Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robert piotrowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robert piotrowicz. Pokaż wszystkie posty

7/25/2017

Xavier Charles / Robert Piotrowicz w Starym Browarze (16.03.2006)

Kolejny odcinek programu muzyki improwizowanej w Starym Browarze – tym razem Robert Piotrowicz i Xavier Charles. Ten drugi to klarnecista, improwizator z Francji, teraz grał na urządzeniu własnego chyba pomysłu. Były to dwie membrany głośników, które były wprawiane w drganie za pomocą dźwięków niskich częstotliwości. Ustawione niczym misy, Francuzowi służyły jako pole do różnych operacji – wrzucał w nie szklane kulki, sprężyny, ziarenka, metalowe pręty, miseczki. Wszystko to drżało, podskakiwało, wibrowało na membranach.. Z racji tego, że ze zaraz nad nimi znajdowały się mikrofony – każdy dźwięk był dobrze słyszalny. Poza efektem dźwiękowym był to też interesujący widok – na przykład ziarenka oświetlone na czerwono, wyglądały jak miniaturowe wybuchy wulkanu i wylewy lawy.
Robert Piotrowicz obsługiwał syntezator analogowy, na stole miał też położoną gitarę, którą sporadycznie drażnił mechanicznym wiatraczkiem.


Znów była to gra otwarta na przypadek, Charles na przykład nie mógł przecież przewidzieć brzmienia, jakie osiągnie wrzucając kilka przedmiotów naraz. Pomimo tego panował nad swoją „partią”, umiał stopniować napięcie, nie spiętrzał hałasu w nieskończoność. Piotrowicz pozostawał raczej w cieniu, jego zasługą były ostre, mroczne motywy, plamy w tle, które raz po raz wchodziły w coś w miarę rytmicznego. Jednak była to rzadkość, w większości był to jakby dźwiękowy strumień świadomości, hałaśliwy, bez skrawka melodii, za to stworzony w skupieniu, ale z polotem. Na pewno byłem już świadkiem ciekawszych muzycznych spotkań, jednak to mimo, że pozostawiało pewien niedosyt (zresztą, wedle słów Piotrowicza, pożądany i zamierzony) było kolejną intrygującą podróżą w strefę niepokojących dźwiękowych brudów, z których obaj improwizatorzy powoli i przekonująco budują swój osobny świat.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

6/25/2017

Robert Piotrowicz - Lasting Clinamen

Clinamen to, jak podaje wikipedia, pojęcie opisujące nagły ruch, niespodziewaną zmianę kierunku poruszania się atomów. Wprowadził je Lukrecjusz, który zaznaczył, że bez tego ruchu nie byłoby kontaktu między cząsteczkami, a zatem nic by nie powstało. Tak więc clinamen jest pierwotną siłą tworzenia. Termin ten pojawiał się potem, w mniej lub bardziej oderwanym od pierwotnego sensie, u Gillesa Deleuze’a, Harolda Blooma, Louisa Althussera. W kontekście albumu Piotrowicza interesujący jest cytat z książki Isabelle Stengers i Iliyi Prigogine’a Order out of Chaos: Man's new dialogue with nature, w której pojęcie to przytoczone jest na gruncie teorii chaosu. „Wielorakie przestrzeni i skale czasowe wiążące się z turbulencją odpowiadają spójnemu zachowaniu milionów molekuł. Pojęte w ten sposób przejście od przepływu warstwowego (laminarnego) do turbulencji jest procesem samo-organizacji. Część energii systemu, która podczas przepływu znajdowała się w ruchu cząstek, jest przemieszczona do makroskopowego, zorganizowanego ruchu."

Tytuł wprowadza nas w głąb świata atomów, natomiast dźwięki wywołały we mnie skojarzenia również materialne, ale na wyższym poziomie złożoności. Eksploracja możliwości syntezatora Doepfer A100 przypominała mi obróbkę kamienia szlachetnego, szlifowanie powierzchni, zaznaczanie krawędzi, wyrysowywanie wzorów na ściankach, raczej bez końcowego polerowania.
Jest to proces długotrwały, wymagający umiejętności, często mozolny. Tak jak na długi dystans przewidziane są wielkowymiarowe (nie tylko czasowo, także przestrzennie) kompozycje Piotrowicza. Tak jak muzyka na Lasting Clinamen nie trafi do każdego, słuchaniu jej będzie towarzyszył trud przedzierania się przez gąszcz elementów.

Sheer Hellish Miasma Kevina Drumma jest łatwym porównaniem (które jakoś sprawdza się przy utworze trzecim, pierwszej połowie pierwszego i w części czwartego), ale Piotrowicz nie oddaje się noise’owej ekstazie. Odbiega od niej choćby track drugi, który zapuszcza się w niskie częstotliwości. A też czymś innym jest genialny utwór czwarty (wieńczący płytę), tutaj mimo wielości składowych nie ma chaosu, możemy przysłuchiwać się zderzeniom i tarciom dźwiękowych płyt tektonicznych, które oddziałują na siebie nawzajem, odgłosy z jednej przechodzą na pozostałe, gdzie brzmią w odmienny sposób, swoisty dla każdej przestrzeni. Tu właśnie jest wspominany w cytacie proces samo-organizacji, wykorzystywania dostarczonej energii na większą skalę. W ogóle przemyślana konstrukcja albumu zasługuje na najwyższe uznanie. A jeszcze należałoby wspomnieć o ciekawych muzycznych gestach, np. uderzenia w dwójce czy tąpnięcie w trójce, które dodają kompozycją charakteru, wyłamują się z gęstych dźwiękowych mas.

Rzecz nie dla tych, którzy odbiór mają naznaczony opcją „easy listening”, ale dla wszystkich szukających i gotowych oddać się we władanie dźwiękom – obowiązkowo. Dawno nie słyszałem czegoś takiego.


[recenzja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

6/18/2017

Musica Genera Festival 2008

Obecność w programie festiwalu niemal w równej mierze nazwisk mi znanych i nie- to miła perspektywa. Okazja aby posłuchać, jak się mają, ci których cenię, a mogą nadarzyć się też jakieś niespodzianki, odkrycia. Co prawda nieco niepokoił mnie spory kontyngent artystów z Europy Środkowej, spośród których kojarzyłem tylko Tigricsa. Jednak zaufanie, jakie mam co do wyborów organizatorów MGF, pozwalało mi być w miarę spokojnym.

Festiwal otworzył występ Rafaela Torala, którego byłem ciekaw, bo wiele o nim słyszałem, a jego twórczość znam śladowo (a to też tylko z przed diametralnej zmiany podejścia, jaką jest „Space Program”). Bardzo się cieszę, że miałem okazję posłuchać tej muzyki na żywo, zobaczyć wykonawcę w akcji, bo gdybym usłyszał płytę z tym materiałem, to pewnie tak by do mnie nie trafił. Dźwięki też były ciekawe, ale pierwszoplanową rolę w odbiorze grał dla mnie aspekt performatywny. Portugalczyk zaczął trzymając w jednej ręce skrzyneczkę a w drugiej coś a'la mini-latarkę (czujnik? kontroler świetlny?) i przez zbliżanie ich do siebie tworzył dźwięki – pojedyncze kropki rozrzucone bez związku ze sobą, nie tworzące żadnego wzoru. Z początku nic mi nie przypominały, były nieco piszczące, w jakiś sposób laboratoryjne, surowe, natomiast pod koniec tej części brzmiało to, jakby Toral bawił się samplem tłumionej trąbki. Drugą fazę rozpoczęło uderzanie w rozciągniętą, ustawioną pionowo, sprężynę, której brzmienie było przetwarzane wyraźnie elektronicznym pogłosem, po chwili Toral powrócił do urządzeń używanych poprzednio, tym razem dźwięki były drobniejsze. W kolejnej części trzymał małą skrzyneczkę, z dwoma otworami na górze, po których przesuwał kciukami w ten sposób wydobywając dźwięki (ich wysokość wzrastała, gdy poślinił palce). W tej partii muzycznie było najmniej interesująco, dźwięki były bardzo kosmiczne (w złym tego słowa znaczeniu), kojarzyły się z wczesną muzyką na taśmę czy efektami ze starych filmów sf. Ostatnia część była chyba najciekawsza: w użyciu znalazła się czarna skrzyneczka, z głośniczkiem na przedniej ścianie (radio? wzmacniacz?), która chyba została poddana przez Portugalczyka modyfikacjom, gdyż na górze widać było (być może) płytki układów scalonych, których dotykanie powodowało sprzężenia. W tej części słychać było pewne zagęszczenie, dźwięki stykały się ze sobą, gniotły nawzajem, wpadały na siebie. Również sam muzyk był w tej części najaktywniejszy, trzymał źródło dźwięku dwoma rękoma, jakby przyczepiony polem elektromagnetycznym, próbował się od niego odczepić, wyrwać się mu, ale nie mógł, moc skrzyneczki była zbyt duża.
W ruchach Torala nie chodziło o to, że odpowiadają one dźwiękom w tym sensie, że jest on wczuty w to, co gra, że prezentuje swój „odlot”. Zwłaszcza w pierwszych dwóch częściach każda najdrobniejsza czynność wpływa na efekt dźwiękowy i to było fascynujące. Toral ruszał ramionami, głową, wyginał się, chodził swobodnie po scenie. Wydaje mi się, że była to ciekawa odpowiedź na coś, z czym muzyka elektroniczna ma problem – obecność artysty podczas grania, wykonywane czynności, jego reagowanie na przestrzeń (żeby nie szukać przykładu daleko: Basinski w Poznaniu). Twórca muzyki elektronicznej niekryjący się za stoliczkiem, trzymający instrument i poruszający się z nim – to wciąż rzadki widok. Toral decydując się na taki gest stworzył wyrazistą propozycję, gdzie z ascetyzmem środków szła w parze przejrzysta (co nie znaczy oczywista, łatwa) treść.

Zgodnie z bardzo dobrym, choć nieco mniej w tym roku praktykowanym, zwyczajem, ten artysta zagrał na festiwalu dwa razy. W sobotę wystąpił w fantastycznym trio z Joe Williamsonem (kontrabas) i Michaelem Vorfeldem (instrumenty perkusyjne). Tego ostatniego trudno włożyć do szufladki „perkusiści”, trzeba by posłużyć się określeniem „perkusjonalista”. W zestawie były talerze, centrala i werbel, jednak porozstawiane wokół niego, oprócz tego dwa stelaże ze strunami przypominające cymbały. Jeden z nich przykryty był folią aluminiową, co dawało fascynujący dźwięk, gdy struny wibrowały od smyczkowania. Talerze też traktowane były smyczkiem, poza tym Vorfeld miał kawałki materiału, którymi przykrywał instrumenty, by zmienić ich brzmienie. Co uczyniło ten koncert tak wspaniałym, to połączenie improwizatorskiej czujności, otwartości z precyzją dźwięków, które były jednocześnie zdecydowane i delikatne, unosiły się w powietrzu swobodnie i choć razem tworzyły spójną całość, to nigdzie nie zapuszczały korzeni. Otwartość, gotowość do zmiany, redefinicji widać było u Torala, który w pewnym momencie zdecydował się grać bez nagłośnienia, żeby lepiej wejść między pozostałych. Okazało się wtedy, że kosmiczne brzmienie pudełka jest wynikiem nałożonego efektu, a jego pierwotna barwa przypomina crackle box (którego używał Emiter). Z Portugalczykiem wiąże się sytuacja, która pokazała jak bardzo publiczność była wciągnięta w koncert: odłożył on jedno z urządzeń na bok, ale zapomniał go odpiąć od mikroportu i gdy oddalał się stolika powolnym krokiem, ciągnął je za sobą. Wszyscy widzieliśmy, że skrzyneczka zaraz spadnie, pewnie nie tylko ja musiałem powstrzymać się, żeby nie zawołać „uważaj”, a gdy urządzenie spotkało się z podłogą, dało się usłyszeć gromadne, przytłumione, westchnienie. Bardzo zabawna i ciekawa sytuacja, coś w rodzaju chęci ostrzeżenia bohatera filmu, że za drzwiami czai się niebezpieczeństwo.
Toral znów się ruszał, chodził, ale to persona sceniczna Vorfelda zwracała uwagę – każdemu zagranemu przez niego dźwiękowi odpowiadała mina, nieraz dość przerażająca. Jeśli chodzi o brzmienie to on był łącznikiem w tym trio, jako że operował największą paletą. Pomiędzy dwoma ruchomymi częściami tego tria stał niemal nieporuszony Williamson, który grał chyba wyłącznie smyczkiem.

Pierwszego dnia miał miejsce jeszcze jeden bardzo ciekawy występ solowy – zestaw koncertów w Teatrze Kana zamknął Valerio Tricoli. W całkowitej ciemności Włoch pochylił się nad swoim revoxem, jednak żeby go uruchomić potrzebował trochę światła – użył zapalniczki. Źródła światła były niemal równorzędną częścią występu – lampa fleszowa nie dość, że migała, to jeszcze jej odgłos był wykorzystywany (szkoda, że flesz nadgorliwego fotografa z nią konkurował). Oprócz tego Tricoli wykorzystywał małą lampkę na pasku do założenia na głowę. Częściowo, aby zorientować się w przyciskach, ale też by stworzyć klimat i dookreślać dźwięki – np. na chwilę ustawił ją na szybkie stroboskopowe miganie, gdy słychać było pojedyncze uderzenia elektroniki. Na magnetofon Tricoli nagrywał przede wszystkim siebie – szepty, oddech, a także sam sprzęt, którego przyciski energicznie wduszał. Może mi się wydawało, ale chyba przez manipulacje taśmą dźwięk został podzielony na dwa kanały i w jednym pojawiał się z minimalnym przesunięciem. Włoch często powracał do nagranego oddechu, który brzmiał jak grzmoty krążącej w oddali burzy. Całość miała intymny i tajemniczy charakter, szkoda, że była tak krótka (pewnie ok. 20 minut). Wydaje mi się, że to nie miał być jeszcze koniec, być może Tricoli był zmuszony przerwać z powodu trudności ze sprzętem.

Na szczęście zagrał jeszcze na festiwalu, w niedzielę w duecie z Robertem Piotrowiczem. Atmosfera znów była tajemnicza, tym razem również złowroga. Tricoli nucił króciutkie teksty, co przypominało 3/4HadBeenEliminated, tutaj delikatny głos był niczym sample, jednak sensownie użyty, bo nie gryzł się z elektroniką. Czasem powracał, znienacka, bez zapowiedzi, jakby akurat przelatywał w pobliżu. Zdawało mi się, że to jakieś zaklęcie, siedziałem bardzo blisko grających i czułem się jakby uczestniczył w jakiś gusłach. Włoch korzystał też w drugiej połowie z elektroniki, a w jednym momencie, kiedy wszystko wygasło, znów zabrzmiał flesz, tym razem wręcz eksplodujący, z majestatycznym pogłosem, jakbyśmy znajdowali się w jaskini. Piotrowicz grał bardzo powściągliwie, uważnie, zostawiał dużo miejsca partnerowi, raczej wrzucając niewielkie wtręty. Brzmienie duetu było mroczne, dość szorstkie, a całość była pełna napięcia i skupienia.

Ten koncert był w jednym z dwóch zestawów, które umieszczone zostały w studiu Polskie Radia. W tej edycji festiwal wszedł w dwie nowe przestrzenie, drugą z nich była sala gimnastyczna Zespołu Szkół Sportowych. Jeśli pierwsza z nich miała zastąpić Operę na Zamku, to druga miała osłodzić rezygnację z terenów w Starej Rzeźni na Łasztowni. Co oznacza, że będzie to miejsce głośniejszych, „cięższych” koncertów. Pierwszego dnia faktycznie było dość głośno, ale tanecznie. Tigrics żonglował fragmentami, upychał jeden na drugim, były ciekawe momenty, jednak generalnie wszystko zlewało się ze sobą tworząc gęstą papkę (może to też wina akustyki sali). Xavier van Wersch, którego widziałem na club transmediale, znów zabawiał się w szalonego naukowca próbującego stworzyć techno-potwora. Podobno ten sam dowcip nie śmieszy, gdy słyszymy go po raz drugi, ale mi się znów podobało.

W sobotę najpierw zagrał tu Dyslex, który używał elektroniki, obwodów własnej konstrukcji by stworzyć pochłaniającą masę dźwiękową, coś jakby dron-noise. Pierwszy człon odnosiłby się do formy, ciągłości, stopniowego, ale zdecydowanego wzbierania masy. Myślę, że Dyslex właśnie konsekwencją swego występu mnie przekonał. Brzmienia były raczej ciemne, ale przyjemnie nasycone, gęste, co jakiś czas ujawniał się nieoczywisty rytmicznie puls. Miałem wrażenie, że o coś w tym wszystkim chodzi, nawet jeśli nie wiedziałem dokładnie o co, to dałem się prowadzić dźwiękom i znalazłem się w ciekawych rejonach.

Tego wrażenia nie miałem podczas kolejnego występu: Erana Sachsa i Prella. I nawet ośmielam się wątpić, czy mieli go sami grający. Było długo (nie wiedzieli, jak skończyć?), głośno, z dużą ilością przewidywalnych zabiegów („wykręcanie” częstotliwości).

W sali gimnastycznej trzeba było siedzieć na drewnianych ławkach albo opierać się o drabinki. Natomiast studio PR prezentowało warunki luksusowe, z kwadrofonią na czele. Można się było nią napawać zwłaszcza podczas dwóch wydarzeń, w których uczestniczył eRikm: prezentacji „aUTOPORTRAITU”, gdzie Francuz był autorem zarówno muzyki, jak i warstwy wizualnej oraz improwizacji z Martinem Siewertem. Duet zaskoczył mnie masywnością brzmienia, Austriak korzystał z gitarowego „rzężenia” (i tworzył pełne detali i zagłębień powierzchnie). eRikm, choć porzucił gramofony, to zachował didżejskie ruchy i zwyczaje podczas manipulowania płytami cd. Oprócz tych swoistych skreczy, wyłapywał z nich dźwięki, które potem wiele musiały przejść w Kaos padach.

W studiu radiowym odbyły się dwa bardzo dobre, a na pewno najprzyjemniejsze, koncerty.
Jak zwykle wiele spodziewałem się po The Necks i jak zwykle nie zawiodłem się. Australijskie trio (perkusja, kontrabas, fortepian) to jedno z najwspanialszych zjawisk współczesnej muzyki, jakie poznałem w ostatnich latach, fantastycznie spójne i spójnie fantastyczne. Zespół gra długie improwizacje, które zaczynają się od jednego motywu, taka jednostka jest powtarzana, poddawana modyfikacjom. Początek brzmi czasami, jakby każdy grał swoje, ale gdy wątki zaczną się splatać, to naprawdę – lepiej być nie może. I tak było w Szczecinie. Kilka osób mówiło mi, że słyszało dźwięk, którego nie grał na pewno żaden z członków tria. Cóż, to jest chyba coś co nazywają brzmieniem zespołu.

Trudno z Australijczykami porównywać inne trio – Trapist (choć tu też perkusista zaczął od szybkiego, ciągłego grania miotełką po hi-hacie), ale był to również wielce satysfakcjonujący koncert. Muzyka była jednocześnie przyjazna, jakby wyciągała rękę ku słuchaczowi i obiecywała przyjemny spacer spokojnymi alejkami, ale zarazem dystyngowana, nakazywała zachować dystans i trzymać się dobrych manier. Pamiętam jeden moment, kiedy Williamson, po chwili ciszy, poddał motyw, który mi skojarzył się ze starym amerykańskim kryminałem („w dobrym stylu”). Raz gitara też zabrzmiała jakoś „amerykańsko”. Publiczność skutecznie domagała się bisu, który był miłym zaskoczeniem – całkiem mocny, niemal rockowy numer.

Moje obawy (uprzedzenia?) odnośnie gości z Europy Wschodniej, niestety się potwierdziły, oprócz przyzwoitego Tigricsa i odkrycia Dyslexa, reszta koncertów nadaje się tylko do tego, by o nich zapomnieć. Większość z tych twórców (w tym bądź innym swoim projekcie) grała na Uh Fest 2007, z którego organizatorem (Ultrasound Foundation) Musica Genera zaczęła w tym roku współpracować. Nie mam nic przeciwko temu, żeby szczeciński festiwal wszedł do „obiegu”, żeby został zauważony na świecie (choć już, w jakimś stopniu, jest), ale niech nie stanie się (jeszcze bardzo mu do tego daleko) jednym z wielu w łańcuszku tych, które wymieniają się artystami, które oni po kolei „zaliczają”.

Nie chciałbym się też wymądrzać, „jak to kiedyś bywało”, bo to dopiero moja trzecia Genera, ale i tak na przestrzeni tych trzech edycji widać, że co roku mniej jest składów zestawianych specjalnie na festiwal. A nie tylko moim zdaniem, są one solą jego ziemi.


Te moje marudzenia nie zmieniają jednak faktu, że szczecińskie wydarzenie jest jednym z najważniejszych festiwali w Polsce, który każdy miłośnik poszukującej muzyki powinien odwiedzić. 

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl] 

6/02/2016

Musica Genera Festival 2006

Piąta edycja festiwalu Musica Genera dla mnie była pierwszą, ale był to czas najwyższy, bo już od paru lat tęsknie przesuwałem w tę i we w tę po stronie musicagenera.net przeglądając programy kolejnych festiwali. W tym roku zapał był jakiś większy i okazało się, że jest z kim pojechać (w tym miejscu trochę prywaty: podziękowania dla moich kolegów za towarzystwo, dyskusje i całą resztę).
Teatr Kana, w którym festiwal się zaczynał udało się jakoś znaleźć, udało się dotrzeć na czas, udało się zająć miejsca i po zagajeniu – powitaniu Roberta Piotrowicza dźwięki zaczął wydawać tercet: Günter Müller (dźwięki czerpane z iPodów przetwarzane elektroniką), Thomas Ankersmit (syntezator analogowy, saksofon) i Dieb 13 za gramofonami. Muzyka rozwijała się bardzo powoli i chyba nie dotarła tam, gdzie mogła. Całość była statyczna, raczej szumowa i delikatna, wręcz kołysząca, czasem pojawiały się wyraźniejsze struktury, lekko przypominające COHa albo niektóre nagrania Pan Sonic. Dieb 13 skupił się na mikserze i jego pokrętłach, najciekawszym momentem była mocniejsza, długa fraza saksofonu, wtedy gramofonista wycinał małe fragmenty dźwięków prosto z płyt, ciekawie znaczyły one przestrzeń improwizacji, która momentami była jakby wyblakła. Podczas tej mocniejszej eksploracji instrumentu Ankersmitowi udało się unieść pozostałych do trochę odważniejszych poczynań. Jednak to była tylko chwila lotu, który niestety zaraz się skończył.
Po tym występie, którego nijak nie da się określić mocnym początkiem, zaprezentowało się trio Ferran Fages (elektronika, mikrofon, obiekty), Jean Philippe Gross (syntezator analogowy) i John Hegre (elektronika). Był to pierwszy z setów, jakie można by umieścić w przegródce ogłuchnij razem z nami, bo po kilku pojedynczych dźwiękach od Hegre, Gross przekręcił jakiś kabelek w swojej maszynce i zapanował noise bez żadnego ale. Muzyka pędząca do przodu, nie dająca żadnej możliwości ucieczki, bez wyjścia. Wcinająca się jak skalpelem w powierzchnię i grzebiąca w niej. Bo nie był to pokaz jednego ciągłego dźwięku puszczonego zbyt głośno, artyści wypełnili całą możliwą przestrzeń. Były to dźwięki z mnóstwem szczegółów, z których wielu nie dało się wychwycić ze względu na obraną estetykę.
Warto wspomnieć, jeśli mowa o szczegółach, dodatkach brzmieniowych, o Fagesie, który znęcał się nad różnymi małymi przedmiotami i stosował nie tylko widowiskowy, ale ciekawy brzmieniowo, chwyt mikrofonu a'la lasso i kręcił nim to szybciej, to wolniej. Z tego koncertu z pewnością zapamiętam ten moment, kiedy wydawało mi się, że ściany łkają, ale potem doszedłem do wniosku, że to jednak coś wewnątrz ucha. Artyści poruszali się po wysokich, co prawda nie ekstremalnie, częstotliwościach, ale było w tym też dużo mięsa. Oczywiście można zastanawiać nad sensownością takiego występu, gdzie praktycznie cały czas kusi by zatykać uszy. Jednak mnie to przekonało, nie tylko jako fizyczne doznanie dźwięków.
A potem diametralna odmiana a zarazem znów pokaz możliwości tkwiących w improwizacji, z tym że z zupełnie innej strony. Cor Fuhler zagrał na jakimś syntezatorze analogowym i wspomagał się paroma małymi przedmiotami (mi udało się rozpoznać elektroniczne mini-mieszadełka) a Norbert Möslang (trzydzieści lat grania w duecie Voice Crack) używał zepsutych urządzeń codziennego użytku i elektronicznych zabawek. Ciekawy był aspekt wizualny tego koncertu: Fuhler był oświetlony natomiast Möslang pogrążony w całkowitej ciemności. Z początku przekładało mi się to na opozycje robi-nie robi, w tym sensie, że to co widać można określić łatwo, a to czego nie - tylko się domyślać.
Jednak Szwajcar z pewnością wiedział, co robi, a być może ciemność miała jeszcze wymiar praktyczny, kolega podrzucił myśl, że Möslang używał przedmiotów/instrumentów działających na podczerwień. W każdym bądź razie ciemność po stronie połówki Voice Crack została przemieniona w intrygujący spektakl czerwonych i niebieskich diod oraz jakby regularnych wybuchów małych porcji magnezji. Można by to uznać za ciekawy sposób wizualizowania muzyki, bo często mruganie światełek trafiało w rytmiczne dźwięki. A tych pojawiało się dość dużo, ale nie były nachalne, zresztą jak całość zagranej muzyki. Była ona niemal subtelna, skupiona, momentami trochę podobna do twórczości zespołu Battery Operated. Składała się z epizodów, czasem urokliwych w swej kruchości, była to muzyka małych interakcji, nieoczekiwanych spotkań. Co najlepsze, poszczególne fragmenty wpasowywały się jeden do drugiego i utworzyły klarowną jak na wolną improwizację i satysfakcjonującą w odbiorze całość. Duet prawie został wyklaskany na bis, ale istnieje chyba jakaś niepisana reguła MG, że bisów nie ma.
Na koniec pierwszego dnia zagrał Marcus Schmickler, używał on tylko laptopa, a na potrzeby jego występu w sali teatru przestawiono nagłośnienie do układu kwadrofonicznego. Podsłuchując pod drzwiami przed koncertem, doszedłem do karkołomnego wniosku, że to jakiś Wagner ery cyfrowej chyba będzie. I trochę się to spełniło, zwłaszcza w pierwszej części, była w tym wzniosłość, niemal symfoniczny patos. Szkoda tylko, że ta część była rozegrana według schematu opadanie – wznoszenie (rozrzedzenie – zagęszczenie), który był raczej przewidywalny. Po wyciszeniu, trudno powiedzieć na ile zamierzonym, nastąpiła druga część, która była czystym pokazem woli mocy. Artysta nadal operował dość wąskim przedziałem metalicznych brzmień, ale mimo tego i wątpliwości, jakie narosły we mnie podczas pierwszej odsłony, nagle zorientowałem się, że jestem jakby wewnątrz cholernie złożonej konstrukcji dźwiękowej (ach, ta kwadrofonia) i nie wyczuwam nic poza nią. Byłem pozostawiony sam sobie wśród niezmiernie niepokojącej zawieruchy. Głębokie przeżycie.

Drugi dzień zapowiadał się na chwilowy odpoczynek od zmasowanego ataku elektroniki wszelkiej maści. Zaczęli Macio Moretti na perkusji i DJ Lenar, który oprócz zestawu didżejskiego używał też pałeczki perkusyjnej i gumek recepturek (też się w to bawiłem po obejrzeniu „Scratcha”). Pierwsze popukiwania Macia i już ma być tak fajnie, didżej coś długo nie może wydać żadnego dźwięku, ale Moretti jest perkusistą zacnym i buduje całkiem obiecującą przestrzeń. Nie chciałbym się znęcać niepotrzebnie, ale szczerze powiedziawszy pomiędzy artystami była przepaść. Grali razem ze sobą, czasem brzmienia się spotykały, ale mimo tych paru momentów grali obok siebie. Między warstwami brzmieniowymi nie było korespondencji, głośne momenty wydawały się jakąś blagą. Moretti starał się nadrabiać wszystkimi talentami, łącznie z elementami aktorskimi, podczas gdy Lenar sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co ma robić. Bardzo marnie wypadł też chwyt ze wstawieniem na koniec jakiegoś starego sola na saksofon, podanego w estetyce lo-fi, myślałem, że Kid Koala już wystarczająco wiele powiedział w tym temacie, by wszelkie dopowiedzenia były zbędne. Tak, Moretti, jak często, pokazał klasę, ale nie o to (tylko) chodziło w występie tego duetu.
Po tym wystąpił Ankersmit solo. Pierwszą część koncertu wypełniły powolnie nakładane na siebie i odpływające strzępy elektronicznych dźwięków, znów o posmaku jakby COHowskim. W pewnej chwili Holender odszedł od syntezatora i chwycił za saksofon, elektronika cierpliwie wybrzmiewała, gdy Ankersmit zaczął grać w unikalny sposób. Z jego instrumentów dochodziły dwie wstęgi dźwięków naraz, jedna jakby z ustnika, druga z właściwej części instrumentu. Były to odgłosy świdrujące, terkoczące, rozedrgane, ale bez bólu, uzupełniane bardziej mięsistymi, pełnymi frazami. Muzyk zaprezentował zdumiewające umiejętności i trudno się dziwić, że gdy skończył rozległa się burza braw.
Następnie wystąpiła dwójka twórców znana z dnia pierwszego: Müller i Möslang, usprzętowienie to samo, z tą może różnicą, że ze stolika tego drugiego tym razem docierały też zielone światełka. Zagrali bardzo spokojnie, z dużym skupieniem, wielowymiarową, rozłożystą delikatną muzykę, w jakimś sensie kojącą, prostą, czasem wręcz można było to postrzegać jak ambient. Jawiła mi się ona jako płyn: najpierw powoli się rozlewała, potem wsiąkała rozmaitymi kanalikami, tunelami, otworami. Następnie, gdy już dotarła głęboko na moment jakby zakrzepła, zwiększając przez to swoją objętość. Na koniec powróciła do stanu płynnego i swobodnie wyparowała.
To był koniec pierwszego zestawu tego dnia, zostaliśmy zaprowadzeni na tereny stoczniowe, do starej Rzeźni Miejskiej, nazwa miejsca bardzo adekwatna do tego, co tam miało się wydarzyć. Gdy zajmowaliśmy miejsca Hegre stroił swoją gitarę. A gdzie Lasse Marhaug – druga połowa Jazkamera, na którego koncert tak ostrzyłem sobie zęby. Nie zostało to wyjaśnione, poza tym, że Anna Zaradny przedstawiła nam, że oto John Hegre. I rozpoczęło się najcięższe. Norweg miał podłączona gitarę do mnóstwa efektów, w dodatku wszystko było ustawione na maksymalną głośność. Najmniejszy ruch powodował kawalkadę dźwięków, a Hegre na skąpych ruchach wcale nie poprzestawał. Po paru minutach ruszania gitarą i dotykania strun, zaczął stukać gitarą o ziemię. Mój kolega, który darzy ten instrument pewną atencją, jęknął, że nie może na to patrzeć.
Ciekawe, czy choćby w najdalszym zakamarku umysłu podejrzewał, że to zaledwie przedsionek piekła, jakie czeka ten instrument. Potem Norweg położył gitarą na murku, który niejako zamykał tę naprędce zaplanowaną scenę. Dalej wypadki potoczyły się tak szybko, że fakty mogłaby ustalić tylko komisja kilku biegłych. Zapewne ślepy traf chciał, że zaraz obok leżącej gitary znajdował się głaz wielkości przynajmniej ludzkiej głowy. I tak właśnie, stało się najgorsze, najpierw okładanie tym kamlotem, potem walenie o ziemię, rzucanie, kopanie. Dla porządku dodam, że instrument cały czas był podłączony, tak więc wszystkie efekty tej dewastacji prezentowały się również w całej krasie dźwiękowej. Natężenie dźwięków było potężne, zwłaszcza gdy Hegre używał instrumentu własnej konstrukcji – kilku elastycznych drutów przytwierdzonych do kawałka drewna, które były bezpośrednio połączone z mikrofonem. Zwłaszcza gdy te druty natrafiały na struny dźwięki stawały się przeraźliwie wysokie. Z fascynacją i przestrachem publiczność patrzyła na pastwienie się Norwega nad Bogu ducha winnym instrumentem. Było to w moim mniemaniu przekroczenie jakiejś granicy.
Efekt szoku, postępującej dezorientacji i dezintegracji osobowości miał się jeszcze pogłębić. Po nadzwyczaj pośpiesznych próbach i przymiarkach Daniel Menche rozpoczął swój rytuał. Jeśli występ Hegre był czymś na kształt happeningu, to Amerykanina można ulokować w dziedzinie performensu. Używał on płaskiego, podłużnego kawałka metalu, do którego przyklejony był mikrofon kontaktowy oraz własnego ciała. Oczywiście wszystko odbywało się na maksymalnym (choć zaczynam wątpić, czy taki istnieje) poziomie głośności. Menche zaczął od tego, że puścił piekielnie gęsty hurgot a na jego bazie budował dalej. Uderzał się tym prętem, walił nim w ziemię, ale naprawdę przerażające wrażenie robił gdy przytykał sobie ów kawałek metalu do szyi, tak by mikrofon łapał jego okrzyk, gdy jeszcze jest w gardle i gdy drżą struny głosowe. Przy tym miotał się mniej lub bardziej rytmicznie. Gdy skończył opadł wyczerpany na ziemię, z dziąsła leciała mu krew, ale jego twarz wykrzywiał makabryczny co prawda, ale chyba jednak uśmiech spełnienia. To była jedna z niewielu takich chwil w życiu, które można określić mianem transgresyjnych i chwytających właśnie to coś….tylko co…Salę Rzeźni opuszczałem na miękkich nogach i do teraz się zastanawiam, czy oklaski były na miejscu. Ale chyba ludzie nie wiedzieli, co innego mogliby zrobić. Ktoś rzucił krzesłem, ale to był odosobniony przypadek. Tak, potem była jakaś instalacja z laptopowymi szumami i trzaskami oraz z obrazkami dziwnych stworków wyświetlanych w dwóch wnętrzach innego budynku, ale nie bardzo to do mnie dotarło.

Ostatni dzień festiwalu rozpoczynał się w Operze na Zamku, przestrzeni innej niż Teatr Kana. Sala była duża, wysoka, ze starymi, skrzypiącymi fotelami. Dzień rozpoczęła projekcja filmu „Leuchtstoff” w reżyserii Michaela Vorfelda, który był również twórcą instalacji „Lichtton” w Muzeum Narodowym. Ani instalacja, ani film jakoś specjalnie nie trafiły mi do przekonania. Kolejnym filmem był cykl (z którego nie zobaczyliśmy, nie wiedzieć czemu, ostatniej – 12 części) „Film ist” Gustava Deutscha. Te obrazy fajnie igrały i przetwarzały dzieła epoki kina niemego, towarzyszyła im muzyka Burkharda Stangla i Fennesza. Ci panowie zagrali też jako pierwsi tego dnia. Niby wszystko było okej, była ziarnistość, przygaszone wybuchy, trochę popsutych akordów gitar, delikatność, melancholia. Ale zabrakło jakiejś iskry, muzycy jakby odwalali pańszczyznę, sunęli od zagęszczenia do zagęszczenia i nagle (czyżby przypadkowo) skończyli. I niech mnie kule biją, jeśli było to więcej niż 25 minut.
Następny był koncert tria: Anna Zaradny (saksofon), Fuhler (fortepian) i Tony Buck (perkusja). Muzycy ci grali już w przeszłości ze sobą, tylko że nie w takim składzie. To była dopiero bardzo przyjemna odtrutka dla tych, którym za dużo było elektroniki. Trio zagrało względnie przyjazny, kameralny jazz, jednak nie było w tym nic z wdzięczenia się i podążania utartymi ścieżkami. Buck przez większość koncertu obywał się bez bębnienia, grał głównie na talerzach i przeszkadzajkach. Bęben traktował dużą, ryżową szczotką albo postawioną na sztorc pałką, której rytmiczne pocieranie dawało efekt przypominający odgłos didgeridoo. Cor Fuhler w większej mierze skupiony był na wnętrzu fortepianu, gdzie struny obstukiwał pałeczką co brzmiało jak mini-dzwony z wieży kościelnej.
W drugiej części koncertu zaczął nieśmiało dotykać klawiszy i grał pojedyncze akordy by stopniowo je zagęszczać. Zaradny gra w specyficzne sposób, skąpe dźwięki, acz dość nawet długie, które zawsze są jakby stłumione, unoszące się, ale niemal na granicy słyszalności, tak że czasem trzeba się ich domyślać. A całość koncertu chyba tak łatwa była w odbiorze bo muzycy grali ze sobą, słuchali się nawzajem i mieli coś do powiedzenia. W dramaturgii koncertu nastąpiło przemyślane spiętrzenie, które potem zostało elegancko rozwiązane i doprowadzone do rozmytego finału.
Potem swój czas dostał John Duncan, który poprzedniego dnia grał z Alfredo Costa Monteiro (ich występ przemilczałem). Podobnie chciałbym uczynić z tym. Solowy występ Amerykanina celował może w te same rejony, co solo Schmicklera, ale było to bardzo grubymi nićmi szyte. Dla przykładu: mój kolega po występie Niemca mówił, że miał wrażenie, że słyszał w tym jakby naloty, bombardowania. Natomiast Ducnan nie zostawiał wiele miejsca na wrażenie – w zakończeniu swego występu użył odrobinę zmodyfikowanych dźwięków wybuchów. Rozważałem wyjście z jego koncertu, ale chyba na chwilkę przysnąłem i dzięki temu dotrwałem do końca.
Finał został zaplanowany w Teatrze Kana. Na początek tego setu Cremaster: duet Fagesa i Monteiro. Fages ponownie używał obiektów, jak gumowa kulka, membrana głośnika, która penetrował mikrofonem, w dalszej części koncertu powtórzył manewr z lassem. Costa Monteiro położył gitarę elektryczną na stole i służyła mu ona za nagłośnienie. Muszę przyznać, że zdobyli mnie pierwszą partią improwizacji, byli czujni, widać było zgranie, był w tym jakiś ciąg, było gęsto hałaśliwie, ale bez ekstremów, bardzo ciekawie zbalansowane. Interesująco brzmiała gruba sprężyna zaczepiona na gitarze i poruszana, niczym jakieś ruchy tektoniczne.
Ale w dalszej odsłonie artyści, jak na mój gust, zaczęli zbyt szukać udziwnień, chwytali to za jeden przedmiot, to za drugi, uleciała gdzieś ta swoista dla improvu precyzja, która czasem potrafi przemienić szaleństwo w godną podziwu konstrukcję. Niemniej występ był udany i podobał się publiczności o czymś świadczy szturm sklepiku na piętrze w poszukiwaniu płyt Cremastera.
Przedostatnim wykonawcą był Dieb 13, który zagrał na trzy gramofony, mikser i specjalny, napisany przez siebie program do aranżowania dźwięków. Dzięki swoim talentom programistycznym mógł uzyskać świetny efekt strukturowania szumów winyli, co czyniło z nich element rytmiczny. Zagrał noisowo, momentami harcząco, dźwięki skwierczały niczym u ErikaM. Dodatkowo wplatał w to bity, czy również rytmy z muzyki elektronicznej wprost z winyli, czasem też coś jazzowego. Jego występ, jestem prawie pewien, nie miał się tak szybko zakończyć, był w nim zamysł, którego nie zdążył zrealizować, ale raz chyba nie opacznie machnął ręką i kilka wajch poszło do góry na mikserze dając niespodziewany hałas, by zatuszować tą omyłkę podniósł wszystko na maksa i zaraz ukrócił. I tu mógł być bis, sam artysta chyba miał chęć, ale cóż…
Na koniec super trio: Piotrowicz (gitara, syntezator), Schmickler (laptop) i Marhaug (elektronika), wtedy obawy, że Norweg raczej nie dotrze, zostały potwierdzone. Zagrał więc duet, który niespecjalnie mnie poruszył, może był to już pewien przesyt, ale tym razem powolne budowanie, szumy, wysokie stężenie dźwięków jakoś do mnie nie przemówiły. Poza tym odniosłem wrażenie, że był to duet nierówny, w którym Piotrowicz zdominował Niemca. Długością występ wpisał się w tendencje tego dnia do niedopowiedzenia.
Co tu dużo mówić, kto nie był ten trąba. Na MG trzeba jeździć, gdyż to jedyna w Polsce okazja, by poczuć na taką skalę mocny puls muzyki improwizowanej na światowym poziomie. W dodatku w tylu rozmaitych postaciach, które udowadniają nieustannie, że nie ma jednej, tej właśnie, słusznej drogi grania, a by znaleźć to co odpowiada nam najbardziej trzeba próbować wszystkiego. Jeśli dodamy do tego świetne przygotowanie (choć niektóre przerwy dłużyły się niemiłosiernie), miłą atmosferę i możliwość zakupu płyt raczej w Polsce niedostępnych, to pozostaje tylko powiedzieć: do zobaczenia za rok.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

3/27/2013

Ukazał się pierwszy numer magazynu surround, w którym m.in. artykuły o Wandelweiser, Kevinie Drummie, Vanessie Rossetto, Grahamie Lambkinie, AEU (nowym sublabelu Erstwhile, koniecznie sprawdźcie album Guthrie/Kamerman) i mój wywiad z Ralfem Wehowsky'm.

Dziś premierę ma When Snakeboy is Dying Roberta Piotrowicza. Znam ten materiał od dawna, słuchałem go wiele razy, ale nadal robi on na mnie olbrzymie wrażenie. I w końcu może być tak, jak to miało być, że można czytać ten wywiad słuchając muzyki, o której mowa.

Podcasty: oczywiście polecam każdą odsłonę densinghour, ale w tym tygodniu polecam szczególnie, bo Anthony zrobił coś świetnego. Steve Summers i Bookworms dla Concepto Radio, a do tego można poczytać tę rozmowę. Blowing Up The Workshop też nie próżnuje: Lussuria oraz L'estasi Dell'oro.

Kiedy czytałem pierwszy raz o filmie Leviathan, nie wiedziałem, że w jego tworzeniu brał udział Ernst Karel (kiedyś udzielający się w duecie EKG, którego jedną płytę nawet tu recenzowałem. Uświadomił mi to dopiero ciekawy wywiad z nim, w którym mowa o jego pracy w Sensory Ethnography Lab na Harvardzie i o dźwięku w filmie:

I was really surprised when people writing about Sweetgrass would comment on the sound as being somehow remarkable. To me, it was as straightforward a way of dealing with sound as I could imagine. We weren't doing anything tricky. There are no effects. A lot of it is sync sound, but I think it is something like what you just said, where the sound is allowed to intrude upon what's going on more than might otherwise be the case. For a lot of documentaries, the sound is reined in. It's especially exaggerated when you have a voiceover. Whenever that voice comes in, the sound mysteriously vanishes or gets shifted way down. Sound becomes an optional component of the image when it can suddenly come down for no reason other than someone wants to talk over it.

9/09/2011

Ostrava Days Festival 2011 (cz. I)

Posłałem relację i po chwili chwyciłem się (metaforycznie) za głowę: przecież Radulescu! Jak mogłem o nim nie wspomnieć? Bo nie wspomnieć w relacji musiałem, z braku miejsca, o wielu utworach, ale Radulescu był jednym z najmocniejszych punktów festiwalu. Do tego jeszcze dojdziemy, ale za trochę, bo poniższy zbiór notatek musi być choć nieco uporządkowany, więc organizuje się wokół chronologii.

Spóźniłem się na "event" w Kopalni "Michał", co oznaczało, że ominęła mnie koncerto-instalacja Cecilii López, której byłem ciekaw, po czytaniu o niej. Za to dotarłem w sam raz na Harlekina (1975) Stockhausena. Teatr muzyczny? Dziękuję - postoję. Na zewnątrz.
Nawet w tych notatkach nie wszystko musi być uwzględnione, np. występ Daniela Ploegera. Naprawdę, to nie było *szokujące*, to było nudne. Potem najlepsze tego wieczoru: Ursonte (1927-31) Schwittersa wykonane przez Salome Kammer. Słyszałem to już wcześniej na żywo (Jaap Blonk), ale tym razem zwróciło moją uwagę wydobycie i podkreślenie elementów rytmicznych, odrobina teatralności (a'la przemawiający polityk?) nie przeszkadzała.
Następnie John Eckhardt na basie i laptopie (sample wybrzmień fortepianu?), dronowo, ale bez nudy bo nie za długo.

Następny dzień to maraton elektroniczny. Pomysł jest nieco poroniony, bo nikt nie wytrzyma 10 godzin koncertów, zwłaszcza często dość do siebie podobnych (ujmując je ogólnikowo), ale zawsze można wyjść zaraz obok na piwo/na ławkę. Generalnie średnia jakości była raczej niska, szczególnie zaniżyli Romano Krzych, Thomas Buckner i Radio Royal. W średniej utrzymali się Franz Hautzinger (trąbka) i Mattija Schellander (syntezator - dużo niskich), Andrea Neumann (inside piano, mikser) i Ivan Palacký (maszyna do szycia), którzy grali za długo, a mieli moment żeby skończyć, lepiej było, jak głośniej i więcej się działo, co trochę niespodziewane, ale przy redukcji to zbytnia pustka i brak pomysłu, może też trochę wina hałasów zza okna. Ciekawie zaczął Michal Rataj (laptop i jakiś system do rysowania dźwięków): proste ciche dźwięki, osobne, drobnica (trochę kojarzące się z Trzewiczkiem), potem niestety za dużo rzeczy naraz. Zdecydowanie powyżej średniej wstrzelił się ze swoim krótkim występem Robert Piotrowicz, który (może ze względu właśnie na czas) był bardzo jednolity, bez zerwań, z mocarnym, wręcz wzniosłym (te organowe barwy) finałem.

Jednak to były przygrywki, oficjalnie festiwal zaczął się w niedzielę (pod tymi linkami zawsze dokładny rozkład jazdy oraz skład osobowy, żebym tu nie musiał już tego przepisywać). Przypomniałem sobie swoją relację i poprzednio koncert inauguracyjny też był przeładowany perkusyjnie. Może to taka metoda? Lepszym pomysłem jest umieszczanie w programie Feldmana, który uratował cały koncert. Fatalne było Wer sind diese Kinder (2009) Rolfa Riehma - walenie w bębny, “pierwotne”, ciekawie mocne (chwilami aż potężne), gęste dęte, ale ciągle powtarzane i urywane bez sensu, no i ten głos nagrany (puszczany "z taśmy" z szumami rozkręconego gaina), powrzucany na chybił-trafił, wprowadzający dodatkowe zamieszanie, a nie jak życzyłby sobie autor "kolejną warstwę znaczeniową".
Ale ten utwór przynajmniej był jakiś, nie to co Fragment (1998) Kotika, gdzie nawet nie było czegoś konkretnego, czego mógłbym się złapać i stwierdzić, że dlatego mi się kompozycja nie podoba, na początku nie odpowiadało mi zagęszczenie, dużo różnych rzeczy (oczywiście perkusyjne mocne), ale gdy w drugiej części nastąpiło rozrzedzenie, uspokojenie, to wcale nie było lepiej. Ciekawe, czy to ten sam Fragment co dwa lata temu?
Następnie potworek Lucii Vitkovej: przestrach od pierwszego wejrzenia, bo na scenie stoi perkusja, której, naturalnie, zaraz pierwsze uderzenie; dobre smyczki, słychać, że to utwór akordeonistki - może szkoda, że nie solo? Cała paleta brzmień, trochę ostrych, trochę folkowych. Ta partia improwizowana na koniec taka z wykopem przekonuje, że jednak nie szkoda, że to nie solowy popis. Do tego nierozwiązana kwestia, czy ona tak zupełnie panowała nad instrumentem?
Na zakończenie triumfalny powrót Salome Kammer, która namówiła Carolę Bauckholt do napisania Emil will nicht schlafen (2009/2010) i tak naprawdę skupiła na sobie całą moją uwagę, a dokładniej nawet nie ona, co sposób jej nagłośnienia, jakiś mikrofon dookólny na plecach? Zbierał nie tylko głos/poboczne dźwięki wokalne, ale też pocieranie płytkami o siebie (pisk). Utwór spójny, sensowny, zaakceptowałem, choć nie moja bajka, bo znów teatr muzyczny.

Poniedziałek, koncert popołudniowy. Ponownie Bauckholt - obiecujący początek, trochę chropowato, jakby ugrzecznione transkrypcje z Volapuk, ale dużo kombinowania: styropian, woda, piłeczka, muzycy oprócz grania świszczą, dmuchają. W środku sublimacja i czysty, wysoki flet, potem osadzający wszystko fortepian. Roman Berger - niezrozumiałe dla mnie podzielenie na segmenty (ale przynajmniej konsekwentnie za tym rozstawienie muzyków w przestrzeni), organy łączyły się z resztą instrumentów jedynie chwilowo i w banalny sposób, przez imitację. Z całości pozostał posmak płytkiego smutku smyczków. Cinzia Nistico - miłe zaskoczenie, miałem potem przyjemność porozmawiać z kompozytorką i chociaż ona odżegnywała się od bezpośrednich inspiracji Salvatore Sciarrino, to ja będę obstawał przy swoim. Szczególnie szmerowy początek usprawiedliwiał to skojarzenie, ale też w ogóle wrażliwość na dźwięk jako taki i na detal. Smyczki z kolei przypominały nieco Ivana Fedele, były też wyraźne spiętrzenia i ładne ich rozejścia. David Bremner - oj nie, bez sensu nawrzucane, jakieś kapryśne figurki, tak od niechcenia ułożone. Na zakończenie Philippe Hurel i było świetnie, z wyrafinowaną ostrością, ale to zakrawa na zbrodnię, że dostaliśmy tylko pierwszą część utworu, co jeszcze by uszło na otwarcie koncertu.
Koncert wieczorny, po którego zakończeniu pomyślałem, że może konceptem na całość była groteskowość, co jakoś mogłoby to wszystko tłumaczyć. Nie przypadła mi do gustu muzyka wyczynowa Martina Smolki, choć zrozumiałem sens, gdy dowiedziałem się, jaki był zamysł tej kompozycji. Nie znałem zupełnie twórczości Kurta Schwertsika, ale bardzo spodobało mi się salotto romano (1961), mimo że zaczęło się od tupnięcia (cóż, takie czasy). Ale zachwyciły mnie pociągłe smyczki, powtarzane spokojnie, ale dobitnie, które sugerowały, że nie jest to nawet pastisz muzyki salonowej (wspomnianej w podtytule), ile raczej requiem dla niej. Z rozmów wiem, że utwór Ligetiego spotkał się z ciepłym przyjęciem, ale ja w nim nie uczestniczyłem. Chociaż szanuję, doceniam i w ogóle, i to podczas końcówki tej kompozycji przyszła mi na myśl groteska. Ale chyba nie pasowało mi w niej, to co ktoś określił jako "kokieteria".

Wtorek, kolejny maraton. Fajny pomysł na koncert złożony z utworów kompozytorów, którzy kiedyś brali udział w Ostrava Days Institute. W utworze Carolyn Chen cały czas panuje atmosfera, że coś nadciąga, perkusyjne są dość wyraziste, ich nagromadzenia nie rozwiązują napiętej sytuacji, ciekawe zgrzyty smyczków, jakiś upór i brzemienność całości. Niestety pod koniec wkrada się estetyka muzyki filmowej, choć z większą dozą sympatii można by dopuścić porównanie do Gavina Bryarsa. Utwór Katherine Soper udanie parł do przodu, ale nie pędził, był ciekawy rytmicznie, melodycznie mniej. Potem dwie kompozycje grał Rhodri Davies i bardziej niż one same zapadł mi w pamięci absurdalny widok samotnego muzyka w wielkiej, rzęsiście oświetlonej sali. Dźwiękowo utwór Jamesa Saundersa też się w tej przestrzeni zagubił.
Drugi koncert to powrót Daviesa na niemal mini-recital i trzy kompozycje napisane specjalnie dla niego. U Wolffa miał dowolność, co do niektórych parametrów dźwięku, pojawiły się fragmenty nieco jakby barokowe (?) ale też poniekąd "dodekafoniczne" z nagłymi zatrzymaniami wybrzmień. U Yasunao Tone było nieco bardziej skomplikowanie, bo partytura składała się z japońskich ideogramów oraz zbioru strzałek - wskazówek. Zawierała też sugestię, że można elektronicznie dźwięk harfy przetwarzać, z czego Davies skorzystał przypinając mikrofon kontaktowy i doprowadzając do delikatnych sprzężeń. Oprócz tego spreparował instrument przedmiotami (korki, kawałki metalu), które nie tylko zmieniły jej brzmienie, ale i same dźwięczały rezonując. Publiczność tego dnia była jakaś hałaśliwa, jakiś dziennikarz koło mnie na bieżąco czynił notatki szurając ołówkiem, światła za muzykiem migotało - więc zamknąłem oczy, co pozwoliło mi lepiej wejść w ten zaskakująco dobry utwór. U Sam Park było zbyt przyjemnie, z repetycjami-wypełniaczami i nic nie wnoszącymi glissandami, ale też kilka mocnych akordów, które swobodnie wybrzmiewały. Kompozycja Petra Bakli zaczęła się zbyt prosto i mocno, ale potem się trochę rozmyło i nawet mnie poniosło. Z Jeney'a zapamiętałem tylko stonowany wibrafon, który był jak zjawa.
O The Tiger's Mind (1967) Corneliusa Cardew można by napisać osobny wpis, ale o jego wykonaniu w Ostrawie już niekoniecznie. Co nie znaczy, że było ono złe, muzycznie miało swoje momenty i uszło jako całość, ale wydaje mi się, że nie było tak przemyślane, jak być powinno. Ale należy mieć nadzieję, że dzięki temu ktoś zainteresuje się tą partyturą lub postacią Cardew.

(cdn)

6/25/2009

Musica Electronica Nova 2009

[być może będzie na nowamuzyka.pl, ale już nie chce mi się czekać, więc wrzucam tutaj]

Wrocławski festiwal wydawał mi się najbardziej interesujący tam, gdzie wychodził poza akademickie mury i choćby zaglądał na alternatywne podwórko (podaruję sobie cudzysłowy czy próby uściślania, ale mniej więcej wiadomo, o co chodzi, prawda?). Dlatego też udałem się dopiero na ostatnie dwa dni imprezy, trwającej już tydzień, które oferowały atrakcje bliższe właśnie temu drugiemu obszarowi.

Wydarzeniem wyglądanym w sobotę był solowy występ Roberta Piotrowicza, jednak to było zwieńczenie dnia i żeby się tam znaleźć, trzeba było przejść przez mniej lub bardziej niewygodną drogę krzyżową. Spóźniłem się nieco na pierwszy koncert, a organizatorzy zdążyli poczynić roszady w repertuarze, tak że przez jakiś czas myślałem (bo zaglądałem w program podany w katalogu), że właśnie wysłuchałem utworu Bogusława Schaeffera, który był "całkiem okej", co mnie zdziwiło, bo zwykle jest gorzej. Okazało się jednak, że to Prolongement Stanisława Krupowicza otworzył koncert, którego formuła była następująca: kompozycje na kwartet smyczkowy (w tej roli Kwartet Śląski) i elektronikę (taśmę, komputer) przeplatane utworami czysto elektronicznymi. Na Prolongement dotarłem w momencie, gdy dźwięki z komputera zaczęły się ujawniać w postaci delikatnego szumu, który przypominał odgłos maszyny do "mgły", co sprawiło, że wyobrażałem sobie, że elektronika jest takim dymem wpuszczanym między dźwięki instrumentów. Te zasłona gęstniała, coraz bardziej zakrywała smyczki, choć one wciąż pracują, pojawiają się metaliczne tarcia, jakby od przesuwania cienkich blach po sobie. Moment bez instrumentów, a potem powracają one bardziej zdecydowane: długie pociągnięcia, nachodzące na siebie, nawarstwiające się, natarczywe. Komputer nie daje za wygraną, elektronika coraz mocniejsza, czasami wprowadzana zbyt na siłę (nagły wzrost głośności), pochłania kwartet, momentami bardzo przyjemnie krąży kanałami po sali, porusza się. To bardzo odległe skojarzenie, ale pomyślałem o "Studies for Thunder" Henke - i to przed uderzeniowo-burzową końcówką. "Bum" miało przynajmniej tą zaletę, że nie było punktowe, a ciekawie rozłożyste, rozwinęło się w bardzo niskie wybrzmienia, choć i tak odczuwałem to jako silnie akademicki chwyt - potrzebę zaakcentowania, że oto koniec, a na koniec coś się przecież musi stać. Potem dowiedziałem się, że podobny był początek utworu, co trochę polepszyło moją opinię o kompozycji - wolę klamrę spinającą niż stempel zamykający.
Dwa utwory "na taśmę" były niezbyt dobre, najlepiej o tym świadczy fakt, że gdy następnego dnia chciałem zanotować swoje wrażenia, to niewiele znalazłem w sobie do przelania na papier. Poetries Schaeffera pochodzi z roku 1978 i to było słychać, przynajmniej jeśli chodzi o budowę. Odnośnie treści może trochę mniej, mój kajet podsuwa: "to, co Oval przepuszcza przez sito" - choć to znów skojarzenie raczej tak, żeby móc się w ogóle czegoś złapać, żeby nie pozostać bezradnym. Ogólnie elementy porozrzucane, bez ładu, od niechcenia, pourywane, tu jakieś "spit", tam "spat", potem przez moment trochę mokro: plim-plum. Odczuć z Flashbacku (1996) Elżbiety Sikory raczej nic nie będzie w stanie przywrócić mojej pamięci. Początek to kawalkada dźwięków perkusyjnych, jak ze starej dobrej muzyki konkretnej, potem było już lepiej (gorzej nie mogło...), ale teraz nie mam pojęcia, co to "lepiej" oznaczało w przełożeniu na materię muzyczną (zanotowałem, że było "miękko"). Wiem, że były fragmenty mówione, ale tak niewyraźnie, że nie dało się zrozumieć słów, co mnie trochę męczyło.
Pomiędzy tymi utworami dostaliśmy kolejnego Krupowicza: Tylko Beatrycze (1988) na amplifikowany kwartet i taśmę. A może raczej: dostaliśmy kolejnym Krupowiczem, bo dzieło to, inspirowane fragmentem wiersza Lechonia, było dla mnie tak celnie wymierzonym ciosem wrażliwości estetycznej zupełnie mi obcej, że ledwo (powstrzymując śmiech) przetrwałem drugą rundę z polskim kompozytorem. "Taśma" zawiera przetwarzany głos kobiecy wypowiadający słowa, przetwarzany od pierwszej chwili i na potęgę. Czuć zachwyt możliwościami przekształceń (metaliczne rezonowanie, przecieranie szumami, pogłosy) i brak zahamowań w posługiwaniu się nimi ("a co będzie jak to echo trochę spitchujemy"), a nawet chwilami podejrzewałem twórcę o nieprzysłuchwanie się efektom operacji. Jedynie ciekawie jest, gdy z głosu wyciągane są niedługie pulsy-drony, znów zaleta nagłośnienia, które pozwala przynajmniej napawać się niskimi częstotliwościami. Stopniowo głosu i dźwięków z niego jest coraz więcej, nikną pod nimi instrumenty, które często grają pojedyncze frazy, aforystycznie, trochę gesty neoklasyczne (a może to jakieś kryptocytaty), no i gdzieś też drobna wisienka pogłosu dla smyczków (minimalnego, ale okropnie sztucznego). Tak jak w poprzednim utworze Krupowicza, znów słychać brak szczególnego pomysłu na połączenie dwóch żywiołów w jedną, spójną kompozycję.
Najlepszy utwór koncertu zostawiono na koniec, a był nim Phrase and Fiction (1994/5) Argentyńczyka Alejandro Viñao. Jego największą przewagę względem poprzednich kompozycji wykorzystujących stanowił fakt, że warstwę elektroniczną stanowiły dźwięki jakby ze smyczków wywiedzione, pochodzące z tej samej rodziny brzmieniowej i/lub fakturowej. Przypuszczam, że to faktycznie było źródłem, które poddano przetworzeniom, tutaj na szczęście udanym. Głównie zyskiwały one chropowate oblicze albo właściwości drapiące, z lekkimi odchyłami ku drażniącym (tzn. "nie-tak-ładnie"). Często, zwłaszcza w pierwszej części, zdarzało się tak, że elektronika szła bardzo blisko gry instrumentu, splatając się z nim i odchylając. Tutaj też lokalnie zdarzały się delikatne rytmy, podczas gdy druga część była spokojniejsza. To dlatego, że choć generalnie bardziej wypełniona dźwiękami, to były one stateczne, smyczki grały długie frazy, raczej płaskie, a elektronika zeszła na dalszy plan. Trzecia część znów żywsza, ogólnie nie tak, jak pierwsza, poza samym finałem, gdzie powrócił wcześniej obecny motyw, co może pozwala go uznać za temat? Najważniejsze jednak, że Viñao przekonał mnie, że miał coś do powiedzenia, a utwór brzmiał sensownie jako całość.

Wieczorny koncert odbywał się, tak jak poprzedni, w sali teatralnej Impartu. Znów zmiany programu, na których zapowiadanie tym razem się załapałem, ale niewiele to dało, bo jedna zapowiedź nie wystarczyła na przyswojenie informacji, które nie zostały poparte (jak to miało miejsce popołudniu) wydrukami nowego rozkładu jazdy.
Tak czy inaczej, rozpoczęło się od Lisboa, tramway 28, Hommage á Fernardo Pessoa (1998) Sikory na taśmę i saksofon altowy i sopranowy (grała Dorota Samsel). Niestety, ta kompozycja też nie wryła mi się zbytnio w pamięć. Saksofon zaczął szmerowo-oddechowo, ale potem już w zasadzie regularne dźwięki, których było za dużo. Z taśmy, no tak, były jakieś nagrania terenowe, zapewne ze stolicy Portugalii, trasy słynnego tramwaju. Hm, trudna sprawa, tu było coś, tam coś - a co z tego?
Potem było już lepiej (gorzej być nie mogło...) - zaprezentowany został elektroniczny Styal Davida Berezana, opierający się głównie na dźwiękach nagranych w fabryce. Utwór miał faktycznie industrialny charakter, wiele w nim było mroku, chropowatych powierzchni, podpieranych bardzo niskimi dudnięciami, przesuwami, chwilami można się było poczuć jak w środku olbrzymiej maszyny. Choć naprawdę dobrze by było, gdyby udało się wywołać wrażenie ruchu elementów zależnie od siebie.
Następnym punktem był występ Macieja Walczaka, który na żywo operował dźwiękiem i obrazem (a nosiło to nazwę Terapia 12/1). Z początku wydawało się, że może być ciekawie, a przynajmniej zabawnie (w dobrym sensie), gdy na ekranie pojawił się pan w roboczym stroju na wysięgniku obok drzewa. Było to dość zaskakujące, bo zwykle raczej w roli wizualizacji oglądamy bezpieczną abstrakcję, a tutaj takie coś, jak zdjęcie z dodatku lokalnego jakiejś gazety. No ale później Walczak zrezygnował z figuratywności, gdzieś tam wplatał kształty, ale wszystko zalewał kolorowymi płaszczyznami, prostymi przekształceniami, osiągając unikalną formę neo-kiczu. Dźwięki były zdecydowanie cyfrowe, w pierwszych minutach jakby się zacinały albo były przypadkowo pauzowane, a potem....hm, też się coś z nimi chyba działo...
Muszę przyznać, że z nadzieją wyczekiwałem kolejnej odsłony Viñao, którą był elektroniczny The World we Know (polecam opis). Gdy spadły hip-hopowe bity i bas przesuwał się po podłodze, byłem naprawdę zaskoczony, ale i ucieszony. Oczywiście, nie był to wybitny utwór, ani też wielce oryginalny chwyt, ale dawał bardzo przyjemne wytchnienie od tego, w większości nieudanego, eksperymentowania. W drugiej połowie rytm był wciąż zaznaczony, ale sam bit już nie tak obecny, więcej było faktur, jakiś sampli ze starego zegara. Sensownie dowcipny i dynamiczny kawałek muzyki.
Po dość kuriozalnych ustaleniach, czy teraz ma być przerwa, czy nie (stanęło na drugiej opcji) zagrał Robert Piotrowicz. Używając syntezatora analogowego i laptopa stworzył coś tak niesamowitego, że nawet trudno próbować to odnieść w jakikolwiek sposób do tego, co słyszeliśmy w Imparcie wcześniej. Wysokie dźwięki, pod które zaczęły wchodzić nieco niższe, przyjemne w brzmieniu, chwilami melodyjne, kojarzyły mi się trochę z "kładzionymi" tonami Orena Ambarchiego. Niedługo pojawiły się pojedyncze uderzenia, bez jakiejś szczególnej barwy, raczej po prostu basowe odgłosy, porozrzucane były między cztery głośniki, co jakiś czas sugerując, że może pojawi się rytm, ale nawet w swej nieregularności były niestałe. Pasma wysokich częstotliwości były pełne małych wrąbków, jakby ponacinane w trudny do odszyfrowania wzór, to i ich szklistość, jasność przywodziły na myśl Mauve Cycles Anny Zaradny. W pewnym momencie cała ta wiązka nitek została spleciona w grube włókno, które zachowało ich przejrzystość, przy tym na trochę wytyczyło zdecydowany szlak, po chwili jednak zostało poluzowane. Szczytem był fragment, w którym Piotrowicz jakby złapał dźwięk przypominający cyfrowe zacięcie ("trrr" - średnio-wysokie, dość mięsiste) i wyciągnął go na pierwszy plan. Nie był to ani dron, ani noise'owy atak na zmysły, muzyka falowała, krążyła wedle jakiegoś modelu w czterech kanałach, tak że wkrótce można było wejść w nią, zespolić się z organicznym cyklem przemieszczania.
Trwało to czas jakiś, po czym Piotrowicz zdecydowanie zmniejszył głośność, oczywiście dobrze, że nie skończył koncertu w tym miejscu, tylko chciał zbudować coś jeszcze dalej, ale uderzyło mnie to ściszenie. A może się czepiam i nie było dobrego wyjścia/zejścia z osiągniętych wyżyn, płynny fade też by mnie pewnie ukuł w uszy. Podobało mi się jednak to, że Piotrowicz zostawił te dźwięki, które przed momentem były bardzo głośne, tak że stały się teraz fakturą w tle, zmienił perspektywę słuchania (przed chwilą byliśmy w nich, teraz widzimy je pod sobą). Na niej kładł bardzo drobne pyknięcia, generalnie druga połowa nie była odmienna od pierwszej, wydawała się lżejsza, choć pojawiły się (w oddali) elementy industrialno-perkusyjne, może dlatego, że nie było rozpoznawalnej kumulacji. Tylko nagłe urwanie.

Niedziela to finał festiwalu i tylko jeden koncert - w Filharmonii Wrocławskiej, jeden utwór - An Index of Metals Fausto Romitellego (komentarz kompozytora). Znałem ten bardzo ciekawy utwór niemniej ciekawego włoskiego twórcy, więc we Wrocławiu nie tyle całość, co szczegóły przykuwały moją uwagę. Na przykład taki Pan Sonicowy moment elektroniki "solo", gdzieś w jednej trzeciej trwania utworu, ona też wcześniej jakby odmierzająca, tykająca, może w roli stałej skali dla "przemijających" instrumentów? Później, wspaniała chwila, gdy usłyszałem krople deszczu padające (pojedynczo) na rozgrzany dach i skwierczące przy tym. Albo wygaszenie przed finałem, gdzie gitary (elektryczna i basowa) nadały taki jazzowy feeling, prawie że wykluły się błękitne nuty, zastygnięcie, ale nie skamienienie, tylko nostalgiczny krok w tył. Natomiast finał, który nie jest takim typowym finałem-spełnieniem (i chwała mu za to), może mógłby jednak być wykonany nieco energiczniej, trochę za mało w nim wezbrało. Jeden jeszcze szczegół, który wcześniej mi umykał, a teraz nieco raził, to spowalniany odgłos silników (w filharmonii chociaż brzmiał dobrze). No i to już na granicy czepialstwa, ale może Agata Zubel mogłaby być nieco ciszej względem reszty, bo tego że instrumenty nie były tak wyraźne jak na nagraniu, nie dało się uniknąć. Jeśli chodzi o całość, to wrażenie mogły popsuć problemy z wizualizacjami, na pewno dało się to zrobić profesjonalniej (są programy vj-skie, itd, itp). Ja wolałem skoncentrować się na dźwiękach i raczej miałem zamknięte oczy, ale i tak dostrzegłem okienko Media Player Classic, komunikat o jego błędzie, kursor, problemy z synchronizacją (obraz był na trzech ekranach) - szkoda.

1/14/2009

(viele) Foto machen

W Cafe Mięsna zagrali: kalEka (pierwsze zdjęcie) a potem Zbigniew Karkowski i Robert Piotrowicz (zdjęcia pozostałe, niektóre cyknął Sierus).































/////
Członkowie an_Arche będą w środę (godzina 19:00, Aula Nova Akademii Muzycznej, wstęp wolny) grać Spiegel im Spiegel i Für Alina Arvo Pärta.
A my w Audiosferze będziemy puszczać muzykę Olgi Neuwirth.

1/13/2009

To Live and Shave in Lodz (fotostory)

w drodze




po drodze



daleko



niedaleko



wieczna zmarzlina



w fabryce (sztuki)



podczas



nadal



po