3/28/2017

Mordy (Cafe Mięsna, 28.03.2006)

Są takie koncerty, że już po kwadransie trwania można przewidzieć, jak potoczą się (oczywiście w kategoriach „mniej-więcej”) do końca. Takie, że z grubsza wiadomo, co się stanie, po jakich poruszamy się obszarach i co muzycy mają do zaprezentowania. Taki rodzaj koncertów rzadko bywa naprawdę satysfakcjonujący. Zwłaszcza, jeśli za istotę występu na żywo przyjąć „dzianie się” albo inaczej – nieprzewidziany bieg wypadków. Jeśli koncert jest przewidywalny, to możemy zachwycać się maestrią instrumentalistów, jakąś atmosferą albo porównywać to, co słyszymy do wersji studyjnych. Czasem to wystarcza, ale zwykle jednak nie.
A na pewno nie mi. Dla mnie liczy się spontaniczność, otwartość, co nie koniecznie oznacza szaleńczą hiper-aktywność, przekręcanie rozmaitych gałek do oporu w każdą stronę, usilną chęć udziwnienia prostego dźwięku. Wystarczy to magiczne coś.
Wczorajszy występ Mord zdecydowanie sytuuje się na antypodach typu wzmiankowanego przeze mnie na początku. Blisko dwugodzinny występ nie pozostawia wątpliwości, co do klasy członków zespołu. A co za tym idzie do bandu jako całości. Podkreślam to, gdyż wydaje mi się, że w tym leży przyczyna tego, że nieokreślone coś materializuje się podczas koncertów grupy. Komunikacja między muzykami jest tak dobra, że podejrzewam ich o telepatię. Jakby muzycy czerpali siłę z siebie nawzajem, jakby zaczątki rytmów perkusisty pobudzały basistę do wtrącenia swoich paru dźwięków, a to z kolei uruchamia gitarzystę do wypuszczenia niebanalnej melodii. No i jest jeszcze trębacz, choć odniosłem wrażenie, że nie może on znaleźć dla siebie miejsca. Trochę zabrakło mu odwagi i przez większą część wieczoru raczył nas pojedynczymi frazami. Dopiero w ostatnim kawałku i bisie zrobił użytek ze swego dęciaka (choć wtedy ani nie rozwinął skrzydeł, ani nie pokazał pazura).
Swoista reakcja łańcuchowa, jaką jest współgranie muzyków, nie ma bezpośredniego przełożenia na muzykę. Mam na myśli to, że kompozycje nie są pokazami fajerwerków, nieustannym żonglowaniem motywami. Rozwijają się powoli, narastają, zwykle za podstawę mając połamane (ale stabilne) rytmy perkusji i diabelsko głębokie linie basu. Korzystając w równej mierze z estetyki rockowego noise’u (no, było parę powalających gitarowych ścian) jak i dubu (tak, również kilka razy zakołysało, w bardzo zamglonej otoczce) tworzą coś na przecięciu kilku różnych stylistyk, bez popadania w eklektyzm. Ważną rzeczą w ich grze jest transowość, jeśli dodać komunikację prostymi emocjami, otrzymamy muzykę angażującą bez reszty. Za jakieś punkty odniesienia można by uznać na tych samych prawach Tortoise, jak i Mogwai. Wczorajszego wieczoru natomiast kilka razy skojarzył mi się norweski zespół Salvatore. Jednak jakiekolwiek rzucanie nazwami, wyliczanki nie na wiele się zdadzą - Mordy grają co chcą. I robią to znakomicie.
Podobnie, jak muzykę zespołu umieszczałbym generalnie „pomiędzy” tak też wydaje mi się, że Mordy wyznaczają jakąś nową kategorię grania zespołowego. Grania razem, bo nie ma tu lidera i nikt nie goni szaleńczo za możliwością popisu, ale przy wyemancypowaniu się każdego z muzyków. Tak jakby zespół stanowił płaszczyznę do osobistej wypowiedzi każdego członka. Przy czym ta płaszczyzna jest wartością nadrzędną, a nie odskocznią.
To może zbędne dodawać, że każdy poszczególny styl, zagrywka, inwencja korespondują z pozostałymi, ale mnie to tak dogłębnie poruszyło, że muszę o tym wspomnieć. Każdy z mnóstwa pomysłów znalazł odpowiednie miejsce w dramaturgii przebiegu zarówno całości występu, jak i każdej kompozycji z osobna. Czerpałem ogromną radość siedząc naprzeciw muzyków i czekałem na to, co się jeszcze wydarzy. Mimo tak długiego czasu trwania, muzyka ciągle mnie zaskakiwała, fascynujące było, jak utwory nabierały drugiego i trzeciego (a nawet czwartego) oddechu i skręcały w nieoczekiwanym kierunku. Dawno nie czułem się tak wciągnięty (wręcz ogarnięty, pochłonięty) w przestrzeń dźwiękową, która wydawała się bezkresna.


[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

3/26/2017

Co słychać u Mai Ratkje ?

Jeśli ktoś czytał mój przewodnik po płytach Rune Gramofon, to być może pamięta zachwyt (który absolutnie podtrzymuję) dla solowego (ze wsparciem Jazkamera) krążka Mai Ratkje – Voice. Od tego czasu postanowiłem śledzić uważnie wszystkie jej przedsięwzięcia. A jest w czym wybierać – kwartet SPUNK, jego połowa - Fe-Mail i duety. Poniżej przedstawię pokrótce trzy albumy, wydane już po solówce: Post-Humand Identities (Kontrans, 2005), Ballads (Dekorder, 2006) oraz Blixter Toad (Asphodel, 2006).
Maja Ratkje spotkała się już z Jaapem Blonkiem, czego owocem była płyta wydana
przez Kontrans (tak jak i ta) w serii Improvisors. Tamten album (swoją drogą - bardzo ciekawy) angażował tylko wokale obu artystów. Na Post-Human Identities do głosu doszła również elektronika – obydwoje używają samplerów, efektów, Holender – powerbooka a Ratkje – dyktafonu.
Z dobrodziejstw techniki korzystali chyba w sposób intuicyjny (nie chcę przez to powiedzieć, że nie wiedzieli, co robią), co dało wrażenie pierwotności, jakiegoś „nieoheblowania” całości. Zwłaszcza pierwszy utwór (18 minutowy, najdłuższy) jest taką podróżą do jądra ciemności. Pamiętam, że gdy słuchałem go po raz pierwszy i wszedł on w apogeum miałem taki moment, że chciałem zdjąć słuchawki i ukryć się pod łóżkiem. Reszta niewiele mu ustępuje, choć mam wrażenie, że od trzeciego następuje nieznaczne spuszczenie z tonu i rozprzężenie elementów. Dźwięki na albumie są różnego sortu – raz niemal industrialne, czasem odwołują się do klimatu eksperymentów akademickich lat 60., nie ma prawie w ogóle wysokich częstotliwości.
Co czyni ten album intrygującym to linie napięcia, jakie rozciągają się między elementami powtarzalnymi, tymi których słuchacz może się uchwycić (fragmentaryczne bity, beatbox, drobne „motywy”) a całą niekontrolowaną resztą. Również ciekawa gra toczy się między wokalem (który jest też samplowany, przetwarzany) a elektroniką. Trudno powiedzieć, czy głos walczy o swoje miejsce w całości, a jeśli tak to czy chce nad nią zapanować, czy tylko znaleźć sobie miejsce w szeregu. Może i trudne w odbiorze, ale raczej warto.

[...]

Muzyce Fe-Mail (Ratkje – elektronika, głos oraz Hild Sofie Tafjord – elektronika oraz róg francuski) pikanterii dodaje ich przekorny image (design strony internetowej, oprawa płyt, tytuły utworów). Tym razem z okładki spoglądają na nas artystki przeistoczone w jaszczurki (kurczę – one naprawdę ubrały te stroje czy to komputerowo zrobione?). Panie lubią też nadawać dowcipne tytuły swoim dokonaniom: płyta z Marhaugiem nosiła tytuł „All Men Are Pigs”, na jednej ze starszych produkcji była kompozycja „A merry day in a woods”, która nic a nic nie była „merry”. Na Blixter Toad Norweżki karmią nas sambą z rozwalonym rytmem („Samba Furore”), „Rockabilly” ze zduszonym i zdewastowanymi gitarami. Jedynie piękna „Ballad” nie zwodzi tytułem. Ten 13-minutowy utwór, który znajduje się gdzieś na przecięciu stylistyk Deathproda i Steve’a Rodena, wspaniale wygasza wszelkie napięcia, kołysze rozmazanym wokalem i dźwiękami portowych syren we mgle. Jest równie niesamowity, choć diametralnie różny, od otwierającego dwupłytowy album „Belonging”. Ów powoli nabiera masy, objawia nam całe pogmatwanie (i rozkosz z odnajdywania się) muzyki duetu – stopniowo zagęszcza się niezidentyfikowany hurgot, pod spodem płyną strumienie szumowej drobnicy, nad wszystkim mocarny i szaleńczy wokal Ratkje, przetworzone zaśpiewy (trochę w deseń Islaji).
Wokalistka jak zwykle używa wielu środków – pisku, bełkotu, dźwięków gardłowych.
Nie ma mowy o jakimkolwiek klimacie, może poza atmosferą dadaistycznego kabaretu. Duet żongluje motywami, miesza, burzy, zestawia delikatność (szczegółowość, misterność przy zachowaniu żywiołowości) z brutalnością, myli tropy.
Całość jest gęsta, porywista, wielowarstwowa, znaczna część materiału trzyma bardzo wysoki poziom, co jak na ponad 100 minut muzyki jest nie lada wyczynem. Jedna z płyt roku.

Gdy już ktoś poznał wszystkie trzy produkcje polecam pewną „zabawę”: posłuchanie płyt w takiej kolejności: pierwszy dysk Blixter Toad, potem płyta z Blonkiem, dalej drugi krążek Fe-Maila a na koniec duet z Hegre.

Maja Ratkje nie próżnuje, ukazał się właśnie Adventura Anatomica z muzyką do tanecznego performance’u wykonywanego przez nią, zapowiadany jest album Fe-Mail i Carlosa Giffoni, ponoć też SPUNK szykuje coś specjalnego z okazji 10-lecia. Miło to słyszeć, a potem słuchać.

[tekst pierwotnie opublikowany na nowamuzyka.pl]

3/18/2017

Ignaz Schick / Martin Tetreault w Starym Browarze (13.02.2006)

Kolejny raz artyści naprawdę światowego formatu zagościli w Starym Browarze. Tym razem, po występie na Transmediale i krótkiej trasie po Niemczech, w Poznaniu pojawili się Ignaz Schick i Martin Tetreault. Obaj reprezentują nurt improwizacji nazywany gramofonizmem – jest to granie na adapterach, rzadko jednak przy pomocy płyt. Częściej używa się jego poszczególnych części i dźwięków, jakie wydają po odpowiednim nagłośnieniu.
Szczerze mówiąc to jestem pod ogromnym wrażeniem koncertu – o wyważonej relacji nie ma mowy. Ale bez sensu byłoby czekać aż ochłonę z emocji – artyści wysłali w publiczność taką ilość energii, że jeszcze długo będę nosił w sobie wrażenia z ich występu.
Działo się bardzo dużo, ale był to chaos kontrolowany. To właśnie spodobało mi się najbardziej – otwartość na przypadek, odwaga w przyjmowaniu tego, co niespodziewane. Na tym właśnie powinna polegać improwizacja. Na wyrażaniu siebie z niezachwianą konsekwencją. A także na samoistnym zgraniu, które umacnia się podczas rozwoju koncertu. I ten warunek był spełniony, artyści prawie w ogóle na siebie nie patrzyli, nie odzywali się do siebie, a ich gra była naprawdę wspólna, zjednoczona. Rozumieli się w lot – językiem jaki wybrali by wyrażać siebie były dźwięki.
Przy tym zachowywali odrębność swoich charakterów. Schick (wyposażony w dwa profesjonalne adaptery) był bardziej takim rozrabiaką, rzucał małe papierki, metalowe krążki na talerz gramofonu, nakładał na niego plastikowe tabliczki, gwałtownie poruszał ramieniem z igłą, ostro szczotkował jego powierzchnię, obstukiwał obudowę. Tetreault jakby bardziej skupiony, coś a’la „mały majsterkowicz” – na swoim jednym prymitywnym gramofonie wyżywał się drapiąc go zapamiętale igłami, którymi zakończone były ruchome ramiona (co zapewniało mu swobodę ruchu), używał też mikrofonów kontaktowych, do których przykładał rozmaite niezidentyfikowane przedmioty.
Nie wiem, czy jest sens wymieniać dalej czynności, jakie stosowali artyści by rozszerzyć spektrum dźwięków wydobywanych ze swoich maszyn. Kto nie widział (i jednocześnie nie słyszał efektu), ten nie zrozumie ich siły. Aspekt wizualny był ważny, niektóre czynności były wręcz śmieszne, ale w niewymuszony sposób, nie było żadnego mrugania oczkiem do odbiorcy, że teraz będzie żart i należy się zaśmiać. Działania miały posmak parateatralny, niektóre przeradzały się w rozbudowane gesty albo cała ich serie, cały koncert przypominał trochę performance. Była w tym moc – ta moc dziania się, kontaktu pozawerbalnego między muzykami i nadawania komunikatu do publiczności. Tego, że oni robią coś teraz, a ja to odbieram. Mogę i chcę.
Duża ilość czynności powodowała olbrzymią ilość dźwięków. I co znów świadczy o geniuszu tych improwizatorów – w tym natłoku wszystko czytelne, przejrzyste. Nawet jeśli nie zrozumiałe od razu, to dzięki rozwojowi wszystko układało się w idealnym (nie)porządku. Postaram się wymienić niektóre z zapamiętanych odgłosów: dużo fabryki – pas transmisyjny, mielenie, spalanie, przetapianie, miażdżenie, piece, młoty, dźwigi. Oprócz tego: lotnisko w oddali, zatłoczone przejście podziemne na dworcu pkp, bicie serca, człowiek spadający w otchłań jeziora znajdującego się na dnie jaskini, jego ciało uderzające o dno tego jeziora, tętno, szum trzech źdźbeł trawy, kornik w belce, ścieranie na proch rogu kozła, oddech kamienia, zawiązywanie paczki z szarego papieru parcianym sznurem. Pisk jelita cienkiego, szuranie gwoździem po blasze, oddech noworodka . Skrecze, jazzowa piosenka, świst powietrza.
No i co? Napisałem na czym grali, co robili, a także – co słyszałem. No, jeszcze nie napisałem, że ich występ podzielił się w sposób naturalny (przez wyciszenia) na cztery części i że trwał poniżej godziny.
Ale, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek istotnego przekazałem na temat tego koncertu?
Jeśli nie, jeśli czytelniku nie zadowala Cię ta relacja – to przepraszam.
Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ja naprawdę w głowie ciągle mam co innego...Mianowicie: jeśli takie coś (koncert? występ? a może po prostu – spotkanie), jak to coś dzisiejszego, co stało się w Browarze dzięki przyjazdowi Schicka i Tetreault, może się wydarzyć (podkreślam – stać się, odbyć, zaistnieć), to warto pójść na sto nieudanych, a co tam sto, może być i tysiąc nieudanych koncertów – by raz przeżyć (podkreślam) coś takiego.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


3/14/2017

John Hegre / Maja Ratkje - Ballads

Po kilku wydawnictwach z Lasse Marhaugiem przyszedł czas na współpracę z drugą połową Jazkamera – Johnem Hegre. Owocem tego jest album Ballads – nie znając płyty sądziłem, że tytuł jest przekorny. Wszak obydwoje artyści gustują raczej w głośnych dźwiękach, jednak np. solowy Voice Ratkje jest emocjonalny, głęboko dojmujący przez szczerość. I w tym kierunku poszła para twórców na tym krążku – są to introspektywne, wyciszone, proste utwory. Swój zgrzebny świat Norwegowie zbudowali z dźwięków konkretnych (subtelne stukoty, analogowe kliknięcia, odgłos pieczątki) nieznacznie manipulowanych w niektórych partiach, większość materii dźwiękowej jest podana w lekko niedbałej formie. Pod tym względem jest to płyta nie-wirtouzowska, nie chodzi o zagranie czegoś ekstra, ale o cieszenie się tym co proste, o użycie tego, co pod ręką. W swej naiwności przypomina to podejście free-folkowców, choć efekt jest mocno zredukowany. Hegre używa gitary, ale przez większość czasu wydaje się, że leży ona gdzieś z boku i dźwięki wydobywają się z niej jakby przez zapomnienie. Kilka razy gitarzysta próbuje wprowadzić jakiś „motyw”, który ma dać kanwę utworowi, ale robi to niefrasobliwie (i to cały urok, te od niechcenia próbowane akordy z całą magiczną otoczką dźwięków przypadkowych)
Album jest bardzo cichy, żeby więc wejść w ten świat trzeba mocno podgłośnić odtwarzacz. Ostrzegam jednak, że trzeci na albumie „Private Master” wskakuje na chwilę na zwykły poziom uchylając rąbka noise’owej duszy artystów. To jedyny moment, gdzie następuje zagęszczenie i to dość znaczne. Całość wieńczy „Hammock Moods” przygaszony hymn, gdzie przetworzone wokalizy wplatane są w drobne sekwencje stukotów, trochę szkoda, że całość nie została jakoś zawiązana (jednak kupuję również i to rozwiązanie, gdzie album kończy się i jakby rozpływa w rzeczywistości). Satysfakcjonujące wydawnictwo i na swój sposób przystępne.

[pierwotnie opublikowane na nowamuzyka.pl]

3/06/2017

Jaki Liebezeit / Burnt Friedman w Starym Browarze (13.12.2007)

Postanowiłem na koncert pójść bez „przygotowania” – nie słuchać wspólnych płyt obu artystów, co w efekcie dało brak oczekiwań, a taki stan jest czasem dobrym punktem wyjścia. Oczywiście nie byłem tak zupełnie czysty, znałem jakieś płyty Can oraz nawet więcej rzeczy, do których rękę przyłożył Friedman.

Sala Słodowni w Browarze wypełniona, może nawet bardziej niż na Murcofie, nazwiska tych dwóch twórców uruchomiły zapewne nieco inne „targety”, licznie stawili się zarówno ci, dla których niemiecka grupa była soundtrackiem młodości, jak i obecni fani dokonań połówki Flangera.

Zaczęło się (z pewnym opóźnieniem) i od razu było (mi) dobrze. Miałem nadzieję, że może dostaniemy jedne długi set, nieco w stylu recenzowanych niedawno w serwisie The Necks. Tak się nie stało, ale i tak poszczególne utwory zwykle przekraczały 10 minut, kilka z nich mogło wprowadzić w trans. W niektórych górę brały wręcz taneczne rytmy, które kojarzyły się z muzyką etniczną (afrykańską, ale też latynoską – np. w ostatnim pobrzmiewał motyw z „Lambady”) przez specyficzne brzmienie perkusji, która raczej przypominała zestaw cong lub bongosów. Warto przy okazji wspomnieć o nietypowym doborze elementów – nie było centrali ani hi-hatu, Liebezeita lepiej określić jako bębniarza niż perkusistę.

Friedman serwował dźwięki elektroniczne, które niełatwo ująć w słowa. Jednocześnie gładkie, ale nie na tyle, aby zsuwały się po powierzchni percepcji, chyba chłodne, ale nie oziębłe, może raczej – odświeżające, jakby wiosenne. W ogóle ta pora roku byłaby dobrą metaforą dla muzyki duetu, było w niej jakieś rośnięcie, bardzo organiczne, jak w trzecim kawałku, gdzie po samplu akordeonu i wygaszeniu muzycy zaczęli powracać do coraz bardziej skomplikowanych struktur, które były jak narośle mchów albo jak orzeźwiająco zielone zarośla. W piątym kawałku elektronika była niczym otwierające się pąki, w nim też dosłyszałem minimalistyczny puls jak z ostatniego tracka Con Ritmo. Czasem robiło się kosmicznie, żeby nie powiedzieć, że Kosmischer-Pitchowo (czego najlepszym przykładem czwarty utwór), niektóre patenty rytmiczne przywoływały Deadbeata.


Organizatorzy anonsowali to wydarzenie, jako kandydata do koncertu roku, dla mnie chyba nie, co nie zmienia faktu, że bardzo miło wspominam ten wieczór.  

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl wkrótce po koncercie]

2/07/2017

CTM 2017 (notatki)

W 2014 narzekałem, że tak mało Azji i Afryki, w kolejnym roku było lepiej, no a w zeszłym to już w ogóle dookoła świata, jako że tematem były "nowe geografie". A tegoroczna edycja udowadnia, że można pójść nawet nie tyle dalej, co głębiej albo skręcić na jeszcze insze pobocza. Chyba nigdy festiwal nie proponował tylu nieznanych mi artystów i z tak niespodziewanych zakątków.
Powtarzam to chyba przy każdej okazji, ale i teraz się bez tego nie obejdzie: CTM rozrósł się tak bardzo, że jedna osoba nie jest w stanie go pochłonąć w całości (może to i lepiej? zawsze fragment, zawsze mozaika, kolaż). W tym roku mam dodatkową wymówkę, bo nie byłem na jednym (i to dość obfitym w wydarzenia) dniu, więc skorzystam z niej chętnie, żeby wymigać się od podsumowywania całościowego. Poniżej zrobione na szybko notatki, najbardziej po to, żeby nie zatarło się zupełnie w pamięci.

27.01
Najpierw prezentacja fragmentów filmu Northern Disco Lights ze swadą prowadzona przez reżysera Bena Davisa (Blaktrax, Paper Recordings, Shaboom Records). W dokumencie pojawiają się m.in. Prins Thomas, DJ Strangefuit, Todd Terje, Idjut Boys, Lindstrøm, Bjørn Torske i Mental Overdrive, który napisał też do niego muzykę. Torske brał udział w dyskusji potem, ale żadnych rewelacji się nie dowiedzieliśmy. Był na miejscu, bo grał w Panorama Bar później - bardzo późno, miałem siły, żeby posiedzieć z pół godziny na jego secie (nie był za bardzo disco). Wcześniej tamże Front de Cadeaux przez prawie trzy godziny (do trzeciej) w wolnych tempach (100-110 bpmów?). Pomysł ciekawy, bo nie tylko "downtempo" kawałki ale też spowolnione szybsze, np. "Wordy Rappinghood" Chicks on Speed, ale może jednak za długo. Potem Charlotte Bendiks z przyjemnymi eterycznymi momentami i mocny choć nie wymyślny Boska.

28.01
Impreza w Prince Charles, fajne miejsce, była to chyba pływalnia - bar ustawiono w basenie a starodawna kolorowa morska mozaika na całej ścianie fajnie kontrastowała z eleganckim, dystyngowanie czarnym wystrojem. Sami Baha na zmianę trapy i szybkie kawałki, ale dość nudno. DJ Lady Lane zróżnicowanie i całkiem ciekawie, Mr. Mitch bardzo dziwnie, dużo chyba jakiś popowych/R&B przebojów, słodkich melodyjek, zupełnie to do mnie nie trafiło. Traxman zapowiedział techno set i obietnicy dotrzymał, stopniowo przyspieszał i na koniec oczywiście dojechał do footworku.

29.01
W Hebbel am Ufer (HAU) dublet artystek posługujących się głosem na różne sposoby. Nora Turato zaprezentowała coś na w rodzaju stand-up comedy płynącego strumieniem świadomości a wypełnionego refleksjami na temat świata sztuki i skrawkami marketingowych szlagwortów (ale też wielu rzeczy nie zrozumiałem, narzuciła szybkie tempo, więc może było tam coś jeszcze). Chodziła wśród publiczności i chociaż do nikogo bezpośrednio się nie zwracała, nie wchodziła w interakcje to zmieniło to wyraźnie nastrój i koncentrację odbiorców.
Tanya Tagaq przenosi innuickie techniki wokalne w świat free-jazzowej improwizacji. Jak zaznaczyła witając się, to dobrze, że improwizacja to coś co wydarzy się raz i nigdy dokładnie w tej formie się nie powtórzy, bo ona się szybko nudzi (bardzo mi się to spodobało). Wystąpiła z Jesse Zubotem (skrzypce i chyba przetwarzanie wokalu) i Jeanem Martinem (perkusja i laptop). Wokalnie było wspaniale, zmysłowo, drapieżnie, ale też subtelnie i delikatnie. Tylko że jak cała trójka się rozpędziła to trudno było im się potem zatrzymać i często dla mnie za dużo było dźwięków. A szkoda bo chciało się smakować je w odosobnieniu, delektować i rozpatrywać, ale może artyści nie chcieli na to pozwolić tylko woleli zanurzyć nas w wartkim nurcie ich wymiany energetycznej (i pogłosu). Piękne oświetlenie dodawało jeszcze nastroju.

30.01
Rozpoczyna się na dobre program dzienny z dyskusjami i wykładami. Końcówka wystąpienia Joela Krugera o torturach dźwiękowych i jego późniejszy udział w panelu pozwalają sądzić, że ma on coś do powiedzenia. Wątpliwości można mieć do Luisa-Manuela Garcii, którego wykład o emocjach był na poziomie podstawowym, ale w sumie żadnej szkody nie czynił i może dobrze czasem sobie uporządkować czy zrewidować rzeczy wiadome.
W HAU coś na co bardzo czekałem, czyli The Great Disappointment zainicjowane przez NON Worlwide na zamówienie tej placówki i festiwalu. Ambasadorami byli tutaj założyciele: nkisi, Chino Amobi i Angel-Ho oraz DJ Lady Lane i Embaci (Dedekind Cut został kilka dni wcześniej wydalony z państwa NON). Za choreografie odpowiadała Ligia Lewis, tańczyli Justin F. Kennedy i Jonathan Gonzalez, w dramaturgii pomagał Ariel Efraim Ashbel. Spodziewałem się...w sumie nie wiem czego, ale coś mi tu jednak nie zagrało. Może to tak musi być, jeśli się dekonstruuje, stara się stworzyć jakąś nową formę czy coś hybrydowego, że coś będzie odstawać, rozpadać się. Może zbyt się nastawiłem na zapowiadane nawiązania do variety show, może zbyt zwracałem uwagę na niedopracowane ruchy tancerzy (no chyba nie miały być niesynchroniczne w tak podstawowych figurach?). Może doskwierał efekt obcości, gdy widziało się ich ruszających żwawo do "klubowych" kawałków, a samemu siedziało. Kilka osób o tym mówiło i to pokazuje jednak potęgę ramy instytucjonalnej, bo przecież gdyby się naprawdę chciało tańczyć, to by się to zrobiło - czy jednak nie? Inna sprawa, że wygenerowana energia uchodziła po te partie ruchowe przedzielało kontemplowanie podświetlanego dymu - myślę, że takie wytracanie tego ładunku też było zamierzone. Czyli, jak teraz o tym piszę i reflektuję, to wychodzi, że coś w tym jednak było.

31.01
Bardzo interesująca prezentacja Guillermo Galindo, po której średni panel z Angeliką Castelló, Arielem Guzikiem, Mario de Vegą prowadzony przez Carlosa Prieto Acevedo. Liczyłem na dyskusję a prowadzący poprosił każdego z uczestników o opowiedzenie o swoich działaniach. Najlepiej wypadła Castelló, szczególnie ujęło mnie, że powiedziała "I'm not interested in reality". Nasiadówkę ożywiło trochę przybycie Carminy Escobar, która też coś powiedziała, ale szybko stwierdziła, że woli coś wykonać. Potrzebowała ochotnika, a gdy się znalazł, to zrobiła jej "sonic massage" - wydawała dźwięki strunami głosowymi robiąc tubę wokół ust i przykładając ją w wybrane miejsca na ciele.
Potem było jeszcze ciekawiej za sprawą Guzika, który opowiadał o swoich fascynujących działaniach.
Pierwszy wieczór w Berghain zaczął Thomas Ankersmit z nowym utworem kwadrofonicznym Infra. Kolega, który słyszał go niedawno, ale chyba nie grającego tę kompozycję, pisał, że kojarzył mu się z Thomasem Lehnem. A mi to bardziej przypominało Emptyset przez eksplorację niskich dźwięków, nieszablonowe rytmy, precyzję i kontrastowanie elementów. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby Ankersmit zrezygnował z przerywników złożonych z różnych brudów, przepięć i zakłóceń. Mnie to rozpraszało i nadszarpywało spójność, czy może nawet bardziej skoncentrowanie materii muzycznej.
Gum Takes Tooth mieli problemy ze sprzężeniami, perkusja rozlewała się w buczącą masę i reszta na takim tle nie brzmiała porywająco, szkoda - miałem nadzieję.
Dobrze po tym zadziałał Vomir i w ogóle dobrze, że się pojawił na tym festiwalu w tym miejscu. Było to faktycznie oczyszczające a też wcale nie nudne, jak się po cichu obawiałem. Nie wiem czy w tej jego harshowej ścianie coś się zmieniało, czy tylko moja percepcja to modelowała inaczej, żeby mieć zajęcie, ale działało. No i brawa za prezencję sceniczną - stanie bez ruchu z zamkniętymi oczami. Przecież nie tylko w kontrze do nadekspresji sceny noise'owej ale też artysta jako odbiorca własnego dzieła, dystansujący się wobec niego, oderwany i zamknięty w swoim świecie, nie nawiązujący relacji z publicznością (można by powiedzieć - ślepy na nią, głuchy też).
Pharmakon po raz kolejny do mnie nie trafiła, grała chyba nowy materiał, ale jeden utwór wydaje mi się, że znałem.

01.02
W HAU efekty współpracy CTM i teherańskiego SET Festival. 9T Antiope zaskoczyli początkiem innym od wszystkiego co znałem z płyty Syzygys. Więc nie ambientowe wstęgi i natchniony wokal, ale hałasy, zgrzyty, potem też dźwięki jak syren alarmowych. Dwie powiedzmy piosenkowe sytuacje też się zdarzyły, mocno się odróżniały od reszty, ale jakoś wypadło to wszystko spójnie.
Siavash Amini zaczął ciekawie, ale z biegiem czasu rozwadniał niepotrzebnie wszystkie esencjonalne motywy do stanu, w którym traciły smak. Grał niespełna 40 minut a wydawało się o wiele dłużej.
Sote przedstawił nowy projekt we współpracy z instrumentalistami Arashem Bolourim (santoor) i Behrouzem Pashaeim (setar) oraz Tarikiem Barri odpowiedzialnym za wizualizacje. Te ostatnie były niesamowite, zgodnie z moimi przewidywaniami, a dźwięki też więcej niż dobre. Choć zaczęło się niepozornie, od przetwarzania instrumentów, potem stopniowo coraz więcej elektroniki. Akustyczny wkład stale wyraźnie obecny, ale też coraz bardziej splatający się z tym, co robił Sote. Gdzieś w zapowiedziach padło "Teheran techno apocalypse", ale ona przyszła dopiero na koniec.
Szybko do Berghain by choć trochę Stefana Fraunbergera złapać, który nawet korespondował z powyższym bo też przetwarzał dźwięki cymbałów. Mogło być lepiej, ale chyba nie w tym wnętrzu.
( SIC ) zaczęli ciekawie, od pojedynczych uderzeń perkusji, jednak ich zagęszczanie musiało się zmagać z akustyką sali. Na szczęście dołączyły wokale, trochę jakby o proweniencji metalowej, ale też kojarzące się z elementarzem free improv, warto odnotować "skrecze" na magnetofonie (chyba?). Generalnie gęsto i bez grania dynamiką.
Ex Eye to nie moja bajka i byłem zmęczony, więc wyszedłem podczas trzeciego utworu.

02.02
Z pewnym spóźnieniem na Black Atlantis Ayeshy Hameed, któremu zaszkodziło anonsowanie go jako "performance lecture". Było ciekawie, choć znów to rzeczy raczej podstawowe i też klocki, którymi wiele osób się bawiło: Kandinsky, Benjamin, Sun Ra, Drexciya. Ale zawsze można spróbować jakąś inną budowlę z nich poskładać
O wiele bardziej performatywne było Radio Meta Noah Sow, polecam sprawdzić, na początek można piosenki z tego słuchowiska.
Potem ciekawie zapowiadający się panel, z którego niestety trzeba było wyjść, żeby na spokojnie zdążyć do HAU. Ale przed tym manewrem można było usłyszeć np. nkisi mówiącą o tym, że muzyka tworzy przestrzeń publiczną, choćby w klubie, czy gdziekolwiek wypuszczana z głośników (to też rudymenta, ale takie zawsze warto przypominać) i że parkiet to miejsce stawania się ("becoming").
CTM zmusza do dokonywania trudnych wyborów dając dwa zestawy koncertowe w dwóch lokalizacjach HAU. Tego wieczoru udało się jednak złapać dwie sroki na jednym ogniu, bo Stine Janvin Motland zajęła mało czasu, a wieczorek meksykański zaczął się z opóźnieniem. Norweżka zaprezentowała Fake Synthetic Music inspirowane Maryanne Amacher, Evol i Lorenzo Sennim ale brzmiące zupełnie jak żadne z nich. I w ogóle jak nic, co znam. Cierpliwie eksplorowała bardzo mały obszar aż do zmęczenia kilku słuchaczy, którzy dawali temu wyraz głośnymi komentarzami. Mi zaimponował właśnie ten poziom koncentracji, więc gdy w jednym momencie zaczęła bawić przekształceniami jak z wczesnej muzyki elektronowej, to się na serio przestraszyłem, że może się wszystko rozlecieć. Ale to była tylko chwila i zaraz wrócił ten obsesyjny motyw i mrowienie w uszach. Znów światła, choć zupełnie inne niż na Tagaq, wzmacniały działanie dźwięku.
Sprint do nowocześniejszego HAU, gdzie ansambl Liminar grał muzykę meksykańską. Utwory Alcántary brzmiały znajomo, a jestem w sumie pewien, że nigdy ich nie słyszałem. Intrygujący pomysł Lixenberg na przełożenie Nancarrowa na głos - szkoda, że takie krótkie. Kolejnych dwóch utworów nie pamiętam, a finałowej premiery też bym pewnie nie zanotował tak dobrze w głowie, gdyby nie wideo i ruch sceniczny. Nie żeby był on jakiś wyjątkowo ciekawy, ale był - machanie flagą, wmaszerowywanie na scenę, obramowanie jakby hymn miał być naprawdę wykonany. I był, ale nieudolnie, czasem ze szczerymi chęciami, a czasem umyślnie psuty. Potwierdziło się, że Escobar jest świetną wokalistką - nawet z tak słabego utworu potrafiła coś wyciągnąć.
No i już można do Berghain (i dziś też do Panoramy, bo przecież czwartek - weekendu początek). Końcówka Sky H1, z której zapamiętam przebasowienie. Moor Mother totalnie nieprzewidywalna, tu prawie noise, tu rapowanie bez bitów, potem bity bez rapu, rytmicznie ale jakoś dziwacznie (w najzupełniej dobrym sensie), mrocznie i wszechogarniająco. Bardzo byłem ciekaw Yally czyli nowego pomysłu Raime. Cieszyłem się, że szukają bo drugi album to jednak trochę stagnacja. Tym bardziej się cieszę, że udało im się znów zrobić coś nowego. Ich zupełnie własne odczytanie grime'u, wariacja tak daleko odchodząca od tematu, że stająca się autonomicznym bytem. Podana w jednym ciągu, nigdy nie umiałem uchwycić momentu, w którym zmienia się rytm, pewnie dlatego że przepoczwarzał się stale. Actress nieprzekonująco, ale on podobno tak ma na żywo. Stingray mocno, ale za głośno. Na szczęście jest Endgame, który odświeżająco multistylistycznie.

04.02
Nagrodzone w konkursie CTM i Deutschlandradio Kultur Happy New Fear trochę mnie zmęczyło długością (ponad 65 minut), przeładowaniem i efekciarstwem. Dźwiękowo najciekawsza była ostatnia część i szkoda, że nie było tylko jej. Zastanawiam się, jak ten utwór obroni się w radiu, gdzie nie będzie widać trzykanałowej projekcji, świateł podkreślających szczególnie dramatyczne momenty (słaby chwyt), wykonawczyni-narratorki oraz wyświetlaczy z danymi o zamachach. Akurat tego ostatniego najchętniej bym się pozbył, bo napisy na wyświetlaczach leciały równocześnie z mówioną narracją i wtedy ani tego, ani tego nie mogłem odebrać (oczywiście, należało pewnie zamknąć oczy, ale w takim wypadku nie widziałbym wideo, które też cały czas i chyba też ważne?). Nie wiem, jaki był sens nadawania takiej ilości komunikatów naraz, na pewno można powiedzieć, że te przekazy się komentowały i nawiązywały, ale dla mnie raczej się plątały i wybrzmiewały bełkotliwie.
Sobotnia impreza w YAAM to kulminacja nocnych szaleństw - do wyboru są trzy sale. LSDXOXO całkiem fajnie (remiksy m.in. Groove Armada, L-Vis 1990), ale może warto sprawdzić nieznanego Rumuna. Zdecydowanie tak! Dragoș Rusu, związany z magazynem The Attic i festiwalem Outernational, to strzał niespodziewany i wyjątkowo celny, zwłaszcza jako otwarcie nocy. Muzyka na poły etniczna, na poły elektroniczna, a najczęściej poły te się na siebie nakładały, podobno dużo z Grecji i ogólnie arabskiego, więc nietypowe podziały rytmiczne. Przypomniało mi się, jak w zeszłym roku Nan Kolè przywiózł na CTM gqom i jakie to było zaskoczenie, powiew wyraźnej inności. Tutaj też tak trochę i też ludzie nie do końca wiedzieli, jak do tego tańczyć.
W międzyczasie rzucanie uchem do dużej sali, gdzie Muqat'a (taki palestyński Samiyam?). W trzeciej Bass Gang z ciągłą rotacją didżejów (na początku funk, potem ballroom, kuduro). W małej Insanlar, znów zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Na dużej sali Miss Red, której bity puszczał The Bug. Dziwne, ale jakoś się obawiałem, że zmiażdży i przesadzi z dołami. Jednak wykręcił je tak, że czuć było na klatce piersiowej i w kolanach a brzmienie było czyściutkie - rispekt! Trochę zbyt podobne utwory do siebie, ale bawiłem się dobrze (na featuring wpadł też Gaika). Potem jeszcze większa niespodzianka, bo gdy już planowałem leżakowanie zaczął Shins-K, postać zupełnie mi nieznana. Były takie rzeczy, że nie umiem ich nawet zaklasyfikować, jakiś może eksperymentalny drum'n'bass?  Ale też techno, dub, a wisienką na torcie był remiks "Come Clean" Jeru The Damaja.

05.02
Na tym było niestety bardzo średnio. Stara Rzeka chyba fajnie, ale znów poczułem, że to nie moja baśń. Podobnie zresztą jak Earth, więc ze współpracy Dylana Carlsona i The Bug wyszedłem, żeby być na czas w SchwuZ. To była słuszna decyzja, bo można było się zorientować w tym sporym przybytku, znaleźć wygodne i dogodne miejsce. Negroma był(a/o) fajna, z dośpiewywaniem swoich wokali do cudzych piosenek, tańcami i żywiołowym miksowaniem. Na małej sali Ziúr też zacnie dziwacznie, ciekawe, czy to były tylko jej produkcje i szkoda, że tak krótko. Choć szczerze, to ciężko było wytrzymać bo w miejscu gdzie wszystko dobrze brzmiało było za głośno, w dodatku tłoczno i niektórzy powoli zaczynali łamać zakaz palenia. Z tych powodów na Marie Davidson wytrzymałem dwie piosenki (które podobały mi się bardzo). Wyczekiwałem MikeQ z towarzyszeniem Berlin Voguing Out, bo miałem okazję go już usłyszeć/zobaczyć z towarzyszeniem tancerzy i było to cudowne przeżycie. To niestety nie dorównało tamtemu, tu nie dało się wejść na scenę, na początku było jakoś niemrawo, a tancerze ruszający się na parkiecie nie byli oświetleni. Już nie miałem siły na przepychanie się, więc oglądałem z daleka. Nawet selekcja MikeQ mniej mi się podobała.

1/15/2017

Zavoloka - Plavyna

Zbliżająca się premiera Nature never produces the same beat twice autorstwa AGF i Zavoloki jest dobrym pretekstem, by zapoznać się z twórczością drugiej z pań – owej dotychczas niezbyt znanej młodej Ukrainki.
Idealnym wstępem będzie album Plavyna (po naszemu „muł”) wydany w zeszłym roku [2005] wspólnie przez ukraiński Nexsound i austriacki Laton.
Podczas słuchania tej krótkiej płyty czeka nas moc atrakcji. Zavoloka operuje w rejonie zimnej, ostrej elektroniki, kaskad mikro-dźwięków, jest to tak bardzo ‘post-wszystko’, że trudno o trafne, dokładne porównania z innymi artystami. Dźwięki same w sobie są bardzo twarde, nie wypolerowane, ale ich ułożenie jest finezyjne, fantazyjne (czasem wręcz szaleńcze). Artystka zbudowała na tym albumie własną stylistykę, jej podstawowym założeniem wydaje się być koncentracja. Materia jest bardzo gęsta, skondensowana, a osiągane jest to dzięki skupieniu na pojedynczym dźwięku. Często miałem wrażenie, że jakaś fraza powstała z rozszczepienia jednej próbki na szereg mniejszych sygnałów, przez rozdrobnienie, rozciągnięcie, wygięcie, zdewastowanie jej. W pierwszej części płyty niewiele jest rytmów, bitów jako takich prawie wcale, a nawet większych motywów, które dałoby się wyszczególnić, wychwycić. Jeśli już coś takiego się przydarzy, to wydaje się to kwestią przypadku, przejścia pomiędzy kolejnymi skomplikowanymi konfiguracjami, które się przegryzają, przeplatają ze sobą. Błąkamy się w tych meandrach, podążamy tropami, które wydają się dokądś prowadzić, a one – zaraz nikną.
Jeśli termin ‘owadzia muzyka’ ma jakiś sens, to właśnie w przypadku albumów takich, jak Plavyna. Z tym, że tutaj obserwujemy wszystkie owady w powiększeniu, jakbyśmy zostali drastycznie pomniejszeni albo one urosły. Świat wykreowany przez Zavolokę, jest wszechogarniający, dochodzi ze wszystkich stron naraz. Można tylko przysłuchiwać się w zdziwieniu, nasłuchiwać, dosłuchiwać – bo zawsze będzie coś, co nas ominie.
W drugiej części albumu w warstwę czysto elektroniczną zostają wplecione wątki z muzyki etnicznej. I tu ogromne brawa, Zavoloka po raz kolejny sięga po coś rzadko spotykanego i znów wspaniale wyzyskuje ten element. Pokazuje, że można odwołać się wprost do tradycji i nie powstaje z tego jakiś cyber-folkowy koszmar czy papka world music. Ale to właśnie dzięki korzenności wykorzystanego dorobku muzyki folkowej Karpat eksperyment się udaje. Barwa fujarki pasterskiej i surowy głos jakiejś ‘babuszki’ śpiewającej smutną pieśń są tak samo mocne, głębokie, dojmujące, jak chłód partii elektronicznych.

No i to właśnie to – jedna z najlepszych płyt zeszłego roku. W pełni osobista wizja, gdzie nowe splata się ze starym. Zupełnie odmienna, osobna, choć zaznajomiona z dorobkiem współczesności. Niech to nie będzie potraktowane, jak prosty drogowskaz, ale fani introwertycznego eksperymentu 8rolek (a już zwłaszcza z czasów Ptaka mechanicznego) na pewno odnajdą się w muzyce Ukrainki.

[opublikowane pierwotnie w 2006 na nowamuzyka.pl]