9/30/2009

jak na tym wyszłam? (zdjęcia poślubne)





[off-topic: dziś w Audiosferze fragmenty z nadchodzących albumów 2562 i Radiana, inne dobre rzeczy też]

9/28/2009

Warszawska Jesień 2009: Ujęcia z Henry'ego

Maestro...


...za sterami...



...orkiestry głośników

(po bokach)


(przód - prawa strona)


(ku środkowi i tył)


(środek)


(strona lewa)

Z przodu były też głośniki podwieszone u góry, z tyłu sali (za widownią) przynajmniej dwa (chyba więcej?) stały.

Warszawska Jesień 2009: Biblioteczka słuchacza

Gdy przejrzałem tę broszurę (książeczkę? katalożek?), wiedziałem że nie wolno dać jej osunąć się w zapomnienie. Gdyby kiedyś powstała biblioteka poronionych płodów ludzkiego umysłu i miała dział "muzyka współczesna", to owo wydawnictwo powinno znaleźć się w księgozbiorze podręcznym. Szkoda, że autor w swej skromności postanowił pozostać anonimowy.

Poniżej całość, bez okładek:























Przy okazji tegorocznego festiwalu Instal zachwycałem się zmyślnie napisaną książeczką programową. Podczas gdy autor tego jawił mi się jako miły facet, który w rozluźnionej atmosferze (może w marynarce, ale bez krawata), znad kufla piwa lub kieliszka wina, od niechcenia rzuca swoje lapidarne ale trafne spostrzeżenia na temat muzyki, którą kocha, która go pasjonuje...Tak więc - podczas gdy on tak, to autor wydawnictwa towarzyszącego WJ wydaje mi się być jak na siłę coolerski, czadowy, jazzy nauczyciel z klas 1-3, który chce koniecznie wbić do głowy swoim pupilom, że muzyka współczesna jest superowa. Ale nie mówi dlaczego, tylko używa (wydaje mu się, że) fajnego dla nich języka, upupia i zalepia wielkimi słowami, czaruje wydziwionym szykiem.

Tak, podobno kilka lat temu na WJ widać było przypływ "młodych ludzi", ale jak młodych i czy ktoś ma nadzieję, że to będzie postępować do okresu przed "naście"? Czy festiwal za nowy target obrał sobie dzieci?

Albo chciałby zrobić dzieci z obecnych odbiorców? Bo ja czytając powyższe frazy czuje się, jakby ktoś mnie ubierał w za mały mundurek, bo tak wypada i zakładał śliniaczek, żebym się nie ubrudził, tarmosił za poliki, bo tak można się spoufalić i gaworzył, bo sądzi, że tak należy się porozumiewać.

(Oczywiście, była też gruba książka programowa, zresztą z tymi samymi opisami, które są dostępne na stronie. Ale ta broszurka nie została wykradziona z jakiejś szkoły muzycznej, leżała sobie normalnie obok.)

9/27/2009

Warszawska Jesień 2009: wideło - (trwa) instalacja

Jako człowiek żądny nowych wrażeń i lubiący wyzwania, postanowiłem wybrać się do Studia Tęcza na prezentację filmów dokumentalnych.

Gdy udało mi się w końcu dotrzeć, po dziesiątym zakręcie i wskazówkach od Andrzeja Chłopeckiego, przeszedłem przez hol ku sali projekcyjnej. Można było puszczać filmy na wiele innych (lepszych) sposobów, ale organizatorzy wymyślili ten. Najgorszy - w dużym, wysokim pomieszczeniu (o sporym pogłosie), równocześnie leciało 6 filmów, na telewizorach, z których każdy miał dostawiony własny głośnik. Przy tym fakt, że nigdzie nie napisano, że filmy będą w wersjach oryginalnych (chyba że twórcy zadbali o angielskie napisy), wydaje się już drobnostką. Takie podejście w rodzaju "za darmo - na odwal".

Storm Beneath a Skull / The Little Red Riding Hood (oba 2006)

Dwa filmy, których bohaterem jest Georges Aperghis. Storm... opowiada o pracy nad operą Avis de Tempête (z niego też zostały zaczerpnięte wypowiedzi w artykule w Glissandzie).
W filmie kompozytor mówi o pisaniu dla konkretnego wykonawcy, czemu towarzyszy rodzaj wampiryzmu, posiłkowania się jego energią. Ale zaraz jest tu obecne silne uczucie (nie jestem pewien, czy nie zostało ono określone - miłość?), które jest wymagające, bo opiera się na wierze w tą osobę, pewności co do zdolności i chęci stworzenia czegoś trudnego, co pozwoliłoby wykonawcy dotrzeć w nowe rejony.
O tym Aperghis wspominał też podczas spotkania w austriackim forum kultury. Wtedy mówił też o swojej drodze: najpierw serializm, praktyki w GRM (wyraził podziw dla Pierre'a Schaeffera, choć zauważył, że to muzyka bez ciała), potem fascynacja teatrem muzycznym (operę lubił od zawsze), w 1976 założył zespół Atelier. Opowiadał, że był on bardzo w duchu rewolty 1968, nieco utopijnie chciał zanieść sztukę zwykłym ludziom, mówić o świecie wokół. Wśród inspiracji wymieniał Artauda, Grotowskiego, Deafman Glance Roberta Wilsona, Sur Scène Kagela. Potem gdy go zapytałem przyznał, że również poezja futurystyczna, dadaizm, zwłaszcza Ursonate Kurta Schwittersa za jej bezpośredniość.
Co do swojej twórczości, to nie chciał sformułować jednej koncepcji teatru muzycznego, opowiadał o fascynacji sytuacją rozmowy, tym co niezrozumiałe, nieporozumieniami, do jakich dochodzi, o tym, że stara się dotrzeć do melodii sylab, chce wyeliminować zewnętrzne, anegdotyczne, znaczeniowe - by osiągnąć czystą muzykę. Wspomniał też o wyjściu poza model europejski. Jeśli chodzi o wykonywanie, to stwierdził, że śpiewak nie może stać się aktorem, bo gdy widz zrozumie, co się dzieje, to przestanie słuchać.


Pierre Henry: The Art of Sounds
(2007)
(i jeszcze tutaj)

Ten widziałem już na club transmediale, więc tym razem sobie odpuściłem. Co nie znaczy, że kiedyś nie chciałbym go obejrzeć po raz drugi, bo jest ciekawy. Bardzo dużo wypowiedzi bohatera, a do tego np. wizyta w jego domu, gdzie urządza koncerty.
Przy okazji, na tekstach trzecich jest zapis większości spotkania z Henry'm z afk.

Le monde et les ondes de Pierre Schaeffer (1995)

Parlewufranse? Bo ja nie....pozostało mi więc tylko gapienie się w ekran i łapanie haczyków znanych słówek, co nie na wiele się zdało. W filmie pojawiają się m.in. Michel Polac, Gérard Patris, jest też dyskusja Schaeffera z młodymi socjologami, odcinek Shadocków, La Jetée (które powstało we współpracy z kierowanym przez Schaeffera Service de la Recherche de la R.T.F).

Ponieważ dokument o Eugeniuszu Rudniku już znałem, a o Bogusławie Schaefferze sobie podarowałem, zostałem z


Hommage Au Sauvage - A Portrait Of Henri Pousseur
(2005)

Wyreżyserowanym przez Dominique'a Lohlé'a i Guy-Marca Hinanta (autorów filmu o Lucu Ferrarim zamieszczonego na płycie towarzyszącej Didascailles - oba wydane przez Sub Rosę, którą Hinant prowadzi).
I co? I bardzo fajne dziełko to jest. Odpowiednio wyważone między anegdotami (np. jak jako dziecko Pousseur wybrał się do kina by obejrzeć film o Mozarcie, nie zdążył na ostatni powroty pociąg i brnął przez śniegowe zaspy; a pod wpływem tego obrazu postanowił zająć się muzyką) i relacjonowaniem ewolucji twórczej (trochę o partyturach otwartych), z domieszką spoglądania wstecz na dokonania i pogodą ducha. Pod koniec jest piękna scena, jak mocne słońce świeci zza Pousseura, któremu to przywodzi na myśl wspomnienie z pobytu w Japonii, gdzie obserwował górę Fuji podobnie silnie oświetloną promieniami. W ogóle sam pomysł filmowania (i rozmawiania) głównie podczas jazdy samochodem, nieruchomą kamerą ze zmieniającym się krajobrazem za oknem jest trafiony. No i zakończenie - przewrotne i dowcipne.

9/25/2009

Warszawska Jesień 2009: czasem płynie, czasem kopnie

Koncert rozpoczął się od pewniaka 4 Dédicaces Luciano Berio, czyli czterech oddzielnych miniatur napisanych pomiędzy 1978 a 1989. Każda z nich po kolei ma coraz większy wykop, zwłaszcza przez rwące dęciaki, trzecia jest chyba najpełniejsza, a ostatnia najbardziej wali pojedynczymi ciosami.
Nie do końca przekonał mnie Koncert skrzypcowy nr 2 Hanny Kulenty. Zaczął się intrygująco, prawie że rzewnie, ale było to jakoś ostudzone, jakby na chłodno obserwowane, wyabstrahowane. Z początku dziwiło mnie umieszczenie tego utworu po Berio, bo był zupełnie inny. Ale wzrastająca obecność perkusyjnych jakoś je powiązała. Uśmiechnąłem się, gdy przeczytałem w komentarzu, że "Inaczej niż w klasycznych koncertach, trzy części utworu wtapiają się niepostrzeżenie jedna w drugą." Dla mnie właśnie ten utwór był niespójny, niezrozumiała była dla mnie funkcja środkowego solo, granego z przerwami, przez to jakby niepewnego, zagubionego. Gdzie indziej skrzypek dostawał kąski niemal wirtuozowskie, romantyczne, dla mnie odstające wobec reszty. Podobnie jak fragment ze strasznie zużytym chwytem - smyczkową gonitwą, tak bliską konwencji, że wypraną z emocji.

Po przerwie, gdy część fanów Kulenty chyba nie powróciła, zabrzmiało zamówienie WJ, .aÁmiper Aleksandry Gryki. Jak stwierdził Paweł: przedstawienie trąbki. No właśnie, było tak: oto jest trąbka, to można na niej zagrać, mam jeszcze do niej cztery tłumiki, no i też przepuścimy ją sobie przez komputer, to zabrzmi tak. Zespół (z 20 osób?) też był, ale nie pamiętam nic szczególnego, było kilka lepszych momentów nasyconego brzmienia.

Podobnie jak poprzedniego dnia z Xenakisem, po Dead City Radio. Audiodrome Fausto Romitellego też wiedziałem, dlaczego klaszczę. Nareszcie jakieś dzieło! (a tytuł łączy je z albumem Williama S. Burroughsa).
Muzyka, w której pojedyncze silne kolory giną w roztaczającej się wokół czerni (niektóre są jak podniszczone neony, których części migają własnym rytmem, inne to fajerwerki i pozostające po nich smugi). Muzyka złowieszcza, to może zbyt łatwe skojarzenie, bo autor już nie żyje (no i jest tytuł), ale dla mnie stykająca się ze śmiercią. Kojarzyła mi się też z filmem Kairo Kiyoshi Kurosawy, zwłaszcza przez te zniekształcone (megafonami) głosy, które tam były nawiązaniem kontaktu między światem umarłych a żywych. Głosy są na początku szmerowe, lekko zaznaczone, a pod koniec powracają wyraźniej i da się wyłapać "lost". Jak u Kurosawy niektóre elementy pozostają niewyjaśnione, w zawieszeniu, tak tutaj jest z samym zakończeniem, jakiś dźwięk elektroniczny - próba połączenia? zerwanie transmisji?
Zapadła mi też w pamięć złowroga rytmiczność małych dzwonków, potem odbita w rozchwianych, nachodzących na siebie, dzwonach rurowych. Punkty wraz z oddalaniem zaczynają być bardziej fakturą, rozmywają się.

Po tym już tak naprawdę nie potrzebowałem więcej muzyki, dlatego może nie do końca doszło do mnie Iris Pera Nørgårda. Podobało mi się to oddalenie, zamazanie na początku, nawet lekki flet, ale zakłopotało nagłe zakończenie.

Warszawska Jesień 2009: kontakt unplugged

Koncert poprzedziło spotkanie z kompozytorami (szkoda, że Xenakis nie mógł wziąć udziału). Z grubsza powiedzieli oni to samo, co znajdziecie na stronach festiwalu. Filip Matuszewski jeszcze o Louisie Andriessenie i Szablocsu Esztényi'm, którzy go uczyli,, o fascynacji instrumentami szarpanymi (banjo, gitara). Karol Nepelski o Pendereckim, pod kierunkiem którego teraz pisze doktorat; że jeśli już to sięga do jego starszych utworów, z końca lat 50. i 60., w których dostrzega potrzebę oczyszczenia, towarzyszącą ich tworzeniu. Podobną potrzebę Nepelski odczuwa teraz.

Do utworu André Wernera zostało poczynione spore wprowadzenie (zapomniałem nazwiska pani, której je zawdzięczamy). W nim między innymi przedstawiono fabułę tekstu Johanna Petera Hebla, który został wykorzystany w partii wokalu, a także koncepcyjnie zawisł nad kompozycją. No i proszę: Kafka uważa opowieść Hebla za najwspanialszą na świecie (słowo!). Streszcza ją Walter Benjamin w szkicu zamieszczonym w tej książce (str. 84). Z tą różnicą, że na spotkaniu nie było mowy o śmierci kobiety, natomiast dopowiedziano, że ciało mężczyzny w chwilę po wydobyciu (ujrzeniu przez kobietę) zaczęło się szybko rozkładać. Warto zerknąć na opis, bo kompozytor się sensownie napracował tłumacząc dzieło i są też ciekawe odniesienia do fotografii.

Może chociaż to i wyhaczenie Hebla będzie jakimś zyskiem z kontaktu z tym utworem (choć na pierwszy wrzut w google nie wygląda, żeby ten autor po polsku dostępny). Bo jeśli chodzi o dźwięki, to nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Tym razem, dla odmiany, rzecz była dla mnie za krótka albo raczej - niedoprowadzona do rozwiązania, nie pociągnięta dokądś, gdzie sugerowała, że mogłaby dotrzeć.
Fajnie gęste fortepiany na początku (jeden pół tonu niżej), miejscami mocne dęte (metaliczna trąbka z tłumikiem), znów niezły klarnet kontrabasowy, szepty, ale też chwyty obliczone na efekt: niskie dźwięki z fortepianu jak z filmu szpiegowskiego, nagłe, energiczne, krótkie motywy wibrafonu.
Aspekt sceniczny/wizualny: za grającymi wielki ekran, na którym od tyłu wodą malowała Heike Schuppelius. Nie cały czas i też w większości nic konkretnego, najpierw coś co mogło być konturem sylwetki, potem gdy wokalistka stanęła na tle płótna, to kilka obwódek wokół niej. Na bocznym, mniejszym, panelu coś chyba inną techniką albo jakoś zaplanowane, bo tam niebieskim tuszem (?) dość szczegółowy wizerunek kobiety.

To był drugi punkt programu, który rozpoczął się od ZuM, w którym dużą rolę odegrał inny szarpany - harfa. Zaczyna ona w zestawieniu z fletem i wibrafonem - powtarzane frazy, coś jakby rosę na liściach rozświetlały promienie słońca. Gdy przestaje, tamte dwa zostają i przez chwilę nadają coś a'la sygnał telegrafu. Wibrafon jest prawie stale obecny, niemal unosi ten utwór, pod koniec wspiera go też rozbujany szarpany kontrabas (i chyba bardziej dyskretna wiolonczela). Z początku też pastelowa trąbka. Całość jest delikatna, lekka, światło przechodzące przez zielono-niebieskie witraże. Że przywoływane obrazy nieco tandetne? Może i tak, bo w ogóle po zakończeniu tak się zastanawiałem, co mi dał ten utwór. Czy to nie były takie puste kalorie, że smakuje podczas konsumpcji, ale na dłuższą metę - niewiele zostaje. Zakończenie to po prostu zwiększenie natężenia i harfa przechodzi do najwyższych (ładnych - szklistych i też interesująco kontrastujących ze smyczkowymi) dźwięków.

Po przerwie utwór, na który czekałem - Primordium: Naturalia Karola Nepelskiego. Najpierw wprawił mnie w zakłopotanie pomysł, a jego realizacja tylko pogorszyła sprawę. Jest tutaj tyle rzeczy, które mnie dziwią, zastanawiają, że najchętniej zapytałbym kompozytora, może coś by się wyjaśniło.
Po pierwsze, zawsze jestem sceptyczny, gdy ktoś mówi o powrocie do natury, pierwotności. Zwłaszcza w sztuce. Zwłaszcza w tak skonwencjonalizowanej formie kulturowej jak koncert akademickiej muzyki współczesnej. A autor wymyślił, że utwór będzie " poszukiwaniem dźwiękowego obrazu samej natury, wolnej od zapośredniczającej estetyzacji i interpretacji." Tak w ogóle, to samo pojęcie naturalia jest chyba tworem kultury, bo była to jedna z grup eksponatów w gabinetach osobliwości (obok artificialia i scientifica).
Dźwiękowo sprawa przedstawia się tak, że oprócz instrumentów muzycy grają na patykach, łańcuchach i wodzie, kamyczkach i chyba muszelkach. Dla mnie strzał kulą w płot, jaki się tutaj odbywa jest oczywisty. Jak to bez zapośredniczenia? A obudowanie tego muzyką, a sama sytuacja. Z takimi dziwnymi momentami jak ten, gdy stukot obcasów instrumentalistki wracającej na miejsce zagłusza spadanie kamyczków.
Oczywiście, można się upierać, że nawet w muzyce powrót do natury przez użycie przedmiotów z niej jest jakoś możliwy. Mamy choćby Jepha Jermana, który gra na różnych takich i np. siada na podłodze w pomieszczeniu, gdzie odbywa się koncert. Albo, w wersji płytowej, nagrywa to wcale nie najlepszym sprzętem.
Uznając nawet pomysł Nepelskiego za cenną donkiszoterię, nie mogę zrozumieć, dlaczego zdecydował się on na przepuszczenie dźwięków przedmiotów przez pogłos imitujący jaskinię. I gdyby imitacja była dobra, ale tutaj była żenująco cyfrowa.
Przy tym wszystkim na nic się zdały niezłe fragmenty, które miał do zagrania puzon (zwłaszcza w duecie z kontrabasem), a Cage'owsko-Stockhausenowa atmosfera stała się męcząca.

Dobrze, że zmieniono kolejność utworów, bo gdyby, jak przewidywał najpierw program, po Matuszewskim nastąpił Xenakis, to pierwszy zostałby zmieciony przez kompozycję Greka. Gdy skończyło się jego Thalleïn, zrozumiałem co różni zbieraninę lub nawet zbiór dźwięków od muzyki. Zrozumiałem to złe słowo - wiedziałem. Po prostu wszystko miało głęboki sens - choć nie było przesadnie skomplikowane, pewność siebie - choć nie było ekstremalne (ale ostro - oczywiście). Różne barwy, emocje, dużo rytmów, aż chwilami kojarzyło mi się to nawet piłkarsko, gdy perkusyjnym towarzyszyły wesołkowate, gwzidkowate niemal klarnety.
Tutaj zagrał to Ensemble InterContemporain.

9/24/2009

Warszawska Jesień 2009: impulsy punktowe

Legenda, oto on - we własnej osobie, siedziałem półtora metra od niego, gdy zza konsolety kontrolował przepływ dźwięków przed 52 głośniki. Pierre Henry stworzył orkiestrę z tych urządzeń, duża ich część stała na scenie, były podzielone na grupy - tak jak instrumenty w zespole. Henry podczas koncertu zerkał w ich stronę niczym dyrygent na muzyków, a raz nawet wskazał coś palcem.

Pewnie oczekiwałem zbyt wiele, ale po zakończeniu stwierdziłem, że było "tylko" dobrze.
Najpierw usłyszeliśmy dwa trzyczęściowe utwory o podobnym czasie trwania (17 i 19 minut). Grande Toccata była bardziej rytmiczna i dość wyraźnie narastała na finał. Capriccio ou une partie de boules (zamówienie WJ) rytmiczne było tylko miejscami w ostatniej części: najpierw puls w tle, a potem krótsze i szybsze uderzenia. Dużo metalicznego klekotu jakby przedmiotów położonych na strunach fortepianu. W ogóle utwór miał się składać (wedle opisu jaki rozdawano przy wejściu) tylko z dźwięków z tego instrumentu, ale wielokrotnie było też słychać wyraźnie flety. W ogóle dziwna sprawa z tym opisem, w którym Henry stwierdza, że "utwór ten poświęcony jest muzyce francuskich impresjonistów." A w nocie na stronie internetowej, że "to etiuda konkretna napisana w hołdzie Igorowi Strawińskiemu i wszystkim jego capricciom oraz innym ragtime'om..." i potem jeszcze o "harmonii według Messiaena". To jak - wszystko naraz?
Na koniec siedmioczęściowa, trwająca ponad 35 minut Histoire naturelle, ou les roues de la terre. Na rozpisce kompozytora było inaczej niż w tej na stronie: po części Danse de migrations utwór zamykała Etude aux Insects. Ten "akt fizjologiczny bezpośrednich dźwięków" był bardzo gęsty, ruchliwy, wypełniony, był flet, laserowe wystrzały, burza, wiatr z dzwoneczkami (przetworzone dzwony, które pojawiły się wcześniej), owady oczywiście, pociąg (hommage dla Schaeffera?), helikopter, który powrócił z trochę kuriozalnymi odgłosami bombardowania, a całość przykrył deszcze brzmiący nierzeczywiście. Elektroniczność dźwięków nie kuła w uszy, ale też nie była to rewelacja, choć czasem ogrom kompozycji robił wrażenie.
Na bis 5-minutowe Tokyo 2002 - oparte na rytmie, też inspirowane grą w boule i piłką nożną.
Doroto Szwarcman, która podczas tego się kiwała, opisała koncert tutaj.

[będą zdjęcia]

9/23/2009

Warszawska Jesień 2009: łuki napięte, ptaki mechaniczne

Sobotni koncert w Studiu im. Witolda Lutosławskiego - tłumy, udaje nam się znaleźć miejsce w ostatnim, dostawionym rzędzie.

Zaczyna Aperghis z Tetter-Totter. Podczas słuchania miałem wrażenie, że coś mi umyka, że jest za dużo i nie mogę objąć. Czułem, że utwór mógłby mi się podobać, były tam fajne przebiegi sił, napięcia idące po łukach. Zwłaszcza przyjemna rozłożystość dźwięków między fortepianami po bokach sceny, oprócz tego też w parach perkusiści i fleciści. Niektóre wyraźniejsze rytmicznie momenty kojarzyły się z Gobertem (bo znów fortepian i wibrafon). No i ochładzająco-świszczący delikatny początek fletów i smyczków.

Potem kompozycja, która wywołała rozmaite reakcje - Ciemnowłosa dziewczyna w czarnym sportowym samochodzie Aleksandra Nowaka. Ja sam nie jestem na 100% przekonany, ale było to coś innego, świeżego, choć nie dla samej inności złożonego. Znów być może moje pozytywne odczucia podpiera nota kompozytora, ale na pewno też dźwięki były warte uwagi. A na pewno to niesamowite brzmienie z klarnetu kontrabasowego, niemal jak syntezator analogowy. Potem element, z którym często mam problem - perkusja, tutaj ostrożnie, ale też bez owijania w bawełnę - tempo stricte trip-hopowe. Może miał to być pastisz Portishead? Wyszło dobrze, w ogóle działało to jako całość, było spójne. Perkusja odchodzi, unoszą się w powietrzu dźwięki smyczkowanych powolnie wiolonczeli i kontrabasu (lekko szurająco), czasem talerzy (eterycznie) i znów ten zadziwiający klarnet.

Kolejny Aperghis - Contretemps. Znów jakieś próby znalezienie równowagi, ścieranie się sił. Może tym razem wokalu i instrumentów? Z początku dęte jakby trochę wodewilowo, głos między odcinkami muzyki, potem z nią i również naśladowany (przez smyczki, akordeon). Dobrze że wokal tak nienarzucający się, bo zwykle bywa gorzej, ale czegoś mi zabrakło w związku z czym utwór się dłużył. Ładne patyczkowe perkusyjne na koniec.

Na zakończenie - Bird Concerto with Pianosong Jonathana Harvey'a. Nawet pomijając przewidywalnie ciężkie do zniesienia i tandetne ptasie odgłosy, było źle. Straszny misz-masz, fortepian najpierw naiwny, banalny, z tej radości przechodzimy w mroczniejsze rejony, elektroniczny dron obudowuje instrumenty. Potem już czuć, że utwór wygląda zakończenia. A ptaszki były czasem zwielokrotniane, przyspieszane, czasami brzydko obniżane do dźwięków kojarzących się z fokami.

Warszawska Jesień 2009: prąd zmienny

Przerwa w chodzeniu na koncerty miała być dopiero jutro, z okazji, że B. Schaeffer prezentuje swoje Multimedialne Coś, ale nieprzewidziana nastąpiła już dziś. Zabrakło biletów na Stockhausena - jednak imperializm mu służy.

Od początku: z koncertu Koła Młodych Związku Kompozytorów Polskich zapamiętam NGC 4414 Mateusza Ryczka - przemyślanie dynamiczny, chwilami mocny oraz Let's meet Agnieszki Stulgińskiej. Ten w zasadzie tylko ze względu na fajny wstęp, gdzie wyłącznie techniki rozszerzone (przedmiotami po strunach itd). Ale to była tylko gra na czas, bo potem zejście na klawiaturę i raczej sentymentalne dźwięki (a słuchając nie wiedziałem, że utwór napisała kobieta).

Koncert wieczorny: nie mogliśmy się z Pawłem zgodzić, która z kompozycji bardziej przypominała nam improwizację. Pawłowi raczej Rope of Sands Sławomira Wojciechowskiego, gdzie faktycznie niekonwencjonalne sposby gry (stukanie w ciało skrzypiec) i nietypowe dźwięki, ale jak dla mnie, to za dużo (i nie tylko za dużo, by pomylić to z improwizacją) nagłych zatrzymań, urywania, prezentowania elementów oddzielnie, jako porozłączanych. W ogóle ten utwór niezbyt mi się podobał, choćby ze względu na tą nieprzekonującą formę.

Fragmenty z Quatorze Jactations Georgesa Aperghisa. Z początku ciekawe, ale trochę zbyt jak Ursonate, może z wyjątkiem trzeciej chyba, która nastrojowo, jakby ktoś stał na polanie nad górskim strumieniem i opiewał to. Dla ciekawych: więcej o jaktacjach tu.

Dla mnie bliżej brzmień i form improwizacji był aide-mémoire 2 ('B' is for berliner rohrpost) Eduardo Moguillansky'ego (zamówienie WJ). Utwór, w którym oprócz Kwartludium i wokalisty Franka Wörnera (występujących odpowiednio w pierwszym i drugim), także Mateusz Bień, wedle programu na komputerze, o ile dojrzałem - na klawiszu z bankiem sampli.
Ta kompozycja może być przykładem, jak na mnie działają słowa, czy raczej historyjki z nich złożone. W przeciwieństwie do Wojciechowskiego, którego komentarz mógł tylko pogrzebać jego dzieło, Moguillansky uzupełnił muzykę notką kończącą się tak: "To druga z serii miniatur, z których każda złożona jest z szeregu ujęć jednego gestu zwielokrotnianego w nieskończonych odbiciach. Wyobraź sobie dźwięk w małej puszce wysyłany przez labirynt rur pod adresem, do którego nie sposób dotrzeć." (całość pod podanym wyżej linkiem)
Być może nie był to wyjątkowo dobry utwór, ale dzięki tytułowi i komentarzowi bardzo zapadł mi w pamięć. Choć będę obstawał przy tym, że w same dźwięki też się obroniły.
Nazwać udział wokalisty beatboxowaniem to może przesada (ale fajnie, że powraca wątek maszynowości). Początek szmerowy jak ze Spontaneous Music Ensemble, drobne dźwięki, lekkie zadrapania, szarpnięcia. Była jakaś struktura, czasem wyraźne przerwania, ale też fragmenty przepływów, rozmyć. Uwagę przykuwał Wörner, który pocierał mikrofonem megafonu o spodnie albo przesuwał pospiesznie przed ustami wypuszczając rwane głoski. Czasami mniejszy megafon docierał do nas przez większy, co było ciekawym ćwiczeniem ze zniekształcania sygnału. Jeden leżał też tak by zbierać dźwięki ze strun fortepianu.
Więcej muzyki tego pana.


Pièce pour piano, percussions et électronique
Gillesa Goberta - za długie, chciałoby się, żeby nie było tak bezpieczne. Choć może lepiej, bo tak przynajmniej elektronika (laptop) nie przyprawiały o bóle: wysokie, ciągłe, czyste, pozostawione w tle. Dość prosty chwyt, żeby fortepian i wibrafon grały to samo i równo, choć może powtarzane motywy nie były cały czas identyczne, nadało to siłę i rytmikę nawet unoszącą, ale niewystarczająco.

Napięcie spadło, choć elektroniki najwięcej: Philippe Manoury i jego En écho . Śpiewała Agata Zubel, co - można zobaczyć w linku. Odważne erotyki, a klimat utworu opychająco niezmysłowy, chłodny. Jej obecność uzasadniała poświęcenie czasu temu dziełu, choć tego nie wynagrodziła. No dobra, dookólny dźwięk sobie latał tu i tam - było to miłe, ale co z tego, skoro sama materia słaba. Szklany cyfrowy deszcz, zacięcia komputerowe, organowe średnio-niskie brzmienia. Było to złe, wirnik mojej prądnicy pozostał nieruchomy.

9/21/2009

to wszystko (naraz)

Glissando już podobno w empikach, a diapazon publikuje trzy teksty z numeru: wywiad z Wiaczesławem Ganelinem, relacje z Musica Genera Festival: Ewy Szczecińskiej i moją, którą można czytać jako (na/pod)kładkę do tamtej.
Nie czytałem jeszcze zbyt wiele, ale dobre są wywiady z Lukszovieze i Bumšteinasem, muszę znaleźć (dłuższą) chwilę na Orgię Myśli.
Cover cd - takie sobie.

Co jeszcze? Nowy Radian coraz lepiej smakuje. Unbalance 2652 zaskakuje, nie tego się spodziewałem, ale jest dobrze. Po dwóch przesłuchaniach ulokowałbym go bliżej A Made Up Sound niż Aeriala.

Mój debiut na junkmedia.org - anglojęzyczna wersja recenzji Kravis Rhonn Project - możliwy dzięki uprzejmości Macieja Janasika, który przetłumaczył recenzję tak, że po angielsku wydaje się lepsza niż w oryginale, ha ha.

Tylko do 27-ego września czynna jest świetna wystawa pokonkursowa Samsung Art Master. Mi najbardziej podobał się cykl fotografii Michała Grochowiaka i zdjęcia (kolaży) Marii Dmitruk, no i jeszcze ciekawa praca Jakuba Słomkowskiego oraz zabawne wideo Piotr Żylińskiego.
W zeszłym tygodniu był też wernisaż innej wystawy związanej z konkursem: Spojrzenia, organizowane przez Deutsche Bank. Mi zapadły w pamięć filmy Wojtka Doroszuka i Zorki Wollny.
Zapewne wszyscy wiedzą, że w czwartek wstęp do obu instytucji bezpłatny.

Na koniec ekstra news, który podaję choć przedsięwzięcie jeszcze nierealizowane, ale na samą myśl ciarki przechodzą: Monotype będzie wydawał serię 16 limitowanych 40-minutowych kaset, wśród zaproszonych artystów znaleźli się Noetinger, Bosetti, Lescalleet, Robin Fox, Mike Shiflet, Mark Wastell, Angelica Castelló.

9/08/2009

Znowu niezła linkografia się zrobiła

nowe Glissando.

obrazy Grahama Lambkina

L-Vis 1990 wymyślił sobie nowy gatunek: dubble step. Praktykuje m.in. na "Where's my money" - najbardziej chyba zajechanym kawałku ostatnich lat, ale okazuje się, że z niego też jeszcze można coś wycisnąć. Ja wiem, zwykle określenia "rozłożyło na łopatki" używa się w przenośni, ale nie tym razem.
Przy okazji poszukiwania czegoś więcej objawiła mi się strona electroclash.pl, tam "Come Together" L-Visa został ostro skomentowany. Wobec tych głosów, należy znaleźć odpowiedź na pytanie - czym jest zjawisko wixy?. Skoro zostało już zwalczone, to może czas na jego renesans? W cudzysłowie? w nawiasie, campowo?
A L-Vis 25-ego września w Berlinie.

BLDG blog jak zwykle ciekawie, w nawiązaniu do fragmentu z Pierścieni Saturna Sebalda.

Dwa potencjalnie ciekawe artykuły w Rzeczpospolitej z poprzedniego weekendu. Pierwszy, o Hannsie Eislerze, na który zerknąłem bo bohater przewijał się dość często w biografii Cardew. Pierwsze zdanie - błąd, i to jaki - zły rok urodzenia. Najdziwniejsze, że kawałek dalej znów jest podany - tym razem poprawny. Choćby dwa razy podany był błędny, to już by było lepiej, a tak, to już nie wiem, co myśleć. Autor nie pamięta, co napisał kawałek wcześniej? Zresztą te dziwne powtórzenia - ojciec Hannsa Eislera raz jest psychologiem, a raz filozofem (jeśli wierzyć wiki, to był tym drugim). Dwa razy o tym, że uczeń Schoenberga - czemu nie Schönberga? Bo jak się domyślam, dopisek o tym, że to był kompozytor jest konieczny. Potem jeszcze błąd co do roku wystawienia Die Maßnahme i jakieś okropne powtórzenie.
Inna sprawa to nieznośne retoryczne pytania na koniec, tak uformowane, że aż chce mi się po trzykroć: tak.

Drugi, o Japonii. Jakieś błędy?
Jeszcze o tym kraju: "Koza was (and still is) host to Kadena Air Base, the largest American military installation in the Pacific. In the late ’60s and early ’70s, Koza’s rock groups honed their skills in local clubs and bars, playing in front of young GIs who’d either recently returned from the Vietnam War or were just about to be shipped there. These audiences demanded an aggressive sound in keeping with their own experiences of combat—and the bands of Koza delivered it in spades."
Uproszczenie?

Prawie z ostatniej chwili: nieoczekiwanie celny strzał ze strony festiwalu Nostalgia, który zaprezentuje Luci mie traditrici Salvatore Sciarrino.

No i oczywiście podziękowania dla wszystkich, którzy przyszli do Ekowiarni, szczególnie dla tych, którzy nie wyszli przed Huberta i moim występem (ha ha).
Przypomnienie o tym, że Kurort w środę (16-ego) w Planie.B.

9/05/2009

Kilka muzycznych wysp (głównie brytyjskich)

Szybki przegląd tego, co ostatnio usłyszane.

Przypomniałem sobie o podcastach Hotflush Recordings. Genialny jest Sigha, nieco zastanawia Scuba. Sam nie wiem, czy się cieszyć, że przez 1,5h prawie bez przerwy nadaje na technowo. To nie żadne zaskoczenie, a też idzie mu to całkiem dobrze, ale...Przypomniałem sobie wywiad z nim z #2 Woofah, gdzie krytykował rave'owy trend w dubstepie, jako prostą i nudną formułę. Ale czy podobnie nie będzie z technoizowaniem go? Drażni/bawi ten "groźny" głos mówiący nazwę wytwórni i ksywkę artysty.
Długo zabrało mi wgryzienie się w Maybes EP Mount Kimbie, bo ciągle nie mogłem odnaleźć tam więcej niż osłodzonego Buriala. Ale dziś chwyciło, szczególnie kawałek trzeci i czwarty.
O zamiłowaniu Scuby do techno świadczy najsilniej "Hundreds and thousands", który na mnie nie działa (i jakie długie). Natomiast strona A, "Klinik" - jak najbardziej.
Nie mogę się przekonać do "Just for you" Untolda, brakuje tu głębi i bogactwa aranżacyjnego rewelacyjnych "Anaconda" i "I Can't stop this feeling", które składają się chyba na singiel roku.
Jednym z największych rozczarowań jest jak na razie "XP Dub" i "Peace Dub" Helixira, ten drugi jakby trochę kojarzy się z Mount Kimbie nawet. W każdym razie, straszliwy regres względem "Helicraft".

Inna wyspa: improwizacja. Jeszcze trawię ostatni rzut z Another Timbre. Trio Seymoura Wrighta/Grundika Kasyansky'ego/Jamie'go Colemana ma bardzo ciekawe partie, ale jako całość jest trudne w odbiorze. Te "puste" fragmenty nie mają napięcia.
Za to być może za mało pustki jest w grze tria Léo Dumont/Ute Kanngiesser/Paul Abbott, bardzo podoba mi się fragment w środku, gdy wiolonczela gra bardziej tradycyjnie (wcześniej zbyt dużo tego drapania, pocierania) i poddaje posuwiste oparcie dla pozostałych.
Na diapazonie moja recenzja jednej z lepszych płyt tego roku: Close Up Bertranda Gaugueta/Franza Hautzingera/Thomasa Lehna.
Z innego kontynentu: Self-Hate Index Grega Kelley'a - harakiri trąbką, o tak.

Jeszcze coś: niektórzy już wiedzą, ale warto pewnie powtórzyć: Schlachthofbronx! Wydali album i epkę. Pod linkiem znajdziecie promo-mix, a tutaj fragmenty z wszystkich kawałków do posłuchania. Z przymrużeniem oka - zacne szaleństwo.

Aktualnie wyrabiam sobie zdanie na temat nowych albumów Zomby'ego i Radiana, drugi rokuje bardziej niż pierwszy.

tauron Festiwal Nowa Muzyka 2009

Czy to koniec uszlachetniającego cierpienia znanego jako zbyt wiele koncertów jednego dnia? O nie! Wsiadając w Ostrawie do pociągu, trafiłem do przedziału trójki Czechów, którzy jechali na festiwal do Katowic. Mimo, że było strasznie gorąco, podróż upłynęła więc w miłej atmosferze.
Na sam początek wtopa - spóźnienie na Pivota (podobno dobrze, choć atmosfera taka sobie). Ciekawe czemu jedna z gwiazd piątku (wymienieni większą, kolorową czcionką w wizualach) grała na samym początku? Spokojnie mogłaby ich miejsce zająć Speech Debelle, która była zdecydowanie nie *kulit*.
No ale, się lubi, co się ma, czyli Ital Teka. Mało go słyszałem, ale dużo o nim i miałem nadzieję, częściowo tylko zawiedzione. Generalnie jego granie przebiegało fazami: mrocznie, bardziej w modelu dubstepowym, bardziej pływająco, w dub-technowym.
Powrót do małego namiotu po wytrzymanej Debelle na dużej scenie, tutaj King Cannibal i hm, hm, mieszane uczucia. Z początku nawet dobrze, chociaż brzmi trochę jak Ambush Records plus-minus 100 lat temu, jakieś cyber-dancehalle, wpada w 4/4 i robi mi się dziwnie. To znaczy - to załatwe, no i trzepie, wszyscy skaczą. Lepiej zrobiło się jak zmiksował Jokera z "Sandsnake" Cluekida i Skreama (publiczność chyba kojarzyła Jokera - fajnie). Potem gdzieś może 2562, na pewno Martyn, sample z "50,000 Watts". Dobrze, ale momentami za gęsto, zbyt wypełnione, agresywne brzmienie (ale przy tym - słabe doły), miałem wrażenie, że próbuje być bardziej papieski od The Buga.
Dan Le Sac i Scroobius Pip - dobry show, rekwizyty, przebieranki, zagadywanie do publiczności. Muzycznie to, oprócz fajnego flow, ciekawe rzeczy się w bitach działy.
Oszczędzałem siły na The Buga, ale okazało się, że nie było potrzeby. Najpierw przyjemne zaskoczenie, bo jednak może lepsze doły wycisnąć z tych głośników. Ale "Angry" na początek wywołało taki sam absmak, jak na starcie London Zoo. Pamiętam, z jakimi nadziejami przystępowałem do słuchania tego albumu, a gdy wszedł bit pierwszego kawałka, pomyślałem sobie: aha, a więc w to teraz Martin gra. On mógłby zrobić tyle, a akurat zechciał zrobić tak. Więc jestem jedną z tych osób, dla których The Bug nie zaczyna się od London Zoo i dlatego nie uszczęśliwiało mnie to dubstepowe wydanie z rewindami i wokalistą (Flowdan). W ogóle, co to były za sieka z wysokimi częstotliwościami na początku? I nie, nie chodzi o jeden moment pisku, ale o ogólne kaszanienie się. Wokal raz za głośno, raz za cicho. Potem gdzieś jakieś hity z w/w płyty, "Konfusion". Oczywiście podobały mi się te momenty strumieni chaosu przypominające o Techno Animal czy Ice - ale to za mało i jak kwiatek do kożucha na mleku. Chyba wyszedłem przed końcem, kątem ucha jeszcze w przelocie Ebony Bones - ...
A jeśli chodzi o cały wieczór, to dobrze spisał się vidżej na małej scenie, 99% to abstrakcje, ciekawie zrobione.

Dzień drugi: między młotem Oszibaracka i kowadłem Minoo, chwytam się brzytwy tego drugiego. Eklektyczne, więcej downtempowych, trochę szybszych mroków, jakaś trąbka rozmazana. Zerknąć czy *FlyLo* albo *HudMo* nie przywieźli tiszertów na sprzedaż i przekonać się, że Oszibarack wciąż i z zapałem jest marny.
C.H. District - jakieś problemy sprzętowe? Nie mogą długo zacząć, aż w końcu - jest okej, choć brzmienia i struktury już tysiąc razy słyszane gdzie indziej.
Miłe zaskoczenie: Planningtorock, nic o niej nie wiedziałem, dobrze mieć takie zaskoczenia. Jeden z niewielu nie-za-głośnych koncertów na festiwalu. Pomysł, który wykorzystuje Tony Conrad - rzucania cienia na ekran, choć ona tylko na początku, wizualizacje całkiem okej. Poza tym prezencja, energia, może na płycie by mi się tak nie podobało, wydaje mi się, że dobrze ją zobaczyć na żywo. Wokal kojarzył mi się czasami z Annie Lennox ("Sweet dreams"?), innym razem z Shirley Bassey ("Spinning wheel"?), muzycznie trochę Homelife, ale tutaj więcej bazowania na wyrazistym rytmie.
Podobno Jon Hopkins na płytach zamieszcza ambienty i *wszyscy* byli zaskoczeni tym, co zagrał w Katowicach. Ja nie, bo po pierwsze słyszałem go już w Berlinie, a po drugie: nie znam jego płyt. Na CTM podobało mi się chyba bardziej, jeszcze były fajne wizuale. W zasadzie mógłbym o muzyce napisać to samo, co wtedy, na FNM może mniej halfstepów. Jeden kawałek przywiódł mi na myśl "Stop the Rock" Apollo 440, inny trochę jak "Movin snares" Skreama. Przyjemnie było obserwować na ekranach, jak Hopkins gra na maszynkach niczym na "prawdziwych" instrumentach, z wypracowanymi ruchami, pełnymi gestami. Ale przede wszystkim: miał świetny pomysł, żeby przywieźć własnego dźwiękowca. Najlepszy brzmieniowo koncert (obok Lotusa) na festiwalu, selektywnie, ale jak trzeba było to olbrzymie ściany też.
Parafrazując: Tim Exile i Jon Hopkins mylą mi się - od czasu jak właśnie tego samego wieczora występowali na CTM (należą do jednej agencji koncertowej), widziałem jednego z nich i nie mogłem zapamiętać, którego. No ale teraz już zapamiętam: Exile wydał mi się muzycznie zbyt podobny do Hopkinsa, a te wokale szybko przestały być zabawne.
Fever Ray: drewniane brzmienie, przebasowane, brzydki wokal i zbyt wypchnięty. Wizualnie - ładnie, lasery w mgłę, stare lampy na scenie, muzycy przebrani (ale średnio było widać). Zrezygnowałem przed końcem, żeby iść już wyczekiwać...
Flying Lotusa, który trochę soundcheckował i posyłał uśmiechy. Było "GNG BNG", "Tea leaf dancers", kosmos, który się otworzył po tym takim swingowym kawałku - och, och. Szkoda, że potem poszedł w miksowanie cudzych rzeczy (czy nie tylko?), ale Radiohead z Martynem było fajne.
Hudsona Mohawke'a tylko kilka minut, dobrze się zapowiadał.

Niedziela: nie będzie Dana Deacona, wielka szkoda, bo wszelkie znaki na papierze i w internecie mówiły, że spodobałby mi się. Organizatorzy mieli chyba wystarczająco dużo czasu, żeby sprowadzić jakąś gwiazdkę w zastępstwie, dajmy na to z Berlina, ale zamiast tego postanowili porozciągać line-up i nieco opóźniać wszystkie koncerty. I zero wyjaśnienia - słabo!
Pogodno odpuszczone, Kamp!u może bym nawet chciał posłuchać, ale kurzawa w namiocie mnie zniechęciła.
Jacaszek - sam jestem zaskoczony, ale nawet okej, nie miałem dysonansu, że to muzyka "nie-festiwalowa", może dlatego, że publiczność podeszła do dźwięków z szacunkiem i nie gadała.
Trochę byłem ciekawe Onry, ale w sumie - tak sobie, monotonnie, bity jak wyciągnięte z kosza Lotusa, może zbyt się nastawiłem na wietnamskie motywy, których nie wysłyszałem.
Czemu Mum postanowił zostać zespołem rockowym pozostanie dla mnie zagadką. Nigdy za nimi nie przepadałem więc dramatu nie było, gdy zrezygnowałem w połowie. O.S.T.R. też odpuszczony.
Liczyłem na podróż sentymentalną z Rootsem Manuvą, ale kraj lat młodzieńczych szybko rozpłynął się w nawalających bitach. Myślałem o tych utworach, które znam z płyt, ile w nich jest fajnych motywów, szczegółów, a tutaj nic z tego nie zostało. Był tylko wokal i doły. Tak się zastanawiałem, dla kogo są te koncerty? Dla głuchych, jeśli bym chciał uczestniczyć, to znaczy być blisko sceny, żeby coś widzieć, to musiałbym ubrać zatyczki. A jeśli chciałbym słyszeć tak odpowiednio, to musiałbym stanąć z kilometr od sceny.

No i tak to się skończyło. Dobrze, że traktowałem festiwal raczej rekreacyjnie, jako odpoczynek po wymagającej skupienia Ostrawie, bo byłbym bardziej rozgoryczony.
Różne rzeczy: nie rozumiem zakazu wnoszenia jedzenia na teren festiwalu, zważywszy zwłaszcza na to, jak mały asortyment jest oferowany w środku. Dlatego choćby z tego powodu będę zawsze z lubością przemycał swoje.
Rozwodnione piwo.
Autobus Red Bulla - po co? I w dodatku bez rozpiski, nawet gdyby grał ktoś, kogo chciałbym zobaczyć (Dawid Szczęsny może?), to nie wiedziałbym, o której mam przyjść.
Piasek - nie dość, że pod scenami, to pomiędzy też, tak więc albo kurzawa, albo błoto.

Zastanawiam się, po co chodzę na koncerty. [via HRO]

[oczekujcie fotorelacji]

9/02/2009

Ostrava Days 2009: Niblock, Koistinen, Berger, Eckhardt

Dla mnie koniec festiwalu stanowiła wizyta w klubie Parnik, gdzie zaplanowano...no tak: wieczór klubowy. Na szczęście nie do końca: zaczęli Zink & Copper Works grając Disseminate Phila Niblocka. Trzy instrumenty dęte plus elektroniczne drony, uwielbiam Niblocka (tylko?) na żywo, ze sporą głośnością itd, ale tutaj było dość smutno, bo przez muzykę przebijały się odgłosy sztućców uderzających o talerze, odstawianych kufli, śmiechy i rozmowy. Fajnym pomysłem było to, że dwójka instrumentalistów po kilkunastu minutach zaczęła chodzić wśród publiczności, jakby zanosząc im muzykę.
Potem chwalebnie krótki koncert Koistinena (Chaloupka na wokalu, pioseneczki z gitarką, perkusją i basem), który przegadałem na zewnątrz z Robinem Haywardem. Jeszcze krótszy Zdenka Bergera (fujary pasterskie prze delay), którego większość przegadałem na zewnątrz z Jakubem Polaczykiem i Karolem Nepelskim. Doczekałem, by przekonać się, że John Eckhardt nie zawsze musi być fajny, czego przykładem jego projekt Funksteppa.
Mniej oficjalna atmosfera umożliwiła mi nawiązanie jeszcze innych kontaktów, z których coś może wyniknie dla Audiosfery.

9/01/2009

Ostrava Days 2009: Berio, Xenakis, Grisey, Ustwolskaja, Winter, Eckhardt, Epstein, Sarsfield, Imai, Tsurumoto, Sharp

A teraz coś z trochę innej beczki: koncert w kościele. Temat katechezy: głosy i instrumenty. Najwięcej do powiedzenia miał zespół Canticum Ostrava, udzielali się muzycy z Ostravskiej Bandy i inni zaproszeni.
Zanim jednak o muzyce to trochę o tym, co oprócz niej: o publiczności. Oczywiście każdy słuchacz więcej to skarb, cieszymy się bardzo, bla bla bla. Ale może - do cholery - warto przed wybraniem się na koncert poćwiczyć w domu siedzenie na nienajwygodniejszym krześle (bo i takie może się trafić) bez znaczniejszych ruchów przez 10 minut, najlepiej przy nienajłatwiejszych dźwiękach (bo i takie...). Na innych koncertach siedzenia były wygodne, ale tutaj (co było baaardzo złym pomysłem) dano drewniane krzesełka, które robiły sporo hałasu. Okazuje się też - po dwakroć - że Polska nie jest jedynym krajem, gdzie publiczności należy przypomnieć o wyłączeniu telefonów komórkowych i nie robieniu zdjęć podczas cichych utworów/momentów. Także - po trzykroć - byłoby sporo sensu w niewpuszczaniu ludzi podczas utworów, zwłaszcza przez te wielkie drewniane drzwi na zawiasach. No i - po trzykroć plus jeden - gaworzące dzieci nie są najlepszymi słuchaczami, ani kompania w słuchaniu.
To wszystko nie pomagało muzyce, która wymagała skupienia, a koncert jako całość był zbyt długi, utwory nierówne.
Symphony No. 4, Prayer (1985-87) Galiny Ustwolskaj(ej/i ?) było całkiem ciekawe, choć może oparte na zbyt prostej rytmice, a odwoływało się (bez wysilania się) do tradycji prawosławnej.
Jednym z lepszych momentów wieczoru było recitation, code, and (perhaps) round (2009) Michaela Wintera: wokaliści rozstawieni przed, wśród i wokół publiki, chyba prawie wcale nie zdarzyły się momenty, żeby śpiewali wszyscy razem. Najczęściej po dwóch-trzech, pojedyncze wyrazy lub nawet sylaby. Piękny klimat skupienia, ale dodatkowe brawa za przełamanie tego elementem ludycznym - stukaniem w garnki, który pokazał drugie oblicze religijności.
Niezbyt przekonała mnie Sequenza III (1966) Beria wykonana przez Katalinę Károlyi, początek wydał mi się zbyt pospieszny, całość zbyt śliska. Choć może to wynikało z mojego nieskupienia, które wynikało z omawianych na początku niedogodności.
Chwila odpoczynku od głosu: kontrabasista John Eckhardt gra fragmenty ze swojego albumu Xylobiont. Drapieżny początek, niemal zwierzęcy, aż przypominają się bardziej porysowane drony Daniela Menche'a. Trzeba przyznać, że pogłos przestrzeni pomagał tej (zresztą nie tylko) muzyce. Chwilami brzmiało to jak nietypowe zagrania na instrumentach dętych, co przywoływało na myśl ten utwór. Pod koniec trochę drobnych dźwięków, szarpanych, jakby Olaf Rupp. Jakkolwiek bardzo mi się to podobało, to jednak nie do końca trafiony był pomysł grania części z albumu, bo nie uzyskało to jakiejś mocnej formy. Ale oklaski dostał spore, tak że nawet przełamał kamień swojej twarzy i uśmiechnął się.
Ach ci współcześni kompozytorzy, już nie wiedzą, co wymyślać, wszystko już było, a oni muszą jeszcze. Na przykład zatytułują sobie kawałek Solo for Large Ensemble (2008-09). Tak zrobiła Nomi Epstein i wyszła jej muzyka ciemna, odpływająca, gdyby miała coś z pogrzebem w nazwie, to wcale bym się nie zdziwił, bo była chwilami wręcz żałobna. Inna rzecz, nie wiem, czy to wina wykonawców, czy tak było w partyturze, ale chwilami utwór jakby dygotał, był (zbyt?) rozchwiany, uciekał percepcji (choć to zarazem intrygowało).
Na koniec pierwszej części, zupełnie zbędna, biorąc pod uwagę długość całego koncertu, Symphony No. 4 Ustwolskaj(ej/i ?) w instrumentacji Marka Bowden, który pojechał patosem po bandzie, dołożył tuby i puzony do trąbki, a do gongu - bęben.

Zupełnie wyparował mi z pamięci Repeat that, repeat (2009) Donala Sarsfielda. Za to na długo pozostanie À Hélène (1977) Xenakisa, znów zrobiło się greckokatolicko. Muzyka była niezwykła, zachwycająca, ale może wolałbym żeby wykonawcy nieco bardziej dociążyli dźwięki, osadzili je, uczynili masywniejszymi, bo w niektórych fragmentach robiło się zbyt ulotnie.
Zakulisowa informacja: w kompozycji Chikage Imai Vectorial Projection II - turning of the wheel (2007) na klarnet basowy i akordeon na tym pierwszym miał grać Jacques Dubois. Jednak nie sprostał nutkom i musiał zastąpić go Theo Nabicht na kontrabasowym. Wyszło bardzo dobrze, znów pomogła przestrzeń, klarnet wychyla się zza akordeonu, ostrożnie, potem gdy przyszedł czas na bardziej zdecydowane ruchy, to trochę zabrakło odwagi. Akordeon unosi swoim wydechem klarnet, zupełne rozejście gdy ten drugi brumi i warczy, bo pierwszy wyciąga się ku najwyższym tonom. Klimat trochę jak na ...de las piedras.
Znów Nabicht - Anubis / Nout (1983) Grisey'a - czy kompozytor słuchał industrialu? Bo pierwsza część taka maszynowa, serie dźwięków, które nieco jak didgeridoo. W drugiej smugi z pyłu oddechowych szmerów.
Kolejny przedstawiciel Japonii: Hiroki Tsurumoto i light blue (2007), w którym przed delikatnym, prostym fortepianem rozciągał woal chóru. Wyciszająca atmosfera, choć zaledwie migawka. Gdyby trwało tyle co Ajapajapam Rytisa Mažulisa, to byłaby szansa na osiągnięcie lżejszej wersji odlotu, którą ten przynosi.
Z cyklu do trzech razy sztuka: OVOXXOVO (2009) Elliotta Sharpa. Ot, takie nic, ale nie bolało.