Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szwecja. Pokaż wszystkie posty

7/14/2016

Jag Var en Vinnare - Jonas Odell (wpatrywanie cz. 36)

Przez pomyłkę tu twierdzą, że nie ma napisów - otóż są. To dobrze, bo bez nich byłoby ciężko.

Filmik, który gościła między innymi Tribeca i Kraków, opiera się na rewelacyjnym pomyśle ukazania nałogowych graczy w ich środowisku naturalnym i pod postacią, którą sobie wybrali.

Co do treści, to nie padają żadne odkrywcze stwierdzenia, ale te 14 minut wypełniają akuratnie.

5/15/2010

Martin Küchen - 23.04.2010, Instytut Awangardy, Warszawa

Tak długo zbieram się do napisania o tym występie, bo gdy układam myśli w głowie, czuję że ciągle coś pozostaje nieuchwytne. Zobaczymy, jak pójdzie teraz...

Koncert był świetny, wciągający, wyjątkowy (nie tylko ze względu na miejsce). Tego się spodziewałem, znając i będąc fanem twórczości (zwłaszcza solowej) szwedzkiego saksofonisty. Co mnie zaskoczyło, to skupienie. Po pierwsze, jeśli chodzi o publiczność, która słuchała z uwagą. Po drugie, jeśli chodzi o wykonawcę, który wiedział dokładnie, co i jak chce wyrazić. Po trzecie, o coś pomiędzy, o intymność, jaką dało być może to, że Küchen grał bez nagłośnienia, być może bliskość, fizyczne skupienie słuchających wokół niego. Ale najpewniej - dała to sama muzyka.

Zdecydowana, ale nie agresywna, spójna, ale różnorodna. Küchen wykonywał materiał z The Lie and The Orphanage, albumu właśnie wydanego przez Mathka - inkarnacja (?) Audiotonga wypuszczająca cedeki. W Warszawie ten materiał zajął mu 35 minut, a potem był 10-minutowy bis - utwór dla teatru tańca.

Ten występ przypomniał mi o rozmyślaniach, jakie kiedyś wzbudziła we mnie muzyka Robina Haywarda, a ostatnio powróciły podczas słuchania jego powalającego States of Rushing. Artysta ten przekształcił swoją tubę w instrument brzmiący i zachowujący się raczej niczym jakieś elektroniczne urządzenie do wytwarzania dźwięku. I Szwed idzie trochę w tym kierunku, choć nie tak daleko, by jak Hayward w "Treader" imitować minimal-techno.
Raczej chodzi o podejście (do instrumentu) i o odejście (od jego historii). Przy czym nie ma w tym tego umęczonego wydostawania się, strzałów na oślep, zachłystywania się wolnością, które towarzyszy często tzw. technikom rozszerzonym. Może nie powinienem na siłę wykopywać przepaści między Küchenem, a dajmy na to Michelem Donedą, ale czułem sporą różnicę. Zresztą, nie to jest punktem ciężkości wywołanego przez pierwszego z nich wrażenia. I nie zamierzam nikogo potępiać za poszukiwania nowych środków wyrazu w grze na instrumencie. Chodzi o to, że miałem poczucie, że Küchen nie musi przekraczać granic, jakie wyznacza historia instrumentu, utarte sposoby grania, bo nakreślił dla niego swoje własne, wyznaczył mu nowe terytorium, w którym dzieli i rządzi. Nie robi czegoś, bo to można przecież zrobić, np. nie gra bez ustnika, bo tak też się da, ale dlatego, że tego właśnie potrzebuje. Techniki rozszerzone - też, ale potem - zawężone.

Inna sprawa to miejsce koncertu, była pracownia Edwarda Krasińskiego, mieszcząca się na 11. piętrze bloku w centrum miasta. Na jej oszklonym tarasie odbywał się koncert, w surowej przestrzeni szkła i betonu. No i świeczek, małych, rozstawionych na ziemi, które wkrótce uzupełniły z zewnątrz uruchamiane światła miasta. W tle dawały znać o sobie środki transportu - tramwaje i autobusy.

A także mniej typowe - helikoptery, które tego dnia wyjątkowo (a może wcale nie?) często krążyły nad stolicą. Uczyniły one "Killing the houses, Killing the trees" (w wersji bliższej tej dostępnej tu, niż tej na płycie) enigmatycznie niepokojącymi. Były takim odwołaniem do rzeczywistości, jakim są dla tego artysty dedykacje. Ale aspekt polityczny to jeszcze inna sprawa - o niej Michał Libera rozmawia z Küchenem w wywiadzie, którego fragment tu, a całość towarzyszy albumowi.

3/26/2009

(Prawie) Na żywo z Torunia

Czyli CoCArtu (mój) dzień pierwszy.

Podróż minęła bardzo przyjemnie, we wcześniejszych planach, jak zwykle, mieliśmy wybrać się *całą paczką*, ale i tak nie narzekałe na towarzystwo: Lionel Marchetti (płyta) i David Toop (książka - super, co kilka stron przynajmniej ciekawa informacja, wypowiedź, a czasem nawet jakaś mała rewelacja).

Najpierw do CSW pobyć trochę w instalacji Unsilenced Landscape Robert Curgenvena ustawionej w niecce (jak to Hubert kiedyś powiedział: wybudowali ją i nikt za bardzo nie wie, po co), z trzech stron odgrodzenie ściankami, cztery głośniki i o ile dobrze uchwyciłem, to wszystko jest zsynchronizowane, tzn nie są to autonomiczne ścieżki, które były np. wystartowane w różnym czasie. Nie do końca odbierałem, tak jakbym chciał, bo akurat jakaś para przyszła tam sobie pogadać (powodzenia w proponowaniu waszego eko-festiwalu MPO, czy co tam w końcu wymyślicie) i rozstrajała mnie. Były niskie tony, czasem buczenia, ptaki, w jednej chwili bardzo perkusyjne (jak hi-hat jazzowy) owady, kroki na piaskowym podłożu, jak się podeszło bliżej to bardzo w tle hałasy z ulicy czy z targu? Generalnie bardzo fajny efekt obecności tych dźwięków natury w przestrzeni czarnej błyszczącej posadzki i białych gładkich ścian.

Potem do Muzeum Etnograficznego na występ Hermana Müntziga, o którym zupełnie nic nie wiedziałem. Otóż Szwed ten gra na instrumencie (własnej konstrukcji chyba) zwanym flexichordem (tu sobie zerknijcie).

Jego improwizacja podzieliła się dość swobodnie i naturalnie na kilka części. Zaczął od położenia e-bowa na strunach, drgania modyfikował naciskając je przy końcach, kontrolował także sprzężenia całkiem przyjemnie nimi grając. Potem między struny włożył mały pręcik, który wywoływał dodatkowy rezonans - szemrzenie, a uderzenia w niego dość niskie dźwięki. Gdzieś po drodze leciała inna partia, z samplera, pojedynczych uderzeń, krótkich dźwięków między brzdąknięciem a plumknięciem. Kolejny etap to brzmienia bliskie graniu we wnętrzu fortepianu, na jego strunach. W pewnej chwili uderzył wyraźnie mocniej, po czym drugi raz i wtedy można było usłyszeć spore wybrzmienie sali, które dobrze zrobiło tym dźwiękom, rozprowadziło je w przestrzeni, a także w drugą stronę: one uświadomiły nam ją.

Następna to dla mnie najciekawsza odsłona: granie dwoma pilnikami, przejeżdżanie nimi po strunach w górę i w dół, serie ostrych, kłujących dźwięków, jakby cytra o szybkości karabinu maszynowego i przesterowanym brzmieniu. Osiągają przekonujące i nie momentalne apogeum, klimat jest z lekka paniczny, to mógłby być soundtrack to jakiejś sceny z thrillera, dziejącej się na schodach, ktoś kogoś śledzi, widać cienie, poręcz się rusza...

Po tym Müntzig na chwilę przerwał, jakby zastanawiał się, może czy ma dalej grać? Niestety zdecydował, że tak. Wolałbym, żeby tej części nie było: zaczął nadekspresyjnie, potem próbował wielu rzeczy, ciągle szukał, miałem wrażenie silenia się na nowe dźwięki, zmiany dla zmiany. Tutaj brzmienie przypominało gitarę basową, pomyślałem, że tak mógłby grać Squarepusher, gdyby silił się na improv i preparował swój instrument.

Po koncercie podszedłem zobaczyć i zapytać, co i jak, Müntzig zaczął wykładać swoje płytki i gdy zobaczyłem 3" z Martinem Küchenem, zapytałem o cenę. I proszę, kolejny twórca, który przyjął system "płać, ile chcesz", choć on tu uzasadniał, że wie, że w Polsce kryzys.

I z powrotem do CSW. Naczelny krajowy specjalista od psychodeliczności muzyki zdołał wcisnąć swoje ulubione wątki nawet w opisie wydawałoby się niewinnej i niemającej pretensji do opanowywania umysłu słuchacza płyty Si si, co miało miejsce podczas zapowiadania występu jej twórców: Tomasza Gadomskiego i Tomasza Mirta (wspieranych zza yamahy przez panią, która pozostała dla publiczności anonimowa).

Nie jestem pewien, ale był to chyba ich pierwszy koncert, jednak utwory, ktore grali (a było ich osiem) mieli zaplanowane i dobrze przećwiczone. Pomysłem na "koncertowe granie" było umieszczenie w większości kawałków wyraźnego rytmu (w postaci niskiego, głuchego, dudniącego bitu). Koncepcja w sumie fajna, ale mogło być jednak nieco więcej utworów bez tego, bo tak zaczęło robić się nieco powtarzalnie.

Całkiem szybki bit plus ciemno-czerwone oświetlenie plus czarne stroje dwóch-trzecich występujących, sprawiły że zrobiło się trochę "zimnofalowo" (moja fantazja, zapewne). Choć rytm nie stanowił centralnego elementu, to jednak zwracał uwagę i w dwóch pierwszych kawałkach był na tyle pociągający, że nie mogłem powstrzymać się od ruszania nóżką. Potem było jedno downtempo, dalej po sobie dwie wariacje wokół bicia serca, najpierw przyspieszone, a potem zwykłe, z tym że drugie uderzenie wydawało się hamować, przystawać.

Jeden utwór wykorzystywał zaloopowany mocny basowy posuw (ale naprawdę - szedł po podłodze i w fotele). Najbliżej repertuaru znanego z albumu byliśmy w przedostatnim utworze, gdzie dwa uderzenia były naprawdę oddalone od siebie i wolno krążyły, a śledziło je regularnie powracające delikatne sprzężenie. Choć był też kawałek z tekstem "88 recorders", a taki też tytuł ma jeden track na płycie, jednak nie mam jej teraz pod ręką, żeby sprawdzić pokrewieństwo.

Był to jeden z bodajże trzech utworów, gdzie Mirt używał wokalu i jeden z dwóch, gdzie go nakładał na siebie. Raczej trudno zrozumieć słowa, bo są one wypowiadane najwyżej nieco mocniejszym szeptem, a jak się pojawiają to i tak bardzo lokalnie.

Oprócz tego Mirt grał na lekko zdelay'owanej gitarze, bardzo oszczędnie, tylko raz nieco gęściej, ale o żadnym rzeźbieniu nie było mowy. Pod koniec używał też jakiegoś starego syntezatora (chyba?), a w dwóch kawałkach puszczał z samplera nagrania czyjegoś gadania (szczególnie fajne w pierwszym: jakby zwierzenia starego bluesmana siedzącego na werandzie).

Gadomski to jeden z tych muzyków, w którego obecności zrozumiecie sens określenia "perkusjonalista". Nie będę nieporadnie opisywał wszystkiego, co miał, jedno dobre zdjęcie da więcej. Był gong, bęben ramowy, piszczałka, małe talerzyki. W pierwszej połowie jakby więcej grał kolorystycznie, dopiero w drugiej zaczął ustosunkowywać się do podawanych przez Mirta rytmów, ale czynił to na tyle pomysłowo, że wychodziło z tego nadmierne ich konturowanie. W tym utworze najbliższym zawartości płyty grał dronik na małym harmonium, a w ostatnim pałkami do kotłów na specjalnej misie (?), co brzmiało zupełnie jak pianino.

Od kiedy dowiedziałem się, że ulubionym filmem Mirta jest Zeszłego roku w Marienbadzie, często myślę o tym dziele obcując z jego muzyką. I zwykle dobrze mi ze sobą korelują. Tak było i tym razem, dźwięki ogólnie można określić jako melancholijne, przygaszone, ale jednocześnie bardzo ludzkie, jakby czułość próbowała przewalczyć oziębłość. A do tego ten, bądź co bądź, odważny pomysł z bitem, który był zaskakujący, rozszerzający i ogólnie dobrze się sprawdził.

Niestety żeby odebrać klucze do mieszkania, gdzie nocuję, musiałem wyjść wcześnie, a to w połączeniu z obsuwą, przerwą i prezentacją po warsztatach Emitera i Franczaka rzuconą na początek, sprawiło, że nie mogłem zostać na ich występie. Dobrze, że chociaż mam ich dvd.

A koncertów festiwalowych można słuchać przez internet (jeśli naprawią serwer).

1/04/2009

Bergman (wpatrywanie cz. 13)

Nära livet (1958) reż. Ingmar Bergman

Rok po Det Sjunde inseglet, Smultronstället, dwa lata przed Jungfrukällan, trzy przed Sasom i en spegel. Kolejna współpraca z takimi aktorami jak: Eva Dahlbeck, Ingrid Thulin, Bibi Andersson, Max von Sydow. Pierwsza (jedyna?) z operatorem Maxem Wilénem.

To już nasty film tego reżysera, który widziałem, nie będę wymieniał, dość powiedzieć, że byłem raczej sumiennym uczestnikiem przeglądu w 2006. Ale przypomina mi się mój pierwszy kontakt z Bergmanem, coś co można nawet uznać za anegdotę, więc (jak to się z nimi czyni) przytoczę ją.

Mogło to być nawet z 6 lat temu? Chyba tak, koleżanka zadzwoniła do mnie, czy nie poszlibyśmy na taki fajny film, chyba nie powiedziała, na jaki. Może sama nie do końca wiedziała, koleżanka uwielbia Finlandię (ten kraj), ale chyba była świadoma, że to nie stamtąd pochodzi ten film, może rozszerzyła swoje uwielbienie na całą Skandynawię.

Ale nie musiała bardzo przekonywać, co doprowadziło do sytuacji, że w wakacyjny gorący dzień na niekinową godzinę 15-stą szliśmy na nieznany film do nieznanego kina (Malta). Trochę się go naszukaliśmy, weszliśmy na salę przy zgaszonych światłach na sam początek. Nie wiem, czego oczekiwaliśmy, ale gdy zobaczyliśmy stary czarno-biały obraz, wydaliśmy kolektywne westchnienie. Jednak ogólnie Tam, gdzie rosną poziomki podobało mi się.

Ostatnio pomyślałem, że chciałbym znów zobaczyć coś Bergmana, ale raczej coś innego niż ta dycha regularnie kursująca w kinach i telewizji. No i proszę, jak na życzenie - TVP Kultura nadała Nära livet.

Film z pewnością nie mistrzowski, ale warty obejrzenia, choćby dlatego, żeby zobaczyć pewne wątki, które powrócą w późniejszych dziełach.



Czy jest to pierwsza część kobiecej trylogii z trójką bohaterek? Składałyby się na nią Viskningar och rop (1972), Höstsonaten (1978), można się kłócić, że w Szeptach i krzykach była jeszcze ta służąca - więc cztery. Albo utworzyć większy zbiór - filmów "kobiecych" i dodać Personę (1966).


W sumie filmowi nic nie brakuje, ale gdzieś około połowy (po tym jak zabrano Stinę) uwaga mi zdryfowała, ale to może bardziej moja wina. Nie żeby tak mnie interesował los Stiny, postaci w swej naiwnej radości denerwującej. Zresztą taka miała chyba być, ładniusia lalusia, która dostanie nauczkę od życia. (I ten kontrast jej gładkości ze zwierzęcymi krzykami i trudem porodu.)

Zestawienie trzech kobiecych losów i postaci wypada dobrze, nie jest sztuczne, nie wygląda na upozorowaną debatę ideologiczną z zamiarem ważenia racji i ścierania się postaw. Większość rzeczy raczej wynika, niż jest przedstawiana, fajne jest to, że nie wiemy wszystkiego o nich od początku.

Podobał mi się też pomysł z lalką, na początku, jako emblematem, z lalką porzuconą, na którą nałożony jest płacz dziecka.
A później Cecilia jest taką bezwolną lalką.

Bergman porusza jeden ze swoich odwiecznych tematów - samotność, trudność relacji z drugim. Cecilia po stracie dziecka mówi, że już nigdy nie będzie tak blisko innego życia. A było to życie, którego nie znała, o którym nic nie wiedziała. Była to jeszcze istota jakby z innego świata, może boska?
Cecilia przeżywa objawienie, tzn jest w narkozie, ale wtedy wszystko dokładnie widzi i bez fałszywych pocieszeń diagnozuje swoją sytuację. (A potem nie pamięta tego, jakby ujawniło się coś nie uświadomionego w niej, o czym nie miała pojęcia.)

Przypomina to o "pajęczym" objawieniu z Såsom i en spegel (1961). Jednak cały obraz najbardziej kojarzy się z Personą, oczywiście szpitalne osadzenie akcji (tu zupełne). (No i też ten sam zabieg w początku, żeby filmować przez rozmazujące, dezorientujące, dystansujące, szkło, w Personie to ekran?) Również relacje pielęgniarek i pacjentek, po szwedzku też mówią "siostro", a mąż Cecili zdrabnia jej imię do Sisi (?). I tematyka ciąży, macierzyństwa, to zresztą powróci w Jesiennej sonacie. A gdyby pomyśleć o tych wszystkich Bergmanowskich bohaterach, którzy mają różnorakie "problemy zdrowotne".


Rozmowa trzeciej z kobiet z lekarką, która przekonuje, że sytuacja samotnej matki jest coraz lepsza, kojarzy się z Nattvardsgästerna (1963). Tam pastor daje porady Jonasowi, ale tak naprawdę nie umie rozmawiać, nie rozumie, nie może pomóc, tutaj też - argumenty lekarki nie trafiają do przekonania przyszłej matki, wydają się abstrakcją, fantazjowaniem w zderzeniu z realiami.

Dużo zbliżeń, kadrów z samymi twarzami, wykorzystanie cienia w ukazywaniu bohaterek.



[kadry via Bergmanorama]

11/05/2008

Ad Libitum: 3 - Dzień czwarty + Plan Be




To zabawne, (nie tylko) w zestawieniu z innymi dniami, że "kuratorem" tego koncertu był Phil Niblock, a występowali podczas niego Thomas Ankersmit i Phil Niblock. Ten drugi prezentował "muzykę i obrazy" z filmu Movement of People Working, ponieważ już kiedyś byłem na takim występie, postanowiłem tego wieczora zminimalizować swoją obecność w Laboratorium. Przede wszystkim dlatego, że miałem w zanadrzu Plan Be, bo jak sobie przypomniałem moją relację, to chyba teraz lepiej bym odebrał twórczość Niblocka.

Ankersmita też już widziałem na żywo, ale byłem bardzo ciekaw (właśnie dlatego). Gdy skończył grać, pomyślałem, że to chyba jego najlepszy występ. Ale teraz sobie odświeżyłem swoje wrażenia z Berlina i nie wiem, czy temu koncertowi dałbym dychę.

Początek wydawał się chaotyczny, kilkusekundowe partie wypychające się nawzajem, dość wysokie urywane dźwięki. Ale od startu jest obecna ciągła linia, jakby horyzont, niezupełnie płaska, lekko nabrzmiała. Trudno powiedzieć, jak ona ma się do reszty dźwięków, czy one są na niej, czy zupełnie się do niej nie odnoszą. Czy ona dokądś zmierza, czy po prostu jest?
Syntezator Ankersmita to pierwsze urządzenie, które wyciągnęło coś z laboratoryjnego nagłośnienia, nie chodzi o to, że musi być głośno, żeby było dobrze, ale pewien poziom natężenia jest czasem potrzebny.
Dobrze się poczułem, gdy po podłodze przeszło kilka fal niskich częstotliwości. Całość charakteryzowała panoramiczność, rozłożystość, to zastanawiające, że w notatkach mam świetlistość i górski pejzaż (wykoncypowane post-factum), co odsyła mnie do wrażeń z poprzedniego koncertu (których wtedy nie pamiętałem, a na pewno nie miałem ich w świadomości). Natomiast podczas występu, gdy zamknąłem oczy, widziałem taką scenę, której właściwością też jest szerokość, rozległość. Duża sala kinowa, w której siedzi kilka osób, są trzy ekrany, dwa boczne w stosunku do środkowego ustawione gdzieś pod kątem 120 stopni, stykają się z nim. Wyświetlane są w przyspieszonym tempie samochody (dużo żółtych taksówek) jeżdżące po mieście. Wracamy do muzyki: jest coraz więcej elementów, gęściej, ruchliwiej i głośno. Gdy już wydaje się, że bardziej nie może być, Ankersmit wykorzystuje obszary, które dotychczas zostawił puste. Dorzuca doły, nawet nie tak niskie jak przedtem, ale za to mocniejsze, jednak tylko we fragmentach, żadnego efekciarskiego dowalania, brutalności, jakieś odłamki skalne przewalają się przez kanały. To jest szczyt, z którego nagle spadamy. Ułamek ciszy i już znów linia, na którą skąp kapie kwaśny opad powodując cyfrowe płaskie plumknięcia. Linia zachowuje ciągłość, mimo że zostaje zrytmizowana w puls. Powoli wchodzą średnio-wysokie tony, falują i nadbudowują się coraz wyżej. Myślę o tym, jako o preludium do Niblocka, jednocześnie okaże się to rozbiegiem dla saksofonu. Ankersmit początkowo naśladuje obecne dźwięki, a potem coraz bardziej się od nich odrywa, one zresztą przygasają. On rezygnuje z mikrofonów, staje przed stolikiem i gra oszałamiająco na instrumencie, z całą pewnością oddech cyrkulacyjny, fragmenty tak długie, jak autor chce, a nie jak go ogranicza pojemność płuc. Płynne przejścia z czystych tonów do zabrudzonych, terkotliwych, nie wiem jak, ale wyobrażam sobie, że ma jakieś części saksofonu poluzowane? Obraca się by wysyłać dźwięki w różne strony, mapuje przestrzeń. Niemal dotykalna energia.

Mógłbym chapnąć część Niblocka, bo jeszcze trochę czasu do koncertu w Planie Be, a i niedaleko. Jednak pamiętając, jak bardzo wkurzali mnie spóźnialscy wchodzący w trakcie, nie chciałem komuś zakłócać odbioru swoim wymykaniem się.
Byłem więc w klubie wcześnie, prawie sam w małej sali siedziałem na kanapie. Potem okazało się, że start zostanie przesunięty na 21:10, bo na Ad Libitum jest sporo osób, które chcą także załapać się na koncert tutaj. Nie wiem, skąd pomysł, że Niblock skończy tak szybko, on jest z tych, którzy wolą długie dystanse i oczywiście finiszował później.
Dobra, dam się już rozpocząć koncertowi, zaczynając od lewej mamy Henrika Olssona za stołem metalowych misek (nie tybetańskich, raczej ikeowskich), na którym znajduje się też duży talerz (perkusyjny), w pobliżu stoi mały wzmacniacz, a po drugiej stronie stołu wisi gong. Na środku siedzi Johan Arrias, ma saksofon, ale częściej zajmuje się mikrofonem, małym głośnikiem i chyba jakimś samplerem/efektem. Na prawo od niego Tetuzi Akiyama, z którym Szwedzi (trio się nazywa Gul 3) zapragnęli współpracować po usłyszeniu jego Resophonie, Japończyk ze swoją nieodłączną towarzyszką - gitarą. Dalej siedzi wiolonczelista Leo Svensson.
Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, ale i tak byłem zaskoczony, gdy zaczęło się od postukiwania w gong, które nagrywane przez Arriasa, po jakimś czasie wypuszczone z głośniczka. I zniekształcone przez niego (jeśli nie przez efekty), to zwróciło moją uwagę: wielość źródeł dźwięku i stopień zmian/wypaczeń, jakie każde z nich zawierało w sobie. Okazało się, że wzmacniacz Olssona ma wpięty mikrofon kontaktowy, który jest przylepiony do talerza. A ten z kolei ma w sobie mały drut, więc słychać drgania tego drutu stamtąd, smyczkowanie talerza też tak, ale również (zabrudzone) przez wzmacniacz. Miski uderzane i kieliszki (wilgotne krawędzie) masowane akustycznie, a za Olssonem z głośnika wiolonczelę. Gitarę ja raczej słyszałem nie przez nagłośnienie, ale gdy Akiyama używał e-bowa, to raczej tamtędy. Po połowie koncertu kolejny pomysł perkusisty: dwa walkie-talkie, którym mógł nagrywać dźwięki, mieliśmy więc degradację zdegradowanego, gdy tym łapał sygnał ze wzmacniacza. A poza tym, czy one jakoś zakłócały jego działanie? Do faktycznego działania dochodziła prawie-choreografia - Olsson machał rękoma, wyginał się, a walkie-talkie roztaczały wstęgi dźwięku.
Myliłbym się ten, kto po tym opisie uznałby rezultat muzyczny, za przepełniony, hałaśliwy, chaotyczny. Koncert był cichy i delikatny, utwory nie były proste i jednolite, ale sprawiały przyjemność, jak powolne przesuwanie ręki po korze, gdzie nie gdzie porośniętej mchem.
Kojarzyło mi się to trochę z zadumanymi momentami Penguin Cafe Orchestra, z uspokojonymi Małymi Instrumentami, a czasem (gdy więcej wiolonczeli i gitara bardziej zorganizowana) z Boxhead Ensemble.
Był taki piękny moment naturalnego wręcz wezbrania, które opadło do ciszy i została sama gitara. Być może dopiero po tym usłyszeliśmy saksofon (opcja włożenia mikrofonu w i nagłośnienia drobinek została wykorzystana), który zaczął swoją partię z naleciałościami patyny, ale potem się z nich otrząsnął. Chwilami aż za ładne melodie i w sumie przyjmuję, że w bisie (country'owym) to tak specjalnie, lekka zgrywa.

Bardzo pomysłowe, odświeżające, przyjemne i kojące.

K przyszła pod koniec, mocno przeżyła Niblocka, aż musieliśmy wysiąść z tramwaju bo potrzebowała ruchu.

8/11/2008

Wakacje dźwięku

Nadrabianie zaległości zacznijmy chronologicznie: o koncercie tria Rogiński/Masecki/Moretti w Dragonie napisałem tutaj.

Kiedy reszta rodziny pojechała już nad morze, ja wyruszyłem w przeciwnym kierunku - do Wrocławia. Oczywiście wolałbym Kode9 i SpaceApe'a, ale setu didżejskiego tego pierwszego też nie mogłem przepuścić. Tak, było za mało basu, ale nie żałuję, że pojechałem. Tak zwana wymiana opinii odbyła się tu (oraz tu - bez mojego udziału, co nie znaczy, że nie warto zerknąć).

Podróż z Wrocławia do Sarbinowa, z przesiadką i zmianą środków transportu w Poznaniu, dałaby sporo materiałów komuś planującemu nakręcenie wnikliwego, przenikliwego, zjadliwego, obnażającego filmu obyczajowego o współczesnej Polsce. Dobra, mogło być gorzej, a jeszcze miałem okazję zobaczyć wschód słońca.

W przeddzień końca nadmorskiego wypoczynku pomyślałem, że może szkoda, że nie postarałem się bardziej poddać wpływom tego miejsca. Że nie odciąłem się zupełnie od codzienności, tego co mam w domu. Np. powinienem nie słuchać muzyki, ale zagłębić sie w i docenić szum fal, ciągle słyszalny, stale obecny. Oczywiście zwracało moją uwagę, gdy szedłem spać, że w zupełnej ciszy, ciągle słychać dobiegający zza pasa drzew ruch wody.

Odczułem to mocniej po powrocie do miasta. Nie żeby miejski hałas mnie ogłuszał, ale dociera do mnie, że przez dwa tygodnie nie słyszałem tramwaju, karetki, klaksonu (a teraz mam to wszystko niemal pod oknem).

Wcześniejsze rozważania przerodziły się w pytanie, jak bardzo wakacje powinny się różnić od codzienności? Nie jestem fanem myślenia, że pojadę gdzieś i tam się dokona we mnie zmiana, jakiś pielgrzymek, medytacji w odosobnieniu. Nie po to jadę na wakacje, nie widzę też powodu, żebym miał sobie odmawiać takich przyjemności jak czytanie książek, słuchanie muzyki, oglądanie filmów.

Również dopiero teraz orientuję się, jak dużą różnicę stanowiła nieobecność telewizora. Ja sam mało korzystam, ale w domu to urządzenie jest dość silnie obecne.

Ale było radio, gazeta, laptop z nielimitowanym internetem, więc byłem na bieżąco. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wracałem po takim odcięciu i ze zdziwieniem obserwowałem, ile to się wydarzyło w sieci przez ten czas. A teraz tylko oczekiwałem powrotu do domu, żeby ściągnąć jakieś nowe wydawnictwo, o którym przeczytałem na forum.
Jedną z zasadniczych różnic w słuchaniu muzyki był brak niskich częstotliwości (= porządnych głośników), dziś więc z wielką radością zapuściłem, ot tak, żeby sobie przypomnieć, jak to jest, "Your friends like techno" TRG.

Dobra, koniec tych bezwnioskowych rozważań hiper-samoświadomej jednostki, której zawsze coś nie pasuje.

Wspomniałem wyżej o słuchaniu muzyki, nie będę tu wyliczał wszystkiego, ale kilka rzeczy wartych wzmianki.

Przekonałem się ostatecznie o geniuszu Red Dust Lionela Marchettiego. Jeśli ktoś sądzi, że muzyka konkretna to przeżytek, powinien tego posłuchać. Mistrzowsko dopracowana w najdrobniejszym szczególe, gęsta, wielopoziomowa, a jednocześnie nie przeładowana. Przy ostatnim słuchaniu myślałem o tym, jako o traktacie o trudności porozumienia się, powracają głosy z przeszłości (piosenkarka kabaretowa), piloci wysyłają sobie komunikaty ze współrzędnymi, jamajski wokalny sample wyrwany ze swego naturalnego otoczenia każe się zastanowić na ile ważna jest treść, a na ile forma (na ile forma jest treścią). Poruszający jest fragment, gdzie syntezatory mowy (tak?) wypowiadają tekst napisany przez autora utworu. Najpierw zadaje on sobie ("ustami" maszyny) pytanie, dlaczego tworzy, a potem sam indaguje (naiwnie) (maszynę), czy podoba jej się jego muzyka. Czy tak jest, czy rozmawiamy z maszynami (zamiast? jak z ludźmi?).
(na marginesie: dzięki tej płycie zainteresowałem się This Heat - fragmenty ich utworów Marchetti umieścił w swoim dziele; jakie to kręte są ścieżki czasem, heh)

Roel Meelkop powoli wyrasta na mojego "małego mistrza". Jego >Momentum< zawiera utwory, które pierwotnie były instalacjami, niektóre z nich zostały przearanżowane na potrzeby albumu, a inne są zaprezentowane w pierwotnej formie. Szczególnie druga połowa płyty robi wrażenie. Abstrakcyjna, nieraz ascetyczna, często preceyzyjna, chłodna, muzyka elektroniczna taka jak na tym krążku to jeden obszar zainteresowań Holendra. Drugim jest field-recording, płyty (onkyo ok) w całości mu poświęconej nie mogę polecić. Jest to jedyna słaba rzecz w jego dorobku, jaką słyszałem, a znam trochę. Szczególnie wart uwagi jest 5 (Ambiences), na którym nagrania terenowe pojawiają się w kilku miejscach, często stanowiąc interesujący kontrapunkt dla elektroniki.

O Martinie Küchenie i Ericu Carlssonie już kiedyś było. Teraz o ich albumie Beirut wydanym przez Kning Disk w zeszłym roku. Dzięki Mazenowi Kerbajowi, libańskiemu improwizatorowi, trębaczowi, rysownikowi, który na swoim blogu opowiada o życiu w Bejrucie, być może więcej osób przejęło się wydarzeniami w Libanie. A na pewno zwróciło to oczy improwizatorów na ten kraj. Projekt MUTA (Alessandry Romboli, Ingara Zacha i Rhodri Daviesa) nagrał płytę dedykowaną narodowi libańskiemu i Kerbajowi, gdzie tytuły utworów zostały zapożyczone z jego rysunków.
W przypadku tego albumu jest on autorem liternictwa na okładce.

Muzyka jest pełna brzydkich, czasem nieporadnych perkusyjnych dźwięków. Küchen oprócz saksofonu barytonowego i altowego używa też czegoś o nazwie "radio saxophone" oraz elektrycznych szczoteczek (którymi chyba dotyka instrumentu, przez co osiąga terkoczące albo klekoczące dźwięki). Nie ma być ładnie, ma być topornie i faktycznie czuć mozół w graniu (celowy - to przecież świetni muzycy). Pewne pojęcie o palecie brzmieniowej daje następujące zdarzenie: gdy raz słuchałem tego na głośnikach, pojawił się nagle głośniejszy od innych dźwięk, trochę się zdziwiłem, ale że w sumie pasował do tego, co było, pomyślałem, że to fragment, który wcześniej (na słuchawkach - wskazane: pozwalają wychwycić dużą ilość detali) nie odstawał tak bardzo od reszty. Jednak że utrzymywał się długo, za długo, pomyślałem, że coś jest nie tak. Podszedłem do okna, a tam jakieś dziecko przeciągało metalowe grabie po wyłożonych kamieniach.

Z nieprzyjaznym światem dźwiękowym kontrastuje idylliczne zdjęcie w środku okładki. Pan i pani siedzo-leżą w dużym gnieździe na brzegu jeziora, jest to chyba stanowisko do polowania, pan trzyma strzelbę. Obydwoje z ufnością i spokojem, w błogostanie, spoglądają przed siebie. A może to taki ironiczny komentarz...

Z trzech ostatnich płyt z Another Timbre najbardziej podoba mi się ...de las piedras wspominanych Romboli (flet) i Zacha (perkusjonalia) oraz Estebana Algory (akordeon). Ale tego napiszę porządną recenzję.

Chyba ten wspis jest już wystarczająco długi, więc o książkach, filmach (i może trochę o radiu...) kiedy indziej.

5/04/2008

Naczynia połączone

Słyszałem prawie wszystkie płyty, jakie wydała młoda angielska wytwórnia Another Timbre i to A life saved by a spider and two doves (2008) podoba mi się najmniej. Jest to album kwartetu: Evan Parker (saksofon sopranowy), Max Eastley (arc - monochord własnej konstrukcji), Graham Halliwell (komputer, elektronika), Mark Wastell (tam-tam, metalowe perkusjonalia, fisharmonia), nagrany 3. września 2007, kiedy to wszyscy panowie zagrali ze sobą po raz pierwszy. Po pierwszym słuchaniu stwierdziłem, że ich modus operandi to solista (Parker) i dronowate tło tworzone przez pozostałych. Oczywiście to generalizacja, bo nie jest tak przez cały czas - np. w pierwszym (z trzech) utworów. Ale już początek drugiego to popisówa Parkera, podobnie około środka ostatniego. Choć może właśnie dzięki jego wkładowi w centralnym tracku ożywia się reszta, są perkusyjne dźwięki, krążą metaliczno-krystaliczne ostrza. Bo właśnie, w związku z tym krążkiem męczy mnie, jakby to brzmiało gdyby tego wychodzącego przed szereg grania nie było, muzyka byłaby cokolwiek pusta, nudnawa.

Ale bardziej przeszkadza mi wrażenie, że Parker wcale nie przejmuje się pozostałymi, cóż: nie chce im się grać, wolą zostać w tyle - ich sprawa. Zaprawiony w boju saksofonista nie zmarnuje okazji by sobie pograć. Tylko jakby nie zauważał, że gra z innymi. Dla mnie ten kwartet rozpada się na dwie nierówne połowy, z których mniej liczebna dominuje, a każda z nich działa w innej stylistyce i momenty zejścia się są rzadkie.


Mam jakąś dziwną tendencję do konfrontowania Parkera z innymi saksofonistami i po drugim odsłuchu włączyłem
Signal to Noise vol. 4 (2007), na którym słyszymy Jasona Kahna (syntezator analogowy, perkusja), Tomasa Korbera (gitara, elektronika), Norberta Möslanga (jak zwykle - "cracked everyday-electronics"), Güntera Müllera (ipod, elektronika), Christiana Webera na kontrabasie i saksofonistę Katsurę Yamauchi. Wydawane przez For4Ears Signal to Noise to seria nagrywana podczas wypadu Szwajcarów do Japonii (także Korei - o czym niżej), najczęściej z towarzyszeniem tamtejszych muzyków, czwórkę zarejestrowano 7. i 8. marca 2006. Jeśli sięgnąłem po nią w kontrze do albumu z Another Timbre, to nieświadomie, bo dopiero w trakcie słuchania pojąłem, jak bardzo instrumenty akustyczne są wewnątrz przestrzeni tworzonej przez elektronikę. Nie uciekają w bok, nie duszą się pod przygniecione, nie uciekają nad, wszystkie dźwięki się ze sobą przegryzają, przenikają.



Po kolejnym słuchaniu
A life... przyłapałem się na tym, że znów mam zamiar włączyć płytę ze składem elektroniczno-saksofonowym-perkusyjnym - Chip Shop Music (2007). Album wydany przez Homefront (coś wspólnego z Confront?), zarejestrowany 1. czerwca 2007, grają Eric Carlsson, Martin Küchen (to on tu operuje na "rurze"), David Lacey i Paul Vogel. Spotkanie szwedzko-irlandzkie, dwie intrygujące, twarde improwizacje, jakby redukcjonistyczny pomysł na granie (np. małe dźwięki, nieciągłość, chropowatość) wyssał witalne soki od bardziej dynamicznego, ostrego grania (np. Ferran Fages, Alfredo Costa Monteiro i Ruth Barberan na Półwyspie Iberyjskim, English w Stanach - z nimi kojarzy mi się "psująca się" elektronika).


Na zakończenie tego przeglądu album wieńczący serię
Singal to Noise, numer sześć (2008). Koreańczycy stali się w ciągu ostatnich dwóch lat czymś w rodzaju "next new thing" dla improwizacji elektroakustycznej, przede wszystkim za sprawą wydawnictw Manual i Balloon & Needle. Z grubsza rzecz ujmując to raczej oszczędna, niewypolerowana elektronika, z wolnymi przestrzeniami, której zdarzają się wypady w stronę noise'u, wśród grających powodzeniem cieszą się sprzęty takie jak discman, mikser didżejski, gramofon używane niezgodnie z przeznaczeniem.

Okazuje się, że Szwajcarzy trzymają rękę na pulsie i podczas swojej eskapady na Wschód dotarli do Seulu. Tam 16 i 17 marca 2006 w rozmaitych składach grali przez dwa wieczory. Kontyngent europejski to ci sami co na czwórce, minus Weber. Partnerowali im:
Hong Chulki (sprzężenia miksera), Ryu Hankil ("analog clock", laptop), Sato Yukie (gitara, elektronika), Jin Sangtae (radio, laptop), Bae Miryung (laptop) i Choi Joonyong (odtwarzacze cd). Z siedmiu fragmentów setów wybrałbym na pewno ten rozpoczynający album: Korber/Möslang/Hong oraz Möslang/Choi i Korber/Bae/Ryu, może też, siłą rozpędu, następujący po nich i zamykający zestaw: Möslang/Jin/Sato. Dwa z Korberem, w którego zdążyłem trochę zwątpić (po początkowej fascynacji - Effacement) i dwa z Möslangiem - to mnie nie dziwi bo zwykle podobają mi się produkcje z jego udziałem.

Generalnie płyta jako całość może być podsumowana jako kontynuacja stylistyki dawniejszych dokonań Müllera i
Voice Crack, choćby Wireless within (z Philipem Samartzisem) czy Strange love (z Orenem Ambarchim). Jeśli więc ktoś lubi takie brzmienia, to tutaj czeka go sporo miłych wrażeń.