Nicholas Bussmann (z Kapital Band 1) zaplanował naprawdę ciekawy dzień w berlińskim Haus der Kulturen der Welt, była to czwarta odsłona meine Baustelle, o nazwie meine Zeit. Około 15.20 Trio Nexus (Erik Drescher: flety, Tomas Bächli: fortepian, Claudia Sgarbi: wibrafon, dzwony rurowe, glockenspiel) zaczęło wykonywać "For Philip Guston" - czterogodzinny utwór Mortona Feldmana z 1984 na flety, fortepian, wibrafon, glockenspiel i dzwony rurowe. Występ odbywał się w obszernej sali, w której na co dzień mieści się bar. Na szczęście funkcja konsumpcyjna miejsca nie rzucała się w oczy, bar oczywiście nie był otwarty w czasie koncertu, stoły odsunięto pod ścianę, jedynie szum klimatyzacji dochodzący pozostał jej śladem. W Sali wysokiej na ok. 6 metrów, z antresolą i dwoma ścianami przeszklonymi w całości, niska scena ustawiona została na środku, otoczona ze wszystkich stron rzędami krzeseł. Bardzo mnie ucieszyło, że siedząc w środku i słuchając kompozycji będę mógł utrzymać kontakt ze światem zewnętrznym. To za sprawą tych szklanych ścian, z których szersza oferowała widok na rzekę. Okazało się to tym bardziej dogodne, że utwór był zupełnie nienarracyjny. Do tego co usłyszałem mogłem dodać więc rozmaite zewnętrzne zdarzenia. Przejeżdżające pociągi (różne typy - kolory), przepływające statki (np. "Milan", "Luna"), samoloty, rowerzystów, joggingowców, spacerowiczów - w rozmaitych konfiguracjach, rodzinnych i pewnie też poza-. Statki wdzierały się czasem do wnętrza, warkot silnika przy odbijaniu od brzegu albo strzępki głosu pana, który przez mikrofon opowiadał coś ludziom na pokładzie. Potem też słońce wędrujące po rusztowaniu (które było wewnątrz sali) i odbijające się w budynku na moście.
O ile się orientuje "For Philip Guston" to drugi najdłuższy utwór Feldmana (po pięciogodzinnym "String Quartet II"), nie da się więc pominąć tej kwestii. Wysiedzieć cztery godziny bez przerwy, słuchać cztery godziny bez przerwy (tzn. słuchać uważnie, tak jak zwykle się czyni na koncercie), czy to w ogóle możliwe? czy nie jest to w jakiś sposób nie-ludzkie? Może nawet w jakiś sposób megalomańskie (ze strony kompozytora) jest wymaganie tego, napisanie takiej kompozycji i zaplanowanie jej odegrania w ten sposób (bez przerwy)? Nie wiem, na pewno nie mogę powiedzieć, że ten utwór mi się podobał. Ale też nic odwrotnego, choć przez ostatnie pół godziny patrzyłem zniecierpliwiony na to ile kartek z partytury jeszcze zostało.
Oczywiście, mogłem wyjść, rozruszać się, ogrzać (na zewnątrz było cieplej niż w środku), zjeść coś i wrócić po kwadransie z nowymi siłami. Kolega Marcin Sieradzki podniósł ciekawą kwestię, czym się różni doświadczenie, odbiór tego utworu przez osoby, które wyszły na jakiś czas, od tych które wysłuchały całego utworu. Licząc na oko z 60-70 osób, które były na początku wyszła mniejsza połowa, kilka wyszło na jakiś czas, wiele osób przyszło w trakcie trwania utworu, niektórzy w połowie. I jeszcze ci ludzie na zewnątrz, aż chce się ich aktywność fizyczną ustawić w opozycji do bierności słuchaczy.
Nie wiem, może tą muzykę należy brać tak niezobowiązująco, jest sobie całość, która ma cztery godziny, ale my możemy w jednym miejscu się wyłączyć by włączyć się znów, kiedy nas najdzie ochota, a te dźwięki są mimo tego, że my nie zwracamy na nie uwagi. Jednak do takiego odbioru nie skłaniają mnie warunki koncertowe. Na pewno nie czuję się swobodnie w sytuacji, gdy powiedzmy wyjęcie cukierka z szeleszczącego opakowania staje się głośniejsze niż grana muzyka. Nie wiem, ale ja mam w sobie sporo szacunku dla pozostałych słuchaczy i staram się nie zakłócać innym odbioru, bo wiem jak mnie samego wkurza, gdy ktoś mi zakłóca.
W drugiej połowie czytałem trochę książki, a więc jakąś część uwagi wyłączyłem, ale z drugiej strony nie miałem wrażenia, że coś mi umknęło. Wspomniałem, że muzyka była nienarracyjna, tzn. nie było w niej żadnych napięć, nie miała jakiegoś wyraźnego przebiegu. Poza tym była zupełnie pozbawiona emocji, czasem dźwięk fletu splótł się z akordem fortepianu, co razem dawało efekt czegoś na kształt wyrażania uczucia. To było najbardziej widoczne jeśli chodzi o flet, który mi się kojarzy z utworami w rodzaju "La Notte" Vivaldiego. U Feldmana po prostu podawał jakieś dźwięki, absolutnie żadnej melodii, jedynie pojedyncze dmuchnięcia. Nie zmierzam wcale do konkluzji w stylu każdy tak może zrobić, wrzucić parę dźwięków tu, parę tam, nawet na cztery godziny. Określeń "nienarracyjna" i "pozbawiona emocji" nie traktuję pejoratywnie. To jest problem, który często mam w pisaniu o muzyce, powiedzmy że chcę coś polecić, ale przychodzą mi na myśl przymiotniki czy cechy określające czy też brane za wady. A coś co jest zwykle wadą może być zaletą jakiejś muzyki. Może nie tyle zaletą, co nawet istotą, sposobem istnienia. Tak jak w tym przypadku.
Nie wiem, czy wymyślę jakąś konkluzję...Nie chcę, żeby to wyszło na to, że skoro ja miałem problemy z wysłuchaniem, to nikt inny nie da rady i ten utwór jest dla nikogo. Waham się teraz co do tej megalomanii kompozytora, też byłaby to megalomania inaczej pojęta. Nie duma, rozdęte ego, bliżej do jakiejś nieprzystawalności do rzeczywistości, nadmiarowości. Chciałbym tylko zrozumieć, jak odbierać ten utwór, jak on ma oddziaływać, jaki był zamysł kompozytora...może kiedyś.
Gdy Trio Nexus trzeci raz wychodziło na scenę niesione oklaskami my wychodziliśmy z sali, żeby dojść do siebie przed występem Toshimaru Nakamury. Byliśmy z powrotem w HKW około 20, gdzie okazało się że następne wydarzenia będą odbywać się w Auditorium - sporej sali koncertowej, której wprost nie mogę się nachwalić. Wygodne fotele, miejsce żeby wyciągnąć nogi, fantastyczne nagłośnienie, dużo świateł (umiejętnie używanych). Naprawdę luksusowe warunki do odbioru muzyki.
Na scenę wyszedł Bussmann, pełniący rolę konferansjera-prezentera, udało nam się zrozumieć tyle, że Konono No 1 nie przyjedzie, a The Necks zagrają dwa sety. Ale najpierw Japończyk i jego no-input mixing board. Trudno mi powiedzieć, co dokładnie robił, pewnie 'przekręcał gałki', ale nie mogłem nawet połączyć zmian dźwięków z ruchami rąk, bo sprzęt był zasłonięty przez postawioną przed nim obudowę. W każdym razie, nie było ani ekstremalnie wysoko, ani nisko (brakowało mi niskich częstotliwości), ale wśród publiczności widziałem takich, którzy zatykali uszy, część zdążyła nawet wyjść. Nakamura nie pozostawiał żadnych dźwięków na dłużej, elementy często się zmieniały, czasem skokowo. Dużo było struktur wyraźnie rytmicznych, ale żadnych bitów. Kilka ciekawych zabiegów z przestrzennym rozbiciem dźwięku (część dochodziła z głębi). Dobry występ, ale drastycznie krótki (25 minut).
Po chwili przerwy, ustawieniu dwóch banerów i zadymieniu sceny duet FM3 zaczął wydobywać dźwięki - najpierw jakiś tradycyjny chiński flet, puszczony przez pogłos, potem zaloopowany, następnie wyłania się druga połowa duetu i przez potrząsanie gitarą uzyskuje wszechobecną aurę. Dźwięki zaczynają przybierać na wadze, chwilami jest zbyt głośno, ale gdy podłoga się rusza robi to wrażenie. Generalnie nie jestem przekonany do ogólnego pomysłu - gitara bardziej jako generator tonów, choć gdzieś w tle przemyka się bardzo dyskretny motyw, a na tym płyną delikatne barwy dobywane z fletów itp. Były partie, które zbliżały się do new age'owej atmosfery, jakoś patetyczne, natchnione, do tego gitarzysta w ekstatycznym rozkroku spowity dymami. Pewnie nie moja stylistyka, ale poza tym to był to jeden pomysł, który po kilku minutach wydał mi się ograny i teraz była tylko kwestia, czy pojawią się jakieś interesujące brzmienia.
Przed Necksami nastąpiła dłuższa przerwa, którą zgodnie z radą Bussmanna wykorzystaliśmy na wizytę w barze. Czas oczekiwania nie był na szczęście zbyt długi, jeszcze jedno dopowiedzenie konferansjera, coś chyba nt. niejasności na czym mogą polegać dwa sety tria, tzn, że może nie być przerwy albo może być chwilowa. Mniejsza o to, wyjdzie w praniu. Zaczął Abrahams, po chwili Swanton i Buck dołączyli. Aaachhh, muzyka The Necks, coś wspaniałego, rzecz jedyna w swoim rodzaju. Dźwiękowa transcendencja. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to naprawdę powinien. Chyba nie mają słabych płyt, raczej takie które mi się po prostu mniej podobają (pierwszy cedek Silent Night, Next i Chemist w który się dopiero wgryzam). Reszta jest w zasadzie genialna i praktycznie każdy kolejny album jaki poznałem uważałem za najlepszy.
Muzycy długo szukali się nawzajem, może nawet z 20 minut, ale ja czekałem cierpliwie, wiedziałem, że gdy już akcja się zawiąże, to będzie tylko lepiej. Nie będę próbować opisywać przebiegu koncertu, tylko kilka spostrzeżeń. Jak mało Buck używał bębnów, koncentrował się na talerzach, a miał dodatkowy bęben basowy. Obok stał też średni gong, na werblu leżały z trzy małe talerze (coś takiego) i w to najczęściej Buck "stukał". Dopiero kiedy już maszyna The Necks szła pełną parą pojawił się motyw stopniowo wzmacnianych trzech uderzeń bębna basowego. Lloyd Swanton używa również smyczka, którego krótkie, ostre ruchy w drugim utworze w połączeniu z uderzeniami Bucka dają jakiś marszowo-militarny posmak. Mam wrażenie, że muzyce nadaje kierunek Chris Abrahams, który tamtego wieczora więcej czasu spędził po prawej stronie klawiatury, ale drugiego końca nie omijał. Gra głównie drobne motywy, powtarzane, nieustannie zmieniające się, ale potrafi też zupełnie z niczego zagrać nowy temat, nie powiązany z poprzednim. No i w ogóle, co za zgranie, Abrahams siedział do pozostałych tyłem, a złapałem tylko jedno spojrzenie Swantona na Bucka.
No i wspominana kwestia przerwy i drugiej odsłony. Najpierw w bezruchu zastygł pianista, potem kontrabas przestał się odzywać, Buck dwoma pałkami w mikro-ruchach grał na największym talerzu. I co się teraz stanie, jak skończy? Wyciszy? Trzaśnie mocniej? Tymczasem Abrahams wykonuje jakiś ruch w kierunku klawiatury, ale rezygnuje i powraca do skulonej pozy. Jednak po chwili mocno wracają dźwięki fortepianu, niemal przykrywają perkusję. I tak zaczyna się drugi set. Cholernie energetyczny, z obstukiwaniem kontrabasu, celnymi uderzeniami pięściami w klawiaturę i mnóstwem dźwięków perkusji. Oprócz grania w kilku partiach wyraźnego rytmu, Buck powraca do 3-uderzeniowego motywu (w zmienionej formie), poza tym wziął jeden z mniejszych talerzy, które leżały na werblu i trzymając go swobodnie w ręce pozwala mu stukać w pozostałe. Efekt chwilami przypomina gamelan, ale częściej jest bardziej niestabilny, chwiejny, niemal chaotyczny, ale pięknie uzupełnia ustaloną choć zmienną strukturę. I momentalny koniec, którego nic nie zapowiadało. Burza braw berlińskiej publiczności (spokojnie ponad 250 osób).
Potem czas na skromne zakupy. Marcin podsuwa Swantonowi (który prowadzi merchandise table) pomysł koncertowania w Polsce, ten odpowiada, że rozmawiali z promotorem (ciekawe, czy to standardowa odpowiedź na takie pytania?). Autografy, Buck daje się namówić na narysowanie czegoś wewnątrz opakowania mojego nabytku, a na wspomnienie koncertu na Musica Genera potakuje i mówi, że wyjdzie on na płycie.
[tekst opublikowany pierwotnie wkrótce po na emd.pl/wiki]
8/05/2016
Trio Nexus gra Feldmana, Toshimaru Nakamura, FM3, The Necks - Haus der Kulturen der Welt (31.03.2007)
2/25/2010
Memories of the Future
Niedziela głównie wypoczynkowa, pod wieczór zajrzałem do Berghain. Tam od południa trwała impreza, okazuje się, że dla berlińskich clubberów nie ma różnicy - o 19 w niedzielę też można się świetnie bawić. Ja poszedłem tam bo mam nostalgiczne usposobienie - z sentymentu do miejsca, które chciałem odwiedzić ponownie. Niestety właściwe Berghain było zamknięte, wszyscy tłoczyli się w Panorama Bar i w pobliżu.
Stamtąd do HKW, na zamykająca galę Transmediale, która jak na finał tak dużego wydarzenia wypadła żenująco. Tematem festiwalu było "futurity now!", a jego dyrektor artystyczny Stephen Kovats zapowiadając uderzył w wysokie tony, że zakończenie festiwalu jest jednocześnie otwarciem pewnych drzwi, że patrzymy w przyszłość, którą mogą być Chiny, że najciekawsi artyści z tego kraju. Później sam był chyba trochę zaskoczony/rozbawiony najpierw enigmatycznym/amatorskim trailerem festiwalu eArts w Szanghaju (z którym Transmediale współpracowało przy tej okazji, którego kuratorzy zaplanowali ten wieczór?), potem samymi występami.
Najpierw znany nam już aaajiaao i znany z FM3 Zhang Jian. Nie wiem, czemu w duecie, bo drugi sam sobie zrobił otoczkę wizualną, a tak mieliśmy dwa obszary do zawieszenia oka, absolutnie do siebie nie przystające i nie wchodzące w dialog. aaajiaao przez większość czasu prezentował znane nam już chmurki. Gdzieś na minutę przed końcem zmienił je, ale miał problemy z wycentrowaniem nowego obrazu, biedaczek.
Jian był zasłonięty ekranem i podświetlony pomarańczowym światłem, tak że jego cień na ekranie mieścił się w okręgu - zachodzącym słońcu. Wykonywał powolne ruchy, jakby tai-chi, których związek z dźwiękami trudno było określić. Potem okazało się, że miał stelaż-drzewko, w którym umieszczał buddha machine i pewnie w środku były mikrofony zbierające sygnał.
Następnie Feng Mengbo, który zagrał przed nami w swoją grę komputerową. Młody aktywista w stroju z czasów Rewolucji Kulturalnej w świecie platformówek. Walczy z Super Mario, Batmanem, bohaterami Street Fightera, rzucając w nich puszkami coca-coli, które wybuchają. Chwilami było śmiesznie, np. gdy okazało się, że gra nosi tytuł "The Long March", ale generalnie to bardziej pasowałoby jako jedna z prac na wystawę, a nie zakończenie festiwalu (w dodatku kilka razy się zawiesiła). No tak, to nie był jeszcze koniec, po tej części (mniej niż 40 minut) można było zostać na secie didżejskim.
2/24/2010
Final Ballet
Wymieszana sobota: najpierw dwa występy w HKW. Panowie Martin Messier i Nicolas Bernier zdenerwowali mnie zbytnią głośnością (która deformowała dźwięki), agresywnością (dużo banalnych elementów perkusyjnych) i użyciem elektronicznego tła. Andrea Lange była okej, choć może trochę za długo jak na tak zredukowane narzędzia.
Potem do Auslandu, z którego do WMFu dotarłem na końcówkę Grischy Lichtenberga. On rozpoczynał nockę Raster-Noton poświęconą serii wydawniczej Unun. Początkowo mieli pojawić się też NHK, którzy tę serię otworzyli, wtedy byłoby na pewno ciekawiej. Senking nie był zły, najczęściej płynął dubtechnowo, zapadł mi w pamięć jeden moment sugerujący charakterystyczne załamanie, z którego wszystko wyjdzie na prostą bitu - ale ten się jednak nie pojawił, sprytne.
Aoki Takamasa był cieniutki i nudny, opierający się na łatwych schematach rytmicznych. Atom TM miał jakieś własne pomysły na nietypowe brzmienia, ale też tak naprawdę niewiele z tego wynikało.
Oczywiście było za głośno, jedyna pociecha, że podobno Carsten Nicolai opieprzał dźwiękowców.
Do większej sali zajrzałem raz - Tikiman wychwalał Jah, a bit pompował.
2/07/2010
I dont know whats wrong with me, my computer eyes or my internet knees
No i zaczyna się transmediale. Niesamowita śnieżyca, w HKW tłumy, a na zewnątrz, na pobliskim carillonie gra Charlemagne Palestine. O tym więcej gdzie indziej, tymczasem polecam wywiad.
Ponieważ na festiwalu musi być dużo wydarzeń, to zaraz kolejna atrakcja: Byetone z wizualizacjami aaajiaao, artysty cyfrowego i haktywisty z Szanghaju. Na tzw. Café Stage, w pobliżu baru, niezobowiązująco, żeby ci którzy nie chcą tak bardzo uczestniczyć, nie musieli.
Byetone zaczyna dość spokojnie, nieco Monolake'owo, bardziej zapalczywie robi się w rozszerzonej wersji "Plastic Star". aaajiaao najpierw pokazuje jakieś obłoki dymu, które może przesuwać, powiększać, czasami jest to do rytmu dźwięków, ale czasami nie. aaajiaao ma dwa laptopy, z których wybiera jeden, z którego obraz wysyła do projektora. Byetone kończy pierwszy utwór, a jego partner zmienia wizualizację po kilkunastu sekundach następnego. Ona też jest okej, układy kropek poruszają się w przestrzeni, trochę w stylu Evali. Kolejny utwór się kończy, sytuacja ze zmianą wizuali się powtarza. Jak napisali organizatorzy: "the experimental audio-visual scenes of China and Europe collide.", ale czy muszą aż tak bardzo? Ale poważnie, występ został późno dodany do programu, wcześniej planowano solo Chińczyka. Jemu zależało na graniu z Benderem, a może organizatorom? Oczywiście, mógł się lepiej przygotować, nieco amatorskie były te jego działania. Stałem zaraz za nim i widziałem, jak się poci i przełącza kabelki. Ale kurcze, Byetone ani razu nawet nie zerknął na ekran, nie wiem, na ile "na żywo" było jego granie, jednak gdyby zobaczył, że wizualizacje się jeszcze nie zmieniły, może mógłby poczekać z rozwijaniem utworu. Jednak miałem wrażenie, że niezbyt go to obchodzi, jako całość wyszło koślawo i średniawo, z jakimś posmakiem wyższości Zachodu.
Potem do WMF, gdzie bezsensownie kończył się festiwal A MAZE. Interact (w ogóle, dla mnie to jakiś dziwny przerost: festiwal, który narodził się z innego festiwalu, CTM z transmediale, w swoich ramach urządza kolejny festiwal). Nie dotrwałem co prawda do Patricka Cataniego, który ponoć jest legendą, więc może coś ciekawego mnie ominęło.
2/10/2009
Hair der Kulturen der Police
Prescribed Burning
New Mutations
Our Minds Problems
Virus Thoughts
Blind Kingdom
Fear of Sleep
Your Skull in the Gutter
Constantly Terrified
Hair Police na festiwalu Audio Poverty - 7 lutego 2009, Haus der Kulturen der Welt, Berlin
(koncert do ściągnięcia tutaj)
2/09/2009
Cartridge full of dub
Quarta 330 na festiwalu Audio Poverty - 8 lutego 2009, Haus der Kulturen der Welt, Berlin
(koncert do ściągnięcia tutaj)
1/31/2009
Niejaki Pure'ko (i inne chłopaki)
Myślę, że już jestem blisko information overload unit. Wczoraj mieliśmy w planie zobaczyć wystawy w Neue Nationalgalerie, ale były takie kolejki (głupi turyści), że zrezygnowaliśmy. Ale nie ma tego złego, co by, bo poszliśmy do Martin-Gropius-Bau na wystawę Roberta Lebecka (o której innym razem).
Do Bethanien wybrałem się po 17, nauczony że wszystko ma obsuwę. Tam wisiał inny rozkład, niż w internecie - zależnie od wersji panel, na który przyszedłem, był opóźniony 45 minut albo 1h15min, czyżby w zglobalizowanym, ucyfrowionym świecie niemieckie umiłowanie porządku przestało być aktualne. Było ciekawie, ale musiałem wyjść, żeby nie spóźnić się do Haus der Kulturen der Welt. Tym razem udało mi się nie zgubić, a dodatkowo miałem piękny soundtrack: Cançons per a un lent retard Ferrana Fagesa, na tych mniej ruchliwych ulicach pasował wręcz idealnie.
Oczywiście spieszyłem się niepotrzebnie, w HKW, gdzie odbywa się Transmediale, czuć taką art-worldową atmosferę, wszystko jest ładne, hi-tech, pracownicy ubrani wedle szablonu. Zabawnym odpryskiem tego była ulotka ostrzegająca, że dzisiejsze występy mogą uszkodzić słuch, bo kontakt z takimi wysokimi częstotliwościami, że nie ponoszą odpowiedzialności za uszkodzenia (he? nie widziałem ustawy, ale niby dlaczego nie, moim zdaniem powinni) i rozdawali zatyczki.
Jak już w końcu nas wpuścili, jak już w końcu konferansjer pojawił się na scenie, uspokoił, że są poniżej granicy wyznaczonej przez niemieckie prawo, niemniej jakby co, no to są zatyczki. I że to drugi występ dopiero będzie tym głośnym.
Najpierw wystąpił Ryiochi Kurokawa przedstawiając (grając?) Parallel Head, o kurcze, naprawdę potrzebował czterech laptopów...phi...wizualnie więcej niż dobrze, ale dźwiękowo przewidywalnie, schematycznie. (To coś innego, ale mniej więcej w tym stylu)
Potem Telcosystems i ich Mortals Electric (nie wiem, skąd te czarnobiałe stopklatki, wizuale były w kolorze). Bardzo mi się podobało, zwłaszcza dźwiękowo.
Był jeden moment (= minuta?), gdzie pomyślałem, że aha, jest głośno. Oczywiście nie mierzyłem decybeli, więc nie mam *dowodów*, ale mam uszy, które wskazują, że na koncertach Club Transmediale zwykle jest głośniej.
Kolejny przystanek - HBC (BHC?), impreza luźno związana z CTM/TM, było trochę osób stamtąd, jakoś wieść musiała być rozpuszczona.
Tym razem drugi koniec kija, można się cieszyć ze spóźnienia (to się miało o 19 zacząć? ha hah ah), 6,66 za wjazd i weszliśmy w trakcie występu Venzhy Christa, maska przeciwgazowa na twarzy, jakieś przyrządy na rękach (coś thereminowatego?), ciągłe wysokie dźwięki, niskie, krótkie zwarcia, co jakiś czas tępe uderzenia.
Potem Chdh i ich Vivarium (jest link do torrenta z dvd, a program można ściągnąć stąd). Zaczęło się dobrze, jeśli użyć ogólnika to blisko Pure'a, rytmicznie poruszające się powierzchnie. Jakiś moment skojarzenia z Pan Sonic, a potem niestety kopiowanie alva noto.
Po nich Dirk Paesmans z jodi.org grał używając (przypuszczam) zrobionego przez siebie (nich) programu, który umożliwiał miksowanie wideo (zapewne youtube'ów). Sporo tematyki nerdowej, też niszczenia komputerów, urządzeń, amatorskich piosenek. Dużo lepsze niż kiepski "yotube vj/dj performance" na otwarcie CTM.
I w końcu ten, z powodu którego tu przyszedłem - Pure, wykonujący materiał z jednej z moich pierwszych ulubionych płyt w tym roku Ification (do ściągnięcia kilka fragmentów i dwa całe utwory). Zaczął od początku, który jest doskonałym otwarciem albumu, trochę wykręcał ten motyw gitary. Tak pi razy oko powiedziałbym, że były też elementy z "Approximation", "Iron Sky". Pod koniec tego pierwszego jest niski dźwięk, wczoraj pojawił się on solo i pomyślałem, że jego źródłem musi być tuba (waltornia? puzon?) - tylko że jest on spowolniony. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie, dobiegał z oddali i był wszędzie, taki czysty, złowieszczy, zaryzykuję skojarzenie z Mahlerem...Występ był podzielony na sekcje, może czasem wolałbym większą płynność, ale odosobnienie, wyszczególnienie niektórych elementów też miało swój sens.
Trudno zaklasyfikować twórczość Pure'a (a to dobrze), w ciągu roku słuchania jego produkcji doszedłem do formułki zabrudzony (chropowaty), gęsty dark ambient.
To niewiele mówi, więc dorzucam zdjęcie, które moim zdaniem oddaje coś z atmosfery jego muzyki.
A na powrotną drogę kruche dźwięki dłuższych utworów z płyty Fagesa. W puste przestrzenie, których sporo, dostawały się dyskretne dźwięki berlińskich ulic około drugiej w nocy.


















