8/23/2016

za duszno: Jozef van Wissem (09.09.2016)

za duszno wraca i to z nie byle jakim gościem. po raz pierwszy do Poznania przyjedzie Jozef van Wissem, holenderski lutnista, który inspiruje się muzyką dawną. Szerokiej publiczności dał się poznać jako twórca scieżki dźwiękowej do Tylko kochankowie przeżyją, a z Jimem Jarmuschem współpracował już wcześniej. Oprócz tego nagrywał choćby z Tetuzim Akiyamą, Maurizio Bianchim i Gary’m Lucasem.

Koncert odbędzie się w MDK klubu Dragon o 20:30, bilety kosztują 15 PLN.

8/20/2016

Karol Schwarz All Stars, Sao Paulo Underground, Mikrokolektyw w Uchu (8-9.04.2006)

Z okazji trasy Sao Paulo Underground po Polsce postanowiłem urządzić sobie krótki urlop od codzienności. Jako pretekst miał mi posłużyć któryś z koncertów tego projektu – ostatecznie padło na Trójmiasto. Wybór o tyle trafny, że dzięki temu mogłem zorientować się, jak na żywo wypada również Karol Schwarz All Stars. Zespół ten grał w tym samym klubie (gdyńskim Uchu), tyle że dzień wcześniej.
Na koncert dotarłem lekko spóźniony (za pierwszym razem znaleźć ten klub nie jest wcale łatwo, a i droga długa), ale ominąłem chyba tylko jeden utwór. Spora przestrzeń klubu nie była zbyt napchana ludźmi, ze spokojem dało się jeszcze znaleźć miejsce przy stoliku. Gdy tylko po usadzeniu swej osoby, otworzyłem w spokoju uszy – zostałem trafiony. Kurcze, czyżbym słuchając ich „Greatest Hits” przegapił, że w Polsce mamy odpowiednik Fat Freddy’s Drop? Masywny, bujający motyw z kamery pogłosowej, delikatne rzężenie gitary, sunący bas, dodający smaku i energii bongos i śpiewne, stonowane frazy wokalisty, serwowane zmanierowanym, leniwym głosem. Ale to niestety tylko jeden numer (pod koniec, przed bisem, taki klimat na chwilę powrócił), w innych było również bardzo przyjemnie. Choć mniej zajmująco, muzyka tak bardzo się nie narzucała, że niektóre kompozycje można byłoby spokojnie przegadać. Tym milej, że publiczność żywo reagująca, podczas koncertu pokazała, że jednak przyszła tu słuchać, a nie rozmawiać i bardzo ciepło przyjmowała kolejne propozycje kwartetu.
Całość prezentowała się ciekawie, balansując między inteligentnym popem, nie-eksperymentalnym postrockiem, czerpiąc również z transowości krautrocka. Choć ten ostatni element został podchwycony by wydobyć piosenkową strukturę i zorganizowanie kompozycji, do tego służyły również dubowe akordy. Może by ożywić i wzbogacić nieco koncerty mogliby dokooptować do składu jakiegoś saksofonistę bądź trębacza, czasem brakowało mocniejszej melodii czy solówki.
Jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej z tym zespołem, który może zapełnić lukę na polu nie-głupkowatej piosenki, takich propozycji u nas brak. Pomyślcie o tym, jak brzmiałaby Formacja Nieżywych Schabów, gdyby jej członkowie czerpali inspiracje z nowej muzyki, a nie z kiczu lat przeszłych.

Dzień drugi – Mikrokolektyw i Sao Paulo Underground. Tym razem to nie ja jestem spóźniony, ale muzycy. Jednak opóźnienie nie przekraczało „normy” koncertów jazzowych. W końcu na scenę wchodzą Artur Majewski i Kuba Suchar. Pierwszy oprócz trąbki miał jeszcze dwa dość duże cowbelle, które traktował pałeczkami i mooga. Perkusista oprócz regularnego zestawu (uzupełnionego o dwa plastikowe pudełka rezonansowe) grał jeszcze na dziwnych urządzeniach elektronicznych. Wysokość sceny w Uchu uniemożliwia mi zidentyfikowanie ich, ale był tam chyba mały zestaw perkusji elektronicznej i jakiś prymitywny syntezator. Z tego drugiego wydobywały się bardzo ciekawe dźwięki – motywy, które kształtowały kompozycje, a często jakby podkreślały (przez kontrastowość – same były chwytliwe, czasem banalne) skomplikowanie przebiegów rytmicznych. A te robiły wrażenie, gdy panowie zaczęli, bez żadnych zbędnych introdukcji grę pomyślałem, że nie tylko Otomo Yoshihide uważa „Out to Lunch” Erica Dolphy’ego za ważny punkt odniesienia i inspiracji. Suchar na perkusji grał ogarniając ją w całości naraz, miał pełne brzmienie, wielopłaszczyznowe i skomplikowane. Jego gra mimo dużej dozy „free” charakteryzuje się specyficznym stylem, jakby narastającym, budującym napięcie, często stosuje przerywanie partii, dozowanie dźwięku. Raz chyba pokusił się też o prosty, niemal marszowy schemat i również wypadło to bardzo ciekawie. Także grze Majewskiego nie mam nic do zarzucenia, dźwięki jego instrumentu brzmiały naturalnie, gdy je już przetwarzał to czemuś to służyło, a nie było radością z kręcenia gałkami. I dobrze, bo czasem wychodzi mi już bokiem „pastelowatość” fraz granych na delay’u czy piski, na jakie nastawiony jest na przykład Toshinori Kondo. Trębacz Robota grał spokojnie, ale z zaangażowaniem, długie wstęgi, mocne frazy, z silnie zaakcentowanymi zwrotami. Gra instrumentalistów okraszona była wspominanymi motywami, nieco mrocznymi, ale jednak ciepłymi, które wprowadzały pewien sznyt retro. Występ trwał tylko ponad pół godziny i z pewnością nie nasycił, rozbudzonego dodatkowo, apetytu publiki na grę Polaków.
Po chwili na scenie pojawiły się gwiazdy wieczoru: Rob Mazurek, Mauricio Takara i Richard Ribeiro. A więc kolejno: kornecista (no i miał ze sobą laptopa), perkusista (laptopa też miał) i następny perkusista. SPU też bez specjalnych ceregieli dotarli od razu do sedna sprawy – nawałnicy dźwięków. Zestaw Takary był skromniejszy niż Ribeiry i to ten drugi był odpowiedzialny za rytmy oraz ich nieustanne rozciąganie i przełamywanie. Takara bardziej poszukiwał interesujących brzmień, punktował całość muzycznej płaszczyzny, pojedynczymi dźwiękami. Poza tym był odpowiedzialny za cały czas obecne gdzieś w tle, niskie, zimne organiczne tony, które były niczym fale rozbijające się o brzeg. Z jego laptopa od czasu do czasu uchodziły też szmery i rozmaite drobne zakłócenia. Mazurek stosował całą gamę technik: poza tłumikiem (którego używał też Majewski), zasłaniał wylot kornetu ręką, chustą, a także stosował delikatne przybrudzenie, uzyskiwane elektronicznymi efektami. Występ był niejako dwuczęściowy, po dramatycznym, pełnym emocji solo kornetu, okazało się, że to co słyszeliśmy do teraz było tylko wstępem. Potem wszystko uległo jakby zdwojeniu. Gdyby porównywać grę SPU i Mikrokolektywu, to ci pierwsi nieustannie rozszerzali przestrzeń, a drudzy, jakby ją mapowali, oznaczali. Taki opis nie powinien przywodzić na myśl żadnych wartościowań, że jedni z muzyków są lepsi, inni jeszcze do tego nie dorośli – nic z tych rzeczy. To tylko próba ujęcia pewnej postawy twórczej.
Zresztą jak się okazało – oba podejścia korespondują ze sobą i na ich bazie może dojść do wspaniałego spotkania. Po około 50 minutach wzlotów muzycy SPU zakończyli grę, ale Mazurek nie dawał się długo prosić i przyznał, że okej, że zagrają jeszcze i zaprosił na scenę z powrotem Polaków. Znów zaczęło się ostro, gdyż wszyscy trzej perkusiści naraz zaczęli pastwić się nad swoimi instrumentami. Największe wrażenie wtedy zrobił na mnie Ribeira, który niepostrzeżenie potrafił przestawić się z obstukiwania obudowy bębnów na tworzenie skomplikowanych rytmów. Majewski zaczął spokojnie (potem poczynał sobie trochę odważniej), Mazurek nadal grał swoje smutne, jakby lekko nadgryzione rdzą melodie. Tych dwoje porozumiewało się tylko przy użyciu dźwięków, w ogóle na siebie nie patrzyli, grali znakomicie razem, co wynikało z tego, że nie gonili się nawzajem, ale spokojnie dawali z siebie całą gamę emocji. Pod koniec pierwszej improwizacji Mazurek wzmocnił miniaturowe dźwięki swego instrumentu, które urosły do mazistego, transującego ambientu. Potem zaczął szeptać „robot”, co obsesyjnie powtarzane i przetwarzane brzmiało jak głos z zaświatów. Pod koniec półgodzinnej improwizacji Takara, który zajmował się głównie laptopem, wysnuł z niego takie dźwięki, że to co wcześniej było nieustannie emanującym tłem, które trzeba było wyłapać spod instrumentów, wyszło na plan pierwszy i urosło do apokaliptycznych rozmiarów. Abstrakcyjny dźwiękowy walec przetoczył się przez cały klub kończąc koncert mocnym akcentem.
Przed zastanawiałem się, czy ostatni akt będzie udany, czy nie będzie przypadkiem słyszalne jakieś zblazowanie, znudzenie sobą. No, wolnego – nic z tych rzeczy, raczej byłem świadkiem końcowego procesu tworzenia się w pełni samoświadomego organizmu, kolektywu muzyków, którzy wiedzą czego chcą – chcą grać ze sobą i cieszy ich każda kolejna okazja. Wszak wciąż pozostało tyle emocji do zagrania.

[relacja napisana wkrótce po, opublikowana pierwotnie na nowamuzyka.pl]

8/07/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 2)

Na dobry początek dnia mały wielki debiut Góra (Ha'ar) Yaelle Kayam. Wycofana, powściągliwa, a przez to jeszcze mocniej działająca, opowieść o rodzinie rabina mieszkającej przy cmentarzu na Górze Oliwnej. Jedna z córek zastanawia się, po której stronie będzie ich dom, gdy rozstąpi się ona - jak oznajmia Pismo. Wspominany jest dalszy członek rodziny, który fascynował się Goliatem, mimo że starano mu się to wyperswadować, bo to przecież wróg. Główna bohaterka, żona rabina, nie widzi nic złego w rozmowach z Arabem pracującym na cmentarzu (jej mąż już tak). W ich pogawędkach przewija się, oczywiście, kwestia relacji Żydów i Arabów, choćby z racji ograniczania swobody poruszania się po mieście. Tzvię codziennie budzi nawoływanie muezina, poza tym w filmie muzyka (Ophir Leibovitch) pojawia się tylko dwa razy - najpierw po około 50 minutach, w scenie na wzgórzu z obserwowaniem przez lornetkę (która zresztą powraca i też jest komentarzem do wzajemnych relacji między narodami), potem rabin nuci coś Ennio Morricone (Pewnego razu na dzikim zachodzie?).
Żona relacjonując mężowi opowieść Abeda o jego małżeństwie, aranżowanym, przekręca jeden, ale istotny szczegół - on mówił, że nie jest w związku szczęśliwy, ona przedstawia to zupełnie inaczej. Zapewne aby się pocieszyć, dać nadzieję, bo u niej też nie jest najlepiej. Pochłaniają ją obowiązki domowe, ale ma też czas na spacery po cmentarzu, odwiedziny na grobie ulubionej poetki (której wiersze są też komentarzem do wzajemnych relacji, tym razem na mniejszą skalę). Podczas przechadzek odkrywa, że na cmentarzu pod osłoną nocy kwitnie życie. Świetnie jest poprowadzony ten wątek, w ogóle cały film, bo w sposób nieoczywisty, nie wiadomo, co się wydarzy. Żeby nie zdradzać powiem tylko, że ciekawa gra z archetypem kobiety-karmicielki, czyli tej dającej życie.

Czekając na B (A longa espera) to też debiut pełnometrażowy, małżeństwa brazylijskich reżyserów Abigail Spindel i Paulo Cesara Toledo. Pod inicjałem kryje się Beyoncé, ale ona jest tutaj w zasadzie pretekstem, bo prawdziwymi bohaterami są jej najwierniejsi fani, którzy na dwa miesiące przed koncertem w São Paulo rozbijają obóz, żeby na pewno dostać się na ten występ. Jak przyznał Toledo, dopiero po rozpoczęciu zdjęć okazało się, że z pośród najbardziej zagorzałych wielbicieli 90% to mężczyźni, a wśród nich w zasadzie 100% to geje. Powstał fascynujący portret zbiorowy grupy ludzi ze środowiska LGBTQ, których wolność manifestuje się przez muzykę, a ona okazuje się też środkiem emancypacji. To co na początku chciałoby się zbagatelizować jako nic nie znaczące odgrywanie teledysków, naśladowanie i ślepe wpatrzenie w gwiazdę okazuje się czymś więcej. Z wcielania się w B. można przejść do tworzenia czegoś autorskiego, chęć zrozumienia tekstów może prowadzić do nauki angielskiego, w efekcie do pozostania na studiach. Jeden z bohaterów wspomina też, że przebieranie się i tańczenie do piosenek B. najpierw w bezpiecznym zamknięciu w swoim pokoju doprowadziło go do akceptacji własnej orientacji seksualnej i w efekcie do decyzji o wyautowaniu się. Fani nie są też bezkrytyczni, rozważają różne zachowania i wypowiedzi B., spierają się o nie. Ciekawe zestawienie tej grupy z kibicami (doszło do spotkania, bo koncert odbywał się na stadionie) i z masową mszą (pokazywaną w telewizji). Ona sama nie pojawia się w filmie, twórcy chyba starali się o to, ale to że im się nie udało wychodzi obrazowi na dobre, dzięki temu zachowuje on spójność.
W rozmowie Toledo mówił, że gdy zaczynali kręcić to nie mieli szczegółowego planu, chcieli po prostu pokazać najbardziej zagorzałych fanów i pozwolili się prowadzić temu, co napotkali. A w ogóle to nakręcili 30 godzin materiału, czyli bardzo mało.

Pośród tych wszystkich nowych filmów dobrze czasem obejrzeć jakiś starszy. Jak choćby Lovely Rita z 2001 roku, czyli pierwszy długi metraż Jessiki Hausner, który chciałem sprawdzić jako miłośnik Lourdes. Była to zaskakująca podróż w czasie - myślę, że można by mi wmówić, że powstał on nie 15, ale 25, a może i 35 lat temu. Przede wszystkim ze względu na specyficzną fakturę obrazu, do czego dochodziły silne zarysowania w kilku momentach. Ale też dlatego, że świat przedstawiony (austriackiej prowincji) funkcjonuje jakby poza czasem albo w swojej własnej strefie. Mamy tu takie elementy jak szkołę o silnym kręgosłupie religijnym oraz ojca, który ma strzelnicę w piwnicy. Moją uwagę zwrócił też taki detal, jak powtarzające się poprawianie przekrzywionych obrazów. No ale są takie szczegóły, które jednak przypominają konkretny okres - chłopiec ma czapkę z Cartmanem, razem z główną bohaterką tańczą do Moby'ego (którego płytę ja kupiłem akurat w Austrii).
Po seansie miała miejsca kolejna dyskusja, która pozwoliła mi bardziej docenić film i wniknąć w niego. Postanowiłem, że w miarę możliwości będę chodził na projekcje ze spotkaniami, wiadomo - dzieło ma się bronić samo, ale autor może mu trochę pomóc, no i też warto zetknąć się z nim oko w oko. Hausner mówiła, że nie zrobiłaby tego filmu inaczej, montaż zabrał jej rok, pracowała z naturszczykami, bo trudno było znaleźć odpowiednich aktorów, większość była zmanierowana teatrem. A ona chciała czegoś nieteatralnego, szczególnie zależało jej na ukazaniu upartego zamknięcia, nieprzystępności bohaterki (której historia opierała się na faktach). Zapytana o Fassbindera odpowiedziała, że ceni, zwłaszcza za wyzyskiwanie schematów melodramatycznych; o Bunuela - że również, szczególnie za humor. Podczas oglądania przyszedł mi do głowy Haneke i chciałem ten wątek pociągnąć, ale że wydawało mi się to oczywistym skojarzeniem, więc zapytałem jak reaguje na porównania tego dzieła do wczesnej jego twórczości. Trochę wymigała się od odpowiedzi wprost, ale przy okazji wyszło, że współpracowała przy Funny Games. Wtedy pokazała mu swój Flora, na co on stwierdził, że kojarzy mu się to z Bressonem, a Haussner przyznała, że nie widziała żadnego jego filmu (na co usłyszała: to najlepsze jeszcze przed tobą). Gdy padło nazwisko francuskiego giganta, olśniło mnie - Mouchette! Można by upraszczając ująć Lovely Rita jako skrzyżowanie tego dzieła z Siódmym kontynentem.
Dalej też było interesująco, bo reżyserka mówiła, że nie buduje postaci psychologicznie, są one funkcjami tematu - tutaj widzimy koleżankę, która wybacza Ricie, ale to nie ma sensu, bo nie ma takiego boga, który mógłby jej wybaczyć. Widz jest ostatnią instancją - stąd spojrzenie w kamerę w ostatniej scenie. Zdradziła też, że montując bardzo dużo wycina, wiele planuje, ale przyjmuje niespodzianki (co brzmi jak porada z "Notatek o kinematografie" Bressona).

Zabawne, jak filmy się ze sobą spotykają. Również w 2001 roku K8 Hardy zaczęła kręcić materiał, który w końcu złożył się na Fatałaszkument (Outfitumentary). W tym przypadku rozmowa po była nawet ciekawsza niż sam seans. Zamiast standardowej przyjaznej atmosfery wytworzyło się pewne napięcie, bo jedna widzka uderzyła w tony "dlaczego uważa pani, że mogła nam zająć półtorej godziny życia takim czymś". Mnie też rzecz nie przekonała, ale nie byłbym aż tak ostry. Wydaje mi się, że autorka chciała złapać kilka srok za ogon i coś jej się wymknęło. We wstępie mówiła, że chciała dokumentować stroje młodej feministki lesbijki w Nowym Joruku, ich przemianę. Jednak dysponowała, jak to ujęła, gównianą kamerą, więc tak naprawdę nie widać wszystkiego zbyt dobrze. Czasem nie nastawi ostrości, cóż - taki klimat swobodny. Jakieś detale, wyszukane dodatki czasem są pokazane w zbliżeniu. Pada raz z ekranu, że ten strój jest bogaty semiotycznie", ale to chyba żartem. Chciałem nawet zapytać, czy nie rozważała jakiegoś komentarza, kilku słów choćby dla kogoś nieobeznanego z modą. Ale w dyskusji po padło, że tak naprawdę nie chodziło o stroje. I już nie wiedziałem, co myśleć - chodziło czy nie? Hardy zaczęła tłumaczyć, że chciała ukazać rozwijanie się relacji z kamerą. Ale ja nie dostrzegłem za bardzo zmian w tej materii, oprócz tego, że na początku się podśmiechiwała, a potem była już bardziej wyluzowana. Czasem z kimś rozmawia, czasem odgrywa scenki do lecącej muzyki (przez radio wkrada się też rzeczywistość: coś o kredytach, demokracji). Fajne glitche, zwłaszcza dźwiękowe, będące zasługą psującej się pod koniec kamery. Autorka przyznała, że zaczęła pracować nad zebranymi materiałami, gdy pojawił się fenomen selfie. Faktycznie, jest to pokrewne temu zjawisku, ale moim zdaniem lokuje się na tyle obok, że takie przemieszczanie wyszło nieprzekonująco.

Actor Martinez Mike\a Otta i Nathana Silvera rozegrał się jakoś obok mnie. Nic temu filmowi nie można zarzucić i może gdybym obejrzał go na początek dnia, to udałoby mi się w niego wejść. A tak te gry między fikcją i rzeczywistością nie trafiły do mnie. Przypomniał się Charlie Kaufman, który robił to lepiej.

8/06/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 1)

Pierwszego dnia poszedłem na Juliettę Almodovara, ale tylko dlatego, że nie udało mi się dostać na nowego Apichatponga. Była to więc taka nagroda pocieszenia, nie spodziewałem się wiele i dzięki temu się nie zawiodłem. Na poziomie, stylowo, fachowo, z nawiązaniem do mitu Odyseusza, niespecjalnie mnie to poruszało.

Festiwal rozpoczął się dla mnie tak naprawdę następnego dnia rano i to z rozmachem. Korporacja (Office) wszechstronnego Johnniego To, czyli oszałamiający biurowy musical, z fenomenalnym początkiem, potem tempo trochę spada, ale to w sumie nawet dobrze, bo nadal jest szybkie. Piosenki o wchodzeniu na giełdę i audytach, muzycznie może nie są nowatorskie, ale nadrabiają treścią. Materialistyczne wyznania wiary podają wiele prawd objawionych tak wprost, że trudno przyszpilić, czy to jeszcze szczerość, czy już puszczanie oka. Udało się w tym filmie stworzyć świat osobny, kompletny, w czym duża zasługa fantastycznej scenografii, ale osadzony w rzeczywistości (kryzysu). Wszystko zbudowane jest ze stelaży i rozświetlone jarzeniówkami, taka konstrukcja zapewnia dobrą widoczność, przejrzystość, gwarantuje pewne ramy, ale może też sugerować niestabilność, czasem przypominać kraty czy ogrodzenia. Jest to świetne zmetaforyzowanie specyfiki tej sytuacji. Świat ten zachowuje autonomię przestrzenną, jest jednocześnie wydzielony, ale i otwarty oraz czasową, bo nie jesteśmy w stanie określić, kiedy mijają dni, a kiedy miesiące. Wszędzie są zegary, ale często nie wiadomo, jaka to pora dnia, bo widać, że biurowiec jest wybudowany w studiu i otacza go czarna przestrzeń. Jeden przykład niesamowitej dbałości o szczegóły: papierosy pali się na dachu, bagatela 71. piętro, a stojącym tam wiatr rozwiewa włosy.
Do tego jawne odwołania do Metropolis i Modern Times, przypomina się też Playtime Tati. Tak jak dla francuskiego reżysera, tak dla To dźwięk jest bardzo ważny. Interesująco byłoby gdyby chciał naprawdę zaszaleć i postawił na warstwę muzyczną z dźwięków konkretnych obecnych w biurowcu. Ale i tak jest pod tym względem ciekawie, np. gdy zapada w nim cisza (zjawisko tam rzadko spotykane) i słyszymy tylko jakiś równomierny odgłos, czy to mechanizm zegara, czy klimatyzacja, czy może niewidzialne serce korporacji? O żywym organizmie pozwala myśleć podobieństwo tego dźwięku do aparatury szpitalnej przewijającej się w pobocznym wątku. Zastanawiające, że w niemałym zespole nie figuruje sound designer, a jedynie recordist (Sham Pekkle).
Reżyser poszedł o krok dalej niż w Don't Go Breaking my Heart, w którym przestrzeń biurowców z wielkimi oknami (a potem też miejską) uczynił nie tylko scenerią, ale też katalizatorem, romansu. Tam zresztą była jedna scena na poły musicalowa. Gdy skorzystał z tego formatu w pełni, dał nam jeden z najlepszych filmów NH. Sama idea korporacyjnego śpiewania nie jest taka niezwykła w kulturze azjatyckiej, pamiętam program o piosenkach motywacyjnych śpiewanych z rana w biurach japońskich. Ciekawe, czy to była dla To jakaś inspiracja.

Czarny mróz (La helada negra) Maximiliano Schonfelda mniej mi przypadł do gustu. Ciągle mnie zastanawia, co było widać na początku - chyba nie komórki, prędzej jakieś skamieliny. Towarzyszyły im szmery i basowe posuwy, które potem wracały i rozszerzały przestrzeń, dawały poczucie bezmiaru, nawet gdy oglądaliśmy coś zupełnie zwykłego. Odsyłały też do tej pierwszej sceny. Kilka razy najpierw pojawiał się dźwięk z kolejnej sceny, a dopiero potem obraz. Bardzo ładne nakładania i przenikania dwóch albo nawet trzech obrazów, raz np. pejzaż zmieszany z twarzą głównej bohaterki. To interesujące zwłaszcza, gdy pamięta się czyjeś słowa, że jej oczy mają moc. Jak ona patrzy na to, co ją otacza, czy jej spojrzenie zmienia. A propos widoczności, to jeszcze znaczenie dymu. Zaskoczyły mnie jakby austriackie tańce i melodie na imprezie.
Spostrzeżenia, że ludzie wysychają wewnątrz więc rośliny też oraz że im mniej mają, tym więcej obstawiają, nie są może wielce odkrywcze, ale też jakoś bardzo nie rażą i filmowi nie można w zasadzie nic zarzucić. Ale mnie jakoś taki realizm magiczny nie wciągnął.

Potem wybrałem się w długą podróż na Aleuty i Alaskę z Ulrike Ottinger. Cień Chamisso (Chamissos Schatten, Teil 1: Alaska und Aleutische Inseln) trwa ponad trzy godziny, a jest to i tak tylko pierwsza część cyklu. Chyba idealnie odbierałoby mi się go w godzinnych odcinkach, tak jak jakiś program na Planete. W takiej ramówce na pewno byłaby to pozycja wyróżniająca się na plus. Reżyserka podąża śladami Adelberta von Chamisso, który brał udział w rozpoczętej w 1815 roku ekspedycji naukowej, przywołuje dziennik jego, jak i zapiski Alexandra von Humboldta i Georga Stellera. Zaczyna się od podróży palcem po mapie, dosłownie, bez żadnych wizualizacji i infografik. Już to pokazuje, jakie będzie tempo opowieści. Długie statyczne ujęcia, często bez narracji, oczywiście żadnej muzyki. Była jedna ciekawostka dźwiękowa - specjalna boja wyposażona w dzwon i gwizdek w okolicy wyspy Kodiak, która wydaje różne odgłosy w zależności od zmian szybkości fal i wiatru (Tomek Popakul podrzucił link do youtube'a, dzięki któremu trafiło na to - nie zupełnie o coś takiego chodzi, ale blisko). W innej scenie trzeszczący wrak. Ottinger dużo uwagi poświęca migracjom, zauważa na przykład, że chętniej przemieszczali się ludzie z wybrzeży, którzy byli niejako ośmieleni przez istniejące szlaki handlowe, wiedzieli, że taki ruch jest możliwy. Bardzo ciekawa, niejednoznaczna, okazuje się też rola rosyjskich misjonarzy (poza ich krajem), którzy choćby spisywali miejscowe języki, by na nie tłumaczyć Biblię. Spory epizod ma wydra, która powraca też w ludowych podaniach, gdzie zostaje żoną człowieka. W innym waleń zamienia się w młodzieńca, fascynujący jest ten świat gdzie zachodzą transformacje we wszystkich kierunkach i pomiędzy gatunkami. Można by pół-żartem stwierdzić, że posthumanistyczne pomysły krążą od dawna.
Na spotkaniu po autorka mówiła o swojej fascynacji Cieśniną Beringa, tym miejscem zetknięcia kontynentów (już wcześniej kręciła w Azji, ale nie tak na północy). Dobrze, że padło to słowo, bo ja podczas oglądania jakoś tego zafascynowania nie odczułem. Oczywiście, sam fakt poświęcenia takiej ilości czasu jednemu projektowi o czymś świadczy. Ale mi chodzi bardziej o samą atmosferę filmu, któremu bliżej do poetyki wykładu, z beznamiętnym komentarzem (żeby tak raz na jakiś czas zmienił się ton głosu i pojawił się w nim choć cień emocji) i obiektywizującymi zdjęciami. Żadnych nietypowych ujęć, odważnych kątów ustawienia kamery, zaskakującego kadrowania. Jasne, że sama sceneria jest tak niezwykła, że robi wrażenie, ale ono z czasem słabnie i nienacechowane emocjonalnie obrazy trochę nawet nużą. Zapewne szukam dziury w całym, ale też miałem czas, żeby to robić. Niemniej przyklaskuję Ottinger, bo również doceniam, jak to ujęła, "czas epicki" czyli długie trwanie, przyglądanie się niespiesznym procesom, namysł nad nimi. Za tym szło spostrzeżenie, że filmy musiały tyle trwać, żeby przedstawione kultury mogły należycie wybrzmieć. Wspominała też o tym, że różne przywołane relacje dialogują ze sobą, o tym, że młodzi rdzenni Amerykanie odkrywają swoją historię i o korzystaniu z warsztatu antropologii strukturalnej.

Jakoś nigdy nie dałem sobie szansy, żeby stać się fanem Pippo Delbono, więc uznałem, że retrospektywa na festiwalu to najwyższa pora. Niestety zacząłem od rejestracji spektaklu, a nie jego filmu. Cisza (Il silenzio) bazująca na tekstach
Giuseppe Ungarettiego zupełnie do mnie trafiła. I nic nie dało, że "łączy z powodzeniem Beethovena z Bartókiem". Wynotowałem sobie tylko różne "rodzaje" ciszy: umarłych, żywych, głuchych, kamieni - to nie wszystkie. A na koniec mieszająca wszystko parada (a'la Fellini?).

Zwieńczeniem dnia była pierwsza odsłona skromnej sekcji Trzecie Oko: Posthumanizm, na którą postanowiłem chodzić w ciemno. Dzika (Wild) to film Nicolette Krebitz (która wcześniej nakręciła rzecz o obiecującym tytule Das Herz ist ein dunkler Wald) o fascynacji młodej kobiety wilkiem. Wiem, że obraz ten wzbudził bardzo mieszane uczucia, ale ja wziąłem go z dobrodziejstwem inwentarza. Jest mocno, czasem po bandzie, ale cóż - zew krwi ma swoje prawa, na szczęście jest też z humorem (znów życie biurowe). Fajny pomysł z kobiecym rytuałem osaczania wilka. Myślę też teraz, że film może być odczytany jako komentarz również na temat związków ludzi, nie tylko między gatunkami. Dobry dźwięk (Rainer Heesch), muzyka (głównie Terranova) i zdjęcia.
No i główna rola: Stangenberg has that exceptional quality that a few actresses exhibit from time to time, of seeming quite ordinary at first while promising and/or showing increasing flashes of the extraordinary. She has this and more, specifically great guts and daring, and not becoming self-conscious or histrionic while laying everything on the line physically. Hollywood actors who imagine they’re bold when they step out of their comfort zones would be humbled and chastened by what they see here. (via)
Wild is a great experiment. Stangenberg nails the character of Ania and convinces of her desire for the wolf. Her subsequent wooing unfolds comedically as we watch the notion of bestiality manifest onscreen—it feels real and thus foreign (at least to me—I’m a bit of a prude). Ania exhibits growth from her shy beginnings to nonchalantly leaving a rabbit she buys at the mercy of the wolf in her flat. (Trigger warning: If you really like bunnies, this film is not for you.) Not to mention: Stangenberg works her waify, model-like physique in sensual scenes to subvert the idea of the girl next door. Friedrich also performs well, as I found her boss’s character to be distastefully lecherous just as much as I pitied him. (via)

8/05/2016

Trio Nexus gra Feldmana, Toshimaru Nakamura, FM3, The Necks - Haus der Kulturen der Welt (31.03.2007)

Nicholas Bussmann (z Kapital Band 1) zaplanował naprawdę ciekawy dzień w berlińskim Haus der Kulturen der Welt, była to czwarta odsłona meine Baustelle, o nazwie meine Zeit. Około 15.20 Trio Nexus (Erik Drescher: flety, Tomas Bächli: fortepian, Claudia Sgarbi: wibrafon, dzwony rurowe, glockenspiel) zaczęło wykonywać "For Philip Guston" - czterogodzinny utwór Mortona Feldmana z 1984 na flety, fortepian, wibrafon, glockenspiel i dzwony rurowe. Występ odbywał się w obszernej sali, w której na co dzień mieści się bar. Na szczęście funkcja konsumpcyjna miejsca nie rzucała się w oczy, bar oczywiście nie był otwarty w czasie koncertu, stoły odsunięto pod ścianę, jedynie szum klimatyzacji dochodzący pozostał jej śladem. W Sali wysokiej na ok. 6 metrów, z antresolą i dwoma ścianami przeszklonymi w całości, niska scena ustawiona została na środku, otoczona ze wszystkich stron rzędami krzeseł. Bardzo mnie ucieszyło, że siedząc w środku i słuchając kompozycji będę mógł utrzymać kontakt ze światem zewnętrznym. To za sprawą tych szklanych ścian, z których szersza oferowała widok na rzekę. Okazało się to tym bardziej dogodne, że utwór był zupełnie nienarracyjny. Do tego co usłyszałem mogłem dodać więc rozmaite zewnętrzne zdarzenia. Przejeżdżające pociągi (różne typy - kolory), przepływające statki (np. "Milan", "Luna"), samoloty, rowerzystów, joggingowców, spacerowiczów - w rozmaitych konfiguracjach, rodzinnych i pewnie też poza-. Statki wdzierały się czasem do wnętrza, warkot silnika przy odbijaniu od brzegu albo strzępki głosu pana, który przez mikrofon opowiadał coś ludziom na pokładzie. Potem też słońce wędrujące po rusztowaniu (które było wewnątrz sali) i odbijające się w budynku na moście.
O ile się orientuje "For Philip Guston" to drugi najdłuższy utwór Feldmana (po pięciogodzinnym "String Quartet II"), nie da się więc pominąć tej kwestii. Wysiedzieć cztery godziny bez przerwy, słuchać cztery godziny bez przerwy (tzn. słuchać uważnie, tak jak zwykle się czyni na koncercie), czy to w ogóle możliwe? czy nie jest to w jakiś sposób nie-ludzkie? Może nawet w jakiś sposób megalomańskie (ze strony kompozytora) jest wymaganie tego, napisanie takiej kompozycji i zaplanowanie jej odegrania w ten sposób (bez przerwy)? Nie wiem, na pewno nie mogę powiedzieć, że ten utwór mi się podobał. Ale też nic odwrotnego, choć przez ostatnie pół godziny patrzyłem zniecierpliwiony na to ile kartek z partytury jeszcze zostało.
Oczywiście, mogłem wyjść, rozruszać się, ogrzać (na zewnątrz było cieplej niż w środku), zjeść coś i wrócić po kwadransie z nowymi siłami. Kolega Marcin Sieradzki podniósł ciekawą kwestię, czym się różni doświadczenie, odbiór tego utworu przez osoby, które wyszły na jakiś czas, od tych które wysłuchały całego utworu. Licząc na oko z 60-70 osób, które były na początku wyszła mniejsza połowa, kilka wyszło na jakiś czas, wiele osób przyszło w trakcie trwania utworu, niektórzy w połowie. I jeszcze ci ludzie na zewnątrz, aż chce się ich aktywność fizyczną ustawić w opozycji do bierności słuchaczy.
Nie wiem, może tą muzykę należy brać tak niezobowiązująco, jest sobie całość, która ma cztery godziny, ale my możemy w jednym miejscu się wyłączyć by włączyć się znów, kiedy nas najdzie ochota, a te dźwięki są mimo tego, że my nie zwracamy na nie uwagi. Jednak do takiego odbioru nie skłaniają mnie warunki koncertowe. Na pewno nie czuję się swobodnie w sytuacji, gdy powiedzmy wyjęcie cukierka z szeleszczącego opakowania staje się głośniejsze niż grana muzyka. Nie wiem, ale ja mam w sobie sporo szacunku dla pozostałych słuchaczy i staram się nie zakłócać innym odbioru, bo wiem jak mnie samego wkurza, gdy ktoś mi zakłóca.
W drugiej połowie czytałem trochę książki, a więc jakąś część uwagi wyłączyłem, ale z drugiej strony nie miałem wrażenia, że coś mi umknęło. Wspomniałem, że muzyka była nienarracyjna, tzn. nie było w niej żadnych napięć, nie miała jakiegoś wyraźnego przebiegu. Poza tym była zupełnie pozbawiona emocji, czasem dźwięk fletu splótł się z akordem fortepianu, co razem dawało efekt czegoś na kształt wyrażania uczucia. To było najbardziej widoczne jeśli chodzi o flet, który mi się kojarzy z utworami w rodzaju "La Notte" Vivaldiego. U Feldmana po prostu podawał jakieś dźwięki, absolutnie żadnej melodii, jedynie pojedyncze dmuchnięcia. Nie zmierzam wcale do konkluzji w stylu każdy tak może zrobić, wrzucić parę dźwięków tu, parę tam, nawet na cztery godziny. Określeń "nienarracyjna" i "pozbawiona emocji" nie traktuję pejoratywnie. To jest problem, który często mam w pisaniu o muzyce, powiedzmy że chcę coś polecić, ale przychodzą mi na myśl przymiotniki czy cechy określające czy też brane za wady. A coś co jest zwykle wadą może być zaletą jakiejś muzyki. Może nie tyle zaletą, co nawet istotą, sposobem istnienia. Tak jak w tym przypadku.
Nie wiem, czy wymyślę jakąś konkluzję...Nie chcę, żeby to wyszło na to, że skoro ja miałem problemy z wysłuchaniem, to nikt inny nie da rady i ten utwór jest dla nikogo. Waham się teraz co do tej megalomanii kompozytora, też byłaby to megalomania inaczej pojęta. Nie duma, rozdęte ego, bliżej do jakiejś nieprzystawalności do rzeczywistości, nadmiarowości. Chciałbym tylko zrozumieć, jak odbierać ten utwór, jak on ma oddziaływać, jaki był zamysł kompozytora...może kiedyś.
Gdy Trio Nexus trzeci raz wychodziło na scenę niesione oklaskami my wychodziliśmy z sali, żeby dojść do siebie przed występem Toshimaru Nakamury. Byliśmy z powrotem w HKW około 20, gdzie okazało się że następne wydarzenia będą odbywać się w Auditorium - sporej sali koncertowej, której wprost nie mogę się nachwalić. Wygodne fotele, miejsce żeby wyciągnąć nogi, fantastyczne nagłośnienie, dużo świateł (umiejętnie używanych). Naprawdę luksusowe warunki do odbioru muzyki.
Na scenę wyszedł Bussmann, pełniący rolę konferansjera-prezentera, udało nam się zrozumieć tyle, że Konono No 1 nie przyjedzie, a The Necks zagrają dwa sety. Ale najpierw Japończyk i jego no-input mixing board. Trudno mi powiedzieć, co dokładnie robił, pewnie 'przekręcał gałki', ale nie mogłem nawet połączyć zmian dźwięków z ruchami rąk, bo sprzęt był zasłonięty przez postawioną przed nim obudowę. W każdym razie, nie było ani ekstremalnie wysoko, ani nisko (brakowało mi niskich częstotliwości), ale wśród publiczności widziałem takich, którzy zatykali uszy, część zdążyła nawet wyjść. Nakamura nie pozostawiał żadnych dźwięków na dłużej, elementy często się zmieniały, czasem skokowo. Dużo było struktur wyraźnie rytmicznych, ale żadnych bitów. Kilka ciekawych zabiegów z przestrzennym rozbiciem dźwięku (część dochodziła z głębi). Dobry występ, ale drastycznie krótki (25 minut).
Po chwili przerwy, ustawieniu dwóch banerów i zadymieniu sceny duet FM3 zaczął wydobywać dźwięki - najpierw jakiś tradycyjny chiński flet, puszczony przez pogłos, potem zaloopowany, następnie wyłania się druga połowa duetu i przez potrząsanie gitarą uzyskuje wszechobecną aurę. Dźwięki zaczynają przybierać na wadze, chwilami jest zbyt głośno, ale gdy podłoga się rusza robi to wrażenie. Generalnie nie jestem przekonany do ogólnego pomysłu - gitara bardziej jako generator tonów, choć gdzieś w tle przemyka się bardzo dyskretny motyw, a na tym płyną delikatne barwy dobywane z fletów itp. Były partie, które zbliżały się do new age'owej atmosfery, jakoś patetyczne, natchnione, do tego gitarzysta w ekstatycznym rozkroku spowity dymami. Pewnie nie moja stylistyka, ale poza tym to był to jeden pomysł, który po kilku minutach wydał mi się ograny i teraz była tylko kwestia, czy pojawią się jakieś interesujące brzmienia.
Przed Necksami nastąpiła dłuższa przerwa, którą zgodnie z radą Bussmanna wykorzystaliśmy na wizytę w barze. Czas oczekiwania nie był na szczęście zbyt długi, jeszcze jedno dopowiedzenie konferansjera, coś chyba nt. niejasności na czym mogą polegać dwa sety tria, tzn, że może nie być przerwy albo może być chwilowa. Mniejsza o to, wyjdzie w praniu. Zaczął Abrahams, po chwili Swanton i Buck dołączyli. Aaachhh, muzyka The Necks, coś wspaniałego, rzecz jedyna w swoim rodzaju. Dźwiękowa transcendencja. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to naprawdę powinien. Chyba nie mają słabych płyt, raczej takie które mi się po prostu mniej podobają (pierwszy cedek Silent Night, Next i Chemist w który się dopiero wgryzam). Reszta jest w zasadzie genialna i praktycznie każdy kolejny album jaki poznałem uważałem za najlepszy.
Muzycy długo szukali się nawzajem, może nawet z 20 minut, ale ja czekałem cierpliwie, wiedziałem, że gdy już akcja się zawiąże, to będzie tylko lepiej. Nie będę próbować opisywać przebiegu koncertu, tylko kilka spostrzeżeń. Jak mało Buck używał bębnów, koncentrował się na talerzach, a miał dodatkowy bęben basowy. Obok stał też średni gong, na werblu leżały z trzy małe talerze (coś takiego) i w to najczęściej Buck "stukał". Dopiero kiedy już maszyna The Necks szła pełną parą pojawił się motyw stopniowo wzmacnianych trzech uderzeń bębna basowego. Lloyd Swanton używa również smyczka, którego krótkie, ostre ruchy w drugim utworze w połączeniu z uderzeniami Bucka dają jakiś marszowo-militarny posmak. Mam wrażenie, że muzyce nadaje kierunek Chris Abrahams, który tamtego wieczora więcej czasu spędził po prawej stronie klawiatury, ale drugiego końca nie omijał. Gra głównie drobne motywy, powtarzane, nieustannie zmieniające się, ale potrafi też zupełnie z niczego zagrać nowy temat, nie powiązany z poprzednim. No i w ogóle, co za zgranie, Abrahams siedział do pozostałych tyłem, a złapałem tylko jedno spojrzenie Swantona na Bucka.
No i wspominana kwestia przerwy i drugiej odsłony. Najpierw w bezruchu zastygł pianista, potem kontrabas przestał się odzywać, Buck dwoma pałkami w mikro-ruchach grał na największym talerzu. I co się teraz stanie, jak skończy? Wyciszy? Trzaśnie mocniej? Tymczasem Abrahams wykonuje jakiś ruch w kierunku klawiatury, ale rezygnuje i powraca do skulonej pozy. Jednak po chwili mocno wracają dźwięki fortepianu, niemal przykrywają perkusję. I tak zaczyna się drugi set. Cholernie energetyczny, z obstukiwaniem kontrabasu, celnymi uderzeniami pięściami w klawiaturę i mnóstwem dźwięków perkusji. Oprócz grania w kilku partiach wyraźnego rytmu, Buck powraca do 3-uderzeniowego motywu (w zmienionej formie), poza tym wziął jeden z mniejszych talerzy, które leżały na werblu i trzymając go swobodnie w ręce pozwala mu stukać w pozostałe. Efekt chwilami przypomina gamelan, ale częściej jest bardziej niestabilny, chwiejny, niemal chaotyczny, ale pięknie uzupełnia ustaloną choć zmienną strukturę. I momentalny koniec, którego nic nie zapowiadało. Burza braw berlińskiej publiczności (spokojnie ponad 250 osób).
Potem czas na skromne zakupy. Marcin podsuwa Swantonowi (który prowadzi merchandise table) pomysł koncertowania w Polsce, ten odpowiada, że rozmawiali z promotorem (ciekawe, czy to standardowa odpowiedź na takie pytania?). Autografy, Buck daje się namówić na narysowanie czegoś wewnątrz opakowania mojego nabytku, a na wspomnienie koncertu na Musica Genera potakuje i mówi, że wyjdzie on na płycie.

[tekst opublikowany pierwotnie wkrótce po na emd.pl/wiki]

7/17/2016

Animator - 9. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych (cz. 2)

[część pierwsza tutaj]

Festiwal to też konkurs filmów pełno- i krótkometrażowych. W tej pierwszej kategorii jury nagrodziło Nuts! Penny Lane, a publiczność Psiconautas, los niños olvidados Pedro Rivero i Alberto Vázqueza. Nuts! jest świetnie poprowadzoną, zaskakującą opowieścią, dowcipną, ale bez przegięcia, o co byłoby łatwo zważywszy na temat. Dla mnie ciekawy też dlatego, że jego bohater szybko poznał się na sile radia. Psiconautas to trochę straszna, a trochę śmieszna historia, bajkowe ujęcie post-apokaliptycznych czasów z bardzo aktualnym wątkiem śmieci.
Oczywiście trudno porównywać tak różne filmy, ale La Montagne magique Anki Damian był równie dobry. Na początku miałem wątpliwości, czy taka mnogość technik i środków jest faktycznie potrzebna, ale wszystko zespala mocna historia, wartka narracja i intrygujący narrator. Tym lepiej działa druga połowa prawie pozbawiona słów, opowiadająca obrazem.
Jeśli chodzi o krótsze formy, to publiczność wybrała Sexy Laundry Izabelii Plucińskiej, pełną humoru ale i gorzką opowieść o parze próbującej ratować swój związek. Jury dało Grand Prix Before Love Igora Kovalyova, które mnie akurat nie przekonało. Rzecz jest dopracowana i wciągająca, jednak fabuła zbyt otwarta, zresztą reżyser podobno mówił, że tak ma być i każdy może interpretować, jak chce. Drugą nagrodę dostał Blind Vaysha Theodore'a Usheva, o którym pisałem tutaj. Trzecią Endgame Phila Mulloy'a, też historia śmieszno-straszna, odwołująca się do formy gier komputerowych, ale taki starych jak pamiętny Scorch. Albo wręcz do "gier" rysowanych w zeszytach szkolnych. Najlepszym filmem muzycznym uznano Erlkönig Georges'a Schwizgebela, który był muzyczny nie tylko bo towarzyszyła mu kompozycja, ale też ze względu na wciągający stały rytm przekształceń. Najlepszym filmem studenckim wybrano About a Mother Diny Velikovkay'i, bajkę pełną prostych i zabawnych pomysłów rodem z tradycyjnych opowieści (moc włosów!). Nagrodę Stowarzyszenia Filmowców Polskich dostała Marta Pajek za Figury niemożliwe i inne historie II, którego styl nie przypadł mi do gustu, ale doceniam ciekawe przełożenie wyrażeń "obchodzić się jak z jajkiem", "trupy w szafie" na wizualność. A na koniec zastanawiałem się - co się z tego wykluło? Ucieszyła mnie nagroda im. Wojciecha Juszczaka za szczególne walory artystyczne dla Izumi Yoshidy za Kinki. Abstrakcyjny, ale poruszający, kipiący emocjami, z nieszablonową muzyką Sebastiana Ładyżyńskiego. Podobno w szkole autorki w Łodzi rzecz wzbudziła pewne opory grona pedagogicznego, że to w ogóle nie jest film.

Chyba każdy festiwal animacji zerka w kierunku Annecy - poznański już kolejny rok współpracuje z tamtejszym i pokazuje nagrodzone na nim filmy. To pewnie nie miarodajne, ale jeśli brać pod uwagę jakość wyróżnionych tu i tam dzieł, to Animator wypada lepiej niż dobrze. Jak mówił Yves Nougarède we wprowadzeniu wydarzenia zeszłego roku, z zamachami w Paryżu na czele, odcisnęły swe piętno też na filmach animowanych. Żeby więc seans nie wypadł zbyt depresyjnie dodał dwa nie nagrodzone. Słusznie, bo były one bardzo fajne (Mr. Sand Soetkina Verstegena i Stems Ainslie Hendersona). Znów w zasadzie każdy byłoby warto wspomnieć, ale na pewno trzeba Peripheria Davida Coquard-Dassaulta (ponownie te blokowiska), The Reflection of Power Mihai'a Grecu (tak, rozszerzajmy pole filmu animowanego!) i Modern Love – A Kiss, Deferred MOTH COLLECTIVE.

Dziecko na na wakacjach, gdy już spróbuje wszystkich pięćdziesięciu smaków lodów zaczyna przebąkiwać, że to za mało, że przydałyby się jakieś inne. To nie apetyt rośnie, ale ciekawość. Ja mam podobnie, Animator rozbudził ją we mnie, pokazał jakie różne krainy i kontynenty istnieją - teraz zaczynam kombinować na własną rękę, że muszą być jeszcze inne. Najbardziej bym się cieszył, gdyby więcej było filmu eksperymentalnego, abstrakcyjnego, absolutnego - nie tylko jest to po prostu wartościowe, ale też stanowi niezagospodarowane w Polsce poletko. Pamiętam jak kilka lat temu do jednego z pokazów włączono Peter Tscherkassky'ego, znałem już wtedy jego prace, ale jakie to było odświeżające! Czemu więc nie Jodie Mack, czemu nie Bill Morrison. Albo więcej wycieczek w przeszłość, która też przecież jest obcym krajem. Co prawda jak pokazywano klasykę awangardy, to trochę narzekałem, ale może jej znane przykłady albo nowatorsko zestawione ze współczesnością? A może Georges Méliès - pooglądajmy go trochę, zamiast tylko czytać o nim.
W przyszłym roku edycja jubileuszowa, liczę na podróż dookoła świata albo nawet dalej.

Animator - 9. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych (cz. 1)

Na każdą kolejną edycję cieszę się jak dziecko, któremu rodzice oznajmili, że zabierają je na wakacje do innego kraju. Albo na inny kontynent, o którego istnieniu latorośl nie miała nawet pojęcia. Animator to dla mnie przede wszystkim możliwość odkrycia kolejnych nowych technik, odmiennych stylów, zróżnicowanych sposobów opowiadania, przedstawiania i kreowania.

W tym roku tematami przewodnimi była animacja lalkowa oraz chorwacka. Jeśli chodzi o tę pierwszą krainę, to dotarłem na retrospektywę Špeli Čadež, której filmy miejscami kojarzyły się z braćmi Quay lub Janem Švankmajerem (zwłaszcza Zasukanec. Ciekawostka - muzykę do Bolesa zrobił Tomaž Grom. Pokazywano też dwie części Gofmaniady Stanislava Sokolova inspirowanej życiem i twórczością E.T.A. Hoffmanna. Twórca, który był w jury konkursu filmów pełnometrażowych, ciekawie opowiadał przed seansem, przywiózł też lalki i szkice. Doceniam nakład pracy i oddanie (pracuje nad tym dziełem siedemnasty rok), ale pozostałoby lepsze wrażenie, gdybym zobaczył tylko pierwszą część. Wyglądała ona olśniewająco, a po niej druga (która jak zrozumiałem jest w fazie postprodukcji) prezentowała się gorzej, wręcz trochę tandetnie. W dodatku, abstrahując od jakości technicznej, była bardziej sentymentalnie fantastyczna, co mnie odstręczało. Okdryciem nowego lądu było dla mnie przypomnienie Zenona Wasilewskiego. Zobaczyliśmy filmy z lat 1947-66, od znanego jako pierwszy powojenny film animowany (co nie jest do końca prawdą) Za króla Krakusa do Człowieka z lustra (na powierzchni zabawny, ale w głębi przejmujący). Każdy na swój sposób ciekawy, mnie szczególnie urzekły surrealne Pan Piórko śni i Zbrodnia na ulicy kota brzuchomówcy, również dzięki zabawnym tekstom piosenek (przywołało to klimat a'la Ewa chce spać).
Jeśli chodzi o Chorwację, to przede wszystkim świetny pokaz współczesnej animacji stamtąd. Zróżnicowane, wszystkie na poziomie, znów - każdy byłoby warto wyróżnić, tutaj przywołam twórców tych naprawdę najciekawszych (nie mogę podlinkować do strony festiwalu, więc szukajcie na własną rękę): Marko Tadić, Petra Zlonoga, Marko Meštrović, Michaela Müller, Ivana Bošnjak, Thomas Johnson Chintis Lundgren (ucieszyło mnie, że wyczułem rękę Priita Pärna). Nie przypadły mi do gustu rzeczy jednego z twórców zagrzebskiej szkoły animacji Borivoja "Bordo" Dovnikovicia. Głównie postaci z wielkimi nochalami i cycate baby, ok - czasem jakieś kolażowanie ze zdjęciami i obrazami, ale i tak górę brał gagowy humor. W najnowszym obrazie, z 1989 roku, były poszukiwania formalne, ale treść bez zmian.

Na wakacjach dziecko najpierw chce spróbować wszystkich pięćdziesięciu smaków lodów, je łapczywie, wszystko smakuje, nawet jeśli czasem boli brzuch. Ale wkrótce przychodzi przesyt. Dla mnie takim punktem był przegląd filmów z Royal College of Art. Za dużo obrazów w jednym zestawie, tylko jeden przekraczał osiem minut, a większość w okolicach pięciu-sześciu, tak że zaczęły się one mieszać ze sobą i potem było już trochę bez różnicy i znaczenia, co będzie następne. Rozumiem chęć pokazania jak najwięcej, ale należałoby taki pokaz rozbić na dwie części, może z rozbudowanym komentarzem, bo tak szkodziło to tylko poszczególnym filmom. Niemniej, w pamięci pozostały dokonania Joe Kinga, Rafaela Sommerhaldera, Gaelle Denis, Yves'a Francois.
Dobrym pomysłem na prezentowanie filmów i ich twórców był nowy format o nazwie Spotlight. Światło rzucono na młodą polską animację - zestawiano parę autorów, a filmom towarzyszyły prowadzone rozmowy, zamiast zwyczajowego Q&A. Ja byłem na wieczorze z Karoliną Głusiec i Izumi Yoshidą. Zwłaszcza rzeczy tej pierwsze bardzo ciekawe, nie skojarzyłem, że to ona zilustrowała utwór Etamskiego, a też do tego odmienny, pomysłowy film z wykorzystaniem rolek pianoli jako źródła wzorów.
Z Q&A po seansach zwykle wychodziłem, jakoś nigdy nie padało tam nic ciekawego. Po retrospektywie Michaeli Pavlátovej, gdzieś się spieszyłem, a może dowiedziałbym się czegoś. Dostaliśmy zróżnicowany wybór z lat 1991-2015, od nominowanego do Oscara, bardzo fajnego Řeči, řeči, řeči po zupełnie inny teledysk Rôzne druhy ľudí. Pomiędzy nimi: wciągające rytmem i wariacjami, a przy tym życiowe, Repete, zabawne i zaskakujące Karneval zvířat, które muzykę Camille'a Saint-Saënsa ilustruje nietypowo bo zamiast aury salonowości i elegancji stawia na nieskrępowane witalne siły natury. Ta frywolność, która tam bawiła, w Tramvaju przepoczwarzyła się w przyciężką rubaszność.

W ramach wydarzeń specjalnych przypomniano Heavy Metal, którego powstawanie nadzorował Gerald Potterton, laureat nagrody za całokształt. Film to kolejny dowód, jakim szalonym czasem były lata 80. Goła (i/lub przecycata) baba była wystarczającym usprawiedliwieniem dla pretekstowej fabuły, która obecnie bardziej bawi niż zajmuje. Dobrze, że każdy epizod robił inny autor, to przynajmniej wizualnie się nie nudziło.
Premierę miała francusko-belgijsko-kanadyjska wysokobudżetowa produkcja Avril et le Monde truqué Christiana Desmares'a (który współtworzył Persepolis i Francka Ekinci na podstawie komiksu Jacques'a Tardi. Steampunkowy scenariusz pozwala na mnożenie dziwnych wynalazków, wszystko jest dopracowane w każdym detalu, dużo pomysłów, dowcipnych rozwiązań a do tego piękne nieraz wizje (zwłaszcza podziemna dżungla).
Gdybym musiał wybrać jeden najważniejszy dla mnie seans (choć bardzo bym się przed tym wzbraniał), to byłby to ten poświęcony Józefowi Robakowskiemu i Paulowi Sharitsowi - tu można poczytać o ich znajomości i współpracy. Po raz kolejny okazuje się, że jedna rzecz to czytać o czymś, a zupełnie inna - doświadczać tego. Przypomniał mi się wykład sprzed kilku lat Sebastiana Cichockiego dotyczący konceptualizmu. Niby wszyscy wiemy, jaki był to odkrywczy nurt, ale zetknięcie się z przykładami tej twórczości uświadomiło mi wtedy jego niesłabnącą siłę. Tutaj podobnie, bo też odczuć te filmy (oczami i uszami) docierające z dużego ekranu i dobrych głośników, to jednak robi różnicę. No i wysiedzienie na filmach Sharitsa, zamiast przeskakiwania suwakiem czasu na komputerze, pozwala zrozumieć ich sens, doświadczyć tego "kina fizjologicznego", jak powiedział Robakowski. Do tego jeszcze właśnie on, przywołujący Karola Irzykowskiego, sypiący anegdotami, również o tym, jak chodził na techno imprezy w latach 90. w Łodzi i Krakowie. I jeszcze obcowanie z materialnym filmem, bo taśma jednego z dzieł Sharitsa się zrywa, drugiego zapętla (akurat na słowie "destroy"). Magiczne chwile.

Nie wszystkie wydarzenia specjalne były tak udane. Bardzo zdenerwował mnie koncert, podczas którego jak zapowiadano "Krzysztof Kaliski i Łukasz Maciej Szymborski podejmą się zadania skonstruowania swoistego audiowizualnego laboratorium, w którym niezwykle ważne dla Rudnika, a rzadko już używane w pracy studyjnej, magnetofony szpulowe wykorzystane zostaną na równi z nowymi technikami obróbki dźwięku. Publiczność doświadczy procesu powstawania utworów Rudnika, jak również przyjrzy się współczesnym technikom samplowania – zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i towarzyszącej jej warstwie wizualnej." Taka żenada i bujda na resorach, że nie wiem, od którego miejsca zacząć. Może najpierw od tych mistyfikowanych magnetofonów szpulowych. Otóż - tak, na scenie stał jeden, przed laptopami, kontrolerami midi i zestawami efektów, ale nie prężył się dumnie, tylko wypchnięty przed szereg robił dobrą minę do złej gry. Po jakimś czasie włączono go, stał przed nim mikrofon - że niby zbierał odgłosy jego działania? Nie było tego słychać. Po drugie, domniemania o procesie powstawania utworów Rudnika... Śmiać się czy płakać? Mistrz pracuje z taśmą, a tutaj wykonawcy działali na dźwięku niematerialnym. To co powstawało nie miał nic wspólnego z kompozycjami Rudnika ani pod względem metody, ani efektu. Mierzi mnie takie usiłowanie wypłynięcia na fali jego popularności.
Na szczęście mogliśmy też obcować z filmami, do których zrobił muzykę. Dla mnie każdy interesujący, wyróżnić można Gry Grzegorza Lasoty z remiksowaniem czy plądrowaniem Bacha, zrytmizowaną Podróż Daniela Szczechury, Zupę Zbigniewa Rybczyńskiego (myślałem, że to lata 90. a to 1974).

Na festiwalu jest dużo muzyki, codziennie jakiś koncert w klubie festiwalowym, tylko że nie każdy się tam sprawdzał. Niestety od pierwszej edycji niewiele się tu zmieniło. Skoro już musi być taka instytucja jak klub i skoro musi być to biały namiot (prawda, że solidny, z podłogą i kanapami), to może pomyśleć o grubej kotarze w połowie przestrzeni, która choć trochę odzieliłaby tych bardziej zainteresowanych słuchaniem (i oglądaniem, są tam też seanse nocne, ale tego w ogóle nie próbowałem), od tych bardziej zainteresowanych tzw. socjalizowaniem się. Mimo warunków i mimo tego, że słyszałem ich grających ten materiał drugi raz, to występ Flora Quartet podobał mi się. Głównie dzięki pomysłowym wizualizacjom Małgorzata Wawro, tym razem jej florze towarzyszła też fauna - do światła diaskopu zlatywały różne owady, które wplatały się w obraz. Co do muzyki to niektóre bity dość toporne i klarnet na pogłosie czasem przeginał, ale ogólnie dobrze. Na JAAA! i Alien Ensemble byłem tylko chwilę, może i przyjemnie, ale jakoś czułem, że mam ciekawsze rzeczy do roboty. Jachna, Buhl i Ziołek ciekawie, masywnie i zróżnicowanie.

[część druga tutaj]