[część pierwsza tutaj]
Festiwal to też konkurs filmów pełno- i krótkometrażowych. W tej pierwszej kategorii jury nagrodziło Nuts! Penny Lane, a publiczność Psiconautas, los niños olvidados Pedro Rivero i Alberto Vázqueza. Nuts! jest świetnie poprowadzoną, zaskakującą opowieścią, dowcipną, ale bez przegięcia, o co byłoby łatwo zważywszy na temat. Dla mnie ciekawy też dlatego, że jego bohater szybko poznał się na sile radia. Psiconautas to trochę straszna, a trochę śmieszna historia, bajkowe ujęcie post-apokaliptycznych czasów z bardzo aktualnym wątkiem śmieci.
Oczywiście trudno porównywać tak różne filmy, ale La Montagne magique Anki Damian był równie dobry. Na początku miałem wątpliwości, czy taka mnogość technik i środków jest faktycznie potrzebna, ale wszystko zespala mocna historia, wartka narracja i intrygujący narrator. Tym lepiej działa druga połowa prawie pozbawiona słów, opowiadająca obrazem.
Jeśli chodzi o krótsze formy, to publiczność wybrała Sexy Laundry Izabelii Plucińskiej, pełną humoru ale i gorzką opowieść o parze próbującej ratować swój związek. Jury dało Grand Prix Before Love Igora Kovalyova, które mnie akurat nie przekonało. Rzecz jest dopracowana i wciągająca, jednak fabuła zbyt otwarta, zresztą reżyser podobno mówił, że tak ma być i każdy może interpretować, jak chce. Drugą nagrodę dostał Blind Vaysha Theodore'a Usheva, o którym pisałem tutaj. Trzecią Endgame Phila Mulloy'a, też historia śmieszno-straszna, odwołująca się do formy gier komputerowych, ale taki starych jak pamiętny Scorch. Albo wręcz do "gier" rysowanych w zeszytach szkolnych. Najlepszym filmem muzycznym uznano Erlkönig Georges'a Schwizgebela, który był muzyczny nie tylko bo towarzyszyła mu kompozycja, ale też ze względu na wciągający stały rytm przekształceń. Najlepszym filmem studenckim wybrano About a Mother Diny Velikovkay'i, bajkę pełną prostych i zabawnych pomysłów rodem z tradycyjnych opowieści (moc włosów!). Nagrodę Stowarzyszenia Filmowców Polskich dostała Marta Pajek za Figury niemożliwe i inne historie II, którego styl nie przypadł mi do gustu, ale doceniam ciekawe przełożenie wyrażeń "obchodzić się jak z jajkiem", "trupy w szafie" na wizualność. A na koniec zastanawiałem się - co się z tego wykluło? Ucieszyła mnie nagroda im. Wojciecha Juszczaka za szczególne walory artystyczne dla Izumi Yoshidy za Kinki. Abstrakcyjny, ale poruszający, kipiący emocjami, z nieszablonową muzyką Sebastiana Ładyżyńskiego. Podobno w szkole autorki w Łodzi rzecz wzbudziła pewne opory grona pedagogicznego, że to w ogóle nie jest film.
Chyba każdy festiwal animacji zerka w kierunku Annecy - poznański już kolejny rok współpracuje z tamtejszym i pokazuje nagrodzone na nim filmy. To pewnie nie miarodajne, ale jeśli brać pod uwagę jakość wyróżnionych tu i tam dzieł, to Animator wypada lepiej niż dobrze. Jak mówił Yves Nougarède we wprowadzeniu wydarzenia zeszłego roku, z zamachami w Paryżu na czele, odcisnęły swe piętno też na filmach animowanych. Żeby więc seans nie wypadł zbyt depresyjnie dodał dwa nie nagrodzone. Słusznie, bo były one bardzo fajne (Mr. Sand Soetkina Verstegena i Stems Ainslie Hendersona). Znów w zasadzie każdy byłoby warto wspomnieć, ale na pewno trzeba Peripheria Davida Coquard-Dassaulta (ponownie te blokowiska), The Reflection of Power Mihai'a Grecu (tak, rozszerzajmy pole filmu animowanego!) i Modern Love – A Kiss, Deferred MOTH COLLECTIVE.
Dziecko na na wakacjach, gdy już spróbuje wszystkich pięćdziesięciu smaków lodów zaczyna przebąkiwać, że to za mało, że przydałyby się jakieś inne. To nie apetyt rośnie, ale ciekawość. Ja mam podobnie, Animator rozbudził ją we mnie, pokazał jakie różne krainy i kontynenty istnieją - teraz zaczynam kombinować na własną rękę, że muszą być jeszcze inne. Najbardziej bym się cieszył, gdyby więcej było filmu eksperymentalnego, abstrakcyjnego, absolutnego - nie tylko jest to po prostu wartościowe, ale też stanowi niezagospodarowane w Polsce poletko. Pamiętam jak kilka lat temu do jednego z pokazów włączono Peter Tscherkassky'ego, znałem już wtedy jego prace, ale jakie to było odświeżające! Czemu więc nie Jodie Mack, czemu nie Bill Morrison. Albo więcej wycieczek w przeszłość, która też przecież jest obcym krajem. Co prawda jak pokazywano klasykę awangardy, to trochę narzekałem, ale może jej znane przykłady albo nowatorsko zestawione ze współczesnością? A może Georges Méliès - pooglądajmy go trochę, zamiast tylko czytać o nim.
W przyszłym roku edycja jubileuszowa, liczę na podróż dookoła świata albo nawet dalej.
7/17/2016
Animator - 9. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych (cz. 2)
Animator - 9. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych (cz. 1)
Na każdą kolejną edycję cieszę się jak dziecko, któremu rodzice oznajmili, że zabierają je na wakacje do innego kraju. Albo na inny kontynent, o którego istnieniu latorośl nie miała nawet pojęcia. Animator to dla mnie przede wszystkim możliwość odkrycia kolejnych nowych technik, odmiennych stylów, zróżnicowanych sposobów opowiadania, przedstawiania i kreowania.
W tym roku tematami przewodnimi była animacja lalkowa oraz chorwacka. Jeśli chodzi o tę pierwszą krainę, to dotarłem na retrospektywę Špeli Čadež, której filmy miejscami kojarzyły się z braćmi Quay lub Janem Švankmajerem (zwłaszcza Zasukanec. Ciekawostka - muzykę do Bolesa zrobił Tomaž Grom. Pokazywano też dwie części Gofmaniady Stanislava Sokolova inspirowanej życiem i twórczością E.T.A. Hoffmanna. Twórca, który był w jury konkursu filmów pełnometrażowych, ciekawie opowiadał przed seansem, przywiózł też lalki i szkice. Doceniam nakład pracy i oddanie (pracuje nad tym dziełem siedemnasty rok), ale pozostałoby lepsze wrażenie, gdybym zobaczył tylko pierwszą część. Wyglądała ona olśniewająco, a po niej druga (która jak zrozumiałem jest w fazie postprodukcji) prezentowała się gorzej, wręcz trochę tandetnie. W dodatku, abstrahując od jakości technicznej, była bardziej sentymentalnie fantastyczna, co mnie odstręczało. Okdryciem nowego lądu było dla mnie przypomnienie Zenona Wasilewskiego. Zobaczyliśmy filmy z lat 1947-66, od znanego jako pierwszy powojenny film animowany (co nie jest do końca prawdą) Za króla Krakusa do Człowieka z lustra (na powierzchni zabawny, ale w głębi przejmujący). Każdy na swój sposób ciekawy, mnie szczególnie urzekły surrealne Pan Piórko śni i Zbrodnia na ulicy kota brzuchomówcy, również dzięki zabawnym tekstom piosenek (przywołało to klimat a'la Ewa chce spać).
Jeśli chodzi o Chorwację, to przede wszystkim świetny pokaz współczesnej animacji stamtąd. Zróżnicowane, wszystkie na poziomie, znów - każdy byłoby warto wyróżnić, tutaj przywołam twórców tych naprawdę najciekawszych (nie mogę podlinkować do strony festiwalu, więc szukajcie na własną rękę): Marko Tadić, Petra Zlonoga, Marko Meštrović, Michaela Müller, Ivana Bošnjak, Thomas Johnson Chintis Lundgren (ucieszyło mnie, że wyczułem rękę Priita Pärna). Nie przypadły mi do gustu rzeczy jednego z twórców zagrzebskiej szkoły animacji Borivoja "Bordo" Dovnikovicia. Głównie postaci z wielkimi nochalami i cycate baby, ok - czasem jakieś kolażowanie ze zdjęciami i obrazami, ale i tak górę brał gagowy humor. W najnowszym obrazie, z 1989 roku, były poszukiwania formalne, ale treść bez zmian.
Na wakacjach dziecko najpierw chce spróbować wszystkich pięćdziesięciu smaków lodów, je łapczywie, wszystko smakuje, nawet jeśli czasem boli brzuch. Ale wkrótce przychodzi przesyt. Dla mnie takim punktem był przegląd filmów z Royal College of Art. Za dużo obrazów w jednym zestawie, tylko jeden przekraczał osiem minut, a większość w okolicach pięciu-sześciu, tak że zaczęły się one mieszać ze sobą i potem było już trochę bez różnicy i znaczenia, co będzie następne. Rozumiem chęć pokazania jak najwięcej, ale należałoby taki pokaz rozbić na dwie części, może z rozbudowanym komentarzem, bo tak szkodziło to tylko poszczególnym filmom. Niemniej, w pamięci pozostały dokonania Joe Kinga, Rafaela Sommerhaldera, Gaelle Denis, Yves'a Francois.
Dobrym pomysłem na prezentowanie filmów i ich twórców był nowy format o nazwie Spotlight. Światło rzucono na młodą polską animację - zestawiano parę autorów, a filmom towarzyszyły prowadzone rozmowy, zamiast zwyczajowego Q&A. Ja byłem na wieczorze z Karoliną Głusiec i Izumi Yoshidą. Zwłaszcza rzeczy tej pierwsze bardzo ciekawe, nie skojarzyłem, że to ona zilustrowała utwór Etamskiego, a też do tego odmienny, pomysłowy film z wykorzystaniem rolek pianoli jako źródła wzorów.
Z Q&A po seansach zwykle wychodziłem, jakoś nigdy nie padało tam nic ciekawego. Po retrospektywie Michaeli Pavlátovej, gdzieś się spieszyłem, a może dowiedziałbym się czegoś. Dostaliśmy zróżnicowany wybór z lat 1991-2015, od nominowanego do Oscara, bardzo fajnego Řeči, řeči, řeči po zupełnie inny teledysk Rôzne druhy ľudí. Pomiędzy nimi: wciągające rytmem i wariacjami, a przy tym życiowe, Repete, zabawne i zaskakujące Karneval zvířat, które muzykę Camille'a Saint-Saënsa ilustruje nietypowo bo zamiast aury salonowości i elegancji stawia na nieskrępowane witalne siły natury. Ta frywolność, która tam bawiła, w Tramvaju przepoczwarzyła się w przyciężką rubaszność.
W ramach wydarzeń specjalnych przypomniano Heavy Metal, którego powstawanie nadzorował Gerald Potterton, laureat nagrody za całokształt. Film to kolejny dowód, jakim szalonym czasem były lata 80. Goła (i/lub przecycata) baba była wystarczającym usprawiedliwieniem dla pretekstowej fabuły, która obecnie bardziej bawi niż zajmuje. Dobrze, że każdy epizod robił inny autor, to przynajmniej wizualnie się nie nudziło.
Premierę miała francusko-belgijsko-kanadyjska wysokobudżetowa produkcja Avril et le Monde truqué Christiana Desmares'a (który współtworzył Persepolis i Francka Ekinci na podstawie komiksu Jacques'a Tardi. Steampunkowy scenariusz pozwala na mnożenie dziwnych wynalazków, wszystko jest dopracowane w każdym detalu, dużo pomysłów, dowcipnych rozwiązań a do tego piękne nieraz wizje (zwłaszcza podziemna dżungla).
Gdybym musiał wybrać jeden najważniejszy dla mnie seans (choć bardzo bym się przed tym wzbraniał), to byłby to ten poświęcony Józefowi Robakowskiemu i Paulowi Sharitsowi - tu można poczytać o ich znajomości i współpracy. Po raz kolejny okazuje się, że jedna rzecz to czytać o czymś, a zupełnie inna - doświadczać tego. Przypomniał mi się wykład sprzed kilku lat Sebastiana Cichockiego dotyczący konceptualizmu. Niby wszyscy wiemy, jaki był to odkrywczy nurt, ale zetknięcie się z przykładami tej twórczości uświadomiło mi wtedy jego niesłabnącą siłę. Tutaj podobnie, bo też odczuć te filmy (oczami i uszami) docierające z dużego ekranu i dobrych głośników, to jednak robi różnicę. No i wysiedzienie na filmach Sharitsa, zamiast przeskakiwania suwakiem czasu na komputerze, pozwala zrozumieć ich sens, doświadczyć tego "kina fizjologicznego", jak powiedział Robakowski. Do tego jeszcze właśnie on, przywołujący Karola Irzykowskiego, sypiący anegdotami, również o tym, jak chodził na techno imprezy w latach 90. w Łodzi i Krakowie. I jeszcze obcowanie z materialnym filmem, bo taśma jednego z dzieł Sharitsa się zrywa, drugiego zapętla (akurat na słowie "destroy"). Magiczne chwile.
Nie wszystkie wydarzenia specjalne były tak udane. Bardzo zdenerwował mnie koncert, podczas którego jak zapowiadano "Krzysztof Kaliski i Łukasz Maciej Szymborski podejmą się zadania skonstruowania swoistego audiowizualnego laboratorium, w którym niezwykle ważne dla Rudnika, a rzadko już używane w pracy studyjnej, magnetofony szpulowe wykorzystane zostaną na równi z nowymi technikami obróbki dźwięku. Publiczność doświadczy procesu powstawania utworów Rudnika, jak również przyjrzy się współczesnym technikom samplowania – zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i towarzyszącej jej warstwie wizualnej." Taka żenada i bujda na resorach, że nie wiem, od którego miejsca zacząć. Może najpierw od tych mistyfikowanych magnetofonów szpulowych. Otóż - tak, na scenie stał jeden, przed laptopami, kontrolerami midi i zestawami efektów, ale nie prężył się dumnie, tylko wypchnięty przed szereg robił dobrą minę do złej gry. Po jakimś czasie włączono go, stał przed nim mikrofon - że niby zbierał odgłosy jego działania? Nie było tego słychać. Po drugie, domniemania o procesie powstawania utworów Rudnika... Śmiać się czy płakać? Mistrz pracuje z taśmą, a tutaj wykonawcy działali na dźwięku niematerialnym. To co powstawało nie miał nic wspólnego z kompozycjami Rudnika ani pod względem metody, ani efektu. Mierzi mnie takie usiłowanie wypłynięcia na fali jego popularności.
Na szczęście mogliśmy też obcować z filmami, do których zrobił muzykę. Dla mnie każdy interesujący, wyróżnić można Gry Grzegorza Lasoty z remiksowaniem czy plądrowaniem Bacha, zrytmizowaną Podróż Daniela Szczechury, Zupę Zbigniewa Rybczyńskiego (myślałem, że to lata 90. a to 1974).
Na festiwalu jest dużo muzyki, codziennie jakiś koncert w klubie festiwalowym, tylko że nie każdy się tam sprawdzał. Niestety od pierwszej edycji niewiele się tu zmieniło. Skoro już musi być taka instytucja jak klub i skoro musi być to biały namiot (prawda, że solidny, z podłogą i kanapami), to może pomyśleć o grubej kotarze w połowie przestrzeni, która choć trochę odzieliłaby tych bardziej zainteresowanych słuchaniem (i oglądaniem, są tam też seanse nocne, ale tego w ogóle nie próbowałem), od tych bardziej zainteresowanych tzw. socjalizowaniem się. Mimo warunków i mimo tego, że słyszałem ich grających ten materiał drugi raz, to występ Flora Quartet podobał mi się. Głównie dzięki pomysłowym wizualizacjom Małgorzata Wawro, tym razem jej florze towarzyszła też fauna - do światła diaskopu zlatywały różne owady, które wplatały się w obraz. Co do muzyki to niektóre bity dość toporne i klarnet na pogłosie czasem przeginał, ale ogólnie dobrze. Na JAAA! i Alien Ensemble byłem tylko chwilę, może i przyjemnie, ale jakoś czułem, że mam ciekawsze rzeczy do roboty. Jachna, Buhl i Ziołek ciekawie, masywnie i zróżnicowanie.
[część druga tutaj]
