niż w środku), zjeść coś i wrócić po kwadransie z nowymi siłami. Kolega Marcin Sieradzki podniósł ciekawą kwestię, czym się różni doświadczenie, odbiór tego utworu przez osoby, które wyszły na jakiś czas, od tych które wysłuchały całego utworu. Licząc na oko z 60-70 osób, które były na początku wyszła mniejsza połowa, kilka wyszło na jakiś czas, wiele osób przyszło w trakcie trwania utworu, niektórzy w połowie. I jeszcze ci ludzie na zewnątrz, aż chce się ich aktywność fizyczną ustawić w opozycji do bierności słuchaczy.
Nie wiem, może tą muzykę należy brać tak niezobowiązująco, jest sobie całość, która ma cztery godziny, ale my możemy w jednym miejscu się wyłączyć by włączyć się znów, kiedy nas najdzie ochota, a te dźwięki są mimo tego, że my nie zwracamy na nie uwagi. Jednak do takiego odbioru nie skłaniają mnie warunki koncertowe. Na pewno nie czuję się swobodnie w sytuacji, gdy powiedzmy wyjęcie cukierka z szeleszczącego opakowania staje się głośniejsze niż grana muzyka. Nie wiem, ale ja mam w sobie sporo szacunku dla pozostałych słuchaczy i staram się nie zakłócać innym odbioru, bo wiem jak mnie samego wkurza, gdy ktoś mi zakłóca.
W drugiej połowie czytałem trochę książki, a więc jakąś część uwagi wyłączyłem, ale z drugiej strony nie miałem wrażenia, że coś mi umknęło. Wspomniałem, że muzyka była nienarracyjna, tzn. nie było w niej żadnych napięć, nie miała jakiegoś wyraźnego przebiegu. Poza tym była zupełnie pozbawiona emocji, czasem dźwięk fletu splótł się z akordem fortepianu, co razem dawało efekt czegoś na kształt wyrażania uczucia. To było najbardziej widoczne jeśli chodzi o flet, który mi się kojarzy z utworami w rodzaju "La Notte" Vivaldiego. U Feldmana po prostu podawał jakieś dźwięki, absolutnie żadnej melodii, jedynie pojedyncze dmuchnięcia. Nie zmierzam wcale do konkluzji w stylu każdy tak może zrobić, wrzucić parę dźwięków tu, parę tam, nawet na cztery godziny. Określeń "nienarracyjna" i "pozbawiona emocji" nie traktuję pejoratywnie. To jest problem, który często mam w pisaniu o muzyce, powiedzmy że chcę coś polecić, ale przychodzą mi na myśl przymiotniki czy cechy określające czy też brane za wady. A coś co jest zwykle wadą może być zaletą jakiejś muzyki. Może nie tyle zaletą, co nawet istotą, sposobem istnienia. Tak jak w tym przypadku.
Nie wiem, czy wymyślę jakąś konkluzję...Nie chcę, żeby to wyszło na to, że skoro ja miałem problemy z wysłuchaniem, to nikt inny nie da rady i ten utwór jest dla nikogo. Waham się teraz co do tej megalomanii kompozytora, też byłaby to megalomania inaczej pojęta. Nie duma, rozdęte ego, bliżej do jakiejś nieprzystawalności do rzeczywistości, nadmiarowości. Chciałbym tylko zrozumieć, jak odbierać ten utwór, jak on ma oddziaływać, jaki był zamysł kompozytora...może kiedyś.
Gdy Trio Nexus trzeci raz wychodziło na scenę niesione oklaskami my wychodziliśmy z sali, żeby dojść do siebie przed występem Toshimaru Nakamury. Byliśmy z powrotem w HKW około 20, gdzie okazało się że następne wydarzenia będą odbywać się w Auditorium - sporej sali koncertowej, której wprost nie mogę się nachwalić. Wygodne fotele, miejsce żeby wyciągnąć nogi, fantastyczne nagłośnienie, dużo świateł (umiejętnie używanych). Naprawdę luksusowe warunki do odbioru muzyki.
Na scenę wyszedł Bussmann, pełniący rolę konferansjera-prezentera, udało nam się zrozumieć tyle, że Konono No 1 nie przyjedzie, a The Necks zagrają dwa sety. Ale najpierw Japończyk i jego no-input mixing board. Trudno mi powiedzieć, co dokładnie robił, pewnie 'przekręcał gałki', ale nie mogłem nawet połączyć zmian dźwięków z ruchami rąk, bo sprzęt był zasłonięty przez postawioną przed nim obudowę. W każdym razie, nie było ani ekstremalnie wysoko, ani nisko (brakowało mi niskich częstotliwości), ale wśród publiczności widziałem takich, którzy zatykali uszy, część zdążyła nawet wyjść. Nakamura nie pozostawiał żadnych dźwięków na dłużej, elementy często się zmieniały, czasem skokowo. Dużo było struktur wyraźnie rytmicznych, ale żadnych bitów. Kilka ciekawych zabiegów z przestrzennym rozbiciem dźwięku (część dochodziła z głębi). Dobry występ, ale drastycznie krótki (25 minut).
Po chwili przerwy, ustawieniu dwóch banerów i zadymieniu sceny duet FM3 zaczął wydobywać dźwięki - najpierw jakiś tradycyjny chiński flet, puszczony przez pogłos, potem zaloopowany, następnie wyłania się druga połowa duetu i przez potrząsanie gitarą uzyskuje wszechobecną aurę. Dźwięki zaczynają przybierać na wadze, chwilami jest zbyt głośno, ale gdy podłoga się rusza robi to wrażenie. Generalnie nie jestem przekonany do ogólnego pomysłu - gitara bardziej jako generator tonów, choć gdzieś w tle przemyka się bardzo dyskretny motyw, a na tym płyną delikatne barwy dobywane z fletów itp. Były partie, które zbliżały się do new age'owej atmosfery, jakoś patetyczne, natchnione, do tego gitarzysta w ekstatycznym rozkroku spowity dymami. Pewnie nie moja stylistyka, ale poza tym to był to jeden pomysł, który po kilku minutach wydał mi się ograny i teraz była tylko kwestia, czy pojawią się jakieś interesujące brzmienia.
Przed Necksami nastąpiła dłuższa przerwa, którą zgodnie z radą Bussmanna wykorzystaliśmy na wizytę w barze. Czas oczekiwania nie był na szczęście zbyt długi, jeszcze jedno dopowiedzenie konferansjera, coś chyba nt. niejasności na czym mogą polegać dwa sety tria, tzn, że może nie być przerwy albo może być chwilowa. Mniejsza o to, wyjdzie w praniu. Zaczął Abrahams, po chwili Swanton i Buck dołączyli. Aaachhh, muzyka The Necks, coś wspaniałego, rzecz jedyna w swoim rodzaju. Dźwiękowa transcendencja. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to naprawdę powinien. Chyba nie mają słabych płyt, raczej takie które mi się po prostu mniej podobają (pierwszy cedek Silent Night, Next i Chemist w który się dopiero wgryzam). Reszta jest w zasadzie genialna i praktycznie każdy kolejny album jaki poznałem uważałem za najlepszy.
Muzycy długo szukali się nawzajem, może nawet z 20 minut, ale ja czekałem cierpliwie, wiedziałem, że gdy już akcja się zawiąże, to będzie tylko lepiej. Nie będę próbować opisywać przebiegu koncertu, tylko kilka spostrzeżeń. Jak mało Buck używał bębnów, koncentrował się na talerzach, a miał dodatkowy bęben basowy. Obok stał też średni gong, na werblu leżały z trzy małe talerze (coś takiego) i w to najczęściej Buck "stukał". Dopiero kiedy już maszyna The Necks szła pełną parą pojawił się motyw stopniowo wzmacnianych trzech uderzeń bębna basowego. Lloyd Swanton używa również smyczka, którego krótkie, ostre ruchy w drugim utworze w połączeniu z uderzeniami Bucka dają jakiś marszowo-militarny posmak. Mam wrażenie, że muzyce nadaje kierunek Chris Abrahams, który tamtego wieczora więcej czasu spędził po prawej stronie klawiatury, ale drugiego końca nie omijał. Gra głównie drobne motywy, powtarzane, nieustannie zmieniające się, ale potrafi też zupełnie z niczego zagrać nowy temat, nie powiązany z poprzednim. No i w ogóle, co za zgranie, Abrahams siedział do pozostałych tyłem, a złapałem tylko jedno spojrzenie Swantona na Bucka.
No i wspominana kwestia przerwy i drugiej odsłony. Najpierw w bezruchu zastygł pianista, potem kontrabas przestał się odzywać, Buck dwoma pałkami w mikro-ruchach grał na największym talerzu. I co się teraz stanie, jak skończy? Wyciszy? Trzaśnie mocniej? Tymczasem Abrahams wykonuje jakiś ruch w kierunku klawiatury, ale rezygnuje i powraca do skulonej pozy. Jednak po chwili mocno wracają dźwięki fortepianu, niemal przykrywają perkusję. I tak zaczyna się drugi set. Cholernie energetyczny, z obstukiwaniem kontrabasu, celnymi uderzeniami pięściami w klawiaturę i mnóstwem dźwięków perkusji. Oprócz grania w kilku partiach wyraźnego rytmu, Buck powraca do 3-uderzeniowego motywu (w zmienionej formie), poza tym wziął jeden z mniejszych talerzy, które leżały na werblu i trzymając go swobodnie w ręce pozwala mu stukać w pozostałe. Efekt chwilami przypomina gamelan, ale częściej jest bardziej niestabilny, chwiejny, niemal chaotyczny, ale pięknie uzupełnia ustaloną choć zmienną strukturę. I momentalny koniec, którego nic nie zapowiadało. Burza braw berlińskiej publiczności (spokojnie ponad 250 osób).
Potem czas na skromne zakupy. Marcin podsuwa Swantonowi (który prowadzi merchandise table) pomysł koncertowania w Polsce, ten odpowiada, że rozmawiali z promotorem (ciekawe, czy to standardowa odpowiedź na takie pytania?). Autografy, Buck daje się namówić na narysowanie czegoś wewnątrz opakowania mojego nabytku, a na wspomnienie koncertu na Musica Genera potakuje i mówi, że wyjdzie on na płycie.

[tekst opublikowany pierwotnie wkrótce po na emd.pl/wiki]

8/01/2013

Berlin Atonal 2013 - niedziela

Gdy w Berlinie spodziewano się, że pobity zostanie kilkudziesięcioletni rekord temperatury (38,1 C), chłodne wnętrze elektrowni przy Köpenicker Straße było idealnym miejscem na spędzenie niedzieli.
Do szczęścia wystarczyłby mi już brak słońca i wygodne krzesło, a tu jeszcze Lower Order Ethics puszczała mroczne dźwięki (np. "Frankie Teardrop" prawie w całości). To było bardzo przydatne, żeby dojść do siebie i odnaleźć się w przestrzeni. Która robiła wrażenie, zwłaszcza przez swój ogrom: jeden poziom to wielka przestrzeń zakończona sceną, a niżej jeszcze dwa, z czego jeden dostępny tylko do oglądania; dodatkowo fajnie oświetlona.
Rashad Becker mówił bardzo ciekawe rzeczy w artykule w Wire, dlatego miałem spore oczekiwania przed jego występem. Nie będę trzymał was w niepewności – nie zawiódł. Muzyka z gatunku wyjątkowych, kilka dźwięków a’la Evol (ale nie tak wyśrubowanych), trochę jakby Pure (jednak nie skumulowane masy, a grupy drobnych motywów), ze względu na mnogość detali do głowy przyszedł mi też O.S.T., brzmieniowo nie bardzo daleko do Waisvisza (ale tutaj wszystko na poważnie). Gdzieś jakby przetworzone fragmenty wokali, wyginane, podobnie jak i inne dźwięki, dużo spirali i zakrętów, czasem loopy, ale albo zmieniane albo dwa nakładane nierówno na siebie. Gdzieś mignął powidok muzyki azjatyckiej, ale to może bardziej efekt sugestii tym, co autor mówił w Wire. Zbędne wizualizacje, które wydały mi się wręcz obrazą dla tego co Becker tworzył.
Positive Center - przyzwoite techno, darkambientowo pod koniec.
Na pierwszy rzut wydawałoby się, że Grischa Lichtenberger grał z naciskiem na perkusyjną/bitową warstwę, ale przy dłuższym obcowaniu i lepszym wsłuchaniu, zaczęło się okazywać, że jest to muzyka zróżnicowana, wielowarstwowa. Silne uderzenie nie było jej jedynym celem, wzbogacały je plamy, rozszerzające tła albo punktowe dźwięki niczym z sonaru. Do tego ładne światła.
Kwestię równoważenia elementów mógłby zechcieć przemyśleć Zan Lyons, który zaczął dość ładnie, nawet słodko dzwoneczkując, czasem sięgał po skrzypce, które następnie zapętlał. A potem zaczął napieprzać bitami, naprawdę mocno. A potem znów smutny pasaż i ogólnie tego chyba było więcej. Nic złego, a też gdyby były tylko smutacko-ładnie, to mogłoby być trudne do strawienia, jednak takie łączenie nie do końca zadziałało.
Zmianę klimatu zapewnił Russell Haswell, który zaczął od zabaw tonami prostymi i złożonymi, spoko, ale wyglądało to na bardziej na wprawki, niż na jakieś konkretniejsze coś. Bo to coś miało dopiero nadejść, druga część zaczęła się też jak ćwiczenie, tym razem z rozkładania bitów na czynniki pierwsze. Techno majaczyło na horyzoncie, ale długo nie nadchodziło, Haswell dał sobie czas na rozpędzenie się, a gdy już do tego doszło, było powalająco, agresywnie, z wieloma wykręconymi dźwiękami upchniętymi między bity (które nigdy do końca nie stały się standardowe). Z tego niestety postanowił przejść w noise, mogłoby to się udać, ale tutaj niestety pokonała go akustyka sali. Tak jak fajnie było słuchać tych cząstek bitów odbijających się od przeciwległej do sceny ściany, tak nieprzyjemnie było taplać się w bezforemnej głośnej breji.
Ancient Methods (teraz już solo) – bardzo przyzwoite techno, mógłby pokombinować z przejściami między utworami, jeden utwór bardzo Regisowy (może po prostu wynik współpracy z nim?), najlepszy pod koniec, zaskakujący ze zmutowanym ardkorowym motywem.
Tak czekałem na Samuela Kerridge’a, a gdy zaczynał czułem się już nieco zmęczony (była to szósta godzina słuchania muzyki). Z jednej strony, wtedy (i teraz też) wydaje mi się, że było super, więc o co mi chodzi, ale z drugiej nie mogłem wykrzesać z siebie takiego entuzjazmu, jak bym chciał, na jaki ta muzyka by zasługiwała.
Podobnie niestety z Violetshaped, którzy utrudnili sprawę dodatkowo, bo ich muzyka to w pełni wypełnione pasmo, walec prący nieustannie do przodu, który miażdży słuchacza. Kerridge zostawia trochę miejsca, otwiera przestrzeń także mniej oczywistymi rytmicznie (albo wcale nierytmicznymi) fragmentami.
Te występy zamknęły część kuratorowaną przez Contort, czyli cykl imprez (upraszczając) organizowany od 2012 przez Kerridge’a i jego żonę. Reszta wieczoru została poświęcona artystom związanym z Blackest Ever Black.
Na szczęście jakoś powróciły mi siły przed Raime, a też ich muzyka była pewną odmianą, bo sporej dawce dość podobnych (uogólniając) propozycji. Był jeden nowy utwór, z samplem wokalnym, a jeden z albumu brzmiał jakby inaczej (inne sample perkusji?). Odbiór zakłócały nieco deptane i kopane kubki, których dużo się walało po ziemi.
Cut Hands słuchałem z dołu, Vatican Shadow już prawie w ogóle, bo trzeba było odpocząć przed "aftershow" w pobliskim Shifted. Tu Powell, który grał pomysłowo, nie wszystko miksując w bit, tylko np. zostawiając intra utworów, a już zupełnie zaskoczył „Anit War Dub” Digital Mystikz. Potem Joe Andrews z Raime, na początku twarde oldskulowe techno, potem jungle, fajnie było patrzeć na to, jaką ma radochę z grania, a ludzie dobrze reagowali, aż nawet jakiś rewind się zdarzył. Następne Will Banhkead (The Trilogy Tapes), który najpierw trochę uspokoił parkiet, ale w końcu i tak przywalił. W zasadzie akuratnie, bo utorował drogę DJ-owi Richardowi, który początek swojego setu ustawił tak, że jego "Leech2" wydawał się tego wstępu naturalną konsekwencją. Było ciężko, brudno, ale zarazem tak energetyzująco, że o piątej rano zmęczenie uleciało i pląsałem radośnie.

2/05/2013

CTM.13 w telegraficznym skrócie

Nie mam siły na pisanie wstępów, zarysowywanie kontekstów itd. CTM to festiwal znany kiedyś jako club transmediale, a to jest jego strona www. Jeśli przejrzycie program, to zorientujecie się, że byłem tylko na części wydarzeń, dzięki czemu mogę się wymigać od obowiązku podsumowywania.

29.01

W Berghain ostatecznie zamiast Opium Hum na początku wystąpił Marius Reisser serwując sporo mrocznego ambientu, z momentami nawet symfonicznymi, ale też kilkoma wyraźniejszymi akcentami rytmicznymi. Całość przebiegała nieoczywistymi ścieżkami i intrygowała, choć może trwała nieco zbyt długo.

Zwłaszcza dla tych, którzy czekali na pierwszy występ TM404 (czyli nowego projektu Andreasa Tilliandera). Zaczęło się od klimatów kojarzących się ze Stottem, potem górę wzięły wyeksponowane kwaśne motywy, które zaskakująco dobrze funkcjonowały z technowym stelażem bitów i przemykającymi opłotkami dubowymi rozwiązaniami.

Emptyset nie słyszałem wcześniej na żywo, a zewsząd dochodziły do mnie głosy, że warto, trzeba i w ogóle najlepiej. Tutaj z towarzyszeniem wizualizacji Joanie Lemercier, które przez pierwszą część były bardziej zredukowane, oszczędne, opierały się na prostych motywach. Potem estetyka nieco się zmieniła, pojawiło trochę wizualnego brudu, jakieś elementy odwołujące się do świata rzeczywistego (płomienie?). Był to ciekawe rozwnięcie formuły, gdzie wizualizacje niekoniecznie ściśle podążają za muzyką, ale okalają czy nawet ją rozwijają.
Same dźwięki były przytłaczające, opresyjne, choć wypada zaznaczyć, że występ nie opierał się tylko na atakowaniu rytmami i sporo było też bardziej abstrakcyjnych rozwiązań.

Czego zabrakło trochę w muzyce Diamond Version, choć może swoje zrobiło też zmęczenie, spowodowane po części olbrzymią ilością dymu (głównie sztucznej mgły, ale też papierosowego). Po dowcipnym intro "Mission Statement" było tylko gorzej. Miałem niemiłe wrażenie, że panowie postanowili pojedynkować się z Emptyset, być głośniejsi, agresywniejsi i tak generalnie "bardziej". Drażniło mnie, że ich muzyka opierała się na rozwiązaniach siłowych, choć zaaranżowanych w efektowne układy (co nie zaskakuje przecież przy tej klasy artystach). Wizualizacje raczej nie przyciągały uwagi, poza dość kuriozalnym fragmentem, w którym oglądaliśmy super bryki, co przywodziło na myśl intra z "Need for Speed". W połowie występu na scenie pojawił się Atsuhiro Ito ze swoją świetlówką, na której odstawił efekciarską solówkę. Zawsze wydawało mi się, że jest to ktoś, kto miał świetny pomysł na swój image, wobec czego uznał, że obejdzie się już bez pomysłu na swoją muzykę. Jego wsparcie dla Diamond Version tylko to potwierdziło.

30.01

Z jakiegoś powodu Jar Moff zaczął wcześniej niż przewidywała rozpiska, w związku z czym załapałem się tylko na część jego występu. Był to gęsty strumień brudnych, brzydkich dźwięków, których kontury rozmywały się w pogłosie, ale nie na tyle, by stracić drapieżność. Przez większość czasu nie dało się wyszczególnić dominujących elementów, choć chwilami pojawiały się zalążki rytmu albo jakiś obszerniejszych struktur. Dziwna muzyka, którą trudno mi do czegoś porównać, odnieść.

Wiadomo było, że Mark Fell przygotuje coś specjalnego, ale czegoś takiego chyba nikt się nie spodziewał. Nowe słówko na dziś: windyman. Na potrzeby występu Fella rozstawiono wśród publiczności trzy takie. W użyciu były także stroboskopy, których migotanie odpowiadało szybkości bitów. Nadmuchiwane postaci, z namalowanymi uśmiechami, wyglądały komicznie oglądane w stopklatkach świateł, jakby nieporadnie próbowały dostosować swoje ruchy do muzyki. Absurdalność całej sytuacji sprawiła mi wiele radości. Fell skupiał się głównie na manipulowaniu tempem albo układem bitów. Dźwięki były mocno zredukowane, nawet jak na niego, w drugiej części kojarzyły się trochę z Evolem.

Keith Fullerton Whitman z początku przyjemnie zaskoczył, dźwięki krążyły między kanałami, pojawiały się niespodziewanie, były wciągające ze względu na samą fakturę. Jednak z czasem zaczęło mi brakować jakiejś narracji, czegoś co łączyłoby ze sobą kolejne wydarzenia, które bez tego po prostu się działy i nie tworzyły całości.

Następnie Florian Hecker zaprezentował równocześnie trzy utwory w trzech przestrzeniach klubu, zgodnie z sugestią publiczność ochoczo przemieszczała się z miejsca na miejsce. Wydaje mi się, że Hecker korzystał z materiału zawartego na Speculative Solution albo jakoś odnoszącego się do tego albumu. Nagłośnienie dawało spore możliwości, a wrażenie robiły zwłaszcza bardzo wysokie częstotliwości wwiercające się w uszy.

Lee Gamble znów nie był w stanie mnie do siebie przekonać. Słuchając jego występu w Boiler Room myślałem o tym, że pozornie wszystko w tej muzyce jest na swoim miejscu i powinno działać, a jednak nie chwyta ona tak, jakby mogła. Wczoraj przyszło mi do głowy, że jest do muzyka robiona bez przekonania – choć nie umiałbym tego uzasadnić, czy wytłumaczyć przekonująco.

31.01

Wieczór rozpocząłem od koncertu monograficznego Ernstalbrectha Stieblera, na którym jego utwory wykonywali Agnieszka Dziubak, Werner Dafeldecker, Ensemble L'Art pour L'Art oraz sam kompozytor. Niestety jego wizja minimalizmu nie wydała mi się szczególnie interesująca. Skorzystałem więc z okazji (przerwy), by udać się w kierunku Berghain.

Najpierw zajrzałem do pobliskiej Kantine, by posłuchać, co zrobi Wife, którego może trochę zlekceważyłem na Unsoundzie. Muzycznie było całkiem dobrze, ale znów przeszkadzały mi wokale. Oczywiście można argumentować, że dodawały one utworom pewnego oddechu, jednak moim zdaniem są one zbyt zmanierowane i z chęcią posłuchałbym jego "bitów" bez tego dodatku.

Znów nie zostałem do końca, bo w Berghain miała zaczynać Holly Herndon. Podczas popołudniowego spotkania mówiła o tym, jak denerwuje ją bycie porównywaną do innych kobiet tworzących muzykę, więc zastanawiam się, czy powinienem wspominać, że początek jej występu kojarzył mi się z Mają Ratkje a potem niektóre fragmenty przywodziły na myśl Laurie Anderson. Gdy po abstrakcyjnym, niemal noise'owym wstępie pojawił się stelaż 4/4, byłem nieco zawiedziony. Że to takie łatwe, oczywiste. Ale Herndon czy to przez aranżacje, prowadzenie narracji czy przez sam dobór brzmień, nie wpadła w pułapkę bawienia się w techno (coś o co można by obwiniać Lee Gamble'a).

Forest Swords wolałbym przemilczeć, bo tak naprawdę z tego koncertu w pamięci pozostała mi warstwa wizualna. Zwłaszcza nastrojowy fragment z neonami i światłami miasta, oprócz tego pojawili się też Maya Deren i Stan Brakhage.

Zmęczenie dało o sobie znać, zastanawiałem się, czy nie odpuścić dalszej części wieczoru, jednak zostałem. Zabawne, jakimi krętymi ścieżkami to wszystko się odbywa. Bo gdybym znał LP d'Eona, to pewnie nie czekałbym na jego występ, ale szczęśliwie dotrwałem i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Materiał, który zagrał wczoraj odnosił się do płyty, ale w niedużym stopniu, głównie przez obecność cykających bitów. Tutaj jednak pojawiały się one na pierwszym planie, a często były w zasadzie jedynym elementem. Nie zawsze też cykająco migotały, raczej otumaniająco łomotały. Można tutaj doszukiwać się wpływów breakcore'u, footworku, ale było to też podejście znajome z niektórych nagrań Marka Fella. Gdzie repetycja odbywa się w tak szybkim tempie, że powtarza jednostka traci na znaczeniu i istnieje tylko w kontinuum. Albo w drugą stronę: że jeden element jest rozszczepiany i wchodzimy w jego wnętrze, jakbyśmy oglądali go pod mikroskopem.

01.02

Jednym z powracających tematów na festiwalu jest rave, postrzegany jako pewien miniony okres świetności. Pod szyldem "Rave Undead" poświęcano mu już uwagę w poprzednich dniach (m.in. występ Lorenzo Senniego, pokaz Fiorucci Made Me Hardcore).
Wczoraj preludium do imprezy w Berghain były dyskusje. Szczególnie interesująca była ta z udziałem Marka Fishera, Lee Gamble’a i Steve’a Goodmana.

Byłem bardzo ciekaw Samuela Kerridge’a, który może nie tyle zaskoczył, co nieco wyłamał się z rave’owego tematu. Bardzo długo obywał się bez bitów, wytwarzał raczej cykliczne przypływy i odpływy fal. Zabrzmi to banalnie, ale klimat był apokaliptyczny, choć nie odniosłem wrażenia, że było to celem samym w sobie. Na pewno nie chodziło o epatowanie, ale trudno było nie być pod wrażeniem monumentalnej grozy tych dźwięków i skali jaką operował Kerridge – wydawało się, że wszystko rozgrywa się w jakiś olbrzymich przestrzeniach, których horyzont wyznaczają sunące basy.

Rave’owy set Sheda był fajny i zabawny. Powell grał bardziej zróżnicowanie, czasami udając się w mroczniejsze rejony. Pojawiały się też motywy, przez które myślałem, że to Evol rozpoczyna swój występ.

Brawo dla organizatorów za ustawienie ich na prime time (zaczynali o czwartej). Mógł to być trochę taki kij w szprychy (albo w mrowisko), bo jednak Evol tylko nawiązuje do rave’u, dekonstruuje go, rozkłada na czynniki. Co budujące, publiczność przyjęła te pół godziny chorych dźwięków gromkimi brawami.

Andy Stott zaczął od materiału z ostatniej płyty, której nie jestem fanem. Potem zaczął grać cięższe rzeczy, bardziej duszne, ale też mniej pomysłowe jeśli chodzi o zastosowane rytmy.

02.02

W sobotę w końcu wybrałem się do Haus der Kulturen der Welt, gdzie odbywa się transmediale oraz wydarzenia wspólne z CTM. Tego wieczoru w zestawie telekonferencja z Alejandro Jodorowsky’m, Demdike Stare i Gatekeeper.

Zanim jednak to, postanowiłem choć uszczknąć czegoś z programu transmediale i poszedłem na pokaz filmów m.in. Oskara Fischingera, Alaina Resnais, Elizabeth Price i Adriana Brunela (małe odkrycie).

Wieczór miał przebiegać niejako pod patronatem Jodorowsky’ego – Demdike w warstwie wizualnej obficie wykorzystali jego filmy. Niestety hucznie zapowiadana telekonferencja okazała się niewypałem. Mikrofon, do którego mówił reżyser siedząc w swoim domu w Paryżu, nie działał i w zasadzie nie można było zrozumieć jego wypowiedzi. Nie ma coś pastwić nad organizatorami, ale naprawdę zakrawa to na żenadę, bo tego problemu technicznego nie udało im się ostatecznie rozwiązać.

Wydawałoby się, że dzięki temu będzie więcej czasu na przygotowanie mających potem nastąpić występów, ale z jakiegoś względu brytyjski duet rozpoczął z półgodzinnym opóźnieniem. To co zaprezentowali podobało mi się bardziej niż ich materiał na ostatnim Unsoundzie. Tutaj nikt nie zaoferował im współpracy z orkiestrą i panowie generalnie zrobili swoje. Pytanie tylko, do czego rzeczywiście potrzebna była warstwa wizualna, bo nie wydaje mi się, żeby pchnęła ich w jakieś nie odkryte artystyczne lądy.

Zdecydowanie związek dźwięku i obrazu dało się wyczuć w „Exo” Gatekeeper i Tabora Robaka (który stworzył do ich muzyki grę). Kolejny raz na tym festiwalu mam wrażenie, że słucham czegoś bardzo dziwnego, czego nie umiem ująć, wytłumaczyć, ani umiejscowić. Ale jest to wrażenie bardzo pozytywne.

To był tak naprawdę dopiero początek długiej nocy i z występu Gatekeeper dotarłem na… występ Gatekeeper. Tyle, że teraz zamiast w wielkiej sali HKW, siedząc na wygodnych fotelach, słuchałem ich w piwnicy pływalni miejskiej (gdzie działa klub Stattbad), w ścisku, gorącu i dymie. Co prawda w HKW nie we wszystkich utworach pojawiał się wyraźny bit, ale gdy tak się działo, to jednak trochę dziwnie było odbierać to na siedząco. Do Stattbad dotarłem na końcówkę ich występu, akurat grali utwór, który też w HKW się pojawił ("Encarta") i tutaj wybrzmiał on zupełnie inaczej.

Cała impreza, zrobiona we współpracy z berlińskimi promotorami z Purge, odbywała się na trzech salach, a pomysłem była chyba jak największa różnorodność. Przechadzając się między salami można było przenosić się między grającymi jednocześnie ︻╦╤─ ƱZ ─╤╦︻, Skreamem z Sgt. Pokesem oraz Necro Deathmort. GdyAlec Empire rozpoczynał swój set, ja udałem się na najbardziej wyczekiwany punkt programu – Mykki Blanco. Niby nic niezwykłego, ale to zaangażowanie i energia wkładane w występ robiły wrażenie. No i głos, w zasadzie różne głosy, żonglowanie sposobami podawania tekstu, nagłe porzucanie go na rzecz onomatopei.

Potem chciałem już tylko dotrwać do DJ Sotofetta, który rozpoczął bardzo różnorodnie i na pewno kontynuował równie ciekawie, ale ja już nie miałem na nic siły.

03.02

Podczas imprezy w Stattbad rozmawiałem z dwoma osobami zaprawionymi w CTM-owych bojach i pojawił się wątek ewolucji, jakiej podlega festiwal. Że teraz stał się bardziej gwiazdorski, jest przeglądem dużych nazwisk, że brakuje zaskoczeń, mniej znanych artystów czy debiutantów. Oczywiście do pewnego stopnia jest to prawda, ale zarazem trudno to wyraźnie określić: czy Samuel Kerridge jest jeszcze mało znany, czy Evol jest nadal zaskoczeniem? Równolegle z jakoś „gwiazdorskim” wieczorem w składzie Holly Herndon, Forest Swords, d’Eon, Kuedo, niedaleko mamy nie tak oczywisty line-up: reliq, Wife, Iceage, Oneirogen, a innego dnia prezentację wytwórni Grautag.

Czego mi trochę brakowało, to występów, które przełamywałyby formę standardowego live-actu (ze specjalnie przygotowanymi wizualizacjami lub bez, mniejsza z tym). Nie znoszę narzekactwa na laptopowców i nie przeszkadza mi, gdy ktoś grając gapi się ciągle w ekran i klika – jeśli jego muzyka jest ciekawa. Ale czasem przydaje się coś innego, tak dla odświeżenia. W zeszłych latach takie wydarzenia nie były rzadkością, by wymienić choćby Rudolfo Quintasa, Justina Bennetta czy Mudboy’a.

Niedzielny zestaw popołudniowy wyszedł nieco naprzeciw moim oczekiwaniom. Najpierw był ciekawy wykład Heimo Lattnera o języku silbo gomero, potem nieciekawy spektakl duetu Set Mosaic i w końcu występ Ghédalii Tazartèsa.
Tego ostatnio wyczekiwałem bardzo, bo jeszcze nie miałem okazji usłyszeć go na żywo. Tak jak w przypadku Mykki Blanco – można powiedzieć, że nic niezwykłego, ale znów: ten głos i zaangażowanie. "Podkłady" (materiał z Coda Lunga) puszczał z płyty, do tego kilka instrumentów: naszyjnik z muszelek, dzwoneczki, bęben obręczowy. To wystarczyło.

Na marginesie chciałbym odnotować cieszący mnie fakt ponownej rozbudowy programu dziennego: spotkań, wykładów, dyskusji i prezentacji. Tutaj przy dużym udziale dziennikarzy The Wire i skromniejszym Resident Advisor. Chociaż Lisa Blanning chyba nie przekona mnie do siebie, to trzeba jej oddać, że sprawnie moderowała w/w dyskusję z Fisherem, Gamble'em i Goodmanem. Jednak powodzenie rozmów zależało głównie od pytanych, a nie pytających. Max Dax niekoniecznie błyszczał na spotkaniu z Terre Thaemlitzem, co nie zapobiegło temu, że padło wiele ciekawych spostrzeżeń. Świetna była też rozmowa Ellen Blumenstein z Kennethem Goldsmithem.

10/17/2012

Tricoli, Mathieu, Lescalleet w Auslandzie, 11.10.2012


Tricoliego słyszałem już kilka razy, więc nie oczekiwałem zaskoczeń. Zaczął bez zbędnych wstępów i wprowadzeń - od razu mocno, z początku dźwiękami kojarzącymi się z fajerwerkami, szybko osiągając głośny, "nieładny", chaos. Przez jakiś czas dominowały odgłosy uderzeń albo spadających przedmiotów, z pogłosem. Potem nastąpiła najlepsza część, wręcz nastrojowa: głosy nawołujące się w jaskini, krzyki mew, nawarstwiające się, potęgujące. Takie pójście w klimat o wiele bardziej mi odpowiadało niż poprzedzające to rozwiązania siłowe. Całość trwała około 15-20 minut.


Wcześniej zastanawiałem się, jaki będzie układ wieczoru i gdy rozpoczął Tricoli, to pomyślałem, że idea jest taka, aby bardziej agresywne występy przedzielił Stephan Mathieu. Ale co ja tak naprawdę wiem o jego muzyce? Ostatnią rzeczą, którą słyszałem był chyba Radioland, więc na pewno nie jestem na bieżąco. W Auslandzie zagrał kompozycję Tashiego Wady (w wersji "podróżnej" - jedna warstwa była puszczona z laptopa). To mnie zaskoczyło zupełnie - było mocno, zdecydowanie, w dobrym sensie twardo. Bez międlenia i rozwadniania, które jakoś (niesłusznie?) kojarzyłem z działalnością Mathieu. A tutaj sam konkret, spójność. Może nawet zbyt pospieszne zwinięcie dźwięków na koniec, wobec pewnego rozmachu kompozycji. Choć może lepiej tak, niż przesadzić i to pół godziny było akurat.


Jasona Lescalleeta trudno określić jako gwiazdę całego wydarzenia, ale dla mnie był na pewno największą atrakcją (nie sądziłem, że będę miał kiedyś szansę zobaczyć go na żywo). Co dziwne, trochę osób wyszło przed jego występem. Jeszcze więcej w trakcie, bo rzecz rozwinęła się na prawie godzinę. Zaczęło się bez zapowiedzi od ledwo słyszalnego, skradającego się szmeru. Po czym nagle pojawiły się pyknięcia spowodowane przez migającą lampkę, a zaraz silne walnięcia, które chyba nie były przewidziane. Lescalleet je jednak przyjął, zgłośnił i zaczął nimi manipulować (pitchując) oraz rytmizować, chociaż nie w zupełnie oczywisty sposób. Stopniowo dokładał wokół nich brud, wypełniał wolną przestrzeń.


Nastąpiło wyraźnie zaplanowane przejście do następnej części: najpierw cichej, zbudowanej z drobiazgów, potem skontrastowanych stonowanymi basowymi tąpnięciami, które przez swoją nierównomierność wprowadzały niepokój. Nie były one głośne, jednak z czasem powodowały rezonowanie różnych elementów pomieszczenia i miałem wrażenie, że Lescalleet świadomie tym grał.


Wydaje się, że całość wzbiera i narasta wyraźnie z myślą o wielkim finale, ale jednak nie. Dotychczasowe dźwięki schodzą na dalszy plan, a pojawia się (chyba) nagranie terenowe dzwonów, w którym słychać sporo otoczenia i też może jakieś pasmo dograne?


Ale to też nie był koniec, z oddali słychać już rozciągnięte uderzenia, które okazały się tym, co podejrzewałem - spowolnionymi bitami. Piosenka stopniowo jest coraz głośniej i przyspiesza, ale jest jeszcze poniżej "normalnej" szybkości, gdy Lescalleet wznosi toast piwem sugerując, że to by było na tyle.


Lescalleet grał używając dwóch dużych magnetofonów szpulowych, dwóch małych, dwóch Casio SK-1, dyktafonów i laptopa.


11/12/2011

pamiętnik koncertowy (wydanie berlińskie)

Raczej skrótowe opisy (tak żeby ocalić od zapomnienia) kilku koncertów z ostatniej wycieczki do Berlina.

W Auslandzie na początek Antez grający metalowymi (głównie) przedmiotami na ustawionym poziomo bębnie basowym. Fajny pomysł z oświetleniem: ciemno, poza małą lampką ustawioną na ziemi pod bębnem i obłożoną czerwoną folią. W ten sposób światło emanowało jakby z bębna, stłumione przez dwie membrany. Ten występ opiera się na bardzo prostym pomyśle, który przy okazji jest skuteczny dźwiękowo. Antez przeciąga przedmioty (m.in. talerze perkusyjne, rury) po membranie chodząc wokół bębna. Ten ruch wyzwala ciągłe, ale zmienne dźwięki. W większości z kategorii "niewiarygodnych", a dokładniej "jak to możliwe, że akustyczne źródła wytwarzają takie brzmienia?". Wielokrotnie stwierdzałem, że gdybym nie widział, jak to się dzieje, to obstawiałbym syntezator analogowy jako wykorzystywany instrument. Do tego dochodzi cała magia alikwotów krążących po pomieszczeniu oraz jakby zbijających się dźwięków o podobnych wysokościach. Nie zaszkodziłoby, gdyby występ był trochę krótszy.
Na zakończenie wieczoru trio Lucio Capece (saksofon, elektronika), Morten Olsen (perkusja) i Valerio Tricoli (revox). Rozmawiałem przed chwilę z Lucio i mówił, że cieszy się mogąc grać z nimi, bo zmuszają go do dotarcia w inne rejony, poza redukcjonistyczne, ciche granie. Było głośno, intensywnie, w zasadzie druga połowa to noise'owa improwizacja. W wyraźnie wybranym (chyba nie ustalonym?) momencie Capece odpalił elektronikę, niskie i mięsiste dźwięki, a przedtem też całkiem głośno grał na saksofonie. Zresztą nie miał wyjścia, jeśli chciał być słyszalny przy pozostałej dwójce. Oprócz całościowo dobrego wrażenia, w pamięci pozostał mi zwłaszcza jeden fragment, z głosem Tricoliego wydobywającym się spod masy dźwięków, brzmiącym złowieszczo (może spowolnionym na magnetofonie?).


Następnego dnia celem było 15-lecie Raster-Noton w Berghain, ale ja przewidująco sprawdziłem inne możliwości, gdyby nas nie wpuścili. Gdy tak się stało, pojechaliśmy do Gretchen, jesteśmy na miejscu ok. 23:30, czyli czas oficjalnego rozpoczęcia, a na bramce mówią nam, że otwierają za 5 minut. Ach, te berlińskie zwyczaje...Z opisu wynikało, że jedna sala będzie przeznaczona na bardziej hiphopowe klimaty i przedstawicieli Brainfeedera. Jednak gdy didżejka puszczała hiphopy (całkiem fajne) w mniejszej sali, Samiyam pojawił się na scenie głównej. Zagrał dość długo (45-60 minut?), ale nie nudził, bo ciągle coś się działo i zmieniało. Konsekwentnie trzymał się swojej formuły miniaturek, maksymalnie 2-3 minutowych szkiców. Przyjemnie patrzyło się na niego pochłoniętego graniem, uradowanego, zagadującego do publiczności.
2562 przez ostatni kwadrans stał za nim czekając na swoją kolej i nawet życzliwie kiwał głową do jego bitów, ale naprawdę to kark mu zaczął pracować, gdy przystąpił do swojego setu. Akurat znów trafiamy z panem Huismansem na siebie w Berlinie i tak jak ostatnim razem (w Horst Krzbrg) bardzo mnie zaskoczył swoim eklektycznym, ale jednak sensownym, didżejowaniem, to tym razem bardzo na jedno kopyto. Kursowałem między dwiema salami, więc może coś mnie ominęło, ale nie sądzę, bo ilekroć wracałem, to były te same regularne rytmy i to samo twarde, aż nieco męczące, brzmienie.
Na drugiej sali w tym czasie Jeremiah Jae, który ciekawie kombinował z hiphopowymi patentami, na początku przez dłuższą chwilę same plamy dźwiękowe, magmowate, ciężkie. To dało znać, że nie tylko o bity tu będzie chodziło. Dałoby się to o wiele bardziej docenić, gdyby nie głupi dźwiękowiec, który co jakiś czas przychodził "podkręcać" brzmienie, co sprowadzało się do zwiększania głośności.
Chociaż Room(s) Machinedruma mi się nie podobało, to chciałem doczekać do jego występu. I słusznie, bo choć byłem już trochę zmęczony (zaczął przed 4), to przekonał mnie do siebie. Nie było tego, co przeszkadzało mi na albumie, czyli tych syntetycznych, gładkich, kosmicznych dźwięków. Albo jeśli były, to usunęły je na dalszy plan bity. Wszystko brzmiało klarownie, przestrzennie, porządnie. Nie wiem, czy grał tylko swoje rzeczy, jeśli te jungle w drugiej połowie występu były jego, to jest to już wszechstronność granicząca z kameleoństwem.

Zestaw nazwisk tego koncertu wyglądał bardzo kusząco, a w dodatku było to niedaleko, tak więc trzeba było skorzystać. Niestety, okazuje się, że powiedzenie "nazwiska nie grają" sprawdza się nie tylko w sporcie. Kompozycja Petera Ablingera trochę została może steatralizowana przez wykonawców, co mogło jej nie wyjść na dobre. Jednak chyba tak do końca poważna w zamiarach nie była, mimo że można by tę estetykę "muzyki ciszy" jakoś wiązać z tym, co robią kompozytorzy z Wandelweisera, to bardziej wyczuwałem chęć przełamania konwencji (moim zdaniem już dawno zdekonstruowanych). Hanna Hartman też mnie trochę zawiodła, bo bardziej znów tu grał pomysł, niż dźwięki. Na potrzeby kompozycji Black na środku sali zostały położone lśniące czarne panele, na których można było siadać, by lepiej odczuć wibracje powodowane przez dźwięki. Tenney i Hayward w normie, każdy można by powiedzieć, w swoim świecie: pierwszy prostych dźwięków, a drugi szmerowych. Marcolli słabiutki i wychodzi na to, że najlepszy był utwór Catherine C. Hennix. Dronowy, wprowadzający w trans, eksplorujący współbrzmienia instrumentów i warstwy elektronicznej.

Może lepiej, gdybym poszedł na późniejszy występ Haywarda, gdzie grał Luciera, ale wtedy, nie mógłbym ponownie odwiedzić Auslandu. A tak z tamtego koncertu dotarliśmy na sam początek wydarzeń w Auslandzie. I to dosłownie - Tisha Mukarji już trwała pochylona nad fortepianem, gdy weszliśmy i rzuciła nam spojrzenie, które miało na celu nas zapewne zamienić w kamień. Na szczęście nie poskutkowało i mogliśmy zająć miejsca pośród publiki. Cieszę się, że nie przegapiłem jej występu, bo był to pierwszy raz, gdy miałem okazję słuchać jej na żywo, a po drugie, okazał się najlepszy tego wieczora. Oczywiście wiadomo, że wielu improwizatorów gra na fortepianie większość dźwięków wydobywając z jego wnętrza, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałem takiego ustawienia: Mukarji w ogóle zignorowała klawiaturę, stała z tyłu instrumentu, w tym zagłębieniu, a klapa była zdjęta. Można powiedzieć, że "ustawiła" sobie instrument po swojemu, na nowo, dlatego też nie musiała się z nim siłować, a mogła grać to, co chciała. Była to muzyka bardzo prosta, nawet ładna, spokojna i delikatna. Głównie delikatne pociągnięcia za pojedyncze struny lub uderzenia w śruby włożone między nie. Żadnych drapnięć, zgrzytów i chrobotów, ani innych nieprzyjemności.
Duet Els Vandeweyer i Achima Kaufmanna to bardzo dużo niepotrzebnych dźwięków, choć na pewno sprawnie zagranych. Już po chwili wiedziałem, że nic z tego dla mnie nie będzie, ale Vandeweyer należy do tych muzyków, którzy wpadają w trans już po 30 sekundach grania, co nie zawsze korzystnie wpływa na zdolność słuchania.
Anaïs Tuerlinckx okej, choć biorąc pod uwagę, że były to wcześniej przygotowane formy, to mogłoby się w nich więcej dziać.
Na zakońzenie Tristan Honsinger - niderlandzka szkoła dowcipkującego improvu (por. Hans Bennink, Misha Mengelberg). Trudno mi powiedzieć, czy włączenie się Mukarji, pogorszyło czy poprawiło sytuację.
(Przy okazji, bo przeglądam stronę Auslandu i widzę, że moje zdjęcie cieszy się powodzeniem.)

W niedzielę wybrałem się na koncert z wiarą, że w końcu uda mi się znaleźć miejsce, w którym się odbywa. Podejście to zostało nagrodzona i dzięki pomocy napotkanych osób dowiedziałem się, którędy wchodzi się do West Germany. Tam ponownie Capece (saksofon, klarnet basowy z preparacjami), tym razem trio z Burkhardem Beinsem (perkusjonalia) i Antoine'm Chessexem (saksofon). Dronowo, najpierw saksofony ciągłe dźwięki, a Beins równomiernie stuka w talerz. Gdy sytuacja już się brzmieniowo ustała i można było przyzwyczaić się do granych dźwięków, to było trochę nudno. Brakowało dramaturgii, jeśli chodzi o strukturę tego, choć domyślam się, że trio właśnie tak to sobie obmyśliło. No ale dla mnie w takim razie zbyt mały wachlarz brzmień. Z ciekawych pomysłów, to Beins urządzający wodospad małych kulek (jakieś słodycze?) na membranę bębna i potem uderzeniami podbijający te które zostały, tak że każde głośne uderzenie niosło za sobą wiele cichych.
Potem duet Jochen Arbeit i Schneider TM. Dobrze, że nie wiedziałem, kim jest Arbeit, bo może miałbym jakieś oczekiwania. A tak po prostu zaakceptowałem ten gitarowy noise-dron, choć im dalej, tym bardziej była to chęć dotrwania do końca.

4/21/2010

Słuchanie architektury i inne przypadki

Chciałbym zakończyć to rozwlekłe danie składające z odgrzewanych kotletów dotyczących club transmediale 2010. Oczywiście było jeszcze kilka wystaw i wystawek, o których nie napisałem, ale może to dowodzi, że nie były one dla mnie aż tak interesujące. Z rzeczy niewątpliwie ciekawych, a nie opisanych na blogu: relacja z koncertów Keiji Haino i Charlemagne'a Palestine'a w następnym numerze M|I, relacja z występów Ryoji Ikedy, Reble/Könera, artificiela w następnym numerze Czasu Kultury.

A tutaj chciałbym wspomnieć jeszcze o jednej instalacji - tak, przystanę na to określenie, choć jest ono chyba niedokładne. Otóż w budowanym przy Brunnenstrasse 9 budynku Mark Bain umieścił (w cemencie zasychającym) czujniki sejsmiczne, z których dane są przekładane na dźwięk. Którego można posłuchać wpinając słuchawki do wejścia jackowego w ścianie budynku.



No i stoję sobie tak w słuchawkach, podpięty do architektury, przechodnie mnie mijają, dwóch panów wyraźnie rozbawionych, pokazują na mnie palcem. Po chwili jedna pani mnie zaczepia, co to jest, opowiadam pokrótce, a ona jest wyraźnie zafascynowana, okazuje się, że mieszka tutaj. Ciekawe, czy zaczęła rozmyślać, że może jej czynności w mieszkaniu też się jakoś przekładają na to, co idzie do słuchawek? Że można ją niejako podsłuchiwać? Autor twierdził, że słychać gdy pada deszcz, akurat szczęśliwie wtedy nie padał, choć może fajnie byłoby go w ten sposób posłuchać. Jedyne co dało się rozpoznać, to odgłos przejeżdżających tramwajów, to znaczy wibracja, w jaką wprawiały budynek, w dodatku słyszalna z pewnym opóźnieniem.

4/19/2010

Pogadanka Roberta Henke

Henke zabrał głos zaraz po Lippitcie i zaczął od stwierdzenia, że większość tego, co chciał powiedzieć znalazło się w poprzednim wystąpieniu.

Podszedł do tego jednak z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, komentując, że to nawet dobra ilustracja poruszanego problemu - grania muzyki na żywo. Tak jak grający na żywo musi być przygotowany na improwizowanie, na radzenie sobie z nieprzewidzianymi okolicznościami, tak on teraz musi sprostać wyzwaniom. I dlatego przemodelował w locie swój wykład, używając elementów z kilku innych swoich wystąpień.

Nie był to obrót spraw na gorsze, bo Henke wiele miejsca poświęcił ewolucji projektu Monolake, ujawniając szczegóły, o których pierwszy raz słyszałem. Przedstawił jego działalność w etapach, które wyznaczały zmiany sprzętu: lata 1995-97 to syntezatory TR-505, Juno-6, TG77, sampler ASR10, reverby PCM 80 i Quadraverb. 97-98: laptop z sekwencerem PX-18. 98-00: Midi Fader Box ale zastąpiony przez Apple G3, laptop powoduje rezygnację z ornamentów, a używane sample są niskiej jakości. Dotychczas współtworzący Monolake Gerhard Behles nie znajduje czasu na dalsze udzielanie się w związku prowadzeniem firmy programistycznej (= Ableton). 00-02: użycie większego Midi, a w laptopie Audio Player i Granular Loop - oba w wersjach 1 i 2. Dla muzyki oznacza to, w wersji studyjnej: większe wyrafinowanie produkcji, a na żywo: odgrywanie gotowych fragmentów, czyli nudę. Rok 2002: powstanie Abletona, a dla Henke pytanie - co teraz? Na które odpowiedzią stał się Monodeck I, wciąż przebudowywany, bo nie udało się osiągnąć tego, co Henke przewidział, czyli możliwości obsługi bez posługiwania się myszką. Rozpoczyna pracę nad Monodeck II, robi plan na sucho, układa przyciski (jak zaznaczył "oldskulowe") na stole i próbuje, jak będzie najwygodniej. Postanawia umieścić nazwę na obudowie, na wzór starych maszynek muzycznych. W tym czasie pojawia się nowy Ableton, Henke przewiduje że dopasowanie hardware'u do możliwości softu zajmie mu dwa miesiące, a zajmuje trzy lata.

Zainteresowanym polecam teksty i wywiady na stronie Henke.

OM - ctm 2010, 03.02.2010, WMF, Berlin















4/17/2010

Pogadanka o STEIMie

[zapowiadane dawno sprawozdanie z najciekawszych wystąpień podczas tegorocznego club transmediale, Robert Henke już niedługo]

Obecny dyrektor artystyczny amsterdamskiego ośrodka, Takuro Mizuta Lippit, zaczął od przedstawienia ogólnych idei stojących za jego powołaniem. Przede wszystkim zniesienie opozycji "making music vs. playing music" przez zastąpienie "versus" - "by". W czasach gdy "wykonania" muzyki współczesnej polegały często na odtworzeniu taśmy, oni chcieli wspierać tych, którzy faktycznie wykonują (w czasie rzeczywistym) muzykę wykorzystującą elektronikę. Stąd ich pomysł "instrument making as a musical practice" i praca nad personalizacją używanego sprzętu. W STEIMie dużo czasu i uwagi poświęca się stronie technicznej, przebudowom instrumentów, pisaniu programów itd, dlatego też Lippit zaznaczył, że nie należy nigdy zapominać o tym, że instrument służy do grania, że jest środkiem do celu. Potem mówił o kilku osobach, które w ośrodku pracowały.

Oczywiście o człowieku, który w 1969 założył STEIM - Michaelu Waisviszu, jego The Hands (jutjub). Jak Waisvisz nie znosił klawiatur, więc rozkręcił syntezator i dotykał obwodów rękami.

O Byungjunu Kwonie i jego motorfeedback pen, który można podpatrzyć tutaj. Jak to w rodzimej Korei Południowej był gwiazdą pop-rocka, ale porzucił to, jak to w STEIMie najpierw długo pracował jako inżynier, by dopiero później ujawnić się ze swoimi pomysłami.

O pracy Sonii CillariSe Mi Sei Vicino, jutjuby: 1, 2.

O Robotcowboy'u Dana Wilcoxa.

O Overtone violin Dana Overholta.

O Atau Tanace i jego BioMuse.

2/25/2010

Memories of the Future

Niedziela głównie wypoczynkowa, pod wieczór zajrzałem do Berghain. Tam od południa trwała impreza, okazuje się, że dla berlińskich clubberów nie ma różnicy - o 19 w niedzielę też można się świetnie bawić. Ja poszedłem tam bo mam nostalgiczne usposobienie - z sentymentu do miejsca, które chciałem odwiedzić ponownie. Niestety właściwe Berghain było zamknięte, wszyscy tłoczyli się w Panorama Bar i w pobliżu.

Stamtąd do HKW, na zamykająca galę Transmediale, która jak na finał tak dużego wydarzenia wypadła żenująco. Tematem festiwalu było "futurity now!", a jego dyrektor artystyczny Stephen Kovats zapowiadając uderzył w wysokie tony, że zakończenie festiwalu jest jednocześnie otwarciem pewnych drzwi, że patrzymy w przyszłość, którą mogą być Chiny, że najciekawsi artyści z tego kraju. Później sam był chyba trochę zaskoczony/rozbawiony najpierw enigmatycznym/amatorskim trailerem festiwalu eArts w Szanghaju (z którym Transmediale współpracowało przy tej okazji, którego kuratorzy zaplanowali ten wieczór?), potem samymi występami.

Najpierw znany nam już aaajiaao i znany z FM3 Zhang Jian. Nie wiem, czemu w duecie, bo drugi sam sobie zrobił otoczkę wizualną, a tak mieliśmy dwa obszary do zawieszenia oka, absolutnie do siebie nie przystające i nie wchodzące w dialog. aaajiaao przez większość czasu prezentował znane nam już chmurki. Gdzieś na minutę przed końcem zmienił je, ale miał problemy z wycentrowaniem nowego obrazu, biedaczek.
Jian był zasłonięty ekranem i podświetlony pomarańczowym światłem, tak że jego cień na ekranie mieścił się w okręgu - zachodzącym słońcu. Wykonywał powolne ruchy, jakby tai-chi, których związek z dźwiękami trudno było określić. Potem okazało się, że miał stelaż-drzewko, w którym umieszczał buddha machine i pewnie w środku były mikrofony zbierające sygnał.

Następnie Feng Mengbo, który zagrał przed nami w swoją grę komputerową. Młody aktywista w stroju z czasów Rewolucji Kulturalnej w świecie platformówek. Walczy z Super Mario, Batmanem, bohaterami Street Fightera, rzucając w nich puszkami coca-coli, które wybuchają. Chwilami było śmiesznie, np. gdy okazało się, że gra nosi tytuł "The Long March", ale generalnie to bardziej pasowałoby jako jedna z prac na wystawę, a nie zakończenie festiwalu (w dodatku kilka razy się zawiesiła). No tak, to nie był jeszcze koniec, po tej części (mniej niż 40 minut) można było zostać na secie didżejskim.

2/24/2010

Final Ballet

Wymieszana sobota: najpierw dwa występy w HKW. Panowie Martin Messier i Nicolas Bernier zdenerwowali mnie zbytnią głośnością (która deformowała dźwięki), agresywnością (dużo banalnych elementów perkusyjnych) i użyciem elektronicznego tła. Andrea Lange była okej, choć może trochę za długo jak na tak zredukowane narzędzia.

Potem do Auslandu, z którego do WMFu dotarłem na końcówkę Grischy Lichtenberga. On rozpoczynał nockę Raster-Noton poświęconą serii wydawniczej Unun. Początkowo mieli pojawić się też NHK, którzy tę serię otworzyli, wtedy byłoby na pewno ciekawiej. Senking nie był zły, najczęściej płynął dubtechnowo, zapadł mi w pamięć jeden moment sugerujący charakterystyczne załamanie, z którego wszystko wyjdzie na prostą bitu - ale ten się jednak nie pojawił, sprytne.
Aoki Takamasa był cieniutki i nudny, opierający się na łatwych schematach rytmicznych. Atom TM miał jakieś własne pomysły na nietypowe brzmienia, ale też tak naprawdę niewiele z tego wynikało.
Oczywiście było za głośno, jedyna pociecha, że podobno Carsten Nicolai opieprzał dźwiękowców.

Do większej sali zajrzałem raz - Tikiman wychwalał Jah, a bit pompował.

Negative Sound Study

W piątek postanowiłem wybrać się na występ Charlemagne Palestine'a do Französischer Dom, kombinując że pewnie kolejna szansa zobaczenia go na żywo nieprędko się trafi. Nie zdołałem kupić biletu przez internet, tak więc udałem się na miejsce wcześniej. Jednak to "wcześniej" nie wystarczyło, bo nie od razu odnalazłem katedrę i gdy w końcu dotarłem, musiałem dołączyć do długiej kolejki. Stoję więc zmarznięty, z przemoczonym jednym butem (udało mi się wywalić na oblodzonym chodniku), zrezygnowałem ze spotkania, które bardzo mnie interesowało, a kolejka prawie się nie porusza. Zaczynam się denerwować i obawiać, że wyprawiłem się na marne, zwłaszcza że w międzyczasie uformowała się druga kolejka, która jest znacznie aktywniejsza, niż ta w której stoję. Jednak my też trochę ruszamy, ktoś mija nas mówiąc, że wyprzedane. Już sobie wyobrażam, jak wkurzony wrócę do domu i będę psioczył, że zmarnowałem czas. Nie wszyscy jednak czekają w kolejce - co jakiś czas ktoś wsiada do windy obok schodów, wjeżdża do góry a większość z tych osób nie wraca. Ale może to jakieś wejście dla vipów, dla tych którzy wiedzą, że tam mają wejść. Myślę, żeby spróbować, ale jeśli się nie uda, to stracę miejsce w kolejce. W końcu jestem na tyle blisko drzwi, że słyszę, co tam wpuszczający mówią i tak: wyprzedane. Jakiś Włoch awanturuje się porażającym italian inglisz, że noł informejszyn, its streńdż! Razem ze stojącym przede mną, który coraz częściej zerka w stronę windy, decydujemy się z niej skorzystać. Wsiadamy, chwila napięcia, wysiadamy - jesteśmy wewnątrz, żadnych bileterów, obsługi, znajdujemy sobie miejsca. Jak cudownie niespodziewany obrót sprawy. A o samym koncercie przeczytacie w kolejnym M|I.

Potem WMF, jak przystało na weekend - imprezowo. Na mniejszej sali Scuba, który miał grać "tylko" 2,5 godziny, ale z powodu absencji Jokera, dostał do zagospodarowania 4. Byłem na początku, potem wpadałem co jakiś czas i słyszałem głównie (dobre, minimalne) techno.

Poszedłem na dużą salę, gdzie duet Serengeti & Band - mc i producent. Niby okej, trochę looserskiego image'u (przez strój i zachowanie u wokalisty), ale na dłuższą metę niezbyt zajmujące. Bębny w bitach nudne, a środkowych częstotliwości (tych, gdzie mogłyby się pojawiać "motywy") zbyt mało, chyba że to celowe, żeby było surowo.

Potem miłe zaskoczenie, bo nie znałem go w ogóle - Kelpe, z perkusistą. Przyjemny instrumentalny hip hop, czasem lekko podkręcony, kombinowany.
Nigdy nie byłem fanem Four Teta, tak więc nie liczyłem na wiele, ale było jeszcze gorzej. Najpierw pojawia się sample z jakiejś wokalistki soulowej, zapętlany, miętolony. Po chwili jest jasne, że to tylko gra wstępna przed wejściem bitu, sample tak jest przycinany, że już widać prześwity dla 4/4. No i jazda, bit naprawdę mocno wyeksponowany, po dwóch piosenkach Four Tet zmienił na jeden utwór rytmikę i było lepsze. Ale gdy powrócił do techniawki, wyszedłem.

Scuba kończył, bliżej dubstepu, a do występu szykowali się chłopacy z Mount Kimbie. Na żywo jako trio, bo z dodatkiem Jamesa Blake'a (zagrali też jego "Air & Lack Thereof"). Bardzo mi się podobało, udało im się swoimi raczej nietanecznymi utworami utrzymać uwagę tłumu, już mocno rozgrzanego i wydawałoby się spragnionego imprezowej muzyki. A oni zagrali piosenki, może nie takie tradycyjne, ale jednak piosenki - wokal (przez vocoder), gitara, klawisze, perkusja elektroniczna. W ogóle, to fajnie było ich obserwować przy pracy, jak się w trójkę kiwali lub bujali głowami nad sprzętami. Zaczęli od "50 Mile View", a na koniec chyba pokombinowali rytmicznie w "At Least". Szkoda, że mieli mniej niż pół godziny materiału przygotowanego do zaprezentowania na żywo. Jeszcze większa szkoda, że doły były tak strasznie dopchane. Może dubstepowi to służy, ale im na pewno nie - dudnienie i rezonans różnych metalowych części niweczyło delikatność i wyrafinowanie ich muzyki. Nie wiem, czy nie mogli z tym nic zrobić, zwłaszcza, że musieli to słyszeć. Wiem, bo ja słyszałem, a siedziałem prawie na równi z nimi.

Przez cały wieczór w klubie panował okropny ścisk i gorąc, to drugie dawało się we znaki zwłaszcza na większej sali. A najgorzej było podczas występu Dana Deacona, z dodatkiem walających się po podłodze butelek. Być może jako show zabawne, z Deacona migającymi lampkami i świecącą czaszką, z komenderowaniem publicznością (konkurs tańca, kładzenie rąk na głowie sąsiada, przechodzenie z jednej strony pomieszczenia na drugą), ale ja nie miałem na to siły. Było też beznadziejnie głośno, dźwięk tak sprasowany, że trudno mówić o czymś takim, jak brzmienie.

Wieczorek zagraniczny

Jakoś tak się złożyło, że podczas dotychczasowych pobytów w Berlinie nie odwiedziłem jeszcze zasłużonego klubu Ausland. Nowe miejsce to zawsze atrakcja, choć i ryzyko pobłądzenia, jak to miało miejsce i tym razem (choć sam klub jest oznakowany szyldem dobrze widocznym z ulicy). Na szczęście pomyłki zmieściły się w obowiązującym tutaj godzinnym opóźnieniu, co sprawiło, że wysłuchałem obu występów w całości.

Najpierw duet Angélici Castelló i Mario de Vegi - krótki i zwarty. Może nawet zbyt zwarty w części finałowej - hałaśliwej, brudnej, mocnej. Ale niestety jednowymiarowej. Brakowało mi dźwięków z innego rejestru, czegoś akustycznego albo nieszmerowego. Wcześniej takim kontrapunktem były stukania klap fletu Castelló, gdzieś zawsze na granicy sprzężenia, co nawet dodawało im wyjątkowego kształtu, jakby konturu. (A w ogóle, to fajnie obserwować ją grającą, jest w tym wiele zmysłowości.) Oprócz fletu kontrabasowego używała też prostego (z wpiętym mikrofonem - znów szumy), elektroniki, kaset. De Vega znów mały gramofon i duży, pompka (ale też śrubokręt), najwięcej czasu z płytką z obwodami, dodatkowo radio na korbkę. Te circuitowe dźwięki zdominowały początek, już wtedy z trudem można było odróżnić, co kto robi. Taki zresztą chyba był zamiar muzyków. Ściana hałasu, do której doszli była okej, ale z drugiej strony wydawało mi się to tak łatwe, tak nieryzykowne rozwiązanie...Chwilę jeszcze pociągnęli po cichu potem, ale raczej dla fasonu, choć ja pragnąłem, żeby coś się wykluło, co by przebiło ten schemat wielkiego (głośnego) finału.

Potem Burkhard Stangl (gitary) i Kai Fagaschinski (klarnet), którzy urządzili tutaj "record release party" Musik - Ein Porträt in Sehnsucht. Albumu nie słyszałem, ale sądząc po notkach, został zagrany w całości. Z burzą, fortepianem i ptaszkami puszczonymi z cedeka. Obok grających stał winyl Alexandry, z którego przechwycili tytuł swojej płyty (ale coverów raczej nie było). Bardzo podobał mi się pomysł z zaciemnieniem sali podczas utworu z fortepianem, a jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że nazywa się on "Last Night I Had Visions".
W ogóle delikatna, nastrojowa, często nawet urokliwa muzyka, w ostatnim kawałku klarnet na granicy ckliwości, ale wciąż po tej właściwej stronie. Zrobiło na mnie wrażenie współgranie dźwięków szmerowych i czystych, elementów mocnych czy wyrazistszych z drobnymi, głośniejszych z cichymi. To jak się uzupełniały i nie kłóciły ze sobą, np. nutki klarnetu z kontrolowanym, przetworzonym, sprzężeniem gitary, właśnie - kontrolowanym, powstrzymywanym i umiejętnie wykorzystanym. Kilka intrygujących, nieco terkoczących, fragmentów u Fagaschinskiego dzięki "technikom rozszerzonym" (ustnik + język) albo sycząco-bzyczących, dzięki wydmuchiwaniu i wciąganiu powietrza bez grania nut. Albo Stangl smyczkujący mostek, a drewnem smyczka potrącający wiszące końcówki strun.
Takie pożenienie redukcjonizmu (uogólniając) i bardziej piosenkowych pomysłów mogło wyjść sztucznie i pretensjonalnie, a stało się naturalne i ujmujące.

2/22/2010

OM Is Good

W środę byłem na dwóch ciekawych pogadankach: Takuro Mizuta Lippit (aka dj sniff opowiadał o projektach rozwijanych w STEIMie i o swoich pomysłach na granie. Tego drugiego obszaru dotyczyła też opowiastka Roberta Henke, poczekam bo być może zostaną one udostępnione w sieci, ale jeśli nie, to pokrótce opiszę.

Wieczorem do HKW, najpierw na Café Stage to - słabe.
A potem do Auditorium, które pełne (a duże jest naprawdę), ale to w sumie zrozumiałe, bo przyjechał Ryoji Ikeda i przywiózł "test pattern" w wersji live. Przed nim Thomas Köner i Jürgen Reble. O tym innym razem.

Przez schodzenie się kompletu publiczności, doszło do opóźnienia, więc bardzo miłym gestem wydało mi się zapewnienie jednego z organizatorów, że spróbują przesunąć start koncertów w WMF. Pierwsza grała Hildur Guðnadóttir, która sama by mnie tak bardzo nie interesowała, ale dobrała sobie Andrę Vidę. Jeśli faktycznie udało się przełożyć rozpoczęcie występu, to ten musiał być bardzo krótki, bo ja pojawiłem się w klubie 23:08 i złapałem dosłownie trzy ostatnie sekundy.

No trudno, teraz trzeba poczekać na Habsyll, z nadzieją, że nie będzie tak źle. I nie było, choć nie skakałem z radości. Zaryzykowałem słuch i zbliżyłem się pod scenę, bo wydawało mi się, że mogą wyjść fajne zdjęcia (brawa za pomysł z jarzeniówkami w statywach, ich mocne światło klimatycznie rozpuszczało się w dymie). Muzycznie podobało mi się rozwinięte rozpoczęcie, to poczucie, że mamy czas, można powoli go zagospodarować. Nawet wokalista pozytywnie zaskoczył, bo nie od razu zaczął growlować, ale najpierw wydobywał z siebie dość przerażające dźwięki bliskie rżeniu i jękowi. Perkusja też nie przeszła natychmiast do ofensywy, ale wysłała na zwiady mniejsze, nieregularne uderzenia w talerze. No ale jak już walnęło i zarzęziło, to było dość przewidywalnie - sekwencja bębnów podkreślająca zmianę frazy gitary. Szczęśliwie okazało się, że otwarcie stanowiło gdzieś 1/3 całości.

Na koniec niespodziewany zachwyt - OM, w wersji koncertowej jako trio, z Lichensem (który w zeszłym roku był okej). Nie słyszałem ich wcześniej, ale kojarzyłem, tylko że nie do końca trafnie ich sobie odmalowywałem przez splity z Current 93 i Six Organs of Admittance. A tu surowo, twardo, "amerykańsko", garażowo. Redukcja do wystarczającego minimum i umiejętne się nim posługiwanie. Podobało mi się, że było mało gitary (chyba raz Lichens coś dorzucił), bas był głęboki, odczuwalny, a perkusja brzmiała zarazem prymitywnie ale też cudownie skórzanie i chwilami zagęszczała przebiegi. I wokal, który może nie zostanie moim ulubionym głosem, ale tutaj idealnie pasował, był flegmatyczny, prosty, nieco amatorski jednak również zdecydowany i wyrazisty.
Lichens pojawia się na ostatnim albumie duetu God Is Good, który sprawdziłem następnego dnia. To niestety już nie to samo, tambura jeszcze okej, choć na żywo brzmiała bardziej tajemniczo, ale co to za pomysł z fletem? To ostatnia rzecz, jakiej tej muzyce potrzeba. Podczas koncertu zagrali "Meditation Is The Practice Of Death" i chyba "Thebes".
A czy ktoś zna solowy projekt perkusisty OM - Holy Sons?
(Im też robiłem zdjęcia.)

2/04/2010

Too Much Is Not Enough

Czuć, że transmediale zaczyna się następnego dnia, goście się zjechali, sporo Azjatów. O, jest i Phil Niblock - mamy komplet.

Przez to przegapiłem Guido Möbiusa, który mógł być fajny. Nie można mieć wszystkiego, ale tym bardziej jestem skłonny tak sądzić i żałować, bo reszta była taka sobie.

Na przykład Shenggy była właśnie taka. Korg i laptop = długie i monotonne przepływy, opierające się na pozornie nieregularnych bitach. Jednak wsłuchałem się uważnie i choć nie były to idealnie pocięte pętle, to pozorowały tylko zmienność, a naprawdę w obrębie utworu pozostawały takie same. Nie podobał mi się też pomysł (a raczej - jego brak) na kończenie kawałków, po prostu wyciszenie i wprowadzenie nowego motywu.
Mojej sympatii do artystki nie wzmagają też takie mądrości, które mogłyby pochodzić z HRO: "It takes a really strong person to be independent, and I see this as necessary for creating meaningful art. It works the other way, too, in that the process of creation is liberating in itself."

Czasem dobrze zajrzeć do archiwów - okazuje się, że słyszałem już Michaela Wertmüllera i to właśnie na CTM. W 2008 grał tu zespół z nim w składzie - Ives #1, który trochę kojarzył mi się z Fantomasem, a nieco bardziej z Aufgehoben.
Teraz szwajcarski perkusista prezentował trzy kompozycje zamówione przez studio elektroniczne berlińskiej ASP, z dodatkowymi dźwiękami Gerda Rische (dyrektora tegoż studia, jak również członka Ives #1). Elektroniczne elementy były chwilami ciekawe, niskie ale mięsiste, przeszywające. Jednak poza tym była to instrumentalna masturbacja w wydaniu macho-wirtuozerskim i czuć, że Wertmüller faktycznie wyznaje regułę, którą obrał za tytuł jednego ze swoich albumów (patrz: nagłówek posta). W drugim utworze był fragment, kiedy przestał walić we wszystkie możliwe części perkusji w rozmaitych sekwencjach, a skupił się na bębnach - wtedy przez chwilę miało to jakiś sens muzyczny. Pierwszą kompozycję urozmaicało wideo, które faktycznie ilustrowało dźwięki wykorzystując zbliżenia perkusji, które poruszały się, drgały odpowiednio w obrębie ekranu, przeplatane abstrakcjami.

Jeśli masz festiwal w Berlinie i to duży, to zawsze może zaprosić Pan Sonic (albo kogoś z Raster-Noton). A jak już na miejscu jest Haino, a tak się szczęśliwie składa, że on i Finowie grają razem, to może coś takiego? Występ słabszy niż solowy Haino, więcej jak opiszę tamten. A Thomas Ankersmit chyba lubi Pan Sonic, bo w tym roku też wpadł posłuchać.

2/03/2010

Wieczorek gramofonowy

Nie samym CTM żyje człowiek, aby więc zakosztować innego formatu koncertów wybrałem się do sklepu Staalplaatu, gdzie w ramach serii Quiet Cue występowali Hong Chulki oraz dj sniff z Mario de Vegą.

W zasadzie mógłbym nic nie pisać, bo koncerty zostały zarejestrowane i są warte uwagi, a można je obejrzeć tu: Chulki, dj sniff / De Vega.


Obserwowanie Honga to zabawne/dziwne uczucie, bo w graniu używa zestawu podobnego do mojego - przedmiotów i talerza gramofonu. Rozmawiałem z nim po i śmialiśmy się, że całe szczęście, że mój ma plastikowy talerz, więc brzmienie jest inne.
Wykorzystując metalową krawędź, Hong uzyskiwał bardzo wysokie dźwięki, grał przy użyciu opakowania tabletek (ha, ja również na to wpadłem), plastikowej pokrywki, taśmy do mierzenia i arkusza cienkiej blachy. Dużo czasu poświęcał każdemu obiektowi, delikatnie różnicując nacisk i kąt przykładania.
Koreańczykowi zdarza się w improwizacji łączyć tę metodę z feedbackiem, co w sumie nie dziwi, bo wiele dźwięków wydobytych z przedmiotów przypominało sprzężenia (chwilami naprawdę wcinające się w bębenki). Na koniec zatrzymał silniki gramofonów i poruszał tarczą ręcznie, przykładając blachę rożkiem, czego efektem były brzmienia, które mógłby zagrać też jakiś pomysłowy wiolonczelista na swoim instrumencie - wolno przeciągając silnie przyciskanym smyczkiem.
Improwizacji towarzyszyło wideo Lee Hangjuna.


Twórczość Honga znałem już wcześniej, natomiast po raz pierwszy w ogóle miałem okazję posłuchać Mario de Vegi i dj sniffa (aka Takuro Mizuta Lippit). Występ zupełnie inny od poprzedniego, fragmentaryczny, pełen przeskoków, nagłych zmian. Bardzo nie lubię, gdy gramofoniści używają szmeru winyla na zasadzie zapchajdziury - gdy nie mają pomysłu, co zagrać, to zawsze jest przynajmniej to i nie ma obawy przed pustką. Tutaj ten manewr również został zastosowany, ale na szczęście w niewielkim stopniu. sniff skupił się na scratchowaniu i loopowaniu, przyjemnie było patrzeć, na jego płynne ruchy, widać że złapał "flow" i wszedł całym sobą w granie. Wśród płyt użytych była jakaś poważka, Mono Face Arnauda Rivière'a & Jean-Philippe'a Grossa, po stole walały się też wydawnictwa Incusa. De Vega miał mały gramofon, do którego wkładki przytykał różne przedmioty i manipulował nimi. Na zwykłym puszczał płyty, częste przejazdy ramieniem w poprzek winyla z charakterystycznymi piskami albo gwałtowne zatrzymania, przyciskanie wkładki, chwilami bardzo dynamiczne. Używał też płytki z obwodami, których dotykanie dawało elektroniczne, surowe, urywane dźwięki. Tajemnicą pozostanie dla mnie, jak brzmiała pompka wpięta przez jacka w mikser. Fajne było zakończenie, nieoczywiste tak jak przebieg dialogu w ciągu improwizacji. De Vega i dj sniff robili swoje, a w pewnym momencie nastąpiła cisza, nie dlatego, że chcieli skończyć, ale jakby obydwoje właśnie w tej samej chwili zagrali ciszę i spotkali się w wyborze tego elementu.