Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty

12/18/2024

Trio X w Estradzie Poznańskiej (30.10.2006)

 Korzystając ze sposobności, jakie stworzyli organizatorzy koncertów, w ciągu kilku ostatnich lat usłyszałem na żywo wielu artystów „pierwszoligowych”, muzyków o światowej sławie. Jednak dopiero po występie tria McPhee (saksofon, pocket trumpet), Duval (kontrabas), Rosen (perkusja), w skrócie Trio X. mogę bez wahania powiedzieć, że dane mi było zobaczyć na własne oczy postać legendarną.

Mowa oczywiście o liderze składu – Joe McPhee, który powalił mnie na kolana swoją płytą „Tenor”. Odkrywane dalej nagrania potwierdziły tylko jego talent (za mało: iskrę bożą), umiejętności – ogólnie (i bez przesady) rzecz ujmując: geniusz. Znałem go lepiej z twórczości solowej, byłem więc ciekaw, jak odnajdzie się (a raczej jak ja go odnajdę) w trio. Poznana przed ich występem w Estradzie Poznańskiej Moods: Playing with Elements, pozwalała oczekiwać wiele. Na tym albumie muzycy odnoszą się do tradycji jazzu, nawet sięgając po standardy (np. „Lonely Woman”) potrafią odcisnąć na nich swe piętno. Trudno się spostrzec, kiedy z jazzu „zwykłego” bezboleśnie przechodzimy we free (jednak wcale nie bardzo radykalne).

Podobnie było na tym koncercie. Ze sceny płynęła piękna, żywiołowa (bardziej niż ta zawarta na krążku, ale tak zwykle bywa) muzyka. Tematy czasem jakby zapożyczone z festynu (co nie oznacza festyniarskości), po prostu ładne, ale zagrane bez wdzięczenia się. Zarazem nie przegięte w drugą stronę – było kilka partii gry bardziej gęstej, większego natężenia dźwięków, ale nie było w tym nic z epatowania, atakowania. Wszystko naturalnie rozwijało się w dłoniach i ustach muzyków, miało swój własny, właściwy bieg. Z wielkim podziwem obserwowałem, jak trio działa niczym jeden organizm (tak być przecież powinno) i momentalnie potrafi przejść od furii do liryzmu. Co najlepsze, zmiana nastroju (czy bardziej przyziemnie – głośności) nie prowadziła do utraty mocy przekazu, zmniejszenia jego emocjonalności.

Jedyną rzeczą, która trochę mnie zdziwiła (i szczerze – nie przypadła do gustu) były nienaturalnie wydzielone solówki. Tak, że McPhee schodzi ze sceny, Duval usuwa się w strefę cienia i droga wolna dla wysoce energetycznego solo Rosena. Potem był też czas na samotną grę kontrabasu, McPhee solówek miał rzecz jasna więcej, chyba dwie z nich (jedna – urocza, a składająca się głównie z elementów „niemuzycznych” wydobytych z malutkiej trąbki) podobnie odizolowane od strumieni dźwięków. Problem pewnie w tym, że po doznaniu tak potoczystej gry całkiem dobrze mogłem sobie wyobrazić wystąpienia poszczególnych muzyków tria samoistnie z niej wynikające.

Ale to naprawdę tylko maleńki zgrzyt w całości dobrze naoliwionej i niesamowicie płynnie pracującej maszyny.

Kolejny raz piękny jazz w Poznaniu. Nie mam pytań i czekam na dalszy rozwój wypadków.

Marc Ribot i Salto w Starym Browarze (27.02.2009)

Od jakiegoś czasu Marc Ribot przyjeżdża do naszego kraju dość regularnie, ale dopiero teraz, za sprawą Starego Browaru, zawitał do Poznania. Może teraz doda to miasto do swojego „rozkładu jazdy”, bo publiczność dopisała i przyjęła go ciepło. Na sali można było dostrzec sporo osób starszych niż te, które zwykle przychodzą na koncerty do Browaru. Przed gwiazdą wieczoru wystąpiło Salto (gitarzysta Łukasz Rychlicki i Mateusz Rychlicki na perkusji).

W swoim niedługim secie, złożonym z kilku wyraźnych części, duet przez większość czasu kontrastował pojedyncze, spokojnie wybrzmiewające dźwięki gitary, z gęstą, niespokojną perkusją. Jednak to zestawienie sprawdziło się bardzo dobrze, może dlatego, że perkusista grał bardzo uważnie, mimo to, że było go „więcej”, to wcale nie dominował partnera, gdyż jego wkład wydawał się starannie dobrany, przemyślany. Dopiero pod koniec Łukasz Rychlicki zaczął wkładać więcej energii w grę na instrumencie, co też zaowocowało większą głośnością i zmianą faktury muzyki, która powoli zamieniała się w ścianę dźwięku. W ten sposób Salto zakończyło swój całkiem udany koncert.

Wedle zapowiedzi Ribot miał grać materiał z ostatniej solowej płyty - Exercises in Futility, jednak nawet jeśli utwory z niej pojawiły się, to były w mniejszości. Muzyk przyznał, że nie lubi opowiadać o tym, co gra, ale zdradził, że wykonuje dziś kompozycje m.in. Johna Zorna, Johna Coltrane'a i Alberta Aylera. Dwie pierwsze części koncertu zbudowane były na zderzeniu ze sobą utworu spokojnego, raczej prostego, jak to Ribot mówi „standardu”, z hałaśliwą, agresywną, „awangardową” grą, na którą składały się zgrzyty, sprzężenia i urywane rzężenia. Pierwsze wejście tego brzmienia było naprawdę zaskakujące, choćby przez samą różnicę głośności i na pewno zaszokowanie, wybicie z klimatu, było elementem strategii Ribota. Po drugiej odsłonie kilka osób opuściło salę, a ja miałem nadzieję, że kolejne części nie będą opierać się na tym samym schemacie. Na szczęście tak nie było – gitarzysta zaproponował swoją interpretację „Ghosts” Aylera, w której zachował porywistość, lekkość tematu, a jednocześnie przez kilka dźwięków pozostających w tle umocował go, nadał całości inny wymiar.

Gdyby ludzie, którzy zdecydowali się wyjść z koncertu, doczekali do tego momentu, pewnie byliby zadowoleni, od teraz było już dużo spokojniej. W kolejnym utworze Ribot kojarzył się momentami z Derekiem Bailey'em (a w ogóle to trochę też z Johnem Fahey'em), był to powrót do początkowych standardów, choć z paroma niespodziewanymi odskokami. Jednym z nich był bardzo cichy, filigranowy moment, kiedy dało się wyczuć, że publiczność faktycznie słucha grającego.

Potem było już zupełnie spokojnie, Ribot grał kompozycje stworzone na potrzeby filmów, zwykle był w nich podtrzymujący element rytmiczny, którego można się było złapać i iść po nim jak po ścieżce, co umożliwiało przyjmowanie gromadzonych wokół niego dźwięków, tutaj już raczej niezaskakujących. Gitarzysta grał przy użyciu zestawu dwóch pedałów głośności: jeden kontrolował sygnał wychodzący ze wzmacniacza, drugi dźwięki zbierane przez mikrofon nakierowany na instrument, co pozwoliło muzykowi dorzucać brzdąknięcia, czasem brzmienia nieco przypominające nawet banjo.

Choć Ribot wcześniej zerkał na kilka razy na zegarek, to chyba tak bardzo mu się nie spieszyło, bo chętnie wrócił na bis, gdzie najpierw zagrał coś w bardzo Waitsowskim klimacie, a potem zaśpiewał „Bury Me Not on the Lone Prairie”.

1/02/2023

Moja i twoja muzyka (podsumowanie za listopad i grudzień 2022)

 W pierwszym odruchu pomyślało mi się, że nie powinienem opisywać tych koncertów, bo grali i/lub grani byli mniej czy bardziej znajomi. Ale doszedłem do wniosku, że w sumie czemu nie i przypomniałem sobie, że już lata temu wykonałem na tych łamach nawet grubszy precedens (po pierwszym FRIVie ująłem to tak: Oczywiście mógłbym stwierdzić, że nie będę opisywał koncertów, bo przecież jestem skrajnie nieobiektywny, no ale nie oszukujmy się - jeśli ja ich nie opiszę, to kto to zrobi?). W redakcyjnych dyskusjach w „Glissandzie” często kręcimy się wokół zagadnienia skomplikowanych powiązań i złożonych zależności, co sprawiło, że przyjęliśmy niepisaną zasadę: jeśli w danym wydarzeniu uczestniczy osoba z redakcji, to do jego relacjonowania szukamy kogoś spoza. Ja akurat nie jestem w stu procentach przekonany o jej słuszności, bo jest dla mnie zrozumiałe, że nie pisałbym czegoś w rodzaju: ten koncert był wspaniały, bo zagrała moja koleżanka / ten festiwal był cudowny, bo kuratorował go mój kolega. Jeśli już coś, to właśnie byłbym bardziej wymagający, ale przede wszystkim skorzystałbym z tego, że znam te osoby, żeby dać czytającym coś, czego inaczej by nie dostali (spostrzeżenia tudzież tzw. wglądy). Oczywiście zasadnicze jest, żeby wyklarować swoją pozycję, usytuowanie, w tym właśnie relacje i powiązania, a nie udawać niezależność i gonić za widmem obiektywizmu. Trochę tak jak zrobił Wojtek Krzyżanowski relacjonując dla „G” Poznańską Wiosnę Muzyczną (tylko przyczepiłbym się, że właśnie w imię rzetelności powinien wspomnieć, na czym jego udział polegał). Przy okazji Wojtek poruszył tam ważną kwestię: Jest więcej funkcji niż osób do ich objęcia. Niedawno dostrzegł ją też Bartek Chaciński, a poniekąd przewija się ona też w tej znaczącej dyskusji. W zasadzie wszystko, co tam padło, wydaje mi się jakoś ważne (i warte odniesienia do światka muzycznego), ale w tym kontekście istotne są zwłaszcza wypowiedzi Adama Karola Drozdowskiego (też zresztą mającego na koncie gościnny występ w „G”). 

Temporary protection pewnie bym się nie dowiedział, gdyby nie to, że brała w nim udział moja redakcyjna koleżanka Natalia Górecka. A już po samym wydarzeniu trochę mi opowiedziała, jak to wyglądało od kulis. No i teraz kwestia: czy mam udawać, że tego nie wiem, spróbować to jakoś zapomnieć? Niby jak to by mogło się odbyć i w zasadzie czemu służyć? Dlatego chyba tak zainteresowała mnie koncepcja krytyki towarzyszącej przewijająca się w dwutygodnikowej dyskusji. W ten sposób myślę np. o swoich materiałach dla Kultury u Podstaw o poznańskiej operze. Staram się w nich jakoś otwierać czy tłumaczyć te czasem tajemnicze obszary, korzystając z wiedzy zdobytej przy okazji pracy tam, a nie piszę, że to najlepsza opera na świecie, bo nikt by tego nie brał poważnie, choćby z racji tego, że tam pracowałem. Ale nawet nie w tym rzecz: po prostu już mnie nie pociąga takie pisanie, czy w ogóle takie stawianie sprawy. To, co zaczęło się jako problem z układaniem podsumowań rocznych, rozciągnęło się znacznie dalej. Oczywiście, nadal są rzeczy, które podobają mi się bardziej lub mniej, ale też coraz częściej przekonuję się, że, jeśli włożono w coś dużo uczucia i/lub myślenia, to jest spora szansa, że będzie to przynajmniej pod pewnymi względami, w jakimś kontekście, ciekawe. I właśnie w kontekście był dla mnie ważny ten, jak głosił podtytuł, quasi-koncert problemowy [muzyka, dźwięki i echa po 24 lutego 2022 r.]. Kolejny raz wróciły do mnie słowa Katariny Gryvul, które zresztą w zasadzie przez cały czas mam z tyłu głowy: Wojna jest dla mnie bardzo poważnym przeżyciem. Zmieniła mnie. Myślę, że muzyka będzie inna. Trudno mi teraz powiedzieć, jaka będzie, ale wiem, że nie będzie taka, jak kiedyś. Potem rozwinęła to w rozmowie z Martą Konieczną: 

Wydawało mi się, że moja twórczość nie będzie połączona z wojną, że będę mogła to wyabstrahować. Jednak rezultat jest bardzo mroczny. Bardzo obrzydliwy w pewnym sensie, pokazujący najgorszą stronę człowieka. Hałaśliwy, zupełnie inny niż to, co robiłam do tej pory – nic, czego sama bym się spodziewała. Wykorzystuję sporo ludzkiego głosu, ale jest on tak przetworzony, że trudno powiedzieć czy faktycznie jest jeszcze ludzki, czy może jest czymś pomiędzy. Lub jak rosyjska armia – w ogóle nieludzki. Całość ma też seksualny kontekst z uwagi na odgłosy oddychania. To muzyka niekomfortowa w słuchaniu. Sprawiająca, że czujesz się zdegustowana i zła. Przepychająca cię przez granicę, byś mogła zostawić te emocje i ostatecznie zobaczyć świat w jasnych barwach.

I tu kolejna kwestia utrudniająca ocenianie, bo jak mają odnieść się do takiej twórczości osoby, które nie doświadczyły tego samego? Może to nie nowy problem, ale tutaj wraca spotęgowany. Z jednej strony przyjęło się, że dane dzieło powinno być komunikatywne, przemawiać także do tych, którzy nie mają tych przeżyć będących inspiracją. A może nawet zwłaszcza do tych, ale tu oczywiście pytanie, czy chielibyśmy tego doświadczać, choćby za pośrednictwem dźwięków (czy innego medium). Poza tym, co by miało znaczyć w tej sytuacji, że dzieło jest obiektywnie dobre? Jako potwierdzenie potrzeby odejścia od takiego myślenia odebrałem też słowa jednego z kompozytorów, Andrija Merkhela, który zapowiedział to wydarzenie jako otwarte sprawozdanie i szkic projektu. Wydaje mi się, że raz powiedział o koncercie quasi-problemowym i nawet jeśli było to przejęzyczenie, to dające do myślenia (bo trudno obecną sytuację postrzegać na równi z innymi zjawiskami, które zasilają muzykę programową, ale zarazem, siłą rzeczy, zaczyna się ona do nich zaliczać). Od Natalii dowiedziałem się, że wykonawczynie nie wiedziały dokładnie, do czego konkretnie odnoszą się utwory, co pozwoliło na skupienie się na partyturach i uniknięcie sentymentalizmu. 

Znów dzieje się tak, że w głowie porównują mi się dwa różne wydarzenia, bo akurat odbyły się dzień po dniu i znów myślę, że to może niesprawiedliwe. Ale gdy próbuję sobie wyjaśnić, dlaczego w zasadzie, to nie mam wytłumaczenia. W końcu w obu przypadkach były to publiczne sytuacje słuchania muzyki wykonywanej przez kogoś, w towarzystwie innych osób -- dla ułatwienia nazywane koncertami. Dzień przed odwiedzinami niewielkiej sali Kołorkingu, byłem w Sali Wielkiej CK Zamek na setnej odsłonie cyklu Moja Muzyka. Cyklu, któremu kibicuję i z którym mam związane raczej dobre wspomnienia -- z dawniejszych zapadł mi w pamięć koncert z graniem na elementach wystroju wnętrz, ale był też np. wieczór wokół Xenakisa z fajnym utworem Joanny Wabik. Zresztą do tego wydarzenia nawiązano, było wykonanie Mikka z bezsensownie bezdennym pogłosem i układem choreograficznym uczennic Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej. To pewnie czepialstwo, ale jakoś uderzyło mnie, że z imienia i nazwiska została wymieniona pani, która je przygotowała, ale one same już nie. Drobiazg, ale na wydarzeniu, z którego biła aura inkluzywności i familiarności, jednak znaczący. Rozumiem, że jubileuszowa edycja miała być szczególna, ale zamiast atmosfery celebracji i odlotowości, wyczuwałem bardziej klimat szkolnej gali okraszonej dodatkami z menu u cioci na imieninach. Inkluzywność miała dotyczyć przede wszystkim dzieci, dla których przygotowano dywany ułożone przed krzesłami. Zdarzają się pomysłowe wydarzenia z muzyką współczesną uwzględniające najmłodszych, ale to nie było jedno z nich. Berbecie wydawały niekontrolowane dźwięki już podczas subtelnego duetu Szymona Guzowskiego i Jakuba Królikowskiego, ale oczywiście ma być miło i przyjaźnie, więc nikt im nie zwraca uwagi. Potem wyszło, czemu tu są: mają brać udział w układzie choreograficznym (niestety nie wyjawię czyim, bo nie zdążyłem zanotować, a szczegółowego programu nigdzie nie ma). Było to dość tandetne i kuriozalne, dzieci zostały potraktowane jak rekwizyty, które matki obracając się unosiły na rękach, a te, które próbowały same chodzić, potykały się i jedyne, co z tego wynikało, to obawa, że zostaną potrącone. Po wykonie część dzieci wyniesiono, ale kilka zostało, mimo tego, że było słychać, że nie wszystkie są zainteresowane tym, co się dzieje na sali. Prowadząca całość pomysłodawczyni Teresa Nowak coś tam na początku mówiła o otwarciu się na nową publiczność, co samo w sobie jest chwalebne. Ale trzeba jeszcze wiedzieć, jak to zrobić. Przed następnym utworem nie było żadnego ostrzeżenia, a okazał się on na tyle głośny, że mógłby być zbyt mocny nawet dla dorosłych. Przy okazji wyszedł kolejny problem, bo Nowak jakoś tak pokrętnie zapowiedziała, że wyszło, że instrumentarium będzie ryk lwa. Może wiecie (a może nie), że jest taki instrument zwany lion's roar i to właśnie on się tu pojawił. Cykl jest kojarzony z różnymi dziwnymi czy eksperymentalnymi pomysłami, co jest w sumie fajne, ale nie wiem, po co dodatkowo coś udziwniać, zamiast skorzystać z okazji i coś wyjaśnić. Potem było jeszcze dziwniej, bo Nowak powiedziała, że jej ulubionym poznańskim zespołem zajmującym się muzyką współczesną jest Sepia Ensemble, ale nie było sensu ich zapraszać na 4 minuty grania, a nie chciała przedłużać koncertu, więc będzie przypomnienie ich projektu inspirowanego Lemem -- odtworzenie kompozycji Rafała Zapały i Ewy Fabiańskiej-Jelińskiej. Jedna rzecz, że w ulotce było napisane, że zespół „wystąpi”, a druga, że posłuchaliśmy fragmentów tych kompozycji. A wisienką do kożucha był dorzucony zaraz potem fragment utworu, skądinąd ciekawego, Jana Skorupy z FAZMA. Po co, dlaczego -- trudno powiedzieć... Nowak snuła opowieści o orkiestrze głośniczków i o tym, że za nas ktoś coś wymyśli, czyli taka trochę sztuczna inteligencja też jest. Na pewno chęci są dobre, a intencje szczere, ale wychodzi troszku pokracznie. Podobnie jak podczas improwizacji, którą Nowak nie tyle dyrygowała, co kontrolowała, mówiąc, kto ma zacząć, a potem zagadując grających, czym sygnalizowała, że należy kończyć. Szkoda, że tak krótko, bo publiczność, która dostała możliwość uczestniczenia w tym muzykowaniu, wyraźnie dobrze się bawiła i w końcu faktycznie jakoś współtworzyła całość. Ale musiało starczyć czasu na układ choreograficzny do muzyki Czajkowskiego (dlaczegóżby nie), który Nowak zapowiedziała z nieskrywaną egzaltacją oraz utwór Małgorzaty Nowakowskiej do słów Tuwima (ładny, tylko szkoda, że nagłośniony). To były zapowiadane akcenty świąteczne, ale dla mnie nawet bardziej świąteczna była całość -- istny groch z kapustą (były światełka, było multimedialnie i w ogóle dużo się działo, na co w odniesieniu do tego cyklu zwracała niedawno uwagę Iga Batog). 

By domknąć rok: o Jawnucie rozmawiałem z reżyserką Ilarią Lanzino, czego zapis można znaleźć w książce programowej, sam spektakl tu, a może temat jeszcze jakoś pociągnę, wtedy oczywiście dam znać.

Moje teksty z Ruchu Muzycznego coś ostatnio nie mają szczęścia do trafiania na stronę, więc polecam wciąż aktualny numer podwójny, gdzie pisałem o muzyce do mieszkania. Tutaj taki drobiazg o Cindytalk, to oczywiście nie żadna płyta roku, tak jak to nie jest żadnym podsumowaniem, a raczej odsumowaniem (w dekanonie). 

Po papier trzeba też sięgnąć, żeby przeczytać mój artykuł o Radio-Teatrze dla „Teatru”.

20.12 Temporary protection, Kołorking Muzyczny

19.12 Moja Muzyka #100, CK Zamek

16.12 Jawnuta albo romskie historie na motywach opery Stanisława Moniuszki, Teatr Wielki na MTP

18-19.11 Hiatus Festival, CK Zamek





10/18/2017

MoHa! w Blue Note (18.10.2007)

To nie będzie typowa relacja, nawet chyba mało relacja w ogóle. Bardziej wspominka, bo to pierwszy koncert jaki zorganizowałem.
Jeśli mnie pamieć nie myli, to było tak, że jako fan tego duetu zauważyłem na stronie last.fm (pamiętamy?), że grają w Warszawie i Krakowie a także w Poznaniu, ale tutaj miejsce było ciągle "TBA". Nie pamiętam, jak to wyszło, ale po jednym z koncertów w Starym Browarze rozmawiałem z Łukaszem Knasieckim (wtedy tam organizującym rzeczy) i okazało się, że mieli występować tu, ale jest jakiś problem z salą. Wtedy mi zaczęły chodzić trybiki w głowie i pomyślałem, że mógłbym spróbować pójść niewydeptaną jeszcze ścieżką do klubu Blue Note (którą dostrzegałem bo dzięki mojemu tacie znałem osoby tam działające). Łukasz dał mi numer do Macia Morettiego, który zajmował się wojażami MoHa! po Polsce. Zapadła mi w pamięć sytuacja dogadywania szczegółów podczas spaceru po rozsłonecznionym ogrodzie botanicznym.
Dalej było ustalanie z Blue Note, okazało się, że w Poznaniu duet mógłby być w czwartek, a jak wszyscy tutaj wiemy - w tym klubie jest to zawsze "Czarny Czwartek", czyli cykl imprez hiphopowych. Jednak on rozpoczyna się o 21, więc jeśli do tego czasu po występie nie będzie śladu, to damy radę. Czyli jest! robimy, oczywiście bez stawki, za bramkę. Chłopaki wysyłają rider, menedżerka klubu łączy mnie z głównym dźwiękowcem i nie zapomnę, jak ten pyta "kto mówi?", ja się przedstawiam i tutaj cisza, a menedżerka sufleruje mi "organizator koncertu", no więc powtarzam za nią i proszę, proszę, Austin miał rację, performatywna funkcja języka działa.
Nie zdążyłem nawet wystosować briefu, a Mikołaj już zrobił jedno z tych swoich klasycznych plakaciw:



Nadchodzi dzień koncertu, a nawet coraz bardziej jego pora - a grajków nie ma. Koncert zapowiadany na 19:30, chłopaki podjeżdżają pod klub po 19. Na szczęście zebrała się pokaźna grupa kolegów (Patryk, Hubert, Marcin, Jakub, kto jeszcze - wpisywać się, bo zamierzam dozgonnie dziękować), która pomaga nosić sprzęt. Bo MoHa! jeździła z zasadniczo całym sprzętem, który pozwalał im zagrać koncert bez innego nagłośnienia. Tak się stało i wtedy, bo chłopaki postanowili rozstawić się przed sceną, żeby nie tworzyć bezsensownego dystansu i żeby też za bardzo się nie certolić przeszli płynnie z mniej więcej trzyminutowego soundchecku w koncert. Który był oczywiście najlepszy, możecie mi nie wierzyć, ale to wasza sprawa, miałem nagranie, ale je straciłem więc już nawet brak dowodów. Był on też krótki, ale już nad naszymi głowami zaczęli się gromadzić pierwsi hiphopowcy. Wobec tego zwinęliśmy interes równie szybko, co rozstawiliśmy i poszliśmy do Kisielic, gdzie kończył się koncert Ludzi. Albo duetu Arszyn + Bunio? W każdym razie, tam też w pokoiku zrobiłem wywiad z Moha!, który jest tutaj.

Chłopakom chyba się spodobało, bo wrócili do Poznania w kwietniu kolejnego roku, wtedy do Kisielic i wtedy też dali mi koszulkę, którą noszę do dziś, choć duet już nie istnieje, ale muzycy nadal robią dobre rzeczy, ale to już temat na inną okazję.

8/09/2017

Łoskot (CK Zamek, 20.01.2006)

Prawie dwa lata minęły od ostatniego koncertu Łoskotu, a wrażenia z niego ciągle pozostały we mnie żywe. Dlatego z wielką niecierpliwością oczekiwałem tego występu. Towarzyszyły mi też pewne wątpliwości – różnie to bywa z come backami. Jednak jakakolwiek niepewność zniknęła już po pierwszych minutach. Okazało się, że nadzieje, które wiązałem z tym występem, nie były zbyt wygórowane. Wszystkie zostały spełnione z nawiązką.
Przede wszystkim – zobaczyłem czterech niesamowitych instrumentalistów. Piotr Pawlak, znany choćby z Kur, który grał na gitarze elektrycznej, otwierał swoim instrumentem nieskończone przestrzenie, surfował stojąc na zestawie efektów gitarowych, czasem zagrał też prosty, lekki akord. Oprócz tego ubarwiał całość drobnymi smaczkami z laptopa. Olo Walicki (członek Miłości, obecnie tworzy też autorskie projekty – np. „Metalla Pretiosa”) na kontrabasie grał w sposób bardzo elegancki, dystyngowany, ale brzmienie osiągał bardzo wyraźne, momentami wręcz przysadziste. Za perkusją siedział Tomasz Gwinciński, (założyciel Maestro Trytonów, autor muzyki teatralnej) który grał, ale tak grał, że...I dynamicznie, zawadiacko, i z uczuciem, i z wyczuciem, ze zmianami tempa. Stosował naprzemiennie układy całkiem proste i te dziwnie pogięte, oba idealnie do siebie przystawały. Dawno nie słyszałem, żeby ktoś wydobył z perkusji taką paletę brzmień. Nie żebym był specem od tego instrumentu, ale ostatnio takie wrażenie zrobił na mnie Macio Moretti. Czwartym do brydża był Mikołaj Trzaska, grał głównie na klarnecie basowym, mniej na saksofonie altowym. W pierwszej części jakby trochę nie mógł się odnaleźć w grze reszty, sam grał z rzadka, jakby próbując się zmieścić. W drugim secie rozwinął skrzydła, a jego solówka na saksie z „Max Born Funeral”, która szczerością i połączeniem wyrafinowania z naiwnością przypominała Alberta Aylera, była jednym z najlepszych momentów koncertu.
Ale, co ważniejsze, tych czterech muzyków funkcjonowało jak jeden organizm. Oczywiście byliśmy też świadkami wybornych solówek, ale to nie było tak, że każdy miał jakieś miejsce, gdzie miał zagrać solo, żeby mógł się popisać. Solówka po prostu się zdarzała – bo tak miało być. Byli jednym ciałem, które swoimi organami wykonywało naraz wiele czynności. Były to bardzo różne procesy, tak więc tym bardziej to interesujące, jak one wszystkie zagrały ze sobą tworząc osobną czasoprzestrzeń, która pochłaniała słuchacza. Przy tym, gdy sami bawili się swoją grą nie miało się poczucia, że są to sztubackie dowcipy – tylko (nie)zwykła, czysta radość z muzyki.
Trasa Łoskotu promuje nową płytę „Sun”, która moim zdaniem wyznacza nowe standardy w muzyce improwizowanej. Tej, która nie bagatelizuje roli elektroniki, przetworników. Wszak charakterystyczne, ostre brzmienie płyty jest też zasługą produkcji Piotra Pawlaka. Na koncercie elektroniki było mniej, choć chłodne, podrapane wstęgi gitarowych dźwięków ciekawie kontrapunktowały z resztą składu o jazzowym rodowodzie. Ale nawet ci „jazzmani” pozostawali daleko od swego naturalnego środowiska. Najlepiej widać to po Gwincińskim, który był motorem gry, raz za razem balansował między ludycznością a lirycznością. Odniosłem wrażenie, że to on stwarzał pole dla reszty. W tej przestrzeni powstawała zawiesista, gęsta, motoryczna muzyka. Coś jakby trans-jazz-punk? Muzyka, która wdzierała się wszystkimi drogami do wnętrza. I potem żal było, żeby je opuściła. W pewnym momencie wpadłem w melancholię, że im dłużej zespół gra, tym bliżej jest końca występu. I choć koncert trwał ponad 100 minut, to i tak chciałoby się jeszcze. Na szczęście pozostają wydane już krążki.
Jako, że trasa promowała nową płytę panowie zagrali z niej wiele kompozycji, na pewno poza wspomnianym „Maxem”, było też „In z dur”, „Tesla” i „Oak Zombie”. Tak jak należało się spodziewać, krótkie kompozycje z albumu tutaj były rozwijane w kilkunastominutowe, czasem osiągały formę suit.
Przepraszam, za możliwą egzaltację – ale to było po prostu piękne.

No i może teraz już czas skończyć pisać, natomiast należy zacząć słuchać – szansę w najbliższym czasie mają mieszkańcy Łodzi – 21 stycznia, krakowiacy – 22 stycznia, Warszawa – 30 stycznia.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

Przyczajony warkot, ukryty funk (Trzaska&Hautzinger&Friis&Jorgensen, Jazzga, 04.09.2007)

Tym razem nie będę utyskiwać na to, że koncert się spóźnił, gdyż ja również, więc bardziej bym się martwił, gdyby zaczął się wcześniej.
Klub pełen ludzi, taki widok cieszy, ale może w którymś momencie należało przerwać dopływ publiczności? Podczas pierwszego setu było naprawdę trudno się poruszać, stałem w ścisku, w przerwie trochę się zluzowało.

Być może taką frekwencję należy przypisać magii nazwiska Trzaski, może niewygórowanej cenie biletów, a może temu, że koncert należał do programu Festiwalu Dialogu Czterech Kultur. To krzepiące, że pierwszemu spotkaniu Franza Hautzingera z triem Trzaska / Friis Nielsen / Jørgensen chciało przysłuchiwać się tyle osób. Część postanowiła oczywiście pogadać ze znajomymi, ci jednak w większości ulokowali się w pobliżu baru. Równie niewielką część stanowiły osoby, które w przerwie opuściły lokal. W przelocie słyszałem głosy w rodzaju „myślałem, że to będzie coś bardziej swingującego”.

I chociaż faktycznie swingu w tym nie było, to muzyka kipiała energią. Przede wszystkim nie stało się to, czego po cichu się obawiałem – zaproszenie Hautzingera nie służyło tylko ubarwieniu gry tria, dołączeniu kolejnego elementu do ich muzyki. Świetnym przykładem był pierwszy kawałek w drugim secie, jako pojedynczy utwór chyba najlepszy fragment koncertu. Zaczęło się od zjazdu, głośnego grania masą całej czwórki, jak gdyby muzycy podjęli wątek urwany przed przerwą. Dźwięki wyszły na prostą, już zdawało się, że trio będzie grało swoje, a trębacz po chwili spokojnie wszedł z niskimi szurami, jakby fragmentami dronów, które dozował, jakby chciał zakłócić pracę sprawnie kręcących się trybików. Udało mu się, Jørgensen zaczyna delikatnie akcentować na 4/4, kawałki szumów punktuje bas, gra Trzaski nie staje się mniej energetyczna, ale zostaje wchłonięta przez inne dźwięki, perkusja zarzuca punkowym wręcz patentem – genialnie.

Na ten koncert wybrałem się ze względu na Hautzingera i wyszedłem zachwycony. Może gdybym widział go po raz czwarty w tym roku (tak, jak w przypadku Trzaski) nie odebrałbym go aż tak pozytywnie. Ale słyszałem go na żywo dopiero drugi raz i to, co robił wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Cały arsenał szumów, odprysków, stukotów (wpadających w małe układy rytmiczne), szurnięć, do tego dochodzi ich nasycenie, co w połączeniu z suchością brzmienia daje niesamowity efekt. Po Austriaku widać opanowanie, precyzję, absolutną kontrolę, która nie przeszkadza jego kreatywności, nawet gdy gra spokojniej, warkot bądź ryk silnika cały czas wyglądają zza rogu. I jeszcze kilka dodatkowych zagrywek, takich jak coś w rodzaju małpiego łałała, które można usłyszeć w zoo, z nałożonym reverbem oraz momenty niczym śpiew gardłowy. Hautzinger grał też „normalne” dźwięki i robił to z równym oddaniem. Może nie najlepszym pomysłem były unisona z Trzaską, gdyż ciekawiej było gdy oba instrumenty się sobie przeciwstawiały, ale tych pierwszych było znacznie mniej niż drugich.

Raper Elemer prosił kiedyś bodajże o „trochę funku bez kantów”, ten kwartet pewnie by go nie zadowolił. Muzycy w tych mniej wymyślnych, co nie znaczy – gorszych, momentach łapali połamaną, wykręconą pulsację, która miała coś funkowego. Jakieś odległe, mgliste skojarzenia z popsutymi, rozpadającymi się rytmami z „Con Gas” Baaba. Bardzo podobało mi się też, że nachodzenie brzmień instrumentów na siebie nie było wynikiem zabawy w udawanie kogo innego, tylko wychodziło naturalnie. Miejscowe uderzenia powietrza z trąbki często zachodziły na grę basu, tak że miałem problem z powiedzeniem, kto jest odpowiedzialny za jaki dźwięk. Zwłaszcza gdy Friis Nielsen rezygnował z ustawicznych jazd w górę i w dół swego basu. Równie ciekawe było przenikanie się perkusji z trąbką, oprócz oczywistych zagrywek szumowych (np. pocieranie talerzy), wspominane mikro-rytmy idealnie mieściły się pomiędzy dźwiękami perkusji.


Kwartet zagrał osiem utworów plus bis, czytałem, że podstawą do improwizacji były kompozycje muzyków, na scenie obchodzili się oni bez nut. Pełniący rolę zapowiadacza Trzaska nie dał żadnych informacji, poza przedstawieniem zespołu, więc trudno powiedzieć, jak to wygląda z tym bazowym materiałem. Mniejsza o to, najważniejsze, że czterech świetnych muzyków spotkało się, grali ze sobą z uszami szeroko otwartymi i stworzyli kawał interesującej muzyki. Mam nadzieję, że na jednym koncercie się nie skończy.  

[relacja pierwotnie opublikowana na emd.pl/wiki]

7/31/2017

Vladislav Delay Quartet w Starym Browarze (22.10.2009)

Sasu Ripatti (znany może lepiej jako Vladislav Delay, Luomo czy Uusitalo) kilkukrotnie występował już w Poznaniu. Jednak nigdy jeszcze jako perkusista - w tej roli zaprezentował się w utworzonym przez siebie kwartecie, do którego zaprosił Mikę Vainio, Lucio Capece i Dereka Shirley'a.

Spośród towarzyszących Ripattiemu muzyków pewnie najlepiej znany jest jego rodak, Mika Vainio działający w duecie Pan Sonic. Shirley to kontrabasista współpracujący m.in. z Michelem Thieke oraz współtworzący trio Ruby Ruby Ruby. Klarnecista i saksofonista Lucio Capece nagrywał m.in. z Toshimaru Nakamurą, Axelem Dörnerem, Yannisem Kyriakidesem.
Również dla niego nie była to pierwsza wizyta w Poznaniu, w zeszłym roku uczestniczył w festiwalu FRIV.

Dla fanów elektronicznej twórczości Ripattiego to wcielenie może być nieco zaskakujące. Jednak Fin swoją przygodę z muzyką zaczynał od jazzowego "bębnienia" i jak kilka lat temu przyznawał w wywiadzie dla Igloo Magazine ciągle gra na perkusji. Wtedy jednak nie był przekonany, czy nie powinno to pozostać w sferze czystej przyjemności, która nie ma związku z profesjonalną działalnością.

Być może zmienił poglądy albo w partnerach z kwartetu znalazł odpowiednie otoczenie dla swojej perkusji, grunt że po koncercie decyzję o publicznym ujawnieniu instrumentalnych zdolności można uznać za trafną. Ripatti wykazał się nie tylko pomysłowością jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czy umiejętne rozmieszczenie zdecydowanych uderzeń (które dzięki odrobinie pogłosu odznaczały się jeszcze silniej na tle innych elementów). Okazał się być także wyczulonym na detal barwy, faktury sonorystą, który równie dobrze odnajduje się zagospodarowując drugi plan.

Pewnym zaskoczeniem był elektroniczny wkład Vainio, który zaczął spokojnie, nawet (jak na niego) sielsko, co jednak idealnie pasowało do dźwięków Shirley'a i Capece. Innym razem bawił się samplami fortepianu, a towarzyszący temu smyczkowany powolnie kontrabas uczynił z tej partii najbardziej nostalgiczny fragment występu.
Vainio nie zawiódł jednak tych, którzy oczekiwali zagrań bliższych Pan Sonic. W pewnym momencie jedynym dźwiękiem był szum, stopniowo podgłaśniany, nagle urwany, po czym nastąpiło wejście mocarnego, nierównego bitu. Ripatti szybko włączył się do gry i nie pozostawał w tyle.

Z dużym zainteresowaniem obserwowałem pomysły Lucio Capece, który używając klarnetu basowego daleko odchodził od standardowych rozwiązań, często koncentrując się na wąskich wstęgach dźwięków albo używając strumienia wydmuchiwanego powietrza do poruszania małych przedmiotów ułożonych na rurze włożonej w kielich instrumentu. Koncert zakończył się
klamrą, ponieważ tak jak na starcie grali Shirley i Capece, przy czym ten drugi wydobywał medytacyjne dźwięki ze shruti box. Nieco bardziej tradycyjnie traktował saksofon, frapując czasem bezpośrednimi melodiami, czego naturalnym rozwinięciem był wykonany na bis utwór Rahsaana Rolanda Kirka.

Jedynym zarzutem wobec tego koncertu mogłoby być stwierdzenie, że był zbyt krótki. Jednak trudno mówić o niedosycie, bo artyści zaprezentowali muzykę o wielu obliczach.


7/29/2017

Unsound on Tour w Starym Browarze (21-22.11.2005)

Bardzo, ale naprawdę bardzo, w ogólności i w szczególe. Przede wszystkim bardzo dobrze, że Unsound wydostał się poza Kraków, dosyć już miałem tęsknego zerkania ku miastu smoka wawelskiego. W Poznaniu może nie wystąpiło jakieś multum artystów, ale byłoby bardzo głupio narzekać na tych, którzy zagrali. Bardzo miło, że takie tanie bilety i w zasadzie to aż dziw bierze, że przy cenie 10zł za dzień było tak mało ludzi.
Zwłaszcza dnia pierwszego, kiedy wystąpił Static i Kapital Band 1. Leichtmann grał pierwszy i zbudował bardzo przyjemny klimat. Piosenkowy, wpadający w ucho, wciągający. Gęsty ale przestrzenny. Jedyne na co bym narzekał to, że momentami zbyt chętnie łapał się tych przyjemnych „elementów” i aż zanadto na nich bazował. Mnie jakoś nie oczarował choć wśród publiki wyłapałem głosy niemalże zachwytu. Po krótkiej przerwie duet KB1 rozpoczął mozolne igraszki w dekonstrukcji jakiegokolwiek klimatu. Bardzo szybko rozwiał we mnie wspomnienie staticowego grania, by oczarować własną wizją. A było to odświeżające spojrzenie na elektroakustyczną improwizację. Muzyka skoncentrowana na drobiazgach a jednocześnie nie gubiąca perspektywy pozwalającej na trzymanie napięcia. Przede wszystkim bardzo bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie działanie perkusisty Martina Brandlmayra. Od muśnięć do uderzania, od tarcia po skrzypienie. Grał bardzo czujnie, sprawność techniczna na poziomie nielicznych i w dodatku pomysłowość. I nie tanie sztuczki, ale myślenie służące czemuś. Niesamowitą paletę brzmień perkusji zawdzięczamy chyba też specyficznemu (jak to nazwać...czułemu?) jej nagłośnieniu. Nie tak dobre wrażenie zrobił na mnie drugi członek zespołu Nicholas Bussmann. Wrzucał różne elektroniczne dźwięki, zimne, szorstkie. Czasem zalatywało to żrącym noisem, choć momentami miałem wrażenie, że wymykało mu się to spod kontroli. Ale chyba nie ma co za bardzo dumać nad „składnikami” muzyki Kapital Band 1 osobno, gdyż jej siła tkwiła w interakcji muzyków.

Drugiego dnia Pole Live Band, w składzie Betke na elektronice, Leichtmann na perkusji i Zeitbloom na basie. Panowie pojawili się za sprzętami po bardzo długim (50 minut) oczekiwaniu liczniejszej niż dnia pierwszego publiki. Dźwiękowo weszli bardzo gładko, sunącym dubem. Na początku już przyznam się, że nie jestem znawcą twórczości Pole'a, ale tego się nie spodziewałem. Bardzo masywny sound całości, czasem zbyt „trzaskający”, może trochę zbyt głośna perkusja, która dominowała. No i nie bez znaczenia spokojny, pozostający nieco w cieniu (również dosłownie) basista. Widać było radość z gry, która udzieliła się też słuchaczom, zwłaszcza przy szybszych kawałkach. Dla mnie zaskoczeniem było, że nawet gdy pojawiały się bardziej „oczywiste” rytmy to nie brzmiały one banalnie. Również koneserem twórczości Pole'a nigdy nie byłem, ale to co zaprezentował wczoraj w zupełności mnie przekonało. Jedyny minus - długość występu, która łącznie z bisami nieznacznie przekroczyła czas opóźnienia. Wszystko jak już zasugerowałem na początku bardzo fajne. Dodatkowymi faktami umilającymi odbiór muzyki było darmowe piwo, brak dymu papierosowego, ładna scenografia, intrygujące oświetlenie. Oby jak najwięcej takich inicjatyw.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

7/25/2017

Xavier Charles / Robert Piotrowicz w Starym Browarze (16.03.2006)

Kolejny odcinek programu muzyki improwizowanej w Starym Browarze – tym razem Robert Piotrowicz i Xavier Charles. Ten drugi to klarnecista, improwizator z Francji, teraz grał na urządzeniu własnego chyba pomysłu. Były to dwie membrany głośników, które były wprawiane w drganie za pomocą dźwięków niskich częstotliwości. Ustawione niczym misy, Francuzowi służyły jako pole do różnych operacji – wrzucał w nie szklane kulki, sprężyny, ziarenka, metalowe pręty, miseczki. Wszystko to drżało, podskakiwało, wibrowało na membranach.. Z racji tego, że ze zaraz nad nimi znajdowały się mikrofony – każdy dźwięk był dobrze słyszalny. Poza efektem dźwiękowym był to też interesujący widok – na przykład ziarenka oświetlone na czerwono, wyglądały jak miniaturowe wybuchy wulkanu i wylewy lawy.
Robert Piotrowicz obsługiwał syntezator analogowy, na stole miał też położoną gitarę, którą sporadycznie drażnił mechanicznym wiatraczkiem.


Znów była to gra otwarta na przypadek, Charles na przykład nie mógł przecież przewidzieć brzmienia, jakie osiągnie wrzucając kilka przedmiotów naraz. Pomimo tego panował nad swoją „partią”, umiał stopniować napięcie, nie spiętrzał hałasu w nieskończoność. Piotrowicz pozostawał raczej w cieniu, jego zasługą były ostre, mroczne motywy, plamy w tle, które raz po raz wchodziły w coś w miarę rytmicznego. Jednak była to rzadkość, w większości był to jakby dźwiękowy strumień świadomości, hałaśliwy, bez skrawka melodii, za to stworzony w skupieniu, ale z polotem. Na pewno byłem już świadkiem ciekawszych muzycznych spotkań, jednak to mimo, że pozostawiało pewien niedosyt (zresztą, wedle słów Piotrowicza, pożądany i zamierzony) było kolejną intrygującą podróżą w strefę niepokojących dźwiękowych brudów, z których obaj improwizatorzy powoli i przekonująco budują swój osobny świat.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

5/12/2017

Focus: Berlin (9-10.11.2006, Stary Browar)

Wieczór pierwszy rozpoczęła projekcja trzech filmów krótkometrażowych z dvd Berlin-Super 80. Z zaprezentowanych obrazów choć trochę interesujący był „3302 – Taxi Film”, pozostałe nie zapadły mi w pamięć. To rzecz gustu zapewne, ale może lepszym wyborem byłyby pochodzące również z tego krążka „Berliner Küchenmusik” albo „Spanish Fly” – te dziełka kojarzę z emisji na TVP Kultura. Tak czy inaczej, pierwszy punkt festiwalowego programu naznaczony był przede wszystkim tym, co ma się wydarzyć później.
Chwilkę po zakończeniu filmów licznie zgromadzona publiczność mogła powitać brawami pierwszego artystę grającego tego wieczora. Jelinek nie bawiąc się w długie wstępy od razu wrzucił nas w środek swojego muzycznego świata. Gdy z radością słuchałem, myśląc, że przy takiej muzyce (prym wiodły lekko pokrzywione motywy z gitary) mógłbym się budzić każdego (zbyt wczesnego) poranka, Jelinek dorzucił warstwę szumów, delikatnie świdrujące częstotliwości. Po zamknięciu pierwszego tematu (utworu ? nie jestem pewien, czy nie było tam jakiś elementów z „Up to my old trick again”) wszedł w basowe rejony, na których nagle (nie tyle niespodziewanie, co raczej na zasadzie olśnienia) pojawił się „Lithummelodie 1” Artysta w materiale znany z „Kosmischer Pitch” mocniej zaakcentował piękne iskrzące mikro-dźwięki, które stworzyły interesujący kontrapunkt. W ciągu całego występu (6 kawałków, mniej lub bardziej ze sobą związanych) Jelinek często bazował na bitach o wyraźnym rytmie i dość szybkim tempie. Na nie kładł kolejne warstwy, precyzyjnie rozplanowane, ale pojawiające się zupełnie naturalnie. Wszystkie dźwięki wokół rytmu igrały z nim, były od niego zależne, chcąc się od niego uwolnić, pokazywały go pod innym kątem. Nieraz dochodził do czegoś w rodzaju elektronicznej psychodelii, z lekka transującej. W występie zdarzały się też momenty słabsze (mógłby być trochę krótszy, ale nie kosztem wieńczącego "Universal band silhouteee”), ale mnie on zupełnie zadowolił. Podobał mi się sam sposób w jaki dźwięki się pojawiały, jak zmieniały swoje miejsce w konstrukcji, przemieszczały, jak się rozkładały i spajały.

Z Tarwaterem (który wystąpił po półgodzinnej przerwie) nie wiązałem specjalnych nadziei i dlatego tylko się nie zawiodłem. Jasne, można powiedzieć, że to nie moja bajka, ale lubię np. ich Silur a 11/6 12/10 też uważam za całkiem przyjemne. Z płyt wnioskowałem, że duet gra piosenki, oczywiście, nie takie radiowe lekko-łatwo-i-przyjemnie, ale jednak. Na koncercie w Browarze w odbiorze przeszkadzały mi dudniące, walące bity. Nie mogłem się radować liniami melodycznymi, drobnymi smaczkami, wokalami, czy w ogóle "klimatem", gdyż ten w ogóle nie zaistniał. Stale po uszach dawały topornie brzmiące rytmy.

Drugi dzień zaczął się również od projekcji, tym razem był to „Berlin: Symfonia miasta” (film Waltera Ruttmana z 1927 roku), do którego ścieżkę dźwiękową zaprezentował Vladislav Delay. Film przedstawia dzień z życia wielkiego miasta, koncentruje się na takich zjawiskach/obszarach tematycznych, jak fabryki (mechaniczny rytm urządzeń), zakupy, handel (rola pieniądza) rozrywki (zoo, kabarety, wyścigi), restauracje, transport (dojazdy do pracy, ruch uliczny), architektura. Jednym słowem – miejskość, do napięć na linii człowiek a jego wytwory, dzięki montażowi, autor dodał zestawienia podobieństw świata ludzkiego i zwierzęcego (np. walka psów a rękoczyny na ulicy) oraz kilka interesujących obserwacji, jak dzieci naśladują ‘prawdziwe życie’ dorosłych.

Fin wyrobił sobie markę na scenie nowej muzyki i jego łatwo rozpoznawalny styl nie wymaga chyba opisu. Delay zagrał tak, jak należało się spodziewać – przestrzeń (z fajnym pomysłem na puszczanie niektórych elementów tylko w jednym kanale), smugi dźwięków, skrawki, strzępy bitów, z kilkoma miejscami zagęszczonymi, chwilowymi przyspieszeniami, wszechobecny chłód. Artysta pewnie w większości miał wcześniej przygotowany materiał, ale cały czas, coś tam dokręcał, doprawiał. Choć nie zawsze idealnie trafiał z dźwiękami w to, co się działo na ekranie (czasem jakby ‘nadganiał’ fabułę), to moim zdaniem jego muzyka dobrze funkcjonowała jako soundtrack. Właśnie dzięki dźwiękom zaproponowanym przez Delay'a uświadomiłem sobie swoistość rytmu życia miasta. Zwykle mamy jakieś niejasne poczucie, że miasto żyje według jakiegoś rytmu. Wiemy, że jest on obecny, ale jednocześnie nie można go dokładnie uchwycić. Jest to spowodowane tym, że na rytm globalny składa się wiele rytmów o zasięgu lokalnym i ograniczonych w czasie, wywołanych przez różne zjawiska, które mają na siebie wpływ, wchodzą ze sobą w reakcje. Delay’owska ścieżka dźwiękowa była znakomitym (choć od strony muzycznej – bez wielkich zachwytów) tego odzwierciedleniem.

Po przerwie Gudrun Gut zaprezentowała projekt Ocean Club, który jest rozwinięciem pomysłu na klub czy też organizację mającą promować nową elektronikę. Obecnie pod tą nazwą istnieje audycja w Radio Eins, którą tworzą (obok G.G.) Thomas Fehlmann i Daniel Meteo. W sumie nie wiadomo było, czego się spodziewać (Gut miała podobno śpiewać?). Skończyło się na tym, że założycielka Moniki puszczała muzykę z winyli i cedeków (jakiś Mr. Scruff, Clouddead, kilka rzeczy z jej wytwórni). Było to może i przyjemne, ale bardziej nadawałoby się do siedzenia w kawiarni, tak żeby jakieś dźwięki leciały w tle. W tych warunkach (jako punkt w programie festiwalu), to jednak trochę mało. Gdy założycielka Malarii nadała szybsze tempo stery przejął Meteo. Szkoda, że ludzie zaczęli masowo wychodzić, zaraz gdy Gut zeszła ze sceny (jakby stwierdzili, że swoje już wysiedzieli i na dziś wystarczy). Meteo zaprezentował solidny tech-dubowy live act. Widać było, że fajnie mu się gra i garstce publiczności udało się nawet wyklaskać go na bis.

Nie wspomniałem dotychczas o Die Pfadfinderei, którzy zapewnili wizualizacje. Nie jestem specem w tych sprawach, ale ich działania, prezentowane na sześciu ekranach (dwa za występującymi i po dwa na ścianach bocznych, przy czym te ostatnie zwykle były wariacjami wokół centralnych projekcji) były ciekawym uzupełnieniem muzyki. Zawierały różne elementy od filmów (również przekształcanych, cofanych, wstrzymywanych) przez kształty geometryczne po elementy graficzne, które reagowały na rytm. W czasie występu Jelinka miałem nawet takie momenty, że bardziej moją uwagę przyciągał obraz (np. blokowiska czy zabawna sekwencja rysowania bohaterów komiksowych) a muzyka do niego po prostu pasowała. Także, gdy grał Meteo powstała ciekawa audio-wizualna całość, przy której można było odpłynąć.

Cieszy mnie to, że niektórzy ‘topowi’ artyści (teraz mam konkretnie na myśli twórcę loop-finding-jazz-records) są regularnymi gośćmi w Poznaniu, mam nadzieje, że będzie ich przybywać. Okazuje się, też że można zorganizować profesjonalny festiwal, który obejdzie się bez niedociągnięć technicznych (artystyczne to inna kwestia) i który przyciągnie mieszkańców innych miast (przyciągnął, prawda?). Może to sprawi, że Poznań stanie się naprawdę ważnym punktem na muzycznej mapie Polski.

Ciekawe, jakim miastom będą poświęcone następne mini-festiwale, kolejnej ważnej metropolii? A może organizatorzy odkryją dla nas jakieś miasto mniej znane, które jest również żywym ośrodkiem kultury?   

[pierwotnie opublikowane na nowamuzyka.pl]

3/28/2017

Mordy (Cafe Mięsna, 28.03.2006)

Są takie koncerty, że już po kwadransie trwania można przewidzieć, jak potoczą się (oczywiście w kategoriach „mniej-więcej”) do końca. Takie, że z grubsza wiadomo, co się stanie, po jakich poruszamy się obszarach i co muzycy mają do zaprezentowania. Taki rodzaj koncertów rzadko bywa naprawdę satysfakcjonujący. Zwłaszcza, jeśli za istotę występu na żywo przyjąć „dzianie się” albo inaczej – nieprzewidziany bieg wypadków. Jeśli koncert jest przewidywalny, to możemy zachwycać się maestrią instrumentalistów, jakąś atmosferą albo porównywać to, co słyszymy do wersji studyjnych. Czasem to wystarcza, ale zwykle jednak nie.
A na pewno nie mi. Dla mnie liczy się spontaniczność, otwartość, co nie koniecznie oznacza szaleńczą hiper-aktywność, przekręcanie rozmaitych gałek do oporu w każdą stronę, usilną chęć udziwnienia prostego dźwięku. Wystarczy to magiczne coś.
Wczorajszy występ Mord zdecydowanie sytuuje się na antypodach typu wzmiankowanego przeze mnie na początku. Blisko dwugodzinny występ nie pozostawia wątpliwości, co do klasy członków zespołu. A co za tym idzie do bandu jako całości. Podkreślam to, gdyż wydaje mi się, że w tym leży przyczyna tego, że nieokreślone coś materializuje się podczas koncertów grupy. Komunikacja między muzykami jest tak dobra, że podejrzewam ich o telepatię. Jakby muzycy czerpali siłę z siebie nawzajem, jakby zaczątki rytmów perkusisty pobudzały basistę do wtrącenia swoich paru dźwięków, a to z kolei uruchamia gitarzystę do wypuszczenia niebanalnej melodii. No i jest jeszcze trębacz, choć odniosłem wrażenie, że nie może on znaleźć dla siebie miejsca. Trochę zabrakło mu odwagi i przez większą część wieczoru raczył nas pojedynczymi frazami. Dopiero w ostatnim kawałku i bisie zrobił użytek ze swego dęciaka (choć wtedy ani nie rozwinął skrzydeł, ani nie pokazał pazura).
Swoista reakcja łańcuchowa, jaką jest współgranie muzyków, nie ma bezpośredniego przełożenia na muzykę. Mam na myśli to, że kompozycje nie są pokazami fajerwerków, nieustannym żonglowaniem motywami. Rozwijają się powoli, narastają, zwykle za podstawę mając połamane (ale stabilne) rytmy perkusji i diabelsko głębokie linie basu. Korzystając w równej mierze z estetyki rockowego noise’u (no, było parę powalających gitarowych ścian) jak i dubu (tak, również kilka razy zakołysało, w bardzo zamglonej otoczce) tworzą coś na przecięciu kilku różnych stylistyk, bez popadania w eklektyzm. Ważną rzeczą w ich grze jest transowość, jeśli dodać komunikację prostymi emocjami, otrzymamy muzykę angażującą bez reszty. Za jakieś punkty odniesienia można by uznać na tych samych prawach Tortoise, jak i Mogwai. Wczorajszego wieczoru natomiast kilka razy skojarzył mi się norweski zespół Salvatore. Jednak jakiekolwiek rzucanie nazwami, wyliczanki nie na wiele się zdadzą - Mordy grają co chcą. I robią to znakomicie.
Podobnie, jak muzykę zespołu umieszczałbym generalnie „pomiędzy” tak też wydaje mi się, że Mordy wyznaczają jakąś nową kategorię grania zespołowego. Grania razem, bo nie ma tu lidera i nikt nie goni szaleńczo za możliwością popisu, ale przy wyemancypowaniu się każdego z muzyków. Tak jakby zespół stanowił płaszczyznę do osobistej wypowiedzi każdego członka. Przy czym ta płaszczyzna jest wartością nadrzędną, a nie odskocznią.
To może zbędne dodawać, że każdy poszczególny styl, zagrywka, inwencja korespondują z pozostałymi, ale mnie to tak dogłębnie poruszyło, że muszę o tym wspomnieć. Każdy z mnóstwa pomysłów znalazł odpowiednie miejsce w dramaturgii przebiegu zarówno całości występu, jak i każdej kompozycji z osobna. Czerpałem ogromną radość siedząc naprzeciw muzyków i czekałem na to, co się jeszcze wydarzy. Mimo tak długiego czasu trwania, muzyka ciągle mnie zaskakiwała, fascynujące było, jak utwory nabierały drugiego i trzeciego (a nawet czwartego) oddechu i skręcały w nieoczekiwanym kierunku. Dawno nie czułem się tak wciągnięty (wręcz ogarnięty, pochłonięty) w przestrzeń dźwiękową, która wydawała się bezkresna.


[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]

3/18/2017

Ignaz Schick / Martin Tétreault w Starym Browarze (13.02.2006)

Kolejny raz artyści naprawdę światowego formatu zagościli w Starym Browarze. Tym razem, po występie na Transmediale i krótkiej trasie po Niemczech, w Poznaniu pojawili się Ignaz Schick i Martin Tétreault . Obaj reprezentują nurt improwizacji nazywany gramofonizmem – jest to granie na adapterach, rzadko jednak przy pomocy płyt. Częściej używa się jego poszczególnych części i dźwięków, jakie wydają po odpowiednim nagłośnieniu.
Szczerze mówiąc to jestem pod ogromnym wrażeniem koncertu – o wyważonej relacji nie ma mowy. Ale bez sensu byłoby czekać aż ochłonę z emocji – artyści wysłali w publiczność taką ilość energii, że jeszcze długo będę nosił w sobie wrażenia z ich występu.
Działo się bardzo dużo, ale był to chaos kontrolowany. To właśnie spodobało mi się najbardziej – otwartość na przypadek, odwaga w przyjmowaniu tego, co niespodziewane. Na tym właśnie powinna polegać improwizacja. Na wyrażaniu siebie z niezachwianą konsekwencją. A także na samoistnym zgraniu, które umacnia się podczas rozwoju koncertu. I ten warunek był spełniony, artyści prawie w ogóle na siebie nie patrzyli, nie odzywali się do siebie, a ich gra była naprawdę wspólna, zjednoczona. Rozumieli się w lot – językiem jaki wybrali by wyrażać siebie były dźwięki.
Przy tym zachowywali odrębność swoich charakterów. Schick (wyposażony w dwa profesjonalne adaptery) był bardziej takim rozrabiaką, rzucał małe papierki, metalowe krążki na talerz gramofonu, nakładał na niego plastikowe tabliczki, gwałtownie poruszał ramieniem z igłą, ostro szczotkował jego powierzchnię, obstukiwał obudowę. Tétreault jakby bardziej skupiony, coś a’la „mały majsterkowicz” – na swoim jednym prymitywnym gramofonie wyżywał się drapiąc go zapamiętale igłami, którymi zakończone były ruchome ramiona (co zapewniało mu swobodę ruchu), używał też mikrofonów kontaktowych, do których przykładał rozmaite niezidentyfikowane przedmioty.
Nie wiem, czy jest sens wymieniać dalej czynności, jakie stosowali artyści by rozszerzyć spektrum dźwięków wydobywanych ze swoich maszyn. Kto nie widział (i jednocześnie nie słyszał efektu), ten nie zrozumie ich siły. Aspekt wizualny był ważny, niektóre czynności były wręcz śmieszne, ale w niewymuszony sposób, nie było żadnego mrugania oczkiem do odbiorcy, że teraz będzie żart i należy się zaśmiać. Działania miały posmak parateatralny, niektóre przeradzały się w rozbudowane gesty albo cała ich serie, cały koncert przypominał trochę performance. Była w tym moc – ta moc dziania się, kontaktu pozawerbalnego między muzykami i nadawania komunikatu do publiczności. Tego, że oni robią coś teraz, a ja to odbieram. Mogę i chcę.
Duża ilość czynności powodowała olbrzymią ilość dźwięków. I co znów świadczy o geniuszu tych improwizatorów – w tym natłoku wszystko czytelne, przejrzyste. Nawet jeśli nie zrozumiałe od razu, to dzięki rozwojowi wszystko układało się w idealnym (nie)porządku. Postaram się wymienić niektóre z zapamiętanych odgłosów: dużo fabryki – pas transmisyjny, mielenie, spalanie, przetapianie, miażdżenie, piece, młoty, dźwigi. Oprócz tego: lotnisko w oddali, zatłoczone przejście podziemne na dworcu pkp, bicie serca, człowiek spadający w otchłań jeziora znajdującego się na dnie jaskini, jego ciało uderzające o dno tego jeziora, tętno, szum trzech źdźbeł trawy, kornik w belce, ścieranie na proch rogu kozła, oddech kamienia, zawiązywanie paczki z szarego papieru parcianym sznurem. Pisk jelita cienkiego, szuranie gwoździem po blasze, oddech noworodka . Skrecze, jazzowa piosenka, świst powietrza.
No i co? Napisałem na czym grali, co robili, a także – co słyszałem. No, jeszcze nie napisałem, że ich występ podzielił się w sposób naturalny (przez wyciszenia) na cztery części i że trwał poniżej godziny.
Ale, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek istotnego przekazałem na temat tego koncertu?
Jeśli nie, jeśli czytelniku nie zadowala Cię ta relacja – to przepraszam.
Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ja naprawdę w głowie ciągle mam co innego...Mianowicie: jeśli takie coś (koncert? występ? a może po prostu – spotkanie), jak to coś dzisiejszego, co stało się w Browarze dzięki przyjazdowi Schicka i Tétreault , może się wydarzyć (podkreślam – stać się, odbyć, zaistnieć), to warto pójść na sto nieudanych, a co tam sto, może być i tysiąc nieudanych koncertów – by raz przeżyć (podkreślam) coś takiego.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


3/06/2017

Jaki Liebezeit / Burnt Friedman w Starym Browarze (13.12.2007)

Postanowiłem na koncert pójść bez „przygotowania” – nie słuchać wspólnych płyt obu artystów, co w efekcie dało brak oczekiwań, a taki stan jest czasem dobrym punktem wyjścia. Oczywiście nie byłem tak zupełnie czysty, znałem jakieś płyty Can oraz nawet więcej rzeczy, do których rękę przyłożył Friedman.

Sala Słodowni w Browarze wypełniona, może nawet bardziej niż na Murcofie, nazwiska tych dwóch twórców uruchomiły zapewne nieco inne „targety”, licznie stawili się zarówno ci, dla których niemiecka grupa była soundtrackiem młodości, jak i obecni fani dokonań połówki Flangera.

Zaczęło się (z pewnym opóźnieniem) i od razu było (mi) dobrze. Miałem nadzieję, że może dostaniemy jedne długi set, nieco w stylu recenzowanych niedawno w serwisie The Necks. Tak się nie stało, ale i tak poszczególne utwory zwykle przekraczały 10 minut, kilka z nich mogło wprowadzić w trans. W niektórych górę brały wręcz taneczne rytmy, które kojarzyły się z muzyką etniczną (afrykańską, ale też latynoską – np. w ostatnim pobrzmiewał motyw z „Lambady”) przez specyficzne brzmienie perkusji, która raczej przypominała zestaw cong lub bongosów. Warto przy okazji wspomnieć o nietypowym doborze elementów – nie było centrali ani hi-hatu, Liebezeita lepiej określić jako bębniarza niż perkusistę.

Friedman serwował dźwięki elektroniczne, które niełatwo ująć w słowa. Jednocześnie gładkie, ale nie na tyle, aby zsuwały się po powierzchni percepcji, chyba chłodne, ale nie oziębłe, może raczej – odświeżające, jakby wiosenne. W ogóle ta pora roku byłaby dobrą metaforą dla muzyki duetu, było w niej jakieś rośnięcie, bardzo organiczne, jak w trzecim kawałku, gdzie po samplu akordeonu i wygaszeniu muzycy zaczęli powracać do coraz bardziej skomplikowanych struktur, które były jak narośle mchów albo jak orzeźwiająco zielone zarośla. W piątym kawałku elektronika była niczym otwierające się pąki, w nim też dosłyszałem minimalistyczny puls jak z ostatniego tracka Con Ritmo. Czasem robiło się kosmicznie, żeby nie powiedzieć, że Kosmischer-Pitchowo (czego najlepszym przykładem czwarty utwór), niektóre patenty rytmiczne przywoływały Deadbeata.


Organizatorzy anonsowali to wydarzenie, jako kandydata do koncertu roku, dla mnie chyba nie, co nie zmienia faktu, że bardzo miło wspominam ten wieczór.  

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl wkrótce po koncercie]

8/20/2016

Karol Schwarz All Stars, Sao Paulo Underground, Mikrokolektyw w Uchu (8-9.04.2006)

Z okazji trasy Sao Paulo Underground po Polsce postanowiłem urządzić sobie krótki urlop od codzienności. Jako pretekst miał mi posłużyć któryś z koncertów tego projektu – ostatecznie padło na Trójmiasto. Wybór o tyle trafny, że dzięki temu mogłem zorientować się, jak na żywo wypada również Karol Schwarz All Stars. Zespół ten grał w tym samym klubie (gdyńskim Uchu), tyle że dzień wcześniej.
Na koncert dotarłem lekko spóźniony (za pierwszym razem znaleźć ten klub nie jest wcale łatwo, a i droga długa), ale ominąłem chyba tylko jeden utwór. Spora przestrzeń klubu nie była zbyt napchana ludźmi, ze spokojem dało się jeszcze znaleźć miejsce przy stoliku. Gdy tylko po usadzeniu swej osoby, otworzyłem w spokoju uszy – zostałem trafiony. Kurcze, czyżbym słuchając ich „Greatest Hits” przegapił, że w Polsce mamy odpowiednik Fat Freddy’s Drop? Masywny, bujający motyw z kamery pogłosowej, delikatne rzężenie gitary, sunący bas, dodający smaku i energii bongos i śpiewne, stonowane frazy wokalisty, serwowane zmanierowanym, leniwym głosem. Ale to niestety tylko jeden numer (pod koniec, przed bisem, taki klimat na chwilę powrócił), w innych było również bardzo przyjemnie. Choć mniej zajmująco, muzyka tak bardzo się nie narzucała, że niektóre kompozycje można byłoby spokojnie przegadać. Tym milej, że publiczność żywo reagująca, podczas koncertu pokazała, że jednak przyszła tu słuchać, a nie rozmawiać i bardzo ciepło przyjmowała kolejne propozycje kwartetu.
Całość prezentowała się ciekawie, balansując między inteligentnym popem, nie-eksperymentalnym postrockiem, czerpiąc również z transowości krautrocka. Choć ten ostatni element został podchwycony by wydobyć piosenkową strukturę i zorganizowanie kompozycji, do tego służyły również dubowe akordy. Może by ożywić i wzbogacić nieco koncerty mogliby dokooptować do składu jakiegoś saksofonistę bądź trębacza, czasem brakowało mocniejszej melodii czy solówki.
Jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej z tym zespołem, który może zapełnić lukę na polu nie-głupkowatej piosenki, takich propozycji u nas brak. Pomyślcie o tym, jak brzmiałaby Formacja Nieżywych Schabów, gdyby jej członkowie czerpali inspiracje z nowej muzyki, a nie z kiczu lat przeszłych.

Dzień drugi – Mikrokolektyw i Sao Paulo Underground. Tym razem to nie ja jestem spóźniony, ale muzycy. Jednak opóźnienie nie przekraczało „normy” koncertów jazzowych. W końcu na scenę wchodzą Artur Majewski i Kuba Suchar. Pierwszy oprócz trąbki miał jeszcze dwa dość duże cowbelle, które traktował pałeczkami i mooga. Perkusista oprócz regularnego zestawu (uzupełnionego o dwa plastikowe pudełka rezonansowe) grał jeszcze na dziwnych urządzeniach elektronicznych. Wysokość sceny w Uchu uniemożliwia mi zidentyfikowanie ich, ale był tam chyba mały zestaw perkusji elektronicznej i jakiś prymitywny syntezator. Z tego drugiego wydobywały się bardzo ciekawe dźwięki – motywy, które kształtowały kompozycje, a często jakby podkreślały (przez kontrastowość – same były chwytliwe, czasem banalne) skomplikowanie przebiegów rytmicznych. A te robiły wrażenie, gdy panowie zaczęli, bez żadnych zbędnych introdukcji grę pomyślałem, że nie tylko Otomo Yoshihide uważa „Out to Lunch” Erica Dolphy’ego za ważny punkt odniesienia i inspiracji. Suchar na perkusji grał ogarniając ją w całości naraz, miał pełne brzmienie, wielopłaszczyznowe i skomplikowane. Jego gra mimo dużej dozy „free” charakteryzuje się specyficznym stylem, jakby narastającym, budującym napięcie, często stosuje przerywanie partii, dozowanie dźwięku. Raz chyba pokusił się też o prosty, niemal marszowy schemat i również wypadło to bardzo ciekawie. Także grze Majewskiego nie mam nic do zarzucenia, dźwięki jego instrumentu brzmiały naturalnie, gdy je już przetwarzał to czemuś to służyło, a nie było radością z kręcenia gałkami. I dobrze, bo czasem wychodzi mi już bokiem „pastelowatość” fraz granych na delay’u czy piski, na jakie nastawiony jest na przykład Toshinori Kondo. Trębacz Robota grał spokojnie, ale z zaangażowaniem, długie wstęgi, mocne frazy, z silnie zaakcentowanymi zwrotami. Gra instrumentalistów okraszona była wspominanymi motywami, nieco mrocznymi, ale jednak ciepłymi, które wprowadzały pewien sznyt retro. Występ trwał tylko ponad pół godziny i z pewnością nie nasycił, rozbudzonego dodatkowo, apetytu publiki na grę Polaków.
Po chwili na scenie pojawiły się gwiazdy wieczoru: Rob Mazurek, Mauricio Takara i Richard Ribeiro. A więc kolejno: kornecista (no i miał ze sobą laptopa), perkusista (laptopa też miał) i następny perkusista. SPU też bez specjalnych ceregieli dotarli od razu do sedna sprawy – nawałnicy dźwięków. Zestaw Takary był skromniejszy niż Ribeiry i to ten drugi był odpowiedzialny za rytmy oraz ich nieustanne rozciąganie i przełamywanie. Takara bardziej poszukiwał interesujących brzmień, punktował całość muzycznej płaszczyzny, pojedynczymi dźwiękami. Poza tym był odpowiedzialny za cały czas obecne gdzieś w tle, niskie, zimne organiczne tony, które były niczym fale rozbijające się o brzeg. Z jego laptopa od czasu do czasu uchodziły też szmery i rozmaite drobne zakłócenia. Mazurek stosował całą gamę technik: poza tłumikiem (którego używał też Majewski), zasłaniał wylot kornetu ręką, chustą, a także stosował delikatne przybrudzenie, uzyskiwane elektronicznymi efektami. Występ był niejako dwuczęściowy, po dramatycznym, pełnym emocji solo kornetu, okazało się, że to co słyszeliśmy do teraz było tylko wstępem. Potem wszystko uległo jakby zdwojeniu. Gdyby porównywać grę SPU i Mikrokolektywu, to ci pierwsi nieustannie rozszerzali przestrzeń, a drudzy, jakby ją mapowali, oznaczali. Taki opis nie powinien przywodzić na myśl żadnych wartościowań, że jedni z muzyków są lepsi, inni jeszcze do tego nie dorośli – nic z tych rzeczy. To tylko próba ujęcia pewnej postawy twórczej.
Zresztą jak się okazało – oba podejścia korespondują ze sobą i na ich bazie może dojść do wspaniałego spotkania. Po około 50 minutach wzlotów muzycy SPU zakończyli grę, ale Mazurek nie dawał się długo prosić i przyznał, że okej, że zagrają jeszcze i zaprosił na scenę z powrotem Polaków. Znów zaczęło się ostro, gdyż wszyscy trzej perkusiści naraz zaczęli pastwić się nad swoimi instrumentami. Największe wrażenie wtedy zrobił na mnie Ribeira, który niepostrzeżenie potrafił przestawić się z obstukiwania obudowy bębnów na tworzenie skomplikowanych rytmów. Majewski zaczął spokojnie (potem poczynał sobie trochę odważniej), Mazurek nadal grał swoje smutne, jakby lekko nadgryzione rdzą melodie. Tych dwoje porozumiewało się tylko przy użyciu dźwięków, w ogóle na siebie nie patrzyli, grali znakomicie razem, co wynikało z tego, że nie gonili się nawzajem, ale spokojnie dawali z siebie całą gamę emocji. Pod koniec pierwszej improwizacji Mazurek wzmocnił miniaturowe dźwięki swego instrumentu, które urosły do mazistego, transującego ambientu. Potem zaczął szeptać „robot”, co obsesyjnie powtarzane i przetwarzane brzmiało jak głos z zaświatów. Pod koniec półgodzinnej improwizacji Takara, który zajmował się głównie laptopem, wysnuł z niego takie dźwięki, że to co wcześniej było nieustannie emanującym tłem, które trzeba było wyłapać spod instrumentów, wyszło na plan pierwszy i urosło do apokaliptycznych rozmiarów. Abstrakcyjny dźwiękowy walec przetoczył się przez cały klub kończąc koncert mocnym akcentem.
Przed zastanawiałem się, czy ostatni akt będzie udany, czy nie będzie przypadkiem słyszalne jakieś zblazowanie, znudzenie sobą. No, wolnego – nic z tych rzeczy, raczej byłem świadkiem końcowego procesu tworzenia się w pełni samoświadomego organizmu, kolektywu muzyków, którzy wiedzą czego chcą – chcą grać ze sobą i cieszy ich każda kolejna okazja. Wszak wciąż pozostało tyle emocji do zagrania.

[relacja napisana wkrótce po, opublikowana pierwotnie na nowamuzyka.pl]

8/01/2013

Berlin Atonal 2013 - niedziela

Gdy w Berlinie spodziewano się, że pobity zostanie kilkudziesięcioletni rekord temperatury (38,1 C), chłodne wnętrze elektrowni przy Köpenicker Straße było idealnym miejscem na spędzenie niedzieli.
Do szczęścia wystarczyłby mi już brak słońca i wygodne krzesło, a tu jeszcze Lower Order Ethics puszczała mroczne dźwięki (np. "Frankie Teardrop" prawie w całości). To było bardzo przydatne, żeby dojść do siebie i odnaleźć się w przestrzeni. Która robiła wrażenie, zwłaszcza przez swój ogrom: jeden poziom to wielka przestrzeń zakończona sceną, a niżej jeszcze dwa, z czego jeden dostępny tylko do oglądania; dodatkowo fajnie oświetlona.
Rashad Becker mówił bardzo ciekawe rzeczy w artykule w Wire, dlatego miałem spore oczekiwania przed jego występem. Nie będę trzymał was w niepewności – nie zawiódł. Muzyka z gatunku wyjątkowych, kilka dźwięków a’la Evol (ale nie tak wyśrubowanych), trochę jakby Pure (jednak nie skumulowane masy, a grupy drobnych motywów), ze względu na mnogość detali do głowy przyszedł mi też O.S.T., brzmieniowo nie bardzo daleko do Waisvisza (ale tutaj wszystko na poważnie). Gdzieś jakby przetworzone fragmenty wokali, wyginane, podobnie jak i inne dźwięki, dużo spirali i zakrętów, czasem loopy, ale albo zmieniane albo dwa nakładane nierówno na siebie. Gdzieś mignął powidok muzyki azjatyckiej, ale to może bardziej efekt sugestii tym, co autor mówił w Wire. Zbędne wizualizacje, które wydały mi się wręcz obrazą dla tego co Becker tworzył.
Positive Center - przyzwoite techno, darkambientowo pod koniec.
Na pierwszy rzut wydawałoby się, że Grischa Lichtenberger grał z naciskiem na perkusyjną/bitową warstwę, ale przy dłuższym obcowaniu i lepszym wsłuchaniu, zaczęło się okazywać, że jest to muzyka zróżnicowana, wielowarstwowa. Silne uderzenie nie było jej jedynym celem, wzbogacały je plamy, rozszerzające tła albo punktowe dźwięki niczym z sonaru. Do tego ładne światła.
Kwestię równoważenia elementów mógłby zechcieć przemyśleć Zan Lyons, który zaczął dość ładnie, nawet słodko dzwoneczkując, czasem sięgał po skrzypce, które następnie zapętlał. A potem zaczął napieprzać bitami, naprawdę mocno. A potem znów smutny pasaż i ogólnie tego chyba było więcej. Nic złego, a też gdyby były tylko smutacko-ładnie, to mogłoby być trudne do strawienia, jednak takie łączenie nie do końca zadziałało.
Zmianę klimatu zapewnił Russell Haswell, który zaczął od zabaw tonami prostymi i złożonymi, spoko, ale wyglądało to na bardziej na wprawki, niż na jakieś konkretniejsze coś. Bo to coś miało dopiero nadejść, druga część zaczęła się też jak ćwiczenie, tym razem z rozkładania bitów na czynniki pierwsze. Techno majaczyło na horyzoncie, ale długo nie nadchodziło, Haswell dał sobie czas na rozpędzenie się, a gdy już do tego doszło, było powalająco, agresywnie, z wieloma wykręconymi dźwiękami upchniętymi między bity (które nigdy do końca nie stały się standardowe). Z tego niestety postanowił przejść w noise, mogłoby to się udać, ale tutaj niestety pokonała go akustyka sali. Tak jak fajnie było słuchać tych cząstek bitów odbijających się od przeciwległej do sceny ściany, tak nieprzyjemnie było taplać się w bezforemnej głośnej breji.
Ancient Methods (teraz już solo) – bardzo przyzwoite techno, mógłby pokombinować z przejściami między utworami, jeden utwór bardzo Regisowy (może po prostu wynik współpracy z nim?), najlepszy pod koniec, zaskakujący ze zmutowanym ardkorowym motywem.
Tak czekałem na Samuela Kerridge’a, a gdy zaczynał czułem się już nieco zmęczony (była to szósta godzina słuchania muzyki). Z jednej strony, wtedy (i teraz też) wydaje mi się, że było super, więc o co mi chodzi, ale z drugiej nie mogłem wykrzesać z siebie takiego entuzjazmu, jak bym chciał, na jaki ta muzyka by zasługiwała.
Podobnie niestety z Violetshaped, którzy utrudnili sprawę dodatkowo, bo ich muzyka to w pełni wypełnione pasmo, walec prący nieustannie do przodu, który miażdży słuchacza. Kerridge zostawia trochę miejsca, otwiera przestrzeń także mniej oczywistymi rytmicznie (albo wcale nierytmicznymi) fragmentami.
Te występy zamknęły część kuratorowaną przez Contort, czyli cykl imprez (upraszczając) organizowany od 2012 przez Kerridge’a i jego żonę. Reszta wieczoru została poświęcona artystom związanym z Blackest Ever Black.
Na szczęście jakoś powróciły mi siły przed Raime, a też ich muzyka była pewną odmianą, bo sporej dawce dość podobnych (uogólniając) propozycji. Był jeden nowy utwór, z samplem wokalnym, a jeden z albumu brzmiał jakby inaczej (inne sample perkusji?). Odbiór zakłócały nieco deptane i kopane kubki, których dużo się walało po ziemi.
Cut Hands słuchałem z dołu, Vatican Shadow już prawie w ogóle, bo trzeba było odpocząć przed "aftershow" w pobliskim Shifted. Tu Powell, który grał pomysłowo, nie wszystko miksując w bit, tylko np. zostawiając intra utworów, a już zupełnie zaskoczył „Anit War Dub” Digital Mystikz. Potem Joe Andrews z Raime, na początku twarde oldskulowe techno, potem jungle, fajnie było patrzeć na to, jaką ma radochę z grania, a ludzie dobrze reagowali, aż nawet jakiś rewind się zdarzył. Następne Will Banhkead (The Trilogy Tapes), który najpierw trochę uspokoił parkiet, ale w końcu i tak przywalił. W zasadzie akuratnie, bo utorował drogę DJ-owi Richardowi, który początek swojego setu ustawił tak, że jego "Leech2" wydawał się tego wstępu naturalną konsekwencją. Było ciężko, brudno, ale zarazem tak energetyzująco, że o piątej rano zmęczenie uleciało i pląsałem radośnie.

2/05/2013

CTM.13 w telegraficznym skrócie

Nie mam siły na pisanie wstępów, zarysowywanie kontekstów itd. CTM to festiwal znany kiedyś jako club transmediale, a to jest jego strona www. Jeśli przejrzycie program, to zorientujecie się, że byłem tylko na części wydarzeń, dzięki czemu mogę się wymigać od obowiązku podsumowywania.

29.01

W Berghain ostatecznie zamiast Opium Hum na początku wystąpił Marius Reisser serwując sporo mrocznego ambientu, z momentami nawet symfonicznymi, ale też kilkoma wyraźniejszymi akcentami rytmicznymi. Całość przebiegała nieoczywistymi ścieżkami i intrygowała, choć może trwała nieco zbyt długo.

Zwłaszcza dla tych, którzy czekali na pierwszy występ TM404 (czyli nowego projektu Andreasa Tilliandera). Zaczęło się od klimatów kojarzących się ze Stottem, potem górę wzięły wyeksponowane kwaśne motywy, które zaskakująco dobrze funkcjonowały z technowym stelażem bitów i przemykającymi opłotkami dubowymi rozwiązaniami.

Emptyset nie słyszałem wcześniej na żywo, a zewsząd dochodziły do mnie głosy, że warto, trzeba i w ogóle najlepiej. Tutaj z towarzyszeniem wizualizacji Joanie Lemercier, które przez pierwszą część były bardziej zredukowane, oszczędne, opierały się na prostych motywach. Potem estetyka nieco się zmieniła, pojawiło trochę wizualnego brudu, jakieś elementy odwołujące się do świata rzeczywistego (płomienie?). Był to ciekawe rozwnięcie formuły, gdzie wizualizacje niekoniecznie ściśle podążają za muzyką, ale okalają czy nawet ją rozwijają.
Same dźwięki były przytłaczające, opresyjne, choć wypada zaznaczyć, że występ nie opierał się tylko na atakowaniu rytmami i sporo było też bardziej abstrakcyjnych rozwiązań.

Czego zabrakło trochę w muzyce Diamond Version, choć może swoje zrobiło też zmęczenie, spowodowane po części olbrzymią ilością dymu (głównie sztucznej mgły, ale też papierosowego). Po dowcipnym intro "Mission Statement" było tylko gorzej. Miałem niemiłe wrażenie, że panowie postanowili pojedynkować się z Emptyset, być głośniejsi, agresywniejsi i tak generalnie "bardziej". Drażniło mnie, że ich muzyka opierała się na rozwiązaniach siłowych, choć zaaranżowanych w efektowne układy (co nie zaskakuje przecież przy tej klasy artystach). Wizualizacje raczej nie przyciągały uwagi, poza dość kuriozalnym fragmentem, w którym oglądaliśmy super bryki, co przywodziło na myśl intra z "Need for Speed". W połowie występu na scenie pojawił się Atsuhiro Ito ze swoją świetlówką, na której odstawił efekciarską solówkę. Zawsze wydawało mi się, że jest to ktoś, kto miał świetny pomysł na swój image, wobec czego uznał, że obejdzie się już bez pomysłu na swoją muzykę. Jego wsparcie dla Diamond Version tylko to potwierdziło.

30.01

Z jakiegoś powodu Jar Moff zaczął wcześniej niż przewidywała rozpiska, w związku z czym załapałem się tylko na część jego występu. Był to gęsty strumień brudnych, brzydkich dźwięków, których kontury rozmywały się w pogłosie, ale nie na tyle, by stracić drapieżność. Przez większość czasu nie dało się wyszczególnić dominujących elementów, choć chwilami pojawiały się zalążki rytmu albo jakiś obszerniejszych struktur. Dziwna muzyka, którą trudno mi do czegoś porównać, odnieść.

Wiadomo było, że Mark Fell przygotuje coś specjalnego, ale czegoś takiego chyba nikt się nie spodziewał. Nowe słówko na dziś: windyman. Na potrzeby występu Fella rozstawiono wśród publiczności trzy takie. W użyciu były także stroboskopy, których migotanie odpowiadało szybkości bitów. Nadmuchiwane postaci, z namalowanymi uśmiechami, wyglądały komicznie oglądane w stopklatkach świateł, jakby nieporadnie próbowały dostosować swoje ruchy do muzyki. Absurdalność całej sytuacji sprawiła mi wiele radości. Fell skupiał się głównie na manipulowaniu tempem albo układem bitów. Dźwięki były mocno zredukowane, nawet jak na niego, w drugiej części kojarzyły się trochę z Evolem.

Keith Fullerton Whitman z początku przyjemnie zaskoczył, dźwięki krążyły między kanałami, pojawiały się niespodziewanie, były wciągające ze względu na samą fakturę. Jednak z czasem zaczęło mi brakować jakiejś narracji, czegoś co łączyłoby ze sobą kolejne wydarzenia, które bez tego po prostu się działy i nie tworzyły całości.

Następnie Florian Hecker zaprezentował równocześnie trzy utwory w trzech przestrzeniach klubu, zgodnie z sugestią publiczność ochoczo przemieszczała się z miejsca na miejsce. Wydaje mi się, że Hecker korzystał z materiału zawartego na Speculative Solution albo jakoś odnoszącego się do tego albumu. Nagłośnienie dawało spore możliwości, a wrażenie robiły zwłaszcza bardzo wysokie częstotliwości wwiercające się w uszy.

Lee Gamble znów nie był w stanie mnie do siebie przekonać. Słuchając jego występu w Boiler Room myślałem o tym, że pozornie wszystko w tej muzyce jest na swoim miejscu i powinno działać, a jednak nie chwyta ona tak, jakby mogła. Wczoraj przyszło mi do głowy, że jest do muzyka robiona bez przekonania – choć nie umiałbym tego uzasadnić, czy wytłumaczyć przekonująco.

31.01

Wieczór rozpocząłem od koncertu monograficznego Ernstalbrectha Stieblera, na którym jego utwory wykonywali Agnieszka Dziubak, Werner Dafeldecker, Ensemble L'Art pour L'Art oraz sam kompozytor. Niestety jego wizja minimalizmu nie wydała mi się szczególnie interesująca. Skorzystałem więc z okazji (przerwy), by udać się w kierunku Berghain.

Najpierw zajrzałem do pobliskiej Kantine, by posłuchać, co zrobi Wife, którego może trochę zlekceważyłem na Unsoundzie. Muzycznie było całkiem dobrze, ale znów przeszkadzały mi wokale. Oczywiście można argumentować, że dodawały one utworom pewnego oddechu, jednak moim zdaniem są one zbyt zmanierowane i z chęcią posłuchałbym jego "bitów" bez tego dodatku.

Znów nie zostałem do końca, bo w Berghain miała zaczynać Holly Herndon. Podczas popołudniowego spotkania mówiła o tym, jak denerwuje ją bycie porównywaną do innych kobiet tworzących muzykę, więc zastanawiam się, czy powinienem wspominać, że początek jej występu kojarzył mi się z Mają Ratkje a potem niektóre fragmenty przywodziły na myśl Laurie Anderson. Gdy po abstrakcyjnym, niemal noise'owym wstępie pojawił się stelaż 4/4, byłem nieco zawiedziony. Że to takie łatwe, oczywiste. Ale Herndon czy to przez aranżacje, prowadzenie narracji czy przez sam dobór brzmień, nie wpadła w pułapkę bawienia się w techno (coś o co można by obwiniać Lee Gamble'a).

Forest Swords wolałbym przemilczeć, bo tak naprawdę z tego koncertu w pamięci pozostała mi warstwa wizualna. Zwłaszcza nastrojowy fragment z neonami i światłami miasta, oprócz tego pojawili się też Maya Deren i Stan Brakhage.

Zmęczenie dało o sobie znać, zastanawiałem się, czy nie odpuścić dalszej części wieczoru, jednak zostałem. Zabawne, jakimi krętymi ścieżkami to wszystko się odbywa. Bo gdybym znał LP d'Eona, to pewnie nie czekałbym na jego występ, ale szczęśliwie dotrwałem i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Materiał, który zagrał wczoraj odnosił się do płyty, ale w niedużym stopniu, głównie przez obecność cykających bitów. Tutaj jednak pojawiały się one na pierwszym planie, a często były w zasadzie jedynym elementem. Nie zawsze też cykająco migotały, raczej otumaniająco łomotały. Można tutaj doszukiwać się wpływów breakcore'u, footworku, ale było to też podejście znajome z niektórych nagrań Marka Fella. Gdzie repetycja odbywa się w tak szybkim tempie, że powtarza jednostka traci na znaczeniu i istnieje tylko w kontinuum. Albo w drugą stronę: że jeden element jest rozszczepiany i wchodzimy w jego wnętrze, jakbyśmy oglądali go pod mikroskopem.

01.02

Jednym z powracających tematów na festiwalu jest rave, postrzegany jako pewien miniony okres świetności. Pod szyldem "Rave Undead" poświęcano mu już uwagę w poprzednich dniach (m.in. występ Lorenzo Senniego, pokaz Fiorucci Made Me Hardcore).
Wczoraj preludium do imprezy w Berghain były dyskusje. Szczególnie interesująca była ta z udziałem Marka Fishera, Lee Gamble’a i Steve’a Goodmana.

Byłem bardzo ciekaw Samuela Kerridge’a, który może nie tyle zaskoczył, co nieco wyłamał się z rave’owego tematu. Bardzo długo obywał się bez bitów, wytwarzał raczej cykliczne przypływy i odpływy fal. Zabrzmi to banalnie, ale klimat był apokaliptyczny, choć nie odniosłem wrażenia, że było to celem samym w sobie. Na pewno nie chodziło o epatowanie, ale trudno było nie być pod wrażeniem monumentalnej grozy tych dźwięków i skali jaką operował Kerridge – wydawało się, że wszystko rozgrywa się w jakiś olbrzymich przestrzeniach, których horyzont wyznaczają sunące basy.

Rave’owy set Sheda był fajny i zabawny. Powell grał bardziej zróżnicowanie, czasami udając się w mroczniejsze rejony. Pojawiały się też motywy, przez które myślałem, że to Evol rozpoczyna swój występ.

Brawo dla organizatorów za ustawienie ich na prime time (zaczynali o czwartej). Mógł to być trochę taki kij w szprychy (albo w mrowisko), bo jednak Evol tylko nawiązuje do rave’u, dekonstruuje go, rozkłada na czynniki. Co budujące, publiczność przyjęła te pół godziny chorych dźwięków gromkimi brawami.

Andy Stott zaczął od materiału z ostatniej płyty, której nie jestem fanem. Potem zaczął grać cięższe rzeczy, bardziej duszne, ale też mniej pomysłowe jeśli chodzi o zastosowane rytmy.

02.02

W sobotę w końcu wybrałem się do Haus der Kulturen der Welt, gdzie odbywa się transmediale oraz wydarzenia wspólne z CTM. Tego wieczoru w zestawie telekonferencja z Alejandro Jodorowsky’m, Demdike Stare i Gatekeeper.

Zanim jednak to, postanowiłem choć uszczknąć czegoś z programu transmediale i poszedłem na pokaz filmów m.in. Oskara Fischingera, Alaina Resnais, Elizabeth Price i Adriana Brunela (małe odkrycie).

Wieczór miał przebiegać niejako pod patronatem Jodorowsky’ego – Demdike w warstwie wizualnej obficie wykorzystali jego filmy. Niestety hucznie zapowiadana telekonferencja okazała się niewypałem. Mikrofon, do którego mówił reżyser siedząc w swoim domu w Paryżu, nie działał i w zasadzie nie można było zrozumieć jego wypowiedzi. Nie ma coś pastwić nad organizatorami, ale naprawdę zakrawa to na żenadę, bo tego problemu technicznego nie udało im się ostatecznie rozwiązać.

Wydawałoby się, że dzięki temu będzie więcej czasu na przygotowanie mających potem nastąpić występów, ale z jakiegoś względu brytyjski duet rozpoczął z półgodzinnym opóźnieniem. To co zaprezentowali podobało mi się bardziej niż ich materiał na ostatnim Unsoundzie. Tutaj nikt nie zaoferował im współpracy z orkiestrą i panowie generalnie zrobili swoje. Pytanie tylko, do czego rzeczywiście potrzebna była warstwa wizualna, bo nie wydaje mi się, żeby pchnęła ich w jakieś nie odkryte artystyczne lądy.

Zdecydowanie związek dźwięku i obrazu dało się wyczuć w „Exo” Gatekeeper i Tabora Robaka (który stworzył do ich muzyki grę). Kolejny raz na tym festiwalu mam wrażenie, że słucham czegoś bardzo dziwnego, czego nie umiem ująć, wytłumaczyć, ani umiejscowić. Ale jest to wrażenie bardzo pozytywne.

To był tak naprawdę dopiero początek długiej nocy i z występu Gatekeeper dotarłem na… występ Gatekeeper. Tyle, że teraz zamiast w wielkiej sali HKW, siedząc na wygodnych fotelach, słuchałem ich w piwnicy pływalni miejskiej (gdzie działa klub Stattbad), w ścisku, gorącu i dymie. Co prawda w HKW nie we wszystkich utworach pojawiał się wyraźny bit, ale gdy tak się działo, to jednak trochę dziwnie było odbierać to na siedząco. Do Stattbad dotarłem na końcówkę ich występu, akurat grali utwór, który też w HKW się pojawił ("Encarta") i tutaj wybrzmiał on zupełnie inaczej.

Cała impreza, zrobiona we współpracy z berlińskimi promotorami z Purge, odbywała się na trzech salach, a pomysłem była chyba jak największa różnorodność. Przechadzając się między salami można było przenosić się między grającymi jednocześnie ︻╦╤─ ƱZ ─╤╦︻, Skreamem z Sgt. Pokesem oraz Necro Deathmort. GdyAlec Empire rozpoczynał swój set, ja udałem się na najbardziej wyczekiwany punkt programu – Mykki Blanco. Niby nic niezwykłego, ale to zaangażowanie i energia wkładane w występ robiły wrażenie. No i głos, w zasadzie różne głosy, żonglowanie sposobami podawania tekstu, nagłe porzucanie go na rzecz onomatopei.

Potem chciałem już tylko dotrwać do DJ Sotofetta, który rozpoczął bardzo różnorodnie i na pewno kontynuował równie ciekawie, ale ja już nie miałem na nic siły.

03.02

Podczas imprezy w Stattbad rozmawiałem z dwoma osobami zaprawionymi w CTM-owych bojach i pojawił się wątek ewolucji, jakiej podlega festiwal. Że teraz stał się bardziej gwiazdorski, jest przeglądem dużych nazwisk, że brakuje zaskoczeń, mniej znanych artystów czy debiutantów. Oczywiście do pewnego stopnia jest to prawda, ale zarazem trudno to wyraźnie określić: czy Samuel Kerridge jest jeszcze mało znany, czy Evol jest nadal zaskoczeniem? Równolegle z jakoś „gwiazdorskim” wieczorem w składzie Holly Herndon, Forest Swords, d’Eon, Kuedo, niedaleko mamy nie tak oczywisty line-up: reliq, Wife, Iceage, Oneirogen, a innego dnia prezentację wytwórni Grautag.

Czego mi trochę brakowało, to występów, które przełamywałyby formę standardowego live-actu (ze specjalnie przygotowanymi wizualizacjami lub bez, mniejsza z tym). Nie znoszę narzekactwa na laptopowców i nie przeszkadza mi, gdy ktoś grając gapi się ciągle w ekran i klika – jeśli jego muzyka jest ciekawa. Ale czasem przydaje się coś innego, tak dla odświeżenia. W zeszłych latach takie wydarzenia nie były rzadkością, by wymienić choćby Rudolfo Quintasa, Justina Bennetta czy Mudboy’a.

Niedzielny zestaw popołudniowy wyszedł nieco naprzeciw moim oczekiwaniom. Najpierw był ciekawy wykład Heimo Lattnera o języku silbo gomero, potem nieciekawy spektakl duetu Set Mosaic i w końcu występ Ghédalii Tazartèsa.
Tego ostatnio wyczekiwałem bardzo, bo jeszcze nie miałem okazji usłyszeć go na żywo. Tak jak w przypadku Mykki Blanco – można powiedzieć, że nic niezwykłego, ale znów: ten głos i zaangażowanie. "Podkłady" (materiał z Coda Lunga) puszczał z płyty, do tego kilka instrumentów: naszyjnik z muszelek, dzwoneczki, bęben obręczowy. To wystarczyło.

Na marginesie chciałbym odnotować cieszący mnie fakt ponownej rozbudowy programu dziennego: spotkań, wykładów, dyskusji i prezentacji. Tutaj przy dużym udziale dziennikarzy The Wire i skromniejszym Resident Advisor. Chociaż Lisa Blanning chyba nie przekona mnie do siebie, to trzeba jej oddać, że sprawnie moderowała w/w dyskusję z Fisherem, Gamble'em i Goodmanem. Jednak powodzenie rozmów zależało głównie od pytanych, a nie pytających. Max Dax niekoniecznie błyszczał na spotkaniu z Terre Thaemlitzem, co nie zapobiegło temu, że padło wiele ciekawych spostrzeżeń. Świetna była też rozmowa Ellen Blumenstein z Kennethem Goldsmithem.

10/17/2012

Tricoli, Mathieu, Lescalleet w Auslandzie, 11.10.2012


Tricoliego słyszałem już kilka razy, więc nie oczekiwałem zaskoczeń. Zaczął bez zbędnych wstępów i wprowadzeń - od razu mocno, z początku dźwiękami kojarzącymi się z fajerwerkami, szybko osiągając głośny, "nieładny", chaos. Przez jakiś czas dominowały odgłosy uderzeń albo spadających przedmiotów, z pogłosem. Potem nastąpiła najlepsza część, wręcz nastrojowa: głosy nawołujące się w jaskini, krzyki mew, nawarstwiające się, potęgujące. Takie pójście w klimat o wiele bardziej mi odpowiadało niż poprzedzające to rozwiązania siłowe. Całość trwała około 15-20 minut.


Wcześniej zastanawiałem się, jaki będzie układ wieczoru i gdy rozpoczął Tricoli, to pomyślałem, że idea jest taka, aby bardziej agresywne występy przedzielił Stephan Mathieu. Ale co ja tak naprawdę wiem o jego muzyce? Ostatnią rzeczą, którą słyszałem był chyba Radioland, więc na pewno nie jestem na bieżąco. W Auslandzie zagrał kompozycję Tashiego Wady (w wersji "podróżnej" - jedna warstwa była puszczona z laptopa). To mnie zaskoczyło zupełnie - było mocno, zdecydowanie, w dobrym sensie twardo. Bez międlenia i rozwadniania, które jakoś (niesłusznie?) kojarzyłem z działalnością Mathieu. A tutaj sam konkret, spójność. Może nawet zbyt pospieszne zwinięcie dźwięków na koniec, wobec pewnego rozmachu kompozycji. Choć może lepiej tak, niż przesadzić i to pół godziny było akurat.


Jasona Lescalleeta trudno określić jako gwiazdę całego wydarzenia, ale dla mnie był na pewno największą atrakcją (nie sądziłem, że będę miał kiedyś szansę zobaczyć go na żywo). Co dziwne, trochę osób wyszło przed jego występem. Jeszcze więcej w trakcie, bo rzecz rozwinęła się na prawie godzinę. Zaczęło się bez zapowiedzi od ledwo słyszalnego, skradającego się szmeru. Po czym nagle pojawiły się pyknięcia spowodowane przez migającą lampkę, a zaraz silne walnięcia, które chyba nie były przewidziane. Lescalleet je jednak przyjął, zgłośnił i zaczął nimi manipulować (pitchując) oraz rytmizować, chociaż nie w zupełnie oczywisty sposób. Stopniowo dokładał wokół nich brud, wypełniał wolną przestrzeń.


Nastąpiło wyraźnie zaplanowane przejście do następnej części: najpierw cichej, zbudowanej z drobiazgów, potem skontrastowanych stonowanymi basowymi tąpnięciami, które przez swoją nierównomierność wprowadzały niepokój. Nie były one głośne, jednak z czasem powodowały rezonowanie różnych elementów pomieszczenia i miałem wrażenie, że Lescalleet świadomie tym grał.


Wydaje się, że całość wzbiera i narasta wyraźnie z myślą o wielkim finale, ale jednak nie. Dotychczasowe dźwięki schodzą na dalszy plan, a pojawia się (chyba) nagranie terenowe dzwonów, w którym słychać sporo otoczenia i też może jakieś pasmo dograne?


Ale to też nie był koniec, z oddali słychać już rozciągnięte uderzenia, które okazały się tym, co podejrzewałem - spowolnionymi bitami. Piosenka stopniowo jest coraz głośniej i przyspiesza, ale jest jeszcze poniżej "normalnej" szybkości, gdy Lescalleet wznosi toast piwem sugerując, że to by było na tyle.


Lescalleet grał używając dwóch dużych magnetofonów szpulowych, dwóch małych, dwóch Casio SK-1, dyktafonów i laptopa.