9/05/2016

29.12.2005

musisz mieć tą świadomość, jesteśmy aktorami bez teatru, spojrzał
na mnie badawczo, musisz wiedzieć - nie potrzebujemy prawdy,
potrzebujemy fikcji, mamy zbyt wiele prawdy, wziął kolejny łyk
wina, ciągle gramy choć już jest po wszystkim, wszystko co było
do wygrania zostało wygrane i nie wygraliśmy tego my, ani, co
gorsza, nie zagraliśmy tego my.
czemu mówi 'my'? zacząłem się zastanawiać. nie chcę, żeby mnie w
to mieszał. dlaczego mówisz 'my'? zapytałem korzystając z chwili
przerwy, jaka powstała, gdy musiał zaczerpnąć
powietrza. potrzebujesz wspólnika w swojej intelektualnej zbrodni?
chyba go to ubodło w czułe miejsce, kurwa, czemu mówię 'my'?
mówię my, bo ty nie mówisz 'ja'! a ktoś musi powiedzieć te ważne
rzeczy. lekko się roześmiałem, ale tylko wewnętrznie, a może ja
nie czuję potrzeby mówienia, a tym bardziej mówienia ja.
no to zacznij odczuwać, bo inni cię wygryzą z niego i jednego
dnia rozglądniesz się w poszukiwaniu i już się nie znajdziesz.
a może go nie znajdę? wiedziałem, że to niski chwyt, ale nie
mogłem się powstrzymać. po kolejnym łyku nabrał więcej animuszu i
nie siląc się na wymyślne przytyki powiedział, że nie muszę go
łapać za słówka, że nie powinienem się na słowach koncentrować,
ale na efekcie. a ten akurat będzie zgubny. jak mam się nie
koncentrować na słowach, skoro ty ciągle mówisz. a co mam robić,
zapytał. nie chciałem być od dawania rad, ale skoro zapytał...no
skoro pytasz, to może, to może w końcu dojdziesz do jakiegoś
wniosku, który pozwoli ci zdecydować się na jakieś działanie.
ha, powoli, to nie tak łatwo, czy ty tego nie widzisz, że
kultura, tworzenie, społeczeństwo, kapitalizm, rzecz biorąc
ogólnie - wszystko razem, stan współczesności jest taki, że
trzeba się długo zastanawiać nad tym, czego nie robić, a nie nad
tym co robić. trzeba wszystko dokładnie przemyśleć, zanim
cokolwiek. bo każdy krok może okazać się teraz zdradliwy.
i co, w takim razie gadasz tyle, żeby wszystko przegadać,
przemielić i coś ma z tego wyjść, tak?
no...taką mam nadzieję. ale wracając do kwestii, to widzisz, jest
taka, że jest już jakby po wszystkim, jesteśmy post-cokolwiek. to
chyba największym dramatem obecnie, jest to, że wszystko już
było, a nasze życie dopiero ma być. w takim razie co z nim
będzie. czy skoro jest już po wszystkim to może się coś jeszcze
stać. to znaczy, tak oczywiście, widzę, że cały czas dzieje się
coś, ale właśnie chodzi o to, czy może stać się coś, co będzie
ważne. jesteśmy post-malarstwo, post-teatr, post-muzyka.
teraz naprawdę jakby mnie podpuszczał, więc wykrzyknąłem - czyli
jesteśmy wielki post.
o dziwo, przytaknął mi, ale z takim jakby uspokojonym,
melancholijnym rozgoryczeniem. to przez ten język, przez język w
ogóle. pierwszą rzeczą, jaką należałoby obmyśleć, przed zmianą
całej reszty powinien być system komunikacji. język nas blokuje,
ogranicza, i jak mi powiesz teraz, że jest post-wittgenstein to
ostrzegam, że wstaję i wychodzę. giniemy w języku, ale co mamy
zrobić, próbujemy dryfować, ze świadomością przegranej. i czy ta
próba jest ważna, śmiesznie heroiczna jest, a efektu końcowego
brak. czasami chciałbym być nigdzie, ale nie mam na myśli
samobójstwa, nigdzie bez poczucia winy, poza językiem, poza
ciałem, poza widzialną przestrzenią.
ja czasem jestem nigdzie, czasem jak sobie włączę taką dobrą
płytę...ale ty pewnie i tak jej nie znasz.
no to przynieś następnym razem, z chęcią posłucham.
no okej, ale pewnie i tak ci się nie spodoba.
[29.12.2005]

9/04/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 10)

Ostatni, skrócony, dzień zacząłem Po burzy (Umi yori mo mada fukaku) Hirokazu Kore-edy. Po może nieco zbyt sentymentalnej Naszej młodszej siostrze, tutaj nie jest tak słodko. Za to chyba bardziej wnikliwie i przenikliwie. Zniuansowane, wielowymiarowe postaci, precyzyjnie zrozumiane przez aktorów, przekonujące, życiowe dialogi, równie dowcipne co mądre. Scenariusz (samego reżysera) w ogóle świetny, szczególnie napędzana siłami natury kulminacja. Zarazem zegarmistrzowsko wykoncypowana, jak i wiarygodna przyziemnym polotem.

Japończyka jeszcze nie zakwalifikowałem do ligii mistrzów, natomiast Terence'a Daviesa awansowałem tam niedawno, uzupełniając braki bezpośrednio przed NH (w zasadzie każde dokonanie warte uwagi, może najmniej The Neon Bible).  Od artystów tej miary wymagam więcej, więc mimo ogólnego zachwytu Sunset Song zacząłem się zastanawiać, czy Davies już się trochę nie powtarza. Ale szkockie pejzaże są pokazane oszałamiająco, opowieść na podstawie Lewisa Grassica Gibbona wciąga, co też jest zasługą aktorów. No i pojawiają się takie uwagi, jak ta, że coś nietrwałe więc tym cudowniejsze. Jest się czym zachwycać, przy czym to piękno nie jest przymilne, ale harde. Dzięki tej surowości głębsze, starczy na dłużej. Zapadło mi też spostrzeżenie (zusłyszenie?), że wojna była daleko, brzmiała jak Morze Północne - z oddali, a potem spowszedniała. I wtedy okazuje się, że dopiero wkroczy w życie. Język też jest jednym z bohaterów, główna postać zaczyna tęsknić do szkockich słów, bo tylko one mogą właściwie wyrażać i nazwać. Wspaniałe jest też odwołanie do figury Matki Ziemi, gdy protagonistka mówi, że "only earth endure" i doznaje wrażenia, że to ona jest tą ziemią.

Popołudnie (Na ri xia wu) Tsai Ming-lianga to raczej gratka dla wielbicieli zaprawionych w jego dorobku. Oni dowiedzą się kilku interesujących rzeczy, choć bez żadnych sensacji. Lee Kang-sheng jest małomówny, jak można było przypuszczać, ale z czasem trochę się rozkręci.

9/03/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 9)

Intensywny, chwilami drażniący Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato) Petera Greenaway'a, tu można poczytać, co tam się działo. Akuratna rozgrzewka o poranku z natrętnym brzęczeniem much, ogłuszającym dzwonem, echem okrzyków w katakumbach, deszczem i burzami oraz niosącym się, wyznaczającym rytm, waleniem w rury, które jest obecne na takiej (czaso)przestrzeni, że zaczyna się podejrzewać, że trzyma ją ryzach i podtrzymuje w posadach. Momentami pojawiają się charakterystyczne, znane z poprzednich filmów, wielogłosy odpowiadające podzielonemu ekranowi. Sound department, który się nad tym napracował był odpowiednio duży, tu odnotuję tylko Raúla Locatelliego i Vijay'a Rathinama.
Jak filmy festiwalowe się spotykają: z Koniem być przegalopował motyw centaura. A ponieważ wszystkiego się ze sobą łączy, to wkrótce potem trafiłem na Pierścień z papieru Zygmunta Haupta i nie zawaham się użyć żadnej okazji, żeby polecić tę książkę. No i jest tam opowiadanie "Co nowego w kinie?", którego bohater mówi: "widziałem taki film Eisensteina o Meksyku. [...] To jest najweselze święto na świecie - na temat śmierci. [...] śmieją się do tej śmierci, której uważają, nie należy się bać, śmierć jest im bliska i przyjacielska, oswojeni z nią, z jej wyobrażeniami na kamieniach rzeźb Mayów i Azteków i widzisz Elektro ma to sens, to przemieszanie życia i śmierci, bo gdzież jest granica?..."

Akurat tak się złożyło, że potem widziałem taki inny film dziejący się w Meksyku - Maquinaria Panamericana, pełnometrażowy debiut Joaquína del Paso. Tu też wiele było odgłosów metalu. Rutynowe zrytmizowane sprawdzanie rur przy pomocy pręta rozchodzi się po terenie fabryki niczym dzwon. Metalowe odpadki służą jako kołatki (świadome nawiązanie do Our Daily Bread Vidora?) używane podczas ogłaszania śmierci. Zresztą już od początku orientujemy się, że dźwięk jest tu potraktowany nieszablonowo, też jeśli chodzi o jego relację do świata przedstawionego. Zaczyna się od niepokojącej muzyki (Christian Paris), widzimy postać wchodzącą do mrocznej hali, utwór narasta, ale nagle zostaje ucięty – to mężczyzna wyłączył odtwarzacz. Po pierwsze jest to ciekawe, bo na przekór dramaturgii, a po drugie bo wiemy, że ta muzyka nie mogłaby tak brzmieć z małego sprzętu. Potem są też ciekawe rozegrania sytuacji, gdy czasem utwory słuchane przez kogoś na słuchawkach wypełniają filmową rzeczywistość, a kiedy indziej dochodzą do nas jak z leżących w pobliżu „nauszników” właśnie. Podziękowania za dobrze i pomysłowo wykonaną robotę niech zechcą przyjąć Santiago Arroyo i Santiago de la Paz.
Z satysfakcją uczestniczyłem w tym świecie, aż wydało mi się, że zbyt krótko w nim pozwolono nam przebywać. No ale zamknął się cykl żałoby, ostatnie sceny, po napisach, może nawet niepotrzebne. Z filmów o pracy w różnego rodzaju firmach i biurach na tegorocznym NH dałoby się zebrać fajny blok. Ten zerkał też w przeszłość retrospekcjami na widocznie starszej taśmie, gdzie między innymi wyburzanie i wybuch od tyłu, do tego kojące muzyka. Czy da się cofnąć czas, powrócić do świata przed katastrofą?

Resztki czyli pierwszy fabularny pełen metraż Omera Fasta. Muzyka Dirk Dresselhausa (aka Schneider TM) spoko. Ogólnie fachowo, ale niewiele z tego pozostaje po wyjściu z seansu.

Jeśli chodzi o znakomite wyczucie zależności między tym, co słyszalne i co widzialne, to należy wyróżnić też Serce psa (Heart of a Dog) Laurie Anderson (który chyba wejdzie do kin). To takie coś, co wielu młodych twórców bardzo chciałoby zrobić, ale im nie wychodzi. Znów to jakiś esej, w dużej mierze monolog, w którym swobodnie łączy się opowieść o tytułowym towarzyszu artystki z rozważaniami o zmianach w USA po 11 września, do tego między innymi Wittgenstein, Gordon Matta-Clark i buddyzm, a wszystko sobie płynie na luzie, powaga kontrapunktowana humorem. Oczywiście unosi się to z taką elegancją też dzięki muzyce Anderson. Są to zupełnie nowe utwory, choć nikt nie powinien mieć sobie za złe, jeśli wyda mu się, że już to gdzieś słyszał. Dryfujemy przez łagodne, pastelowe pasaże, za ucho prowadzi nas spokojny głos autorki.

I koljne rendez-vous z Anną Biller - Viva z 2007 roku. Tym razem wyprawiamy się w różowe lata 70. i znów wypada powtórzyć pochwały odnośnie kolorystyki, scenografii, strojów, w ogóle wyczucia plastycznego, no i wymowy. Znaczące, że jedyną sceną seksu, jaką dane będzie nam zobaczyć jest gwałt. Inne, "pozytywne", doświadczenia są pominiętę, być może szkoda na nie czasu filmowego, bo są zbyt oczywiste. A z tym widz musi się zmierzyć.

9/02/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 8)

Przyłapałem się na tym, że mam słabość do Nanniego Morettiego, np. bardzo lubię ton jego głosu i sposób mówienia. Idźcie, ofiara spełniona (La messa è finita) z 1985 roku był więc dla smacznym i pożywnym śniadaniem. Niby nic wielkiego, choć czasem nabiera to wymiaru Bergmanowego. Ale bywa też wesoło, szczególnie zabawna scena, gdy cytowanie Dantego wybawia bohaterów z tarapatów.

Ostatnie dni miasta (Akher ayam el madina), debiut Tamera El Saida to produkcja przyzwoita, ale czy na pewno warta Grand Prix? Całość się niestety rozchodzi w szwach, oczywiście trudno jest sportretować wielki organizm miejski i taka swobodna forma może się sprawdzić (czego przykładem choćby Serce psa). Ale mnie już zaczynała męczyć ta rozlewność, wszystkoizm festiwalowych propozycji, łaknąłem jakiegoś wzięcia w garść, organizacji, nawet rygoru.
Początek jest obiecujący, układa się przed nami mozaikę, pojawia się figura opowiadacza, bajarki, pytanie, jak usłyszeć ciszę w hałasie Kairu. Uśmiechnąć się można widząć modlitwę podróżnego w windzie, zadumać nad smutną miłością do miasta. Rozważać postawę bohatera, gdy zamiast interweniować - sięga po kamerę. Fajny pomysł z refrenem z jedną z postaci i nagabywaniem jej, żeby mówiła o Aleksandrii. Koścem fabularnym, dość wątłym i często zanikającym, są poszukiwania nowego mieszkania. Szkoda, że musimy być wciągani na meta-poziom i oglądać proces montażu już nakręconego materiału oraz dyskusje z montażystą (który ma dosyć, bo nie wiadomo o co chodzi i sympatyzowałem z nim). Różne spostrzeżonka próbujące się dokopać do głębszych prawd też jakoś nie przekonują, podobnie jak pewne wysilone metafory wizualne.
Była rozmowa poseansowa i twórca okazał się być sensownym człowiekiem. Przede wszystkim skromnym, mówiącym o tym, że uczył się w procesie robienia, że chce się uczyć od świata, że najciekawsza sztuka bierze się z niepewności. Czuł też, że to on powinen podążać za filmem, a nie odwrotnie. Mówił też o pewnych problemach z cenzurą oraz o tym, że zdjęcia skończyły się w grudniu 2010. Postanowił, żeby nie kręcić rewolucji (i chyba słusznie) i montując cały czas zastanawiał się, jak to robić mając ten wgląd, będąc doświadczonym tym, co się stało.

Obecnie festiwale tak nam spowszedniały, że zapominamy, że kiedyś wiązały się one z zawieszeniem normalnego biegu czasu. Przypomniałem o tym sobie wybierając się na trwającą cztery godziny i czterdzieści minut Rodzinę (Jia) Liu Shumina. Oczywiście mogłem pójść na całość i poświęcić dzień na ośmiogodzinnego Lava Diaza, tylko że oddałem przed festiwalem ponad połowę tego czasu jego Norte i nie byłem pewien, czy mam go dla niego więcej.
Debiut Chińczyka, który był tu odpowiedzialny też za montaż, zdjęcia i scenariusz, zupełnie mi się nie dłużył. Kontrolnie spojarzełem na zegarek i byłem zupełnie zaskoczony, że odmierzył on już dwie godziny od rozpoczęcia seansu. Udało mi się wejść w ten niespieszny rytm i rozkoszować długim trwaniem. W takich bardzo pełnowymiarowych formach (a jeszcze inaczej i mocniej w serialach) jest coś nieco odpowiadającego trybowi przyswajania książki. Obcujemy przez długi czas z postaciami, oswajamy się z nimi, przyzwyczajamy do nich. Wiadomo, w oglądaniu filmu zrobimy sobie raczej mniejsze przerwy niż podczas lektury, ale już przy serialu niekoniecznie.
W kontekście tego znaczące są słowa głównej bohaterki, która mówi "czas to jedyne co mam", choć jest stara (a może dlatego właśnie?). Najpierw obserwujemy codzienność jej, męża, jednej z ich córek i jej synka. Potem zaczynają się podróże noworoczne do dzieci (Fuzhou, prowincja Jiangxi, Szanghaj) oraz miejsc związanych z ich przeszłością. Zwiedzania nie za dużo, ale trochę robienia zdjęć, też pozowanych, ustawianych przez fotografa zgodnie z wyobrażeniem szczęśliwej rodziny. W zasadzie sama zwykłość, żadnej spektakularności, nawet fakt, który zmienia wymowę tej odysei podany jest jak uwaga o cieknącym kranie. Kontrasty między warunkami życia i specyfiką rodzin dzieci są zauważalne, ale kreślone subtelną kreską, nie akcentowane dla mocniejszej wymowy. Retrospekcje, wprowadzane wyciemnieniami, bez dźwięku, nie odstają. Kamera jest zwykle nieruchoma, dużo ujęć z planem ogólnym, w którym nie od razu dostrzegamy znajome postaci albo one dopiero w niego wejdą, a wtedy są i tak jednym z równorzędnych elementów (przypomniał się mimowolnie Wally). Najdramatyczniejszymi momentami są takie zdarzonka jak trąbiący na starszych państwa samochód - czy w Państwie Środka też do trzech razy sztuka?
Na marginesie: zacząłem powątpiewać, że napisy produkcji w językach bardziej obcych są tłumaczone z oryginału. Tutaj to, co po angielsku było nieprzetłumaczone, tylko podane w kwadratowych nawiasach, bo uznane np. za nieznaczącą rozmowę o fryzurze, pozostawało takie po polsku.


Dałem kolejną szansę Delbono, tym razem uważniej wybierając, żeby były to filmy, a nie rejestracje spektkali. Blue Sofa zrobiona z Laurą Fremder i Giuseppe Baresim z 2009 roku jest zaskakująco zabawnym drobiazgiem. La paura z tego samego roku to coś zupełnie innego, przejmująco osobistego, nawet obsesyjnego. Szczególnie wybrzmiewają teraz kwestie migranckie i w ogóle te związane z innością.

9/01/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 7)

Trochę nie chce mi się marnować czasu na Wszystkie nieprzespane noce (nagroda publiczności).

Na szczęście potem był Syn Józefa (Le Fils de Joseph) Eugène'a Greena. Mgliście pamiętam, że jego Most artystów przypadł mi. Ale ostatnio stykam się z nim w innych kontekstach, bo Green jest nie tylko filmowcem, ale też pisarzem, aktorem, deklamatorem, specjalistą od retoryki i teatru barokowego (polecam artykuł). We współpracy z wytwórnią Alpha prowadził niestety krótką serię płytową Voce umana, tam też wydawał albumy tworzone z Le Poème Harmonique. Szef tego ansamblu pojawia się w ważnym momencie tego przemyślanego i pełnego uroku filmu. Muzyki nie ma w nim może wiele, ale jest wtedy, kiedy być powinna (Emilio de Cavalieri, Adam Michna z Otradovic), a w tej scenie (Domenico Mazzocchi), wraz właśnie z deklamacją, komentuje ona losy postaci i wpływa na nią (jak mówi reżyser w wywiadzie).
Mnie ten obraz urzekł, choć domyślam się, że niektórych jego sztuczność może drażnić. Ale mimo pewnej teatralności jest on pełen życia. Jest też w sumie lekki, ale nie błahy, pogodnie taktowny i rozświetlony życiową mądrością. Ma też sporo subtelnego humoru, bawi się nawiązaniami do Biblii, które są czasem oczywiste, ale przeszczepione we współczeność dają do myślenia. Są części z kartami tytułowymi-odniesieniami, żeby nie było wątpliwości. Choć jest to nie tylko podążanie tropami, ale też reinterpretacja, np. że to był głos Abrahama, a nie Boga, który go wezwał do ofiarowania.

Do Pisma odwoływał się też Uczeń ((M)uchenik) Kirilla Serebrennikova, którego bywalcy NH mogą pamiętać z Odgrywając ofiarę. Te dwa filmy niespodziewanie ze sobą zarezonowały. Tutaj nieszablonowo poprowadzona, dobrze zagrana, zaskakująca opowieść o starciu wiary z nauką. Jak przychodzi co do czego, okazuje się, że tendencje religijne są silne i wielu osobom na rękę. Bohater ma na wszystko odpowiedź w postaci cytatu z Biblii (fajny pomysł z napisami na ekranie oddający to, że są one nie z tego świata), ale gdy jego przeciwniczka też się na nią powołuje, to on zarzuca jej bluźnierstwo. Ciekawie wpleciona jest też kwestia homoseksualizmu, problem braku ojca, w końcu też wchodzi to na poziom metafory politycznej (Bóg despota, tyran).

Zupełnie przypadkiem wyszło tak, że na kolejnym seansie pozostałem w Rosji. Kurka Riaba (Kurochka Ryaba) Konczałowskiego z 1994 roku trochę się zestarzała, ale da się to nadal oglądać bez boleści. Reżyser pozwala sobie na całkiem "odjechane" wstawki poklatkowych pościgów i równie szaloną muzykę, mamy też retrospekcje, wesele w pakiecie z potlaczowym pożarem i zwracanie się do kamery. Wszystko emanuje przaśnym wigorem, podlane jest wódką więcej niż obficie, być może to dzięki temu robi się jak z ludowej bajki, być może dlatego kura przybiera gigantyczne rozmiary i być może dlatego znosi złote jajko.

Na Mona i ja (Mona et moi) Patricka Grandperreta poszedłem dlatego, że wybrała go Claire Denis (rozważałem też, czy nie zobaczyć drugi raz Mr. Freedom, żeby usłyszeć jej wprowadzenie, ale ostatecznie wybrałem coś niewidzianego). Za ten film z 1989 roku reżyser dostał Prix Jean Vigo, ale moim zdaniem to nie tak całkiem niezrozumiałe, czemu obraz ten jest zapomniany. Rzecz nie jest na pewno zła, miłośnicy Denisa Lavant powinni to sprawdzić. Ciekawostka: dedykacja dla Simona Reggianiego "od którego wszystko się zaczęło". Denis chciała przypomnieć samą postać, o której mówiła z uczuciem. Jaki to samotnik, nie należący do żadnej grupy, przystojniak, motocyklista, jak wspiera innych, jaki hojny, beztroski. Opowiadała też, jakie to cenne, zwłaszcza gdy dziś panuje taka rywalizacja. Był producentem pierwszego filmu Bessona, a do Denis przyjechał do Dżibuti, gdy kręciła Beau travail.

8/31/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 6)

Mroczne bestie (w oryginale Oscuro animal, liczba pojedyncza, niedopowiedzana i przez to bardziej niepokojąca), debiut fabularny Felipe Guerrero dostał na NH nagrodę FIPRESCI. Nie jest to rewelacja, ale w natłoku za- i przegadanych filmów należy go docenić za konsekwencję. Otóż obywa się on zupełnie bez dialogów, a przez to pejzaż dźwiękowy odgrywa wielką rolę. Praca nad tą warstwą trwała osiem miesięcy i tu należą się brawa odpowiedzialnej za nią Robertcie Ainstein. Na spotkaniu po projekcji Guerrero opowiadał też o tym, że nadal podchodzi do filmu przede wszystkim jako montażysta, dlatego wiele uwagi poświęcił zakomponowaniu audio-wizualnej całości. Przyznał też, że rezygnując ze słów chciał oddać sytuację osób, które właśnie nie mogą mówić, są pozbawione głosu, zmuszone do milczenia. Dodał też, że dźwięk jest bardziej poetycki, nie dookreśla wszystkiego dobitnie, a jednocześnie ma potencjał do wywoływania poczucia opresyjności. Przeniesienie akcentu ze słowa na inne dźwięki sprawiło, że obraz wybrzmiewa zupełnie inaczej, a odbiorcę lokuje na podobnej pozycji, co bohaterów – nie wie on nic więcej, niż oni. Zaczyna nasłuchiwać wskazówek przetrwania zewsząd, uczy się rozróżniać dźwiękowe zajścia znaczące i nieznaczące (przypominają się postulaty ekologii akustycznej)

Specjalne wyróżnienie w konkursie filmów o sztuce dostał Bardzo romantycznie (Muito romântico), pełnowymiarowy debiut Melissy Dullius i Gustavo Jahna. Dla wygody nazwijmy to esejem filmowym o migracji. Trochę dziennikiem podróży, najpierw z Brazylii do Berlina (statkiem, żeby rozkoszować się samym aktem przemieszczania), potem chodzenia po mieście, poznawania go, też swoistego opanowywania go, dzięki kamerze. Padają tam ciekawe słowa o tym, że filmowanie podczas budowy pozwala zdobyć tę przestrzeń, zanim stanie się ona skończonym budynkiem, do którego nigdy nie będziemy mieć wstępu. Jest tu też podróż wewnętrzna, nie do kresu nocy, ale w głąb siebie, rozgrywająca się w sypialni a potem rozszerzona dzięki czarnej dziurze – przejściu gdzie indziej. Wszystko jest wspaniale zakomponowane jako całość słowno-dźwiękowo-wizualna, płynie sobie od cytatów (wplecionych bez podawania źródeł) z Alfreda Döblina, D.H. Lawrence'a, Hermesa Trismegistosa, przez utwory Rrose, A Guy Called Gerald, nawet William Basinski się tu sprawdza, jest też muzyka samych autorów. Niektóre tylko nieinwazyjnie ilustrują, inne komentują, czy nawet obramowują całą podróż. Do tego bezpretensjonalne spostrzeżenia o tym, że ludzie w miastach zapominają, że są nadal zwierzętami, że materia ma wspomnienia, że nie powinno się czytać swoich niedawnych pamiętników. Montaż zajął czternaście miesięcy i widać, że faktycznie wszystko jest tu przemyślane, ale mimo to udało się zachować lekkość dryfowania.
Autorzy zwracali uwagę, że "muito" można też rozumieć jako "za bardzo", a samo "romantycznie" też nie jest jednoznaczne. Mówili też, że dla nich kino to wehikuł czasu i podkreślali aspekt materialny, jak choćby gromadzenie przedmiotów, które pojawiły się w filmie, a w większości są one podarowane i/lub zrobione przez znajomych. W ogóle od razu ich polubiłem i uradowałem się potem, jak okazało się, że tak kombinują, również z muzyką.

N-Capace to jakaś pomyłka, a umieszczenie tego wytworu w konkursie głównym doprowadziło nawet do spekulacji, czy nie była to jakaś transakcja wiązana zainicjowana przez Nanniego Morettiego. Eleonora Danco, grająca u niego, tutaj debiutuje po drugiej stronie kamery. Sugestia, że jest to rzecz gdzieś pomiędzy Godardem a Rossellini tylko szkodzi rozbudzając oczekiwania.

Ale można też zadebiutować zupełnie inaczej - tak jak Jumana Manna. Magiczna substancja we mnie (A Magical Substance Flows Into Me) ma prostą formę, bez udziwnień i w tym jego siła. Palestynka korzysta tutaj z nagrań z lat 30. Roberta Lachmanna, badacza żydowskiego pochodzenia zajmującego się muzykologią porównawczą (dziś powiedzielibyśmy: etnomuzykologią) i lingwistyką. Trochę szkoda, że nie dowiadujemy się z ekranu więcej o tej ciekawej postaci, która po ucieczce z nazistowskich Niemiec osiadła w Jerozolimie. Lachmann robił tam nagrania, przedstawiał je w cotygodniowej audycji i dał początek Archiwum Muzyki Orientalnej na Uniwersytecie Hebrajskim. Skupiał się na muzyce palestyńskiej, rozumując, że dzięki niej Europejczycy przybywający tam najprędzej i najlepiej poznają swoich „orientalnych” sąsiadów, bo to wszak przez dźwięki bezpośrednio objawia się natura ludzka. Manna puszcza muzykom jego materiały, żeby mogli się odnieść do tych historycznych zapisów. Okazuje się, że nie zawsze ciągłość została zachowana i niektórzy nie są w stanie tego zrobić. Komentarz został ograniczony do minimum, kwestie polityczne pojawiają się mimochodem, może najbardziej wprost gdy ktoś mówi, że dla ludzi z Zachodu cały ten rejon to po prostu Bliski Wschód i nie wdają się oni w lokalne niuanse i różnice. Ciekawa uwaga, że dabke powinno być bez zapisu nutowego, do sprawdzenia też Mizrahi, rababa, sahjeh (to?). Film jest niedopowiedziany, nie marnuje czasu na wzniosłe rozważania (co było wadą laureata nagrody w konkursie głównym Ostatnich dni miasta). Na szczęście nikt nie usiłuje też wyjaśnić specyfiki owej magicznej substancji, tylko pozwala nam jej doświadczyć w długich ujęciach grających i śpiewających muzyków. Nieraz sceneria jest zaskakująca przez swoją codzienność, bo muzykowanie może odbywać się w kuchni (i to podczas gotowania) albo w biurze.
Już się cieszę, że będę mógł go znów zobaczyć - bo wygrał konkurs sztukowych filmów.

Mocne kino już prawie nocne - WINWIN Daniela Hoesla. Nawet nie zaskoczyło mnie, gdy okazało się, że reżyser współpracował z Ulrichem Seidlem, pośród ekipy znajdziemy też osoby zaangażowane w Kocura (Kater) Klausa Händla i filmy Petera Kerna. Grają aktorzy, którzy co ciekawe mają wiele wspólnego z tańcem i/lub muzyką, m.in. Stephanie Cumming znana z obrazów Mary Mattuschki i Shirley Gustava Deutscha, Alexander Tschernek, którego słyszeliśmy w Odgłosach robaków - zapiskach mumii. W ogóle większość z nich już się ze sobą zetknęła, a od Soldate Jeannette (rewelacyjnego!) knują razem pod szyldem European Film Conspiracy. Specyficzny był sposób tworzenia: bez ścisłego scenariusza, dużo rzeczy wyszło podczas prób i improwizacji.
Jest to satyra na globalny kapitalizm, tzw. finansjerę, wszechmocnych inwestorów, którzy pojawiają się niczym zbawcy w różnych miejscach globu. Chciałoby się śmiać, ale jakoś też smutno, bo wiele rzeczy się uświadamia. Rzecz zrobiona jest w powiedzmy stylu obiektywnym, zdystansowanym, trochę pewnie zainspirowanym filmikami instruktażowymi i marketingowymi, trochę serwisami informacyjnymi (patrzenie do kamery, co powoduje, że czujemy jakby zwracano się do nas). Może również Bressonem? Przypomniały mi się jego notatki, choćby ta: "w filmie kinematografu obrazy, jak wyrazy ze słownika, mają siłę i znaczenie tylko dzięki swojemu miejscu i wzajemnym zależnościom." A też Hoesl mówił o aspekcie religijnym, o podobieństwach do zinstytucjonalizowanej wiary, nie tylko o kulcie pieniądza, ale też o zbieżnościach tej formy filmu do kazania w kościele. Tutaj też słowo staje się ciałem.
Zupełnie inne niż opisywane wyżej, ale też zasługujące na wyróżnienie myślenie audio-wizualną całością, świadomość relacji elementów. Tu z Debussy'm, Alva Noto, J.S. Bachem, Schubertem, Moderatem i nieortodoksyjnymi, kryczanymi, interpretacjami Hansa Eislera.
Na marginesie muszę odnotować cytat (który nie ja wychwyciłem) ze sceny z kotem z Je t'aime, je t'aime.

8/30/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 5)

Na początek dnia wcale nie lekki W Kalifornii (La Californie) Charles'a Redona. Kolejne kombinacje z dokumentem, dziennikiem i autofikcją, te mocno uwierające, ale tym silniej drapiące po umyśle. I znów rozmowa po z autorem, która wiele dała. Bo po obejrzeniu można go ("gra" siebie) znielubić, ale jako reżyser przypominał, że jest to film i niektóre rzeczy są uwypuklone, żeby np. konflikt między bohaterami był silniejszy. Mówił też o tym, że miał świadomość stąpania po etycznej linie i wiele uwagi przykładał do tego, żeby grać czysto (pomijał choćby szczegóły medyczne). Pojawia się odwołanie do Boba Flanagana, w ogóle kwestia masochizmu na wielu poziomach i z wielu perspektyw. Tytułowa kraina jest dla Redona na poły mityczna, chciał pokazać ją jako obszar, w którym panują nieokiełznane siły przyrody. Zapytałem go, czy może inspirował się Rohmerem, bo narracja z offu i w ogóle motyw męskiego patrzenia, przyglądania się, obserwowania kobiety z nim się skojarzył. Ale nie, za to przywołał Sherman's March Rossa McElwee i Tarnation Caouette'a.
Im więcej o nim myślę, tym bardziej go doceniam. Zupełnie nieoczywisty, często zaskakujący, przełamujący przewidywania (jak choćby w ostatniej scenie, w której łatwą radość uroczystości dysonansuje schowanie się w niepokjącej masce).

Wydawało mi się dobrym pomysłem, żeby Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi
(The Sky Trembles and the Earth is Afraid and the Two Eyes Are Not Brothers) Bena Riversa (znanego choćby ze stworzonego wspólnie z Benem Russellem A Spell to Ward Off the Darkness) obejrzeć zaraz po Mimosas Olivera Laxe, na którego planie Rivers kręcił. Początkowo wygląda to na nietypowy making of, ale wkrótce śledzimy Laxe'a nie przy pracy, tylko snującego się. Nie będę zdradzał, co się dzieje dokładnie – coś takiego, że powinienem się przejąć, ale jakoś zupełnie mnie to nie obeszło. Starałem się więc smakować obrazy i dźwięki, ale to też jakoś nie szło. Nowy strój bohatera mógł być zainspirowany Moondogiem, raz ciekawie zabrzmiało coś jak zdarte skrzypce. Co do obrazów, to problem w tym, że właśnie oglądałem te same rejony w Mimosas. Maroko jest może i piękne, ale ile można. Obraz Laxe'a też mnie nie zachwycił, chociaż główna postać szaleńca bożego przyciągała uwagę i tak naprawdę trzymała całość, przede wszystkim dzięki niesamowitym oczom (tak na marginesie, to mógłby on być bohaterem jakiegoś filmu Jodorowsky'ego). Jego wiara i zapał, energia i przekonanie, były czymś, co faktycznie przejmowało. Z widoków to w pamięć zapadł mi nie jakiś pejzaż, ale światła zdezelowanych taksówek sunących przez pustynię i odpędzających ciemność. Co do dźwięków, to kilka razy pojawiły się banalne świetliste drony, raz po wygaszeniu innych sfer oprócz niskich częstotliwości (też niezbyt oryginalne) wszedł zniekształcony głos i jakby brumienie wzmacniacza – to akurat fajnie zagrało. Na koniec mocny akcent: nawarstwione i zwielokrotnione zaśpiewy (modły?) stopniowo podmywane utworem „Sinai” OM.

Potem bardzo satysfakcjonujące odkrycie Piękność Nocy – prawdziwa Grisélidis, autoportret (Belle de nuit – Grisélidis Réal, autoportraits) Marie-Ève de Grave. Po prostu solidny dokument, ale nie sztampowy - to byłoby niemożliwe z taką bohaterką (pisarka, malarka, prostytutka walcząca o prawa tej grupy). Mam nadzieję, że będzie to przetarcie szlaków i w końcu ktoś ją przetłumaczy na polski (mnie zachwycił pomysł wydania jej notatek o klientach, a może z innej strony Le cheval nuage byłby dobrym wejściem). Tymczasem pozostaje wikipedia, strona centrum jej imienia, fragment innego filmu.

No i dobre domknięcie dnia za sprawą spojrzenia posthumanistycznym Trzecim Okiem: Zoologia (Zoologiya) Ivana I. Tverdovksy'ego. Drugi film w dorobku tego twórcy, którego doświadczenie jako dokumentalisty jest tutaj dobrze spożytkowane. Opowiada on nam bajkę, ale osadzoną silnie w realiach, z umiejętnie wyważonymi proporcjami humoru i dramatu. Jeśli ktoś nie chce żadnych spojlerów, to niech lepiej nie czyta dalej. Otóż głównej bohaterce wyrasta ogon, najpierw stara się podejść do tego racjonalnie i chodzi po lekarzach (zabawne jak oni wcale nie są zdziwieni). Jak mówi reżyser: But what is extremely important in this story is that a woman who has lived the longest part of her life already and who theoretically needs to start winding down her life and feelings, this woman gets a second chance. She starts living a new and different life, getting into something she never had a chance to experience before. For me, this is a very interesting aspect of the dramatic composition here. Wydaje się, że zaakceptowała ona nową siebie i cieszy się swoją wyjątkowością, ale jednak kończy się to niczym u Braci Grimm. Przypominają się też opowieści z filmu Ottinger i trochę Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków Fedorechenki. W innym wywiadzie Tverdovsky dodał ciekawe spostrzeżenie: one night I switched on the TV and there was a children’s channel where only cartoons are shown. When I was watching that I realized that in children’s cartoons animals are always good guys, but when you look at the films for adults, animals are usually villains. So I watched a lot of children’s cartoons to get inspiration.