Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skany. Pokaż wszystkie posty

11/19/2011

Ferrariana

Ze strony lucferrari.org można ściągnąć dwa teksty dotyczące Presque rien. Oba to fragmenty z książek.

Dla nieznających tej kompozycji dobrym wprowadzeniem będzie część rozdziału siódmego z książki In the blink of an ear Setha Kim-Cohena, dotycząca właśnie Ferrariego. Gościnnie występują Maurice Merleau-Ponty i Jean-Luc Nancy. [pdf]

Drugi tekst powinien zainteresować nawet tych dobrze obeznanych z utworem, jak i jego autorem. "The Politics of Presque rien" Erica Drotta pochodzi z (wygląda, że interesującej) książki Sound Commitments. Po pierwsze Drott sięga do źródeł francuskich, po drugie odnosi się do mało znanego epizodu z biografii Ferrariego, kiedy ten pracował jako "animator muzyczny" w Maison de la Culture w Amiens i zarysowuje bardzo ciekawy kontekst powstania i działalności tego typu instytucji. Po trzecie w tekście pojawia się Bourdieu - sam ten fakt oczywiście sprawia, że jestem wniebowzięty. Pan F. i Pan B. razem, och, ach, ale jest jeszcze lepiej, bo ten drugi służy do zinterpretowania poczynań tego pierwszego. [pdf]

Od siebie dorzucę liner notes z Piano & Percussion Works autorstwa Niny Polaschegg, w których pojawiają się ciekawe uwagi, jak to również instrumentalna muzyka Ferrariego była muzyką anegdotyczną.

[klik w celu powiększenia]

8/22/2010

Luc Ferrari - prawie wszystko o kobietach

[artykuł ukazał się w czasopiśmie Fragile 4/2009, dziękuję redakcji za zgodę na przedruk]



Luc Ferrari (1929-2005) to francuski kompozytor, który zaczynał od serializmu, potem zainteresował się muzyką konkretną, a po jakimś czasie korzystając z jej środków (nagrywanie i przetwarzanie dźwięków), doszedł do własnego rozwiązania – muzyki anegdotycznej. Tutaj, zamiast z dźwiękami nierozpoznawalnymi, oderwanymi od ich źródła (jak chciała muzyka konkretna), mamy do czynienia często z fragmentami narracyjnymi, którym łatwo można przypisać odniesienie w rzeczywistości. W działalności Ferrariego mamy do czynienia z wieloma formami: muzyką elektroniczną, instrumentalną (lub połączeniem ich obu), słuchowiskami, reportażami, nagrywaniem terenowym i wszystkim, co wynika z łączenia tych elementów. Nie będę tutaj obszerniej przedstawiać jakże interesującej drogi twórczej Francuza, chciałbym się skupić za to na jednym, bardzo ważnym aspekcie muzyki tego artysty, który można najkrócej określić jako – erotyzm. W kompozycjach, które omówię, Ferrari jawi się jako człowiek, który daje się uwodzić życiu, potrafi uwieść swoimi utworami słuchacza, a także przedstawia za ich pomocą samo uwodzenie.

Ten pierwszy raz

Ferrari był człowiekiem ceniącym wszelkie zmysłowe przyjemności i zafascynowanym kobietami. Jak wspomina, został przez nie wychowany, a jego trzy siostry można uznać w pewnej mierze za przyczynę jego zainteresowania światem sztuki. Swego czasu umawiały się one z różnymi artystami, a Ferrari poczuł chęć wejścia w to środowisko. Młode kobiety są także bohaterkami dwóch utworów z początku lat 70.: Danses organiques (1971/73) oraz Unheimlich Schön (1971). Pierwszy z nich autor nazywał "kinem dla uszu" albo "dźwiękową powieścią graficzną" – to jeśli chodzi o formę. Natomiast zawartość, jak twierdził, powstała, gdy wręczył dwóm dziewczynom magnetofon. Co więcej, urządzenie towarzyszyło ich pierwszemu spotkaniu, podczas którego kochały się. Od siebie Ferrari dodał muzykę, którą określił jako wyobrażony folklor, a także mówione wprowadzenie. Słychać też jęki i westchnienia, których stopniowo jest coraz mniej, a nie będzie chyba nadinterpretacją uznanie ostatniej części za muzyczny odpowiednik orgazmu. W komentarzu dopisek: "kampania kompozytora na rzecz wyzwolenia kobiet". Jest to przejaw specyficznego poczucia humoru Ferrariego. Innym jego przykładem może być powstały w 1971 roku Pornologos 2, który przynajmniej w tytule nawiązuje do wcześniej rozpoczętej serii utworów Tautologos, jakby kpiąc z ich powagi.
Zapędy voyerystyczne dają o sobie znać w pochodzącym z tego samego roku Unheimlich Schön, anonsowanym enigmatycznym: "Jak oddycha młoda kobieta myśląc o czymś innym...". Jest również wersja, w której owo "inne" zostało doprecyzowane i zmienione w "nieprzyzwoite". Tutaj też kompozytor ostrzega: "należy tego słuchać bardzo ostrożnie". I jest to zrozumiałe, gdy posłucha się tego niezwykle intymnego, delikatnego utworu, w którym słyszymy tylko nagrywany z bliska, cichy głos kobiecy wypowiadający tytułowe słowa. Powtarzanie treści pozwala skupić się na różnicach w intonacji, sugerujących rozmaite emocje. Wszelka nieostrożność ze strony odbiorcy gwarantowałaby spłoszenie mówiącej, naruszenie jej świata.

Na pierwszej randce

Sexolidad (1982-83) to kompozycja instrumentalna, składająca się z sześciu części, którym w większości za tytuły posłużyły nazwy części ciała. Ferrari przekłada w nim na język dźwięków sytuację seksualnego zbliżenia kobiety i mężczyzny. Intencją utworu było wywołanie satysfakcji zmysłowej lub nawet cielesnej. Dlatego też autor stwierdza, że proces twórczy nie jest tak ważny, zostawia to do wyjaśnienia swojemu alter-ego. Znów tekst towarzyszący jest równie ciekawy jak sama muzyka: opowiada on o kompozytorce, która przychodzi przedstawić swój utwór zespołowi mającemu go zagrać. Muzycy przygotowują się podczas gdy ona mówi – czasem niepewnie, czasem pospiesznie, zapalczywie. Chwilami jest zakłopotana, by zaraz znów odzyskać pewność siebie. Pewne skomplikowane objaśnienia, jakie Ferrari wkłada w jej usta, zdają się parodiować patetyczne, przeteoretyzowane, zjadające własny ogon zapiski, które zdarza się popełniać twórcom. Jednak system przyjęty dla tego utworu jest jasno wyłożony: wyszczególnione zostało dwanaście (po sześć dla jednej płci) partii ciała, po czym okazało się (po "dokładnym policzeniu"), że tyle samo jest tonacji. Łączenie ich w utworze wynika z kombinacji, do jakich może dojść podczas spotkania (np. męskie oczy – damskie pośladki).
Ferrari powraca tu do pomysłu, jakim posłużył się w Société II (1967), w którego podtytule zastanawiał się: "gdyby fortepian był kobiecym ciałem". Ten utwór na zespół i solistę (pianistę) zawiera w sobie elementy teatru muzycznego. Instrumentaliści zbliżają się w jego trakcie do fortepianu i zaczynają też na nim grać. Według kompozytora zadają mu (jej) ból, choć można też odczytywać to jako zaloty, chęć zwrócenia na siebie uwagi. Tekst poświęcony Sexolidad dodaje: "ciało to nie przedmiot, (...) ciało jako instrument, instrument by myśleć, widzieć, czuć, rozumieć...(...) instrument, który nie ma nazwy."
Kolejnym powrotem jest koncepcja żeńskiego alter-ego, które pojawiło się także w Journal intime ukończonym w roku rozpoczęcia Sexolidad oraz w filmie Presque rien avec Luc Ferrari, gdzie wspomnienia kompozytora czyta jego współpracowniczka.
Innym utworem poświęconym spotkaniu jest Cahier du soir (1991-92), w którym kolejne jego etapy realizują się w partiach instrumentów. W jednej z części grający zbliżają się do siebie, wykonując specyficzny quasi-taniec, tupiąc, a atmosferę subtelnie podkreśla czerwony filc rozłożony na kotłach (oba elementy mają swoje znaczenie dźwiękowe).

Sex-Machine

Jeśli w Danses organiques sprzęt był czymś w rodzaju afrodyzjaku (a zarazem pretekstem, przekaźnikiem, który zachował dla innych to spotkanie), to w Dialogue ordinaire avec la machine (1984) jest już jedną ze stron w erotycznej relacji. Ostatnią część tych "filozoficznych przypowiastek na taśmę" stanowi piosenka miłosna wyśpiewana na cześć osiągnięć techniki. Wraz z jej rozwojem to już nie fortepian, ale sampler uosabia kobietę. Sprzęt jest taki, jakim często mężczyźni chcą widzieć płeć przeciwną: uległy ("czeka bez ruchu"), poddający się ich woli, dostosowujący się. Jednocześnie pełny niespodzianek, nieodgadniony, nie do końca zrozumiały, a daje się skomplementować w dość prosty sposób ("co za klawiatura"). Tak jak w Sexolidad tworzenie muzyki przekłada się na uprawianie miłości, jest jej analogią (a może i ją zastępuje?, ułatwia?, prowokuje?). Choć tutaj, mimo całej ekstazy, jaką słychać w wokalu, łatwo daje się odczuć, że to mężczyzna (kreator) nad wszystkim panuje.

Dobry sposób na podryw

Trudno określić, na ile można wierzyć w opowieść o sposobie zbierania materiału do Chansons pour le corps (1988-94). Podobno Ferrari chodził po Ogrodzie Luksemburskim i prosił napotkane kobiety o wyznania (które nagrywał) na temat ich ciała. Ciekawe, czy zawędrował w pobliże zespołu rzeźb przedstawiających Galateę i Akisa oraz Polifema, co mogłoby podsunąć myśli o niebezpieczeństwach towarzyszących miłości. W tym procederze być może najbardziej zbliżył się do swojego credo: być dewiantem. Choć tutaj w sposób raczej dosłowny, a Ferrari nie myślał o powszechnym rozumieniu tego słowa, chodziło mu raczej o wykraczanie poza utarte szlaki, sprzeciw wobec ortodoksji. Tak czy inaczej, w efekcie powstały cztery pieśni (trzy o tych samych tytułach co części Sexolidad), z przerywnikami instrumentalnymi, gdzie partiom śpiewanym towarzyszą oryginalne nagrania. Kompozytor zwracał uwagę, że interpretacja partii śpiewanych nie musi być skomplikowana, a przede wszystkim należy zwrócić uwagę na zachowanie znaczeń słów.
Ferrari mówił, że nagrywanie i używanie takiego materiału w utworach pozwala mu na umieszczenie w nich (swojej, czyjejś) prywatności, zmysłowości. Mieszanka wolnomyślicielstwa, fascynacji kobietami, szacunku do nich, a także poczucia humoru i autoironii sprawia, że do jego dzieł trudno przyłożyć takie miarki jak 'przyzwoitość' czy 'dobry smak', za to pozostaje pewność, że obcuje się z intrygującą, zadziwiającą twórczością.

[źródłem informacji i wypowiedzi są: artykuł z 12. numeru magazynu Glissando, wywiad dla paristransatlantic.com, film dokumentalny Presque Rien avec Luc Ferrari (z którego kadr powyżej), a także wywiad z żoną kompozytora, Brunhildą Meyer-Ferrari, i komentarze, które znajdują się w książeczce do 10-płytowego boksu L’œuvre électronique oraz notki towarzyszące wydaniu płytowemu Sexolidad i Dialogue Ordinaire Avec La Machine]

8/12/2010

woof, woof, woofah

Podczas ostatniej wycieczki do Berlina kupiłem czwarty, najnowszy, numer magazynu Woofah. Co przypomniało mi, że już dawno miałem wrzucić kilka rzeczy z numerów poprzednich. Na dobry początek wywiad ze Scubą i jego przewodnik po A Mutual Antipathy oraz fajna, dogłębna recenzja Aerial 2562 - tutaj.
Teraz widzę na stronie czasopisma, że poprzednie numery są już wyprzedane, więc tym bardziej mam powód, żeby wrzucać z nich teksty. Jakieś konkretne życzenia?
Najnowszy numer (który może nie rozejdzie się tak prędko, bo nakład wzrósł do tysiąca egzemplarzy) jest wart uwagi zwłaszcza ze względu na rozmowy z Ronem Vesterem i Tony'm Thorpem oraz recenzje. Nieco zawiódł mnie wywiad z Untoldem - materiał "okładkowy", a taki krótki.

Jeśli ktoś ma pierwszy numer, niech da znać!

12/08/2009

"Puste miejsca. Kino Kiyoshi Kurosawy" Andrzej Pitrus

Już od jakiegoś czasu chciałem wrzucić ten artykuł, pretekstem niech będzie to, że dziś obejrzałem kolejny film K. Kurosawy, Dopperugengâ, który jest najnowszym z omawianych w tym tekście. Artykuł pochodzi z Kwartalnika Filmowego 51/2005 (w całości poświęconego kinu azjatyckiemu), podziękowania dla Ani i Pawła za pomoc w jego zdobyciu.

Andrzej Pitrus Puste miejsca. Kino Kiyoshi Kurosawy
Ostatnie lata przyniosły kolejną falę zainteresowania kinem Japonii - przede wszystkim popularnym, które dociera do świata zachodniego zarówno w postaci "oryginałów", jak i coraz liczniejszych amerykańskich remake'ów. Jednak nie wszyscy twórcy nowego kina japońskiego zostali odkryci przez kinomanów z Europy i Stanów Zjednoczonych, nadal pozostając reżyserami niszowymi, zna­nymi jedynie garstce entuzjastów. W gronie tych artystów bez wątpienia na szczególną uwagę zasługuje Kiyoshi Kurosawa - filmowiec o znajomo brzmią­cym nazwisku, niezwiązany jednak w żaden sposób z autorem Tronu we krwi.
Kariera Kurosawy przypomina do pewnego stopnia tę, która stała się udzia­łem Seijuna Suzuki - patrona niezależnego kina, które zaczęło się rozwijać w Japonii pod koniec lat 60. Suzuki, początkowo związany z dominującą na rynku wytwórnią Toho, specjalizował się w pospiesznie realizowanych yakuza eigu - zwykle dość tandetnych dramatach z życia japońskich gangsterów. Kiedy jednak wyzwolił się z więzów narzucanych przez monopolistę, niespodziewanie odkrył swój styl, stając się jednym z najbardziej interesujących reżyserów lat 70., umiejętnie łączącym konwencje kina gatunkowego z elementami autorskimi. Kurosawa, który debiutował w 1983 roku, także najchętniej sięgał właśnie po specyficzną konwencję japońskiego filmu gangsterskiego, często zderzając ele­menty dramatyczne i komediowe. Pracował szybko, korzystając z niewielkich budżetów, niejednokrotnie w obrębie gotowych wzorców-formatów. Znaczna część jego wczesnych realizacji to bowiem produkcje przeznaczone dla telewizji, będące częścią serii współtworzonych przez różnych reżyserów-rzemieślników.
Oglądając odcinki Weź się w garść, albo strzel sobie w łeb (Katte ni shiyagare! Eiyé-keikaku, 1996) i Kurację (Kyua, 1997), trudno uwierzyć, że filmy te są dziełem jednego twórcy i że powstały w odstępie jednego roku. Z jednej strony mamy do czynienia z trywialną, niejednokrotnie wulgarną komedią, z drugiej - z dojrzałym, wyrafinowanym wizualnie i myślowo dziełem reżysera, którego styl rozpoznajemy już po kilku ujęciach.
Kuracja to utwór pod wieloma względami przełomowy. Jest on nie tylko znakiem zerwania z kinem klasy B, ale także wprowadza, w jakże doskonałej formie, wiele elementów, które staną się częścią autorskiego języka reżysera. Realizując ten tajemniczy thriller, Kurosawa podjął współpracę z charyzmatycznym aktorem Kôji Yakusho - znanym widzowi zachodniemu przede wszystkim z głównej roli w Eurece (2000) Shinji Aoyamy. Yakusho, bez wątpienia najbliższy współpracownik artysty, wystąpił do tej pory w sześciu najważniejszych filmach Kurosawy. Grał różne role, zawsze jednak wprowadzając do dzieła rozpoznawalny typ bohatera - skrywającego tajemnicę, nierzadko targanego skrajnymi emocjami. Kuracja definiuje także styl wizualny reżysera - oparty na długich uję­ciach, bliższych azjatyckiej niż europejskiej tradycji estetycznej, akcentujących zna­czenie pustki - tak ważnej w inspirującej go filozofii zen. Film jest jednocześnie przykładem specyficznego sposobu opowiadania. Choć mamy tu do czynienia z kry­minalną zagadką, Kurosawa rezygnuje z tych tropów, które widzowi zachodniemu wydają się najważniejsze dla formuły thrillera. Rozwiązania narracyjne są wprowa­dzane w sposób arbitralny, twórca chętnie korzysta z elips, sprawiających, że logika przyczynowo-skutkowa zostaje zachwiana. Nie jest to jednak skutkiem nieudolności, ale konsekwentnego wyboru. Kurosawa interesuje się bowiem nie samą historią, ale postaciami, które stają przed ostatecznymi wyzwaniami.
Choć reżyser zdecydowanie odwrócił się od produkowanej masowo tandety, do dziś jego kino często, choć nie zawsze, sięga po rozwiązania wywiedzione z kina gatunków. Najczęściej utożsamia się go z filmem grozy - być może za sprawą ImpulsuKairo, 2001) - pierwszego filmu artysty, który trafił do szerszej dystrybucji poza Japonią. Ale większość "gatunkowych" realizacji twórcy nic zachowuje jednorodności, łącząc odniesienia do różnych konwencji: thrillera, melodramatu, a nawet komedii. To właśnie Kuracja definiuje też sposób wykorzystania gatunku przez Japończyka. Konwencje kina popularnego nigdy nic są dla niego wartością samą w sobie - zawsze stanowią pretekst dla refleksji wy­kraczającej daleko poza możliwości filmowej komercji.
Przełomowy dla Kurosawy thriller wykorzystuje elementy fantastyki grozy. Bohaterem jest policjant prowadzący śledztwo w sprawie tajemniczych mor­derstw dokonywanych zawsze w podobny sposób. Początkowo wydaje się, że zabójcą jest seryjny morderca, pozostawiający na ciele ofiar charakterystyczną ranę w kształcie dwóch krzyżujących się linii. Takabe szybko jednak przekonuje się, że sprawcami są osoby najbliższe ofiarom, które - działając w rodzaju transu - dokonują krwawych zbrodni. W trakcie dochodzenia okazuje się, że inspirato­rem zabójstw jest młody człowiek zafascynowany Mesmerem i możliwością wpływania na innych za pomocą hipnozy. Jednak to nie poszukiwania hipnoty­zera znajdują się w centrum uwagi reżysera: wpada on w ręce policji przypadko­wo i niespodziewanie. Kurosawę interesuje przede wszystkim relacja między faktycznym zabójcą a policjantem, który stopniowo odkrywa przerażającą praw­dę. Przypadkowi ludzie nie są jedynie bezwolnymi marionetkami, działania Makoto wyzwalają jedynie ukryte mroczne pragnienia, docierając do głęboko skrywanych pokładów nienawiści. Również Takabe staje się obiektem manipulacji: w niezwykle sugestywnych wizjach widzi śmierć swojej chorej psychicznie żony, która od lat jest dla niego ciężarem. Opowiedziana w filmie historia, zdawałoby się, w prosty sposób zmierza w kierunku ponurego finału. Ku zaskoczeniu widza Fumie nic ginie jednak z rąk męża. Sama odbiera sobie życie, ale w pewnym sensie jest ofiarą Takabe, który zdolny był wyobrazić sobie siebie w roli zabójcy.
Obecny w Kuracji wątek spotkania ze złem powraca wielokrotnie w późniejszych realizacjach Kurosawy, między innymi w nakręconych jednocześnie z mniej udaną Ścieżką węża (Hebi no michi, 1998) Oczach pająka (Kumo no hitomi, 1998). Ta niskobudżetowa produkcja (zdjęcia i montaż obydwu filmów trwały zaledwie dwa tygodnie) przynosi prostą, ale jednocześnie opowiedzianą w wyrafinowany sposób historię człowieka, który traci dziecko. Jego córka została zamordowana przez psychopatę, który po sześciu latach trafia w ręce żądnego zemsty ojca. Nijima torturuje go i zadaje powolną śmierć, by w końcu powrócić do normal­nego życia. Niespodziewanie wątek zemsty urywa się, kiedy Nijima spotyka przyjaciela z dawnych lat, który oferuje mu pracę. Mężczyzna zostaje... zawodo­wym zabójcą wplątanym w rozgrywki pomiędzy gangami. Zaskakująca dla za­chodniego widza konstrukcja, polegająca na rozbiciu opowiadania na dwie pozornie niepowiązane sfery, po raz kolejny dowodzi, że znaczenia filmów Kurosawy należy wywodzić nie z samego opowiadania, lecz także, a być może nawet przede wszystkim ze sposobu ukształtowania go. Działania Nijimy nie zmierzają w żadnym konkretnym kierunku. To nie rozgrywki yakuzy są tu ważne, lecz raczej sytuacja, w której bohater staje się sprawca zła, mającego w części pierwszej wymiar indywidualny, w drugiej zaś do pewnego stopnia instytucjo­nalny. Zbrodnie popełnione na zlecenie japońskiej mafii w pewnym sensie prze­kreślają gest zemsty. Kluczem do zrozumienia filmu są sceny, w których w realistyczny świat dzieła wkrada się delikatnie zarysowany pierwiastek niesamowitości. Nijima widzi tajemniczą postać - być może zamordowaną przed laty córkę - przywodzącą na myśl strzygi z klasycznych japońskich horrorów. Jest ona znakiem dokonania się zła - podobnie jak w późniejszym Seansie (Kôrei, 2000). W finale powraca ona tylko po to, by ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Bohater zrywa otulający ją całun i przekonuje się, że pod spodem znajduje się jedynie drewniany kolek. Zemsta, której dokonał, zostaje ostatecznie unieważ­niona, śmierć zadawana z rozkazu bossów gangu traci swoją wagę. Jest pustym, mechanicznym gestem, oderwanym od sfery emocji.
Oczy pająka to film prowokacyjny i budzący kontrowersje. Można odnieść wrażenie, że reżyser w pewien sposób usprawiedliwia sam akt zemsty. W istocie jednak kwestie etyczne nie znajdują się w centrum jego zainteresowania. Bar­dziej ciekawi go sama sytuacja kontaktu ze złem, jak również trywialność zła. Problem ten rozwija zresztą we wspomnianym już Seansie - filmie bliższym konwencji filmu grozy, a jednocześnie prostszym pod względem narracyjnym.
Kôji Yakusho wciela się w nim w posiać reżysera dźwięku, którego żona, obdarzona zdolnością jasnowidzenia, próbuje przekonać policję, że jej umiejęt­ności mogą być przydatne podczas śledztw. Detektyw poszukujący dziewczynki porwanej przez kidnapera, choć nie jest przekonany o skuteczności metody, zwraca się do niej z prośbą o pomoc w ustaleniu miejsca pobytu dziecka. Junko w istocie dostarcza przydatnych informacji, są one jednak niewystarczające, aby odnaleźć dziewczynkę. Nieoczekiwanie jednak dziecko ucieka porywaczowi i ukrywa się w skrzyni Sato, który wybrał się do lasu, aby nagrywać odgłosy potrzebne mu do przygotowywanej właśnie ścieżki dźwiękowej. Niestety nie od razu znajduje dziec­ko, które spędza w kufrze kilka dni. Kiedy jego żona wyczuwa jego obecność, dziewczynka jest w stanie krańcowego wyczerpania. Małżonkowie nie decydują się zgłosić sprawy policji, licząc, że uda im się przeprowadzić plan mający na celu utwierdzenie policji w przekonaniu, że metody poszukiwania zaginionych propono­wane przez Junko są w istocie skuteczne. Niestety, podczas próby ukrycia dziew­czynki Salo przypadkowo zabija wycieńczone dziecko...
Przesłanie filmu jest prostsze i bardziej jednoznaczne. Bohaterowie postawie­ni w sytuacji wymagającej zdecydowanego określenia hierarchii wartości doko­nują złego wyboru. Zło, które czynią, nie wymaga namysłu, staje się niejako automatycznie. Zbrodnia zostaje zaś ukarana w podwójny sposób: policja odkry­wa rzeczywisty przebieg wydarzeń, a Junko - choć możemy się tego jedynie domyślać - traci niezwykłe zdolności.
Seans, film niewątpliwie sugestywny i znakomicie zrealizowany, wydaje się jednak tylko wprawką do najlepszego w dorobku Kurosawy horroru - Impulsu. Punkt wyjścia opowiedzianej w nim historii może budzić skojarzenia z Kręgiem Hideo Nakaty (Ringu, 1998) - filmem w efektowny sposób łączącym tradycję japońskich opowieści niesamowitych z nowoczesną, technologiczną oprawą. U Na­katy pośrednikiem między światem rzeczywistym a obszarem zamieszkanym przez duchy jest kaseta wideo, w filmie Kurosawy zmarli komunikują się z żywymi za pośrednictwem Internetu. Ale Impuls nie jest kolejnym wariantem techno-horroru, a już z całą pewnością naśladownictwem Kręgu [1]. To utwór w pełni oryginalny i z całą pewnością najlepszy wśród "gatunkowych" realizacji Kurosawy.
Jego struktura jest bardziej otwarta niż w przypadku Seansu. Wcześniejszy film był zdecydowanie jednowątkowy i pomimo użycia charakterystycznych dla reżysera elips, dawał wrażenie obcowania z dziełem nakierowanym na opowiadanie historii - wyraźnie zresztą spuentowanej. Impuls ma odmienny charakter: jedynie początek przynosi obietnice zagadki, której rozwiązanie ma się siać źródłem saty­sfakcji widza. Jesteśmy oto świadkami samobójczej śmierci młodego informaty­ka, która zapoczątkowuje serię zagadkowych wydarzeń. Na ścianach mieszkań bohaterów pojawiają się czarne zarysy ludzkich postaci, a ich komputery same łączą się ze stroną www zawierającą niepokojące obrazy i zaproszenie do spot­kania ze światem duchów. Jednak to nie „śledztwo" mające wyjaśnić zagadkę jest treścią filmu. Kurosawa rezygnuje z fabularnych klisz horroru na rzecz epizody­cznej struktury ukazującej rozpad rzeczywistości zarażonej śmiercią, a w spekta­kularnym finale oferuje widzowi przerażającą wizję końca świata.
Choć Impuls budzi jednoznaczne skojarzenia z konwencją filmu grozy, elementy gatunku występują w nim tylko w sferze ikonografii, W istocie dzieło to korzysta z formuły do zbudowania metafory, która rzadko wybrzmiewa w sposób tak intry­gujący w horrorze. Film Kurosawy opowiada przede wszystkim o spotkaniu młodo­ści ze śmiercią, o niemożności jej zrozumienia i zaakceptowania nieuchronności.
Impuls jest przede wszystkim filmem atmosfery. Brak w nim zaskakujących efektów typowych dla horroru, a jednak budzi on ogromny niepokój - co jest rzadkością w czasach, kiedy kino niesamowite częściej szokuje, niż przeraża. Tym bardziej osobliwy wydaje się kolejny film Kurosawy - ostatni spośród prac nawią­zujących do rozwiązań kina gatunku. Sobowtór (Dopperugenga, 2003) łączy różne formuły, od horroru przez science fiction po groteskową komedię, którą - jak się wydawało - Kurosawa porzucił w drugiej połowie lat 90. Ale film nie jest także powrotem do tropów z początków kariery reżysera. Wykorzystanie elementów groteskowych służy tu bowiem celom mającym w istocie niewiele wspólnego z komedią.
Bohaterem filmu jest genialny wynalazca i konstruktor przygotowujący dzie­ło swojego życia - sztuczne ciało, które pozwoli osobom sparaliżowanym poru­szać się, wykonywać codzienne czynności, a nawet uprawiać sporty. Michio jest typem pracoholika, całe życie poświęca badaniom, zmuszając także swoich współpracowników do całkowitego oddania idei stworzenia sterowanego myślą robota. Perypetie zawiązane z doskonaleniem wynalazku są jednak tylko tłem wydarzeń pierwszej części filmu. Bohater nieoczekiwanie spotyka wtedy swego sobowtóra, który początkowo rozwiązuje jego problemy wynikające z braku czasu, lecz w rezultacie doprowadza życic naukowca do ruiny. Tytułowy Doppelgänger jest bowiem zaprzeczeniem Michio - wulgarny, leniwy i złośliwy staje się rodzajem lustrzanego odbicia bohatera, metaforą "ciemnej strony" i skrywanych pragnień.
Zaskakująca jest struktura filmu. Pierwsza część kończy się zamordowaniem sobowtóra przez Michio. Jednak bohater nie powtarza scenariusza znanego mię­dzy innymi ze Studenta z Pragi. Uśmiercenie Doppelgängera nie prowadzi do unicestwienia naukowca. Życie Michio pogrąża się natomiast w chaosie. Stąd właśnie nagła i radykalna zmiana tonacji gatunkowej - film staje się bowiem zwariowaną czarną komedią, której fabuła koncentruje się wokół prób przejęcia niezwykłego wynalazku.
Sobowtór w sposób wyraźny odstaje od pozostałych realizacji japońskiego twór­cy. Oglądany jednak w kontekście wcześniejszych jego dokonań -wydaje się kon­sekwentnym rozwinięciem obsesji Kurosawy, także tych, które wyrażał w filmach odchodzących od konwencji gatunkowych. W Sobowtórze pobrzmiewają echa filo­zofii zen z jej wizją człowieka zmierzającego do samopoznania i samoakceptacji. Michio, odrzucając nieakceptowaną część swojej osobowości, przeczy sobie, dopro­wadzając w konsekwencji do zanegowania również tego, co wydawało mu się istotą jego osoby. To dlatego w finałowej scenie rzuca swój wynalazek w przepaść.
Wątki obecne w Sobowtórze pojawiły się w filmach Kurosawy macznie wcześniej - właśnie w realizacjach autorskich rezygnujących z jakichkolwiek odniesień do formuł kina popularnego. Co ciekawe filmy te stanowią nie odrębny etap twórczości artysty, a rodzaj "alternatywnej ścieżki", na którą Kurosawa wkracza pomiędzy filmami gatunkowymi.
Pierwszy film z tego kręgu powstał w 1998, potwierdzając od razu wysoką klasę Kurosawy-autora. Pozwolenie na życie (Ningen gokaku) to historia młode­go człowieka, który budzi się po dziesięciu latach śpiączki będącej efektem wypadku, któremu uległ, mając czternaście lat. Niezdolny do nawiązania kontak­tów z rodziną decyduje się zamieszkać z Fijimorim - przyjacielem swojego ojca, który hoduje karpie na obrzeżach miasta. Spotyka się także z matką i siostrą, pragnąc zrekonstruować życic, które utracił. Nie jest jednak do tego zdolny: pogrążył się w komie, będąc nastolatkiem, teraz jest młodym mężczyzną niemającym wzorców relacji z rodziną. Ważną, choć drugoplanową postacią jest także Murota, który potrącił przed laty Yoshiego. Spotykamy go dwukrotnie: raz, kiedy chłopiec wychodzi ze szpitala, gdy - chcąc wymazać z pamięci tragiczny wypadek - oferuje Yoshiemu dużą sumę pieniędzy, i drugi, gdy niszczy zbudowaną przez bohatera farmę. Targany poczuciem winy mężczyzna pragnie wrócić do stanu sprzed wypadku, czyni wszystko, aby wymazać Yoshiego ze swego życia. Podobnie jednak jak młody bohater filmu przekonuje się, że nie ma powrotu do przeszłości.
Yoshi ma nadzieję, że można zacząć wszystko od nowa. Reżyser odbiera jednak bohaterowi i widzom wiarę w nowy początek. Widząc zniszczenia, jakich dokonał Murota, Yoshi nie próbuje rekonstruować swojej farmy. Przeciwnie: chwyta za piłę spalinową i kończy dzieło zniszczenia. W ostatniej scenie decy­duje się wyruszyć w podróż z Fujimorimm, zostawiając wszystko oprócz ukocha­nego konia. I wtedy ulega groteskowemu wypadkowi: zostaje śmiertelnie zmiażdżony przez stertę rupieci.
Pozwolenie na życie opowiada o niemożności pokierowania własnym losem, niespełnionych marzeniach i wadze przypadku, który jest zdolny przekreślić wszelkie decyzje człowieka. Opowiada także o młodości - to zresztą główny motyw autorskich filmów Kurosawy, powracający także w nurcie gatunkowym, m.in. w Impulsie. Reżyser odchodzi jednak od rozwiązań stosowanych przez innych twórców japońskich, ukazujących często tę problematykę w kontekście społecznym, kulturowym czy nawet politycznym i akcentujących wątek nieprzy­stosowania młodego pokolenia do reguł świata dorosłych. Dla Kurosawy mło­dość jest raczej ogólną kategorią - artysta osadza bohaterów swoich filmów w świecie niemającym wiele wspólnego z rzeczywistością współczesnej Japonii. Stąd jego dzieła są pozbawione interwencyjnego charakteru i konfrontują jedynie pewien stan "bycia młodym" z obszarem wartości ludzi dorosłych. Zestawienie to wybrzmiewa doskonale w Świetlanej przyszłości (Akarui mirai, 2003) [2] - rozpadającej się, podobnie jak kilka innych filmów Japończyka - na dwie odręb­ne części. W pierwszej poznajemy młodych bohaterów zatrudnionych w fabryce ręczników. Mamoru i Nomura nienawidzą swej pracy, a gest życzliwości ze stro­ny szefa traktują z podejrzliwością. Intencje Fujiwary nie są zresztą czyste: ofe­ruje chłopcom podwyżkę, stałe zatrudnienie, odwiedza ich w domu, chcąc "podglądać" ich młodość, wejść do ich fascynującego dla niego świata. Mamoru, sfrustrowany natarczywością właściciela firmy, zakrada się do jego domu i mor­duje Fujiwarę i całą jego rodzinę. Zostaje schwytany i trafia do więzienia, gdzie - po raz pierwszy od wielu lat - spotyka się z ojcem, z którym utracił kontakt.
Druga część filmu skupia się na relacji ojca Mamoru i Nomury, którzy tworzą rodzaj zastępczej rodziny. Shinichiro postanawia nawet adaptować chłopca, do czego jednak w końcu nie dochodzi. Nomura nie tyle buntuje się przeciwko ojcu przyjaciela, ile po prostu nic dostrzega jego uczuć. Jest skupiony na "misji" powierzonej mu przez Mamoru, który podarował mu meduzę, prosząc jednocześ­nie, aby stopniowo przyzwyczaił ją do życia w słodkiej wodzie. Niemożliwy plan udaje się niespodziewanie zrealizować: meduza przystosowuje się do no­wych warunków i - na skutek niefortunnego przypadku - trafia do jednego z tokijskich kanałów. Tam rozmnaża się, doprowadzając do katastrofy (zwierzę wydziela zabójczy jad i stanowi zagrożenie dla mieszkańców miasta), a Namoru niechcący staje się organizatorem "ataku terrorystycznego". Meduza staje się nie do końca jednoznaczną figurą reprezentującą bohaterów - jest niebezpieczna, a jednocześnie piękna. Scena, w której tysiące niebieskawych meduz płynie jed­nym z kanałów to obraz na długo pozostający w pamięci widza. Meduza wyhodowana przez Namoru odzwierciedla także miejsce młodych buntowników w świecie, którego nie akceptują. Z jednej strony należą oni do innego obszaru i nie chcą żyć we wrogim dla siebie środowisku, z drugiej jednak są skazani na konieczność adaptacji, by spełnić się w akcie buntu.
Kurosawa nie ocenia swoich bohaterów, ale jednocześnie nie wierzy w rewo­lucję, która często ma jedynie fasadowy charakter. W finale filmu Nomura zosta­je skonfrontowany z grupą kontestatorów-rebeliantów ubranych w jednakowe t-shirty z wizerunkiem Che. Ich bunt jest łatwy, ale jednocześnie na swój sposób pusty. Koszulki, mające być potwierdzeniem ich niezgody na porządek świata dorosłych, kupili zapewne w supermarkecie, do którego trafiły one z fabryki produkującej je w tysiącach egzemplarzy.
Młodzi ludzie są także bohaterami wcześniejszej realizacji Kurosawy, mają­cej zresztą w dorobku reżysera szczególny charakter. Stracone złudzeniu (Oinaru genei, 1999) to nie autorski film, ale projekt zrealizowany z udziałem grupy studentów. To także najbardziej minimalistyczne dzieło: całkowicie pozbawione fabuły, przynoszące jedynie zapis codziennych działań młodych bohaterów. W pew­nym sensie zapowiada ono bliższy formule gatunkowej Impuls, jest jednak pozba­wione elementów nadprzyrodzonych. Kluczem do filmu jest wizualny refren - obraz jednego z bohaterów dosłownie "znikającego", wtapiającego się w otacza­jącą go przestrzeń. Bohaterowie istnieją w świecie, ale w pewien sposób w nim nie uczestniczą, poszukują obcych wzorców, żywiąc się w McDonaldzie i próbu­jąc - jak zespół muzyczny grający muzykę opartą na brazylijskich rytmach -interpretować to, co w istocie dla nich niezrozumiałe. Jedna z bohaterek - dziew­czyna pracująca na poczcie - skacze z dachu, by za chwilę pojawić się w nastę­pnej scenie bez jakichkolwiek śladów wypadku. Kiedy indziej zostaje pobita przez grupę wyrostków. Także w tym przypadku nie odnosi żadnych obrażeń. Jest nieśmiertelna, ponieważ lak naprawdę nie żyje, nie uczestniczy. Jest obok.
Jedynym filmem z "autorskiego" nurtu twórczości Kurosawy, który nie od­nosi się do problemu młodości, jest Charisma (Karisuma, 1999). Bohaterem tego niezwykłego, także niemal pozbawionego fabuły, utworu jest dojrzały mężczy­zna, grany przez ulubionego aktora reżysera - Kôji Yakusho. Goro jest detekty­wem, który - po niefortunnej akcji zakończonej śmiercią zakładnika - decyduje się opuścić rodzinę. Udaje się do lasu, gdzie spotyka ludzi opiekujących się przedziwnym drzewem - tytułową Charisma. Roślina ma niezwykłe właściwo­ści: niszczy wszystko, co znajduje się wokół niej, doprowadzając jednocześnie do odnowienia ekosystemu. Kiedy drzewo zostaje ścięte, bohater znajduje inne i próbuje uczynić je następcą Charismy.
W filmie tym powraca wątek relacji jednostki wobec zbiorowości. Drzewo w pewnym sensie odzwierciedla postawę Góro wobec rzeczywistości - także on starał się dokonać odnowienia zepsutego świata, niejednokrotnie nie oglądając się na konsekwencje swojego działania. Charisma jest zjawiskiem niezwykłym - jedynym przedstawicielem gatunku. Zasługuje na ochronę, choć drzemie w nim niszcząca siła. W piętnastowiecznym poradniku pielęgnacji ogrodów czytamy: Istnieje powiedzenie "dziesięć tysięcy drzew w jednym spojrzeniu". Zapytany o znaczenie tego powiedzenia, odpowiedziałbym, że oznacza to zasadzenie drzew w ogrodzie tak, aby wszystkie bez wyjątku mogły być widoczne w czasie jednego tylko spojrzenia. Nawet najpiękniejsze drzewo zasadzone blisko podstrzesza może zasłonić wiele mniejszych drzew znajdujących się w oddali. [3]
Goro zdaje sobie sprawę, że Charisma przeczy porządkowi wywiedzionemu z tradycji japońskiej.

Filmy Kiyoshi Kurosawy kończą się w charakterystyczny sposób. Reżyser nie pozwala wybrzmieć ostatnim kadrom, urywa niespodziewane finałowe uję­cie. Dopiero po chwili na czarnym tle pojawiają się napisy końcowe. Widz pozostaje z uczuciem pustki. To jednak pustka znacząca, zbliżona to tej, jaką przynosi japoński ogród zen - pozbawiony roślinności, przemawiający jedynie potencjalnością niezagospodarowanej pozornie przestrzeni. Pustka, która mani­festuje swoją obecność w zakończeniach filmów Japończyka, jest obecna jednak także w inny sposób. Kurosawa jest bowiem twórcą akcentującym rodzaj kruchości znaczeniowej i nietrwałości swoich filmów, pozostawiającym często domysłom to, co w punku widzenia świata Zachodu znalazłoby się w centrum zainteresowania. Aktualizuje w ten sposób jedną z podstawowych kategorii estetycznych [4] w sztuce japońskiej - ceniącej wartości odległe od tych, które my uważamy za istotne.
Ceni też niejednoznaczność. Przedstawione w tym tekście sugestie interpre­tacyjne należy więc traktować jako przybliżenia, w pewnym sensie zwracające się przeciwko intencji artysty. Dając niejednokrotnie dowody przywiązania do tradycji zen, Kiyoshi Kurosawa kształtuje swoje dzieła na wzór koanów [5], będą­cych jedną z podstawowych form nauki buddyzmu zen. Koan może być pyta­niem, na które nie ma odpowiedzi. Jego sensem jest samo jego zadanie, może być także odpowiedzią, która jednak nie daje nam instrukcji. Opowiadanie wy­przedza znaczenie, nie predeterminuje go.

Umysł to zdolność, zjawiska to informacje: obydwa są niczym rysy na lustrze.
Kiedy nie ma rys ani kurzu, widać czystą powierzchnię lustra.
Kiedy zapominacie o umyśle i zjawiskach, wasza natura jest prawdziwa.
[6]

Być może ten pochodzący z XI wieku koan najlepiej wyjaśnia filmy Kurosawy.

[1] Film Hideo Nakaty cieszył się dużą popular­nością w Japonii, gdzie doczekał się kilku sequeli. Zrealizowano jego wersję amerykań­ską i koreańską. Powstało także wiele naśladownictw, w których kasetę wideo zastępują telefony komórkowe, komputery i inne urzą­dzenia technologiczne.
[2] Film był także rozpowszechniany pod tytułem Meduza.
[3] D. A. Slawson, Sztuka ogrodów, w: Estetyka japońska, red. K. Wilkoszewska, tłum. M. Kusiak, Universitas, Kraków 2001, s. 240.
[4] Pisze o tym między innymi Donald Keene, Estetyka japońska, w: Estetyka japońska, dz. cyt., tłum. K. Guczalski, s. 49-61.
[5] O roli koanów w buddyzmie zen pisze m.in. Beata Szymańska, Buddyzm w Japonii, w: Filozofia wschodu, red. B. Szymańska, Wy­dawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2001, s. 270-272.
[6] Mistrz chan Yangqui, cyt. za: 365 razy zen, red. J. Smilh, Rebis, Poznań 2004, s. 265.

Dla wygody czytania wyboldowałem polskie (nadane przez autora) tytuły filmów, w partiach tekstu odnoszących się do nich.

Przy okazji garść linków:
o kilku filmach
trzy recenzje z horror.com.pl: Sakebi, Kyua, Kôrei
jeszcze więcej o Kôrei
wywiady: raz, dwa

9/28/2009

Warszawska Jesień 2009: Biblioteczka słuchacza

Gdy przejrzałem tę broszurę (książeczkę? katalożek?), wiedziałem że nie wolno dać jej osunąć się w zapomnienie. Gdyby kiedyś powstała biblioteka poronionych płodów ludzkiego umysłu i miała dział "muzyka współczesna", to owo wydawnictwo powinno znaleźć się w księgozbiorze podręcznym. Szkoda, że autor w swej skromności postanowił pozostać anonimowy.

Poniżej całość, bez okładek:























Przy okazji tegorocznego festiwalu Instal zachwycałem się zmyślnie napisaną książeczką programową. Podczas gdy autor tego jawił mi się jako miły facet, który w rozluźnionej atmosferze (może w marynarce, ale bez krawata), znad kufla piwa lub kieliszka wina, od niechcenia rzuca swoje lapidarne ale trafne spostrzeżenia na temat muzyki, którą kocha, która go pasjonuje...Tak więc - podczas gdy on tak, to autor wydawnictwa towarzyszącego WJ wydaje mi się być jak na siłę coolerski, czadowy, jazzy nauczyciel z klas 1-3, który chce koniecznie wbić do głowy swoim pupilom, że muzyka współczesna jest superowa. Ale nie mówi dlaczego, tylko używa (wydaje mu się, że) fajnego dla nich języka, upupia i zalepia wielkimi słowami, czaruje wydziwionym szykiem.

Tak, podobno kilka lat temu na WJ widać było przypływ "młodych ludzi", ale jak młodych i czy ktoś ma nadzieję, że to będzie postępować do okresu przed "naście"? Czy festiwal za nowy target obrał sobie dzieci?

Albo chciałby zrobić dzieci z obecnych odbiorców? Bo ja czytając powyższe frazy czuje się, jakby ktoś mnie ubierał w za mały mundurek, bo tak wypada i zakładał śliniaczek, żebym się nie ubrudził, tarmosił za poliki, bo tak można się spoufalić i gaworzył, bo sądzi, że tak należy się porozumiewać.

(Oczywiście, była też gruba książka programowa, zresztą z tymi samymi opisami, które są dostępne na stronie. Ale ta broszurka nie została wykradziona z jakiejś szkoły muzycznej, leżała sobie normalnie obok.)

5/15/2009

- tup tup tup / - dokąd idziesz?

Ostatecznie, częściowo z wyboru, trochę nie, jadę na ostatnie dni MEN do Wrocławia. Też fajnie, a ktoś do Torunia na wykład i koncert Davida Toopa?
Może zamiast albo przed, poniżej tekst towarzyszący składance Japanese Avant-Garde
jego autorstwa. Zeskanowałem dawno i nie sprawdziłem, czy wszystko okej, było trochę literówek, z których większość udało mi się odnaleźć i poprawić. Będę musiał jeszcze raz wypożyczyć z płytoteki i porównać na wszelki wypadek.
(Aha, jeszcze zanim zagłębicie się w lekturę: co z kalendarzem nad tym wpisem? ma tak być? czy za duży jest i nie wiadomo, gdzie są wpisy? Napiszcie, drodzy czytelnicy, bo to dla was w dużej mierze.)

First time visitors to Japanese cities usually express amazement at the juxtaposition of Shinto shrines, chic architecture and bleak corporate towers. Perhaps they forget the close proximity of soaring office blocks and ancient churches in the City of London. Some of the old bars and factories still live on in rebuilt Berlin and even in the most bourgeois Swiss city there is a good possibility of stumbling across a tumble down squat. Wherever situated, these temporal fractures, usually lapses in the fabricated redevelopment of public space into neutered zones for controlled consumption, are embedded deeply into the st?? [state? soul?] of culture.
Most music in Japan has little to recommend it: it is a sonic equivalent of those brutal concrete towers or the transitory chaos of multi-storey teen-fashion emporia in Aoyama. But a sonic underground thrives, creatively if not financially and perhaps it should be compared with the shabby Golden-gai drinkmg dens of Shinjuku, faint reminders of a lost time when desire and transgression shared endless cups of sake with political and artistic radicalism.

Immediately after World War II artist Taro Okamoto called for everything to be destroyed "with monstrous energy". His coruscating voice deeply affected young artists such as Hiroshi Teshigahara, Toru Takemitsu and Kobo Abe and the artistic coalitions they formed: Night Group, Group Atom, the Experimental Workshop and Seiki no Kai (Group of the Century). "Everyone, young or old," the critic Shinichi Segi has said, "went to an extreme in art and politics in order to forget or detest the past."
Living under occupation, enveloped in the trauma of the mushroom cloud, utterly disillusioned with the Imperial system and its ruinous consequences, what else was possible for these artists? Their revolt was later articulated, ultimately justified, by a pivotal work such as the 1964 film, Suna No Onna (Woman Of the Dunes), an expression of political, existential and erotic crisis written by Abe, directed by Teshigahara, scored by Takemitsu. This thread runs through the 20th century avant-garde in Japan, from the cathartic confrontations of Shuji Terayama and Tatsumi Hijikata in the 1960s and '70s, then back to the beginning, to the Mavo Group of the 1920s and its charismatic central figure: painter, collagist, dancer, autodidact and polemicist Murayama Tomoyoshi.
Bandaged, painted, naked or dressed as women, the Mavo artists launched an assault on the body: dissecting, rupturing, disguising and transmutmg. In 1924, Murayama Tomoyoshi and Okada Tatsuo performed The Dance That Cannot Be Named at the Tokyo Imperial University Christian Youth Hall. Takamizawa Michinao created sound for this performance from futurist instruments he called wind sound constructors' and 'broken instrument sound constructors, noise makers made from tin cans, [???] cans, logs, a spinning wheel. Now history is buried under electronic media. Memory is fragmented, blurred or trivialised and only constant reminders of such turbulent times can make sense of the violent contradictions we negotiate now.
How is it possible to live within and react against an extremely regulated society, politically moribund, engulfed by consumerism, technological movation, mediated images, a confusion of influences and traditions? Agitation and stillness may seem to be opposing strategies, yet they conwerge at a certain point, intensifying into that silent scream that was the object of Albert Ayler's quest. One of the most valued possessions of Tatsuma Hijikata, the shaman founder of Butoh dance, was a tape recording of Antonin Artaud's scream, let loose during a banned French radio broadcast of his poem, Pour en finir avec le jugement de Dieu.

Working in the Tokyo NHK studio in the 1950s, electronic composer Toshirou Mayuzumi created musie of stark minimalismn with modulated sine wave. Toru Takemitsu spoke about his search for a single sound, "in itself so strong that it can confront silence"; he also compared the darkness of Oditon Redon's charcoal drawings to white noise. "Through white noise," Takemitsu wrote, "we reach sounds inaudible to the human ear - part of what I intuitively call the 'river of sound'."
Through this map of antecedents, we can begin to understand the seemingly contradictory music of the contemporary Japanese underground. The autophagous themes of Murayama and Hijikata, the image collisions and shocks of Terayama and Tadanori Yokoo, the single sound of Takemitsu and Mayuzumi, straining for the seemingly silent river of sound that lies beyond normal hearing. Surging deep beneath the noir turbulence of Merzbow and So Takahashi, the car crash ruins of Otomo Yoshihide and Ground Zero, the curated urban fragments of Viewmaster, the technocratic complexity of Bisk and Yoshihiro Hanno's Multiphonic Ensemble, the piercing intensity of Sachiko M, the childlike placidity of Aki Onda, Yoshio Machida and Haco, is a conflicting sense of clarity attained through struggle. Out of turmoil a stained purity is revealed.

Listening to this alchemical transmutation, I think of Fujieda Baian, the central character of Shotaro Ikenami's historical novels. Professional assassin and acupuncturist, Baian kills to live, lives to heal. At the beginning of Yasunari Kawabata's novel, The Sound of the Mountain, Ogata Shingo hears an elusive sound, the faint rumbie of the mountain at the rear of his house. "It was as if a demon had passed, making the mountain sound out." Shingo shakes his head, thinking the disturbance might be a ringing in his ears. Feeling fear, perhaps he hears the collapsing certamties of the future, our present, where everything is in flux.

(+ jeszcze Toop o Takemitsu)

6/17/2008

Hałas Jacquesa Attali

Jak zapowiadałem, fragmenty książki "Bruits. Essai sur l’économique politique de la musique", z angielskiego tłumaczenia "Noise. The Political Economy of Music", którego dokonał Brian Massumi, wydawcą jest University of Minesota Press.

Może warto wyjaśnić założenia: Muzyka nie tylko jest wyrazem jakiegoś porządku, ale też zwiastunem tego, co ma nadejść. W niej pierwszej pojawiają się oznaki nowego. Attali wyznacza cztery etapy: składanie ofiary (ofiarowanie), reprezentowanie, powtarzanie i kompozycję. Przejście od pierwszego (muzyka jako simulacrum mordu rytualnego, kanalizowanie przemocy, naśladownictwo jej) do drugiego następuje wraz z unieruchomieniem muzyków, uzależnieniem ich do panujących, przywiązaniem do instytucji. Muzyka traci wszelkie właściwości katarktyczne, przestaje w jakikolwiek sposób odnosić się do rytuału, a staje się wyrazem mocy władcy. Attali pokazuje jak twórca tracił niezależność, a wraz z rozwojem rynku dla jego działań - jak był usuwany poza nawias, jak zmniejszał się jego wpływ na to, co działo się z jego twórczością (kwestia praw autorskich). Następny etap pojawia się wraz z technologią nagrywania. Attali zwraca uwagę, że wynalazki takie jak fonograf początkowo przewidziane były jako zwiększenie możliwości reprezentacji, ale ich rozwój (a przede wszystkim wykorzystanie produktów) skierowały się w stronę repetycji (głównie masowa konsumpcja muzyki, jej znaczenie dla grup młodzieżowych). Ponieważ w systemie ciągłej powtarzalności zanika różnicowanie, muzyka przestaje gwarantować istnienie ładu, gdzie dało się dostrzec różnice organizujące świat. Ten system też upadnie, a Attali dostrzega zwiastuny kolejnego - kompozycji (dlaczego nie improwizacji?), gdzie muzyka będzie samozwrotna, niezależna od wszystkiego, co zewnętrzne, będzie rozmową grających.


Najpierw czysto teoretyczny fragment, str. 19-20:
Music is inscribed between noise and silence, in the space of the social codification it reveals. Every code of music is rooted in the ideologies and technologies of its age, and at the same time produces them. If it is deceptive to conceptualize a succession of musical codes corresponding to a succession of economic and political relations, it is because time traverses music and music gives meaning to time.
In this book, I would like to trace the political economy of musie as a succes­sion of orders (in other words, differences) done violence by noises (in other words, the calling into question of differences) that are prophetic because they create new orders, unstable and changing. The simultaneity of multiple codes, the variable overlappings between periods, styles, and forms, prohibits any attempt at a genealogy of music, a hierarchical archeology, or a precise ideological pinpointing of particular musicians. But it is possible to discern who among them are innovators and heralds of worlds in the making. For example, Bach alone explored almost the entire range of possibilities inherent in the tonal sys­tem, and more. In so doing, he heralded two centuries of industrial adventure. What must be constructed, then, is more like a map, a structure of interferences and dependencies between society and its music.
In this book, I will attempt to trace the history of their relations with the world of production, exchange, and desire; the slow degradation of use into exchange. of representation into repetition; and the prophecy, announced by today's music, of the potential for a new political and cultural order.
Briefly, we will see that it is possible to distinguish on our map three zones, three stages, three strategie usages of music by power.
In one of these zones, it seems that music is used and produced in the ritual in an attempt to make people forget the general violence; in another, it is employed to make people believe in the harmony of the world, that there is order in exchange and legitimacy in commercial power; and finally, there is one in which it serves to silence, by mass-producing a deafening, syncretic kind of music, and censoring all other human noises.
Make people Forget, make them Believe, Silence them. In all three cases, musie is a tool of power: of ritual power when it is a question of making people forget the fear of violence; of representative power when it is a question of making them believe in order and harmony; and of bureaucratic power when it is a question of silencing those who oppose it. Thus music localizes and specifies power, because it marks and regiments the rare noises that cultures, in their normalization of behavior, see fit to authorize. Musie accounts for them. It makes them audible.
When power wants to make people forget, music is ritual sacrifice, the scape-goat; when it wants them to believe, music is enactment, representation; when it wants to silence them, it is reproduced, normalized, repetition. Thus it heralds the subversion of both the existing code and the power in the making, well before the latter is in place.
Today, in embryonic form, beyond repetition, lies freedom: more than a new music, a fourth kind of musical practice. It heralds the arrival of new social relations. Music is becoming composition.
Representation against fear, repetition against hormony, composition against normality. It is this interplay of concepts that music invites us to enter, in its capacity as the herald of organizations and their overall political strategies - noise that destroys orders to structure a new order. A highly illuminating foundation for social analysis and a resurgence of inquiry about man.
For Fear, Clarity, Power, and Freedom correspond in their succession to the four stages Carlos Castaneda distinguishes in his mysterious description of the initiatory teachings of his master, the sorcerer Don Juan Mateus. This convergence is perhaps more than coincidental, if music is a means of understanding, like the unbalanced relation to ecstasy created by drugs. Is the sorcerer speaking of drugs when he explains that:
"When a man starts to learn, he is never clear about his objectives. His purpose is faulty; his intent is vague. He hopes for rewards that will never materialize, for he knows nothing of the hardships of learning. He slowly begins to learn—bit by bit at first, then in big chunks. And his thoughts soon clash. What he learns is never what he pictured or imagined, and so he begins to be afraid. Learning is never what one expects. Every step of learning is a new task, and the fear the man is experiencing begins to mount mercilessly, unyieldingly. . . . This is the time when a man has no more fears, no more impatient clarity of mind—a time when all his power is in check. . . . If a man. . .lives his fate through, he can then be called a man of knowledge, if only for the brief moment when he succeeds in fighting off his last, invincible enemy. That moment of clarity, power, and knowledge is enough."*

Don Juan's knowledge by peyote is reminiscent of the prophetic knowledge of the shaman, of the ritual function of the pharmakon. And of the interference between stages in the deployment of systems of music.
Music, like drugs, is intuition, a path to knowledge. A path? No—a battlefield.

_______
* Carlos Castaneda, The Teachings of Don Juan (Berkeley and Los Angeles: University of California Press, 1971), str. 57, 60

A teraz coś bardziej szczegółowego, str. 99-100:
These associations, similar to author's associations, enforced payment of royalties to the authors, performers, and publishers of the works. In effect, repetition poses the same problems as representation: rent presupposes a right to industrial produc­tion, in other words, a right to monitor the number of pressings and number of copies sold, to which the royalties are proportional. And it also presupposes the confidence of the authors, who totally delegate the management of their eco-nomic rights to experts working for associations whose function it is to valorize their works.
The author's associations thus played a decisive role in determing the relations between musie and radio. In law, the radio broadcast of a work was deemed a public performance on July 30, 1927 (by decision of the criminal court of Marseilles),** and consequently the law of 1791 became applicable. There was a fleeting attempt to develop another position. L. Bollecker, in a 1935 article in the Revue Internationale de Radioelectricite, makes a distinction between radio broadcasting, which consists in transmitting waves through space, and reception, which consists in transforming those waves into sounds. In this view, only reception is representation, and it is generally private (it would only be pub­lic if the loudspeaker were public). Radio broadcasting, for its part, would be a new form of publishing. An extraordinary fantasy of spatial writing, the marking of space. Bollecker, however, was not followed: since waves are not durable and are immaterial, radio broadcasting remained a form of representation.
The opposition to the use of records on radio was resolved in France by a contract between SACEM and the private stations concluded in 1937. After that, radio stations had to pay for representation and reproduction rights.
The performers and publishers would continue to be excluded. They were recognized as having no claim. The difficulties associated with the evaluation of copyrights and related claims in representation resurface here, because the multiplicity of sale and listening sites make it difficult to collect payment.
In addition, there arise specific obstacles to monitoring recordings, because free access is taken to a new height: today it has become possible for each listener to record a radio-broadcast representation on his own, and to manufacture in this way, using his own labor, a repeatable recording, the use-value of which is a priori equivalent to that of the commodity-object, without, however, having its exchange-value. This is an extremely dangerous process for the musie industry and for the authors, since it provides free access to the recording and its repe­tition. Therefore it is fundamental for them to prevent this diversion of usage, to reinsert this consumer labor into the laws of commercial exchange, to suppress Information in order to create an artificial scarcity of music. The simplest solution would be to make such production impossible by scrambling the quality of the broadcast representation, or by truncating it, or again by taxing this inde­pendent production, fmancing royalty payments on these unknown recordings through a tax on tape recorders—this is done in Germany. The price of musie usage is then based entirely on the price of the recorder. But the number of recordings could increase without a change in the number of tape recorders. We could then conceive of a tax on recording tape, which would mean paying music royalties in proportion to the exchange-value of nonmusic.
This problem of monitoring recording already announces a rupture in the laws of the classical economy. The independent manufacture of recording, in other words, consumer labor, makes it more difficult to individualize royalties and to define a price and associated rent for each work. It is conceivable that, at the end of the evolution currently under way, locating the labor of recording will have become so difficult, owing to the multiplicity of the forms it can take, that authors' compensation will no longer be possible except at a fixed rate, on a statistical and anonymous basis independent of the success of the work itself.
At the same time, usage becomes transformed, accessibility replaces the festival. A tremendous mutation. A work that the author perhaps did not hear more than once in his lifetime (as was the case with Beethoven's Ninth Symphony and the majority of Mozart's works) becomes accessible to a multitude of people, and becomes repeatable outside the spectacle of its performance. It gains availability. It loses its festive and religious character as a simulacrum of sacrifice. It ceases to be a unique, exceptional event, heard once by a minority. The sacrificial relation becomes individualized, and people buy the individualized use of order, the personalized simulacrum of sacrifice.
Repetition creates an object, which lasts beyond its usage. The technology of repetition has made available to all the use of an essential symbol, of a privileged relation to power. It has created a consumable object answering point by point to the lacks induced by industrial society: because it remains at bottom the only element of sociality, that is to say of ritual order, in a world in which exteriority, anonymity, and solitude have taken hold, music, regardless of type, is a sign of power, social status, and order, a sign of one's relation to others. It channels the imaginary and violence away from a world that too often represses language, away from a representation of the social hierarchy.
Music has thus become a strategic consumption, an essential mode of social­ity for all those who feel themselves powerless before the monologue of the great institutions. It is also, therefore, an extremely effective exploration of the past, at a time when the present no longer answers to everyone's needs.

____
** On March 22, 1927, M.Privat, manager of Eiffel Tower, was ordered by the civil court of the Seine district to pay 3,000 francs in damages for having broadcast whitout authorization pieces of music listed with SACEM. On appeal, the First Chamber of the court of Paris tripled the indemnity.

//////
dwa wywiady z autorem
po francusku
po angielsku