Już od jakiegoś czasu chciałem wrzucić ten artykuł, pretekstem niech będzie to, że dziś obejrzałem kolejny film K. Kurosawy, Dopperugengâ, który jest najnowszym z omawianych w tym tekście. Artykuł pochodzi z Kwartalnika Filmowego 51/2005 (w całości poświęconego kinu azjatyckiemu), podziękowania dla Ani i Pawła za pomoc w jego zdobyciu.
Andrzej Pitrus Puste miejsca. Kino Kiyoshi Kurosawy
Ostatnie lata przyniosły kolejną falę zainteresowania kinem Japonii - przede wszystkim popularnym, które dociera do świata zachodniego zarówno w postaci "oryginałów", jak i coraz liczniejszych amerykańskich remake'ów. Jednak nie wszyscy twórcy nowego kina japońskiego zostali odkryci przez kinomanów z Europy i Stanów Zjednoczonych, nadal pozostając reżyserami niszowymi, znanymi jedynie garstce entuzjastów. W gronie tych artystów bez wątpienia na szczególną uwagę zasługuje Kiyoshi Kurosawa - filmowiec o znajomo brzmiącym nazwisku, niezwiązany jednak w żaden sposób z autorem Tronu we krwi.
Kariera Kurosawy przypomina do pewnego stopnia tę, która stała się udziałem Seijuna Suzuki - patrona niezależnego kina, które zaczęło się rozwijać w Japonii pod koniec lat 60. Suzuki, początkowo związany z dominującą na rynku wytwórnią Toho, specjalizował się w pospiesznie realizowanych yakuza eigu - zwykle dość tandetnych dramatach z życia japońskich gangsterów. Kiedy jednak wyzwolił się z więzów narzucanych przez monopolistę, niespodziewanie odkrył swój styl, stając się jednym z najbardziej interesujących reżyserów lat 70., umiejętnie łączącym konwencje kina gatunkowego z elementami autorskimi. Kurosawa, który debiutował w 1983 roku, także najchętniej sięgał właśnie po specyficzną konwencję japońskiego filmu gangsterskiego, często zderzając elementy dramatyczne i komediowe. Pracował szybko, korzystając z niewielkich budżetów, niejednokrotnie w obrębie gotowych wzorców-formatów. Znaczna część jego wczesnych realizacji to bowiem produkcje przeznaczone dla telewizji, będące częścią serii współtworzonych przez różnych reżyserów-rzemieślników.
Oglądając odcinki Weź się w garść, albo strzel sobie w łeb (Katte ni shiyagare! Eiyé-keikaku, 1996) i Kurację (Kyua, 1997), trudno uwierzyć, że filmy te są dziełem jednego twórcy i że powstały w odstępie jednego roku. Z jednej strony mamy do czynienia z trywialną, niejednokrotnie wulgarną komedią, z drugiej - z dojrzałym, wyrafinowanym wizualnie i myślowo dziełem reżysera, którego styl rozpoznajemy już po kilku ujęciach.
Kuracja to utwór pod wieloma względami przełomowy. Jest on nie tylko znakiem zerwania z kinem klasy B, ale także wprowadza, w jakże doskonałej formie, wiele elementów, które staną się częścią autorskiego języka reżysera. Realizując ten tajemniczy thriller, Kurosawa podjął współpracę z charyzmatycznym aktorem Kôji Yakusho - znanym widzowi zachodniemu przede wszystkim z głównej roli w Eurece (2000) Shinji Aoyamy. Yakusho, bez wątpienia najbliższy współpracownik artysty, wystąpił do tej pory w sześciu najważniejszych filmach Kurosawy. Grał różne role, zawsze jednak wprowadzając do dzieła rozpoznawalny typ bohatera - skrywającego tajemnicę, nierzadko targanego skrajnymi emocjami. Kuracja definiuje także styl wizualny reżysera - oparty na długich ujęciach, bliższych azjatyckiej niż europejskiej tradycji estetycznej, akcentujących znaczenie pustki - tak ważnej w inspirującej go filozofii zen. Film jest jednocześnie przykładem specyficznego sposobu opowiadania. Choć mamy tu do czynienia z kryminalną zagadką, Kurosawa rezygnuje z tych tropów, które widzowi zachodniemu wydają się najważniejsze dla formuły thrillera. Rozwiązania narracyjne są wprowadzane w sposób arbitralny, twórca chętnie korzysta z elips, sprawiających, że logika przyczynowo-skutkowa zostaje zachwiana. Nie jest to jednak skutkiem nieudolności, ale konsekwentnego wyboru. Kurosawa interesuje się bowiem nie samą historią, ale postaciami, które stają przed ostatecznymi wyzwaniami.
Choć reżyser zdecydowanie odwrócił się od produkowanej masowo tandety, do dziś jego kino często, choć nie zawsze, sięga po rozwiązania wywiedzione z kina gatunków. Najczęściej utożsamia się go z filmem grozy - być może za sprawą ImpulsuKairo, 2001) - pierwszego filmu artysty, który trafił do szerszej dystrybucji poza Japonią. Ale większość "gatunkowych" realizacji twórcy nic zachowuje jednorodności, łącząc odniesienia do różnych konwencji: thrillera, melodramatu, a nawet komedii. To właśnie Kuracja definiuje też sposób wykorzystania gatunku przez Japończyka. Konwencje kina popularnego nigdy nic są dla niego wartością samą w sobie - zawsze stanowią pretekst dla refleksji wykraczającej daleko poza możliwości filmowej komercji.
Przełomowy dla Kurosawy thriller wykorzystuje elementy fantastyki grozy. Bohaterem jest policjant prowadzący śledztwo w sprawie tajemniczych morderstw dokonywanych zawsze w podobny sposób. Początkowo wydaje się, że zabójcą jest seryjny morderca, pozostawiający na ciele ofiar charakterystyczną ranę w kształcie dwóch krzyżujących się linii. Takabe szybko jednak przekonuje się, że sprawcami są osoby najbliższe ofiarom, które - działając w rodzaju transu - dokonują krwawych zbrodni. W trakcie dochodzenia okazuje się, że inspiratorem zabójstw jest młody człowiek zafascynowany Mesmerem i możliwością wpływania na innych za pomocą hipnozy. Jednak to nie poszukiwania hipnotyzera znajdują się w centrum uwagi reżysera: wpada on w ręce policji przypadkowo i niespodziewanie. Kurosawę interesuje przede wszystkim relacja między faktycznym zabójcą a policjantem, który stopniowo odkrywa przerażającą prawdę. Przypadkowi ludzie nie są jedynie bezwolnymi marionetkami, działania Makoto wyzwalają jedynie ukryte mroczne pragnienia, docierając do głęboko skrywanych pokładów nienawiści. Również Takabe staje się obiektem manipulacji: w niezwykle sugestywnych wizjach widzi śmierć swojej chorej psychicznie żony, która od lat jest dla niego ciężarem. Opowiedziana w filmie historia, zdawałoby się, w prosty sposób zmierza w kierunku ponurego finału. Ku zaskoczeniu widza Fumie nic ginie jednak z rąk męża. Sama odbiera sobie życie, ale w pewnym sensie jest ofiarą Takabe, który zdolny był wyobrazić sobie siebie w roli zabójcy.
Obecny w Kuracji wątek spotkania ze złem powraca wielokrotnie w późniejszych realizacjach Kurosawy, między innymi w nakręconych jednocześnie z mniej udaną Ścieżką węża (Hebi no michi, 1998) Oczach pająka (Kumo no hitomi, 1998). Ta niskobudżetowa produkcja (zdjęcia i montaż obydwu filmów trwały zaledwie dwa tygodnie) przynosi prostą, ale jednocześnie opowiedzianą w wyrafinowany sposób historię człowieka, który traci dziecko. Jego córka została zamordowana przez psychopatę, który po sześciu latach trafia w ręce żądnego zemsty ojca. Nijima torturuje go i zadaje powolną śmierć, by w końcu powrócić do normalnego życia. Niespodziewanie wątek zemsty urywa się, kiedy Nijima spotyka przyjaciela z dawnych lat, który oferuje mu pracę. Mężczyzna zostaje... zawodowym zabójcą wplątanym w rozgrywki pomiędzy gangami. Zaskakująca dla zachodniego widza konstrukcja, polegająca na rozbiciu opowiadania na dwie pozornie niepowiązane sfery, po raz kolejny dowodzi, że znaczenia filmów Kurosawy należy wywodzić nie z samego opowiadania, lecz także, a być może nawet przede wszystkim ze sposobu ukształtowania go. Działania Nijimy nie zmierzają w żadnym konkretnym kierunku. To nie rozgrywki yakuzy są tu ważne, lecz raczej sytuacja, w której bohater staje się sprawca zła, mającego w części pierwszej wymiar indywidualny, w drugiej zaś do pewnego stopnia instytucjonalny. Zbrodnie popełnione na zlecenie japońskiej mafii w pewnym sensie przekreślają gest zemsty. Kluczem do zrozumienia filmu są sceny, w których w realistyczny świat dzieła wkrada się delikatnie zarysowany pierwiastek niesamowitości. Nijima widzi tajemniczą postać - być może zamordowaną przed laty córkę - przywodzącą na myśl strzygi z klasycznych japońskich horrorów. Jest ona znakiem dokonania się zła - podobnie jak w późniejszym Seansie (Kôrei, 2000). W finale powraca ona tylko po to, by ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Bohater zrywa otulający ją całun i przekonuje się, że pod spodem znajduje się jedynie drewniany kolek. Zemsta, której dokonał, zostaje ostatecznie unieważniona, śmierć zadawana z rozkazu bossów gangu traci swoją wagę. Jest pustym, mechanicznym gestem, oderwanym od sfery emocji.
Oczy pająka to film prowokacyjny i budzący kontrowersje. Można odnieść wrażenie, że reżyser w pewien sposób usprawiedliwia sam akt zemsty. W istocie jednak kwestie etyczne nie znajdują się w centrum jego zainteresowania. Bardziej ciekawi go sama sytuacja kontaktu ze złem, jak również trywialność zła. Problem ten rozwija zresztą we wspomnianym już Seansie - filmie bliższym konwencji filmu grozy, a jednocześnie prostszym pod względem narracyjnym.
Kôji Yakusho wciela się w nim w posiać reżysera dźwięku, którego żona, obdarzona zdolnością jasnowidzenia, próbuje przekonać policję, że jej umiejętności mogą być przydatne podczas śledztw. Detektyw poszukujący dziewczynki porwanej przez kidnapera, choć nie jest przekonany o skuteczności metody, zwraca się do niej z prośbą o pomoc w ustaleniu miejsca pobytu dziecka. Junko w istocie dostarcza przydatnych informacji, są one jednak niewystarczające, aby odnaleźć dziewczynkę. Nieoczekiwanie jednak dziecko ucieka porywaczowi i ukrywa się w skrzyni Sato, który wybrał się do lasu, aby nagrywać odgłosy potrzebne mu do przygotowywanej właśnie ścieżki dźwiękowej. Niestety nie od razu znajduje dziecko, które spędza w kufrze kilka dni. Kiedy jego żona wyczuwa jego obecność, dziewczynka jest w stanie krańcowego wyczerpania. Małżonkowie nie decydują się zgłosić sprawy policji, licząc, że uda im się przeprowadzić plan mający na celu utwierdzenie policji w przekonaniu, że metody poszukiwania zaginionych proponowane przez Junko są w istocie skuteczne. Niestety, podczas próby ukrycia dziewczynki Salo przypadkowo zabija wycieńczone dziecko...
Przesłanie filmu jest prostsze i bardziej jednoznaczne. Bohaterowie postawieni w sytuacji wymagającej zdecydowanego określenia hierarchii wartości dokonują złego wyboru. Zło, które czynią, nie wymaga namysłu, staje się niejako automatycznie. Zbrodnia zostaje zaś ukarana w podwójny sposób: policja odkrywa rzeczywisty przebieg wydarzeń, a Junko - choć możemy się tego jedynie domyślać - traci niezwykłe zdolności.
Seans, film niewątpliwie sugestywny i znakomicie zrealizowany, wydaje się jednak tylko wprawką do najlepszego w dorobku Kurosawy horroru - Impulsu. Punkt wyjścia opowiedzianej w nim historii może budzić skojarzenia z Kręgiem Hideo Nakaty (Ringu, 1998) - filmem w efektowny sposób łączącym tradycję japońskich opowieści niesamowitych z nowoczesną, technologiczną oprawą. U Nakaty pośrednikiem między światem rzeczywistym a obszarem zamieszkanym przez duchy jest kaseta wideo, w filmie Kurosawy zmarli komunikują się z żywymi za pośrednictwem Internetu. Ale Impuls nie jest kolejnym wariantem techno-horroru, a już z całą pewnością naśladownictwem Kręgu [1]. To utwór w pełni oryginalny i z całą pewnością najlepszy wśród "gatunkowych" realizacji Kurosawy.
Jego struktura jest bardziej otwarta niż w przypadku Seansu. Wcześniejszy film był zdecydowanie jednowątkowy i pomimo użycia charakterystycznych dla reżysera elips, dawał wrażenie obcowania z dziełem nakierowanym na opowiadanie historii - wyraźnie zresztą spuentowanej. Impuls ma odmienny charakter: jedynie początek przynosi obietnice zagadki, której rozwiązanie ma się siać źródłem satysfakcji widza. Jesteśmy oto świadkami samobójczej śmierci młodego informatyka, która zapoczątkowuje serię zagadkowych wydarzeń. Na ścianach mieszkań bohaterów pojawiają się czarne zarysy ludzkich postaci, a ich komputery same łączą się ze stroną www zawierającą niepokojące obrazy i zaproszenie do spotkania ze światem duchów. Jednak to nie „śledztwo" mające wyjaśnić zagadkę jest treścią filmu. Kurosawa rezygnuje z fabularnych klisz horroru na rzecz epizodycznej struktury ukazującej rozpad rzeczywistości zarażonej śmiercią, a w spektakularnym finale oferuje widzowi przerażającą wizję końca świata.
Choć Impuls budzi jednoznaczne skojarzenia z konwencją filmu grozy, elementy gatunku występują w nim tylko w sferze ikonografii, W istocie dzieło to korzysta z formuły do zbudowania metafory, która rzadko wybrzmiewa w sposób tak intrygujący w horrorze. Film Kurosawy opowiada przede wszystkim o spotkaniu młodości ze śmiercią, o niemożności jej zrozumienia i zaakceptowania nieuchronności.
Impuls jest przede wszystkim filmem atmosfery. Brak w nim zaskakujących efektów typowych dla horroru, a jednak budzi on ogromny niepokój - co jest rzadkością w czasach, kiedy kino niesamowite częściej szokuje, niż przeraża. Tym bardziej osobliwy wydaje się kolejny film Kurosawy - ostatni spośród prac nawiązujących do rozwiązań kina gatunku. Sobowtór (Dopperugenga, 2003) łączy różne formuły, od horroru przez science fiction po groteskową komedię, którą - jak się wydawało - Kurosawa porzucił w drugiej połowie lat 90. Ale film nie jest także powrotem do tropów z początków kariery reżysera. Wykorzystanie elementów groteskowych służy tu bowiem celom mającym w istocie niewiele wspólnego z komedią.
Bohaterem filmu jest genialny wynalazca i konstruktor przygotowujący dzieło swojego życia - sztuczne ciało, które pozwoli osobom sparaliżowanym poruszać się, wykonywać codzienne czynności, a nawet uprawiać sporty. Michio jest typem pracoholika, całe życie poświęca badaniom, zmuszając także swoich współpracowników do całkowitego oddania idei stworzenia sterowanego myślą robota. Perypetie zawiązane z doskonaleniem wynalazku są jednak tylko tłem wydarzeń pierwszej części filmu. Bohater nieoczekiwanie spotyka wtedy swego sobowtóra, który początkowo rozwiązuje jego problemy wynikające z braku czasu, lecz w rezultacie doprowadza życic naukowca do ruiny. Tytułowy Doppelgänger jest bowiem zaprzeczeniem Michio - wulgarny, leniwy i złośliwy staje się rodzajem lustrzanego odbicia bohatera, metaforą "ciemnej strony" i skrywanych pragnień.
Zaskakująca jest struktura filmu. Pierwsza część kończy się zamordowaniem sobowtóra przez Michio. Jednak bohater nie powtarza scenariusza znanego między innymi ze Studenta z Pragi. Uśmiercenie Doppelgängera nie prowadzi do unicestwienia naukowca. Życie Michio pogrąża się natomiast w chaosie. Stąd właśnie nagła i radykalna zmiana tonacji gatunkowej - film staje się bowiem zwariowaną czarną komedią, której fabuła koncentruje się wokół prób przejęcia niezwykłego wynalazku.
Sobowtór w sposób wyraźny odstaje od pozostałych realizacji japońskiego twórcy. Oglądany jednak w kontekście wcześniejszych jego dokonań -wydaje się konsekwentnym rozwinięciem obsesji Kurosawy, także tych, które wyrażał w filmach odchodzących od konwencji gatunkowych. W Sobowtórze pobrzmiewają echa filozofii zen z jej wizją człowieka zmierzającego do samopoznania i samoakceptacji. Michio, odrzucając nieakceptowaną część swojej osobowości, przeczy sobie, doprowadzając w konsekwencji do zanegowania również tego, co wydawało mu się istotą jego osoby. To dlatego w finałowej scenie rzuca swój wynalazek w przepaść.
Wątki obecne w Sobowtórze pojawiły się w filmach Kurosawy macznie wcześniej - właśnie w realizacjach autorskich rezygnujących z jakichkolwiek odniesień do formuł kina popularnego. Co ciekawe filmy te stanowią nie odrębny etap twórczości artysty, a rodzaj "alternatywnej ścieżki", na którą Kurosawa wkracza pomiędzy filmami gatunkowymi.
Pierwszy film z tego kręgu powstał w 1998, potwierdzając od razu wysoką klasę Kurosawy-autora. Pozwolenie na życie (Ningen gokaku) to historia młodego człowieka, który budzi się po dziesięciu latach śpiączki będącej efektem wypadku, któremu uległ, mając czternaście lat. Niezdolny do nawiązania kontaktów z rodziną decyduje się zamieszkać z Fijimorim - przyjacielem swojego ojca, który hoduje karpie na obrzeżach miasta. Spotyka się także z matką i siostrą, pragnąc zrekonstruować życic, które utracił. Nie jest jednak do tego zdolny: pogrążył się w komie, będąc nastolatkiem, teraz jest młodym mężczyzną niemającym wzorców relacji z rodziną. Ważną, choć drugoplanową postacią jest także Murota, który potrącił przed laty Yoshiego. Spotykamy go dwukrotnie: raz, kiedy chłopiec wychodzi ze szpitala, gdy - chcąc wymazać z pamięci tragiczny wypadek - oferuje Yoshiemu dużą sumę pieniędzy, i drugi, gdy niszczy zbudowaną przez bohatera farmę. Targany poczuciem winy mężczyzna pragnie wrócić do stanu sprzed wypadku, czyni wszystko, aby wymazać Yoshiego ze swego życia. Podobnie jednak jak młody bohater filmu przekonuje się, że nie ma powrotu do przeszłości.
Yoshi ma nadzieję, że można zacząć wszystko od nowa. Reżyser odbiera jednak bohaterowi i widzom wiarę w nowy początek. Widząc zniszczenia, jakich dokonał Murota, Yoshi nie próbuje rekonstruować swojej farmy. Przeciwnie: chwyta za piłę spalinową i kończy dzieło zniszczenia. W ostatniej scenie decyduje się wyruszyć w podróż z Fujimorimm, zostawiając wszystko oprócz ukochanego konia. I wtedy ulega groteskowemu wypadkowi: zostaje śmiertelnie zmiażdżony przez stertę rupieci.
Pozwolenie na życie opowiada o niemożności pokierowania własnym losem, niespełnionych marzeniach i wadze przypadku, który jest zdolny przekreślić wszelkie decyzje człowieka. Opowiada także o młodości - to zresztą główny motyw autorskich filmów Kurosawy, powracający także w nurcie gatunkowym, m.in. w Impulsie. Reżyser odchodzi jednak od rozwiązań stosowanych przez innych twórców japońskich, ukazujących często tę problematykę w kontekście społecznym, kulturowym czy nawet politycznym i akcentujących wątek nieprzystosowania młodego pokolenia do reguł świata dorosłych. Dla Kurosawy młodość jest raczej ogólną kategorią - artysta osadza bohaterów swoich filmów w świecie niemającym wiele wspólnego z rzeczywistością współczesnej Japonii. Stąd jego dzieła są pozbawione interwencyjnego charakteru i konfrontują jedynie pewien stan "bycia młodym" z obszarem wartości ludzi dorosłych. Zestawienie to wybrzmiewa doskonale w Świetlanej przyszłości (Akarui mirai, 2003) [2] - rozpadającej się, podobnie jak kilka innych filmów Japończyka - na dwie odrębne części. W pierwszej poznajemy młodych bohaterów zatrudnionych w fabryce ręczników. Mamoru i Nomura nienawidzą swej pracy, a gest życzliwości ze strony szefa traktują z podejrzliwością. Intencje Fujiwary nie są zresztą czyste: oferuje chłopcom podwyżkę, stałe zatrudnienie, odwiedza ich w domu, chcąc "podglądać" ich młodość, wejść do ich fascynującego dla niego świata. Mamoru, sfrustrowany natarczywością właściciela firmy, zakrada się do jego domu i morduje Fujiwarę i całą jego rodzinę. Zostaje schwytany i trafia do więzienia, gdzie - po raz pierwszy od wielu lat - spotyka się z ojcem, z którym utracił kontakt.
Druga część filmu skupia się na relacji ojca Mamoru i Nomury, którzy tworzą rodzaj zastępczej rodziny. Shinichiro postanawia nawet adaptować chłopca, do czego jednak w końcu nie dochodzi. Nomura nie tyle buntuje się przeciwko ojcu przyjaciela, ile po prostu nic dostrzega jego uczuć. Jest skupiony na "misji" powierzonej mu przez Mamoru, który podarował mu meduzę, prosząc jednocześnie, aby stopniowo przyzwyczaił ją do życia w słodkiej wodzie. Niemożliwy plan udaje się niespodziewanie zrealizować: meduza przystosowuje się do nowych warunków i - na skutek niefortunnego przypadku - trafia do jednego z tokijskich kanałów. Tam rozmnaża się, doprowadzając do katastrofy (zwierzę wydziela zabójczy jad i stanowi zagrożenie dla mieszkańców miasta), a Namoru niechcący staje się organizatorem "ataku terrorystycznego". Meduza staje się nie do końca jednoznaczną figurą reprezentującą bohaterów - jest niebezpieczna, a jednocześnie piękna. Scena, w której tysiące niebieskawych meduz płynie jednym z kanałów to obraz na długo pozostający w pamięci widza. Meduza wyhodowana przez Namoru odzwierciedla także miejsce młodych buntowników w świecie, którego nie akceptują. Z jednej strony należą oni do innego obszaru i nie chcą żyć we wrogim dla siebie środowisku, z drugiej jednak są skazani na konieczność adaptacji, by spełnić się w akcie buntu.
Kurosawa nie ocenia swoich bohaterów, ale jednocześnie nie wierzy w rewolucję, która często ma jedynie fasadowy charakter. W finale filmu Nomura zostaje skonfrontowany z grupą kontestatorów-rebeliantów ubranych w jednakowe t-shirty z wizerunkiem Che. Ich bunt jest łatwy, ale jednocześnie na swój sposób pusty. Koszulki, mające być potwierdzeniem ich niezgody na porządek świata dorosłych, kupili zapewne w supermarkecie, do którego trafiły one z fabryki produkującej je w tysiącach egzemplarzy.
Młodzi ludzie są także bohaterami wcześniejszej realizacji Kurosawy, mającej zresztą w dorobku reżysera szczególny charakter. Stracone złudzeniu (Oinaru genei, 1999) to nie autorski film, ale projekt zrealizowany z udziałem grupy studentów. To także najbardziej minimalistyczne dzieło: całkowicie pozbawione fabuły, przynoszące jedynie zapis codziennych działań młodych bohaterów. W pewnym sensie zapowiada ono bliższy formule gatunkowej Impuls, jest jednak pozbawione elementów nadprzyrodzonych. Kluczem do filmu jest wizualny refren - obraz jednego z bohaterów dosłownie "znikającego", wtapiającego się w otaczającą go przestrzeń. Bohaterowie istnieją w świecie, ale w pewien sposób w nim nie uczestniczą, poszukują obcych wzorców, żywiąc się w McDonaldzie i próbując - jak zespół muzyczny grający muzykę opartą na brazylijskich rytmach -interpretować to, co w istocie dla nich niezrozumiałe. Jedna z bohaterek - dziewczyna pracująca na poczcie - skacze z dachu, by za chwilę pojawić się w następnej scenie bez jakichkolwiek śladów wypadku. Kiedy indziej zostaje pobita przez grupę wyrostków. Także w tym przypadku nie odnosi żadnych obrażeń. Jest nieśmiertelna, ponieważ lak naprawdę nie żyje, nie uczestniczy. Jest obok.
Jedynym filmem z "autorskiego" nurtu twórczości Kurosawy, który nie odnosi się do problemu młodości, jest Charisma (Karisuma, 1999). Bohaterem tego niezwykłego, także niemal pozbawionego fabuły, utworu jest dojrzały mężczyzna, grany przez ulubionego aktora reżysera - Kôji Yakusho. Goro jest detektywem, który - po niefortunnej akcji zakończonej śmiercią zakładnika - decyduje się opuścić rodzinę. Udaje się do lasu, gdzie spotyka ludzi opiekujących się przedziwnym drzewem - tytułową Charisma. Roślina ma niezwykłe właściwości: niszczy wszystko, co znajduje się wokół niej, doprowadzając jednocześnie do odnowienia ekosystemu. Kiedy drzewo zostaje ścięte, bohater znajduje inne i próbuje uczynić je następcą Charismy.
W filmie tym powraca wątek relacji jednostki wobec zbiorowości. Drzewo w pewnym sensie odzwierciedla postawę Góro wobec rzeczywistości - także on starał się dokonać odnowienia zepsutego świata, niejednokrotnie nie oglądając się na konsekwencje swojego działania. Charisma jest zjawiskiem niezwykłym - jedynym przedstawicielem gatunku. Zasługuje na ochronę, choć drzemie w nim niszcząca siła. W piętnastowiecznym poradniku pielęgnacji ogrodów czytamy: Istnieje powiedzenie "dziesięć tysięcy drzew w jednym spojrzeniu". Zapytany o znaczenie tego powiedzenia, odpowiedziałbym, że oznacza to zasadzenie drzew w ogrodzie tak, aby wszystkie bez wyjątku mogły być widoczne w czasie jednego tylko spojrzenia. Nawet najpiękniejsze drzewo zasadzone blisko podstrzesza może zasłonić wiele mniejszych drzew znajdujących się w oddali. [3]
Goro zdaje sobie sprawę, że Charisma przeczy porządkowi wywiedzionemu z tradycji japońskiej.
Filmy Kiyoshi Kurosawy kończą się w charakterystyczny sposób. Reżyser nie pozwala wybrzmieć ostatnim kadrom, urywa niespodziewane finałowe ujęcie. Dopiero po chwili na czarnym tle pojawiają się napisy końcowe. Widz pozostaje z uczuciem pustki. To jednak pustka znacząca, zbliżona to tej, jaką przynosi japoński ogród zen - pozbawiony roślinności, przemawiający jedynie potencjalnością niezagospodarowanej pozornie przestrzeni. Pustka, która manifestuje swoją obecność w zakończeniach filmów Japończyka, jest obecna jednak także w inny sposób. Kurosawa jest bowiem twórcą akcentującym rodzaj kruchości znaczeniowej i nietrwałości swoich filmów, pozostawiającym często domysłom to, co w punku widzenia świata Zachodu znalazłoby się w centrum zainteresowania. Aktualizuje w ten sposób jedną z podstawowych kategorii estetycznych [4] w sztuce japońskiej - ceniącej wartości odległe od tych, które my uważamy za istotne.
Ceni też niejednoznaczność. Przedstawione w tym tekście sugestie interpretacyjne należy więc traktować jako przybliżenia, w pewnym sensie zwracające się przeciwko intencji artysty. Dając niejednokrotnie dowody przywiązania do tradycji zen, Kiyoshi Kurosawa kształtuje swoje dzieła na wzór koanów [5], będących jedną z podstawowych form nauki buddyzmu zen. Koan może być pytaniem, na które nie ma odpowiedzi. Jego sensem jest samo jego zadanie, może być także odpowiedzią, która jednak nie daje nam instrukcji. Opowiadanie wyprzedza znaczenie, nie predeterminuje go.
Umysł to zdolność, zjawiska to informacje: obydwa są niczym rysy na lustrze.
Kiedy nie ma rys ani kurzu, widać czystą powierzchnię lustra.
Kiedy zapominacie o umyśle i zjawiskach, wasza natura jest prawdziwa. [6]
Być może ten pochodzący z XI wieku koan najlepiej wyjaśnia filmy Kurosawy.
[1] Film Hideo Nakaty cieszył się dużą popularnością w Japonii, gdzie doczekał się kilku sequeli. Zrealizowano jego wersję amerykańską i koreańską. Powstało także wiele naśladownictw, w których kasetę wideo zastępują telefony komórkowe, komputery i inne urządzenia technologiczne.
[2] Film był także rozpowszechniany pod tytułem Meduza.
[3] D. A. Slawson, Sztuka ogrodów, w: Estetyka japońska, red. K. Wilkoszewska, tłum. M. Kusiak, Universitas, Kraków 2001, s. 240.
[4] Pisze o tym między innymi Donald Keene, Estetyka japońska, w: Estetyka japońska, dz. cyt., tłum. K. Guczalski, s. 49-61.
[5] O roli koanów w buddyzmie zen pisze m.in. Beata Szymańska, Buddyzm w Japonii, w: Filozofia wschodu, red. B. Szymańska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2001, s. 270-272.
[6] Mistrz chan Yangqui, cyt. za: 365 razy zen, red. J. Smilh, Rebis, Poznań 2004, s. 265.
Dla wygody czytania wyboldowałem polskie (nadane przez autora) tytuły filmów, w partiach tekstu odnoszących się do nich.
Przy okazji garść linków:
o kilku filmach
trzy recenzje z horror.com.pl: Sakebi, Kyua, Kôrei
jeszcze więcej o Kôrei
wywiady: raz, dwa
12/08/2009
"Puste miejsca. Kino Kiyoshi Kurosawy" Andrzej Pitrus
9/25/2009
Warszawska Jesień 2009: czasem płynie, czasem kopnie
Koncert rozpoczął się od pewniaka 4 Dédicaces Luciano Berio, czyli czterech oddzielnych miniatur napisanych pomiędzy 1978 a 1989. Każda z nich po kolei ma coraz większy wykop, zwłaszcza przez rwące dęciaki, trzecia jest chyba najpełniejsza, a ostatnia najbardziej wali pojedynczymi ciosami.
Nie do końca przekonał mnie Koncert skrzypcowy nr 2 Hanny Kulenty. Zaczął się intrygująco, prawie że rzewnie, ale było to jakoś ostudzone, jakby na chłodno obserwowane, wyabstrahowane. Z początku dziwiło mnie umieszczenie tego utworu po Berio, bo był zupełnie inny. Ale wzrastająca obecność perkusyjnych jakoś je powiązała. Uśmiechnąłem się, gdy przeczytałem w komentarzu, że "Inaczej niż w klasycznych koncertach, trzy części utworu wtapiają się niepostrzeżenie jedna w drugą." Dla mnie właśnie ten utwór był niespójny, niezrozumiała była dla mnie funkcja środkowego solo, granego z przerwami, przez to jakby niepewnego, zagubionego. Gdzie indziej skrzypek dostawał kąski niemal wirtuozowskie, romantyczne, dla mnie odstające wobec reszty. Podobnie jak fragment ze strasznie zużytym chwytem - smyczkową gonitwą, tak bliską konwencji, że wypraną z emocji.
Po przerwie, gdy część fanów Kulenty chyba nie powróciła, zabrzmiało zamówienie WJ, .aÁmiper Aleksandry Gryki. Jak stwierdził Paweł: przedstawienie trąbki. No właśnie, było tak: oto jest trąbka, to można na niej zagrać, mam jeszcze do niej cztery tłumiki, no i też przepuścimy ją sobie przez komputer, to zabrzmi tak. Zespół (z 20 osób?) też był, ale nie pamiętam nic szczególnego, było kilka lepszych momentów nasyconego brzmienia.
Podobnie jak poprzedniego dnia z Xenakisem, po Dead City Radio. Audiodrome Fausto Romitellego też wiedziałem, dlaczego klaszczę. Nareszcie jakieś dzieło! (a tytuł łączy je z albumem Williama S. Burroughsa).
Muzyka, w której pojedyncze silne kolory giną w roztaczającej się wokół czerni (niektóre są jak podniszczone neony, których części migają własnym rytmem, inne to fajerwerki i pozostające po nich smugi). Muzyka złowieszcza, to może zbyt łatwe skojarzenie, bo autor już nie żyje (no i jest tytuł), ale dla mnie stykająca się ze śmiercią. Kojarzyła mi się też z filmem Kairo Kiyoshi Kurosawy, zwłaszcza przez te zniekształcone (megafonami) głosy, które tam były nawiązaniem kontaktu między światem umarłych a żywych. Głosy są na początku szmerowe, lekko zaznaczone, a pod koniec powracają wyraźniej i da się wyłapać "lost". Jak u Kurosawy niektóre elementy pozostają niewyjaśnione, w zawieszeniu, tak tutaj jest z samym zakończeniem, jakiś dźwięk elektroniczny - próba połączenia? zerwanie transmisji?
Zapadła mi też w pamięć złowroga rytmiczność małych dzwonków, potem odbita w rozchwianych, nachodzących na siebie, dzwonach rurowych. Punkty wraz z oddalaniem zaczynają być bardziej fakturą, rozmywają się.
Po tym już tak naprawdę nie potrzebowałem więcej muzyki, dlatego może nie do końca doszło do mnie Iris Pera Nørgårda. Podobało mi się to oddalenie, zamazanie na początku, nawet lekki flet, ale zakłopotało nagłe zakończenie.
12/12/2008
Kurosawa, Koprowicz, Kurosawa (wpatrywanie cz. 1)
Czyli - filmy ostatnio widziane, w kolejności. Zacząłem realizować swoje postanowienie, aby oglądać więcej filmów (i robić to "lepiej", choć nie wiem, na ile to się udało).
Akarui mirai (2003) reż. Kiyoshi Kurosawa
O tym panu już kiedyś wspominałem, okazuje się, że przypadł mi dobry film na początek znajomości z jego twórczością (Cure, 1997), bo przedtem zajmował się "yakuza-movies" i generalnie uczęszczał do klasy b. Nie wiem, co zaszło, może objawiła się moc nomen-omen, ale Cure, o czym już pisałem, to naprawdę dobry film.
Podobnie jak w tamtym, także tutaj mamy postać przestępcy w więzieniu, który choć (dlatego że?) jest (i pozostanie) tajemniczy, nieprzenikniony (nie poznajemy motywów, może ich po prostu nie było), to w dziwnym sposób przyciąga (potrafi też odepchnąć) i wpływa (przez ustalone przez siebie znaki) na życie osób przebywających na zewnątrz. Przez to, że wcale nie stara się bronić, można twierdzić, że swoją sytuację postrzega jako lepszą.
Tonacja Akarui mirai jest jednak o wiele lżejsza (tytuł znaczy "Świetlana przyszłość"), przestępca nie jest postacią centralną, w drugiej połowie filmu to miejsce zajmuje relacja jego przyjaciela z jego ojcem. Przyjaciel podejmuje się wyznaczonego mu zadania, które ma wydźwięk jednocześnie sakralny i komiczny. Jednak do czasu, bo gdy na jaw wyjdą konsekwencje, nie jest tak wesoło i górę weźmie właściwość "porażająca" sacrum.
Zapamiętałem jeden moment, który można by zakwalifikować do zabawnych. Dwójka przyjaciół jest u swojego szefa na (rodzinnym) obiedzie, pani domu podejmuje próby kurtuazyjnej konwersacji. Pyta gości o hobby, jeden nie ma (wtopa), drugi odpowiada: ocenianie muzyki, gospodyni chciałaby wiedzieć, jakiej? Każdego rodzaju. Mówi zupełnie beznamiętnie, nie podsuwa nic, o co dalej można by rozmowę zachęcić, więc drugiej stronie pozostaje tylko coś w rodzaju: Każdego, hę?. Więcej ten wątek nie powróci, choć wiadomo, że muzyka ma w jego życiu jakieś znaczenie (w mieszkaniu stoją winyle: Diz'n'Bird i Sounds of Music. No i pożyczenie cd szefowi (wymuszone przez niego, chęć zbratania się, zrozumienia "młodych"), mogło mieć ogromne konsekwencje.
Jak już o muzyce, to też o dźwiękach w samym filmie. Reżyser powtarza pomysł z Cure i lokuje celę w podziemiach, co jest oczywiście świetnym rozwiązaniem (zresztą jeden z dźwiękowców pracował i przy tamtym). Tu osadzony ma kontakt ze światem, przy czym, ten kto przychodzi "ze świata" zrywa na chwilę więź z wszystkim innym.
Scena w okolicach 37. minuty jest pod względem dźwiękowym wspaniała. Widzenie z przyjacielem, ponad głowami rozchodzą się stłumione, rozedrgane metaliczne stukoty, rytmicznie jakby podczas zamykania szlabanu na przejeździe. Oczywiście też ruch samochodów, jakieś niezidentyfikowane przesuwy, drony, ale też głos zagubiony w echach i pogłosach (fascynujące, bo może to być coś zwykłego, ktoś coś po prostu tam u góry mówi, a tutaj to dochodzi w tej postaci, ale tego nie można być pewnym przebywając na dole). Nagła zmiana - to samo ujęcie, tylko że siedzi ojciec uwięzionego i nie ma prawie żadnych odgłosów, poza "zwykłymi" (samochody).
W drugiej części filmu bohater, reprezentujący "młodych" natyka się na grupkę jeszcze młodszych, którzy w sumie nie wiadomo, co robią, ale kojarzą się z jakąś bojówką, bo wszyscy są ubrani tak samo (koszulki z Che). Kolejna relacja międzypokoleniowa, która ma miejsce równolegle do usynawiania przez ojca przyjaciela.
Jeśli były wątpliwości, co do wydźwięku tytułu, to końcówka je rozwiewa, bo bezcelowy przemarsz, demonstracja własnej pustki młodziaków, nie nastraja zbyt optymistycznie. Choć rozumiem też ten komentarz, którego autor twierdzi, że właśnie nie, że tytuł nie jest ironiczny (nie czytajcie przed obejrzeniem!!!). Ale ja wybieram wesołość podczas ładniutkiej finałowej piosenki, bo inaczej musiałbym trwać w zakłopotaniu, po co ona tutaj.
Medium (1985) reż. Jacek Koprowicz
Przeglądając zgromadzone Duże Formaty trafiłem na wywiad z Koprowiczem, tzn nie wiedziałem, kto to, ale czytałem, bo w nagłówku było o tym, że Witkacy nie popełnił samobójstwa. Koprowicz chce zrobić o tym film, potem było też o problemach z jego Przeznaczeniem (o Przerwie-Tetmajerze), różnych projektach filmowych. Wyszedł z tego wizerunek twórcy zainteresowanego zjawiskami parapsycholgicznymi, reinkarnacją, jasnowidztwem, trochę tajemniczymi/niewyjaśnionymi zdarzeniami w historii, z drygiem do formy kryminału.
Zanotowałem w pamięci, że jak będzie okazja, to powinienem coś jego obejrzeć. No i proszę, jak na życzenie - tego samego dnia "Przeznaczenie na ale kino! tylko że chyba o czwartej nad ranem. Kilka dni później o drugiej w nocy, ale za to Medium w godzinie duchów.
Obszerne streszczenie jest w linku powyżej, więc sobie odpuszczę. Pamiętam, że w komentarzach nt. Cure przewijało się, że może film okej, ale nie wierzę w te mesmeryczne wątki. Dla mnie to nie problem, obraz Kurosawy podobał mi się nie dlatego, że przekonująco wykładał teorię Franza Antona Mesmera. Tak samo w tym przypadku, nie muszę wierzyć w istnienie zdolności mediumicznych, żeby z zainteresowaniem obejrzeć ten film.
Jednak muszę przyznać, że w ciągu kilku dni, jakie minęły od tego, mój entuzjazm dla obrazu Koprowicza nieco przygasł. Co mamy dobrego: trójmiejski "klimat", starą willę gdańską, scenę w archiwum (odkrywanie podłoża obecnych zdarzeń, umiejętnie poprowadzony dialog i interakcja dwóch postaci, wykorzystanie światła), w ogóle dobra gra Bajora, Stuhr jak zawsze na poziomie, Szapołowska znośna (bo dość mały ma udział). Jeśli chodzi o niepokojącą atmosferę i niepewność, to zaćmienie słońca (i udało się tego nie przeszarżować, choć technicznie to bardzo dziwacznie szybko robi się jasno po), a najlepszym pomysłem jest to podziemne akwarium dla żółwi. Izolacja, pustka, spokój, sztuczność (można zestawić to "środowisko wodne" z nadmorską plażą, gdzie dzieje się kilka scen), a jednocześnie połączenie losu żółwia i jego właściciela (nawet jeśli tylko w mniemaniu tego drugiego).
Interesująca jest też przemiana jaka zachodzi w postaci granej przez Bajora, który jest najpierw sceptyczny, zresztą donosi na swojego przełożonego, a potem wierzy, zostaje jakby naznaczony piętnem, bo poznał prawdę (i musi zapłacić za to cenę).
Na minus: muzyka (choć jak na Dębskiego to i tak mogło być gorzej), scena morderstwa siekierą (Łukasiewiczowi dostaje się w czoło - a my to musimy oglądać, przesada, a w dodatku dokonania charakteryzatorskie obecnie wyglądają dość kiepsko).
Podsumowanie? Wielkie kino to zapewne nie jest, ale jeśli ktoś potrafi się zdobyć na obejrzenie tego, jako filmu, pewnej opowieści, bez dogadywania, że okultyzm to bzdety, to znajdzie wciągająca historię, sprawnie rozwijaną i pogłębianą oraz całkiem przekonującą atmosferę.
W wywiadzie Koprowicz mówi, że chyba powstanie amerykański remake, dziejący się na pustyni. Jestem ciekaw.
[zbiór kadrów]
Kairo (2001) reż. Kiyoshi Kurosawa
A propos remake'ów z USA, ten obraz już tego doczekał (Pulse), ale mi wystarczy oryginał. Znów odpuszczę sobie streszczenie, bo też w tych opisach chodzi o zachęcenie do obejrzenia, a nie o wytłumaczenie i rozłożenie dzieła na czynniki.
Jeśli ktoś nie ma bardzo silnych nerwów, to może niech lepiej nie ogląda tego filmu w takich warunkach, jak ja to zrobiłem: sam, po północy, przy zgaszonych światłach, z słuchawkami na uszach. Kilka razy kontrolnie obracałem się za siebie.
To świadczy o sugestywności filmu, w którym właśnie często obserwujemy akcję zza pleców bohaterów, czasem z bliska, a innym razem z oddalenia, wtedy jesteśmy w tej uprzywilejowanej sytuacji, że widzimy więcej niż oni. Ale niekoniecznie z oglądu wynika pogląd, czyli wiedza, tzn nie daje nam to podstaw do stwierdzenia, że jest tak i tak. Miałbym duży problem z wytłumaczeniem statusu tych "duchów", określeniem, kto jest "naprawdę" żywy, a kto martwy, kto istnieje (i w jaki sposób).
Ale też nie kłopotałem się za bardzo generalnym "sensem", bo film regularnie wysyła dość złożone sygnały. Oczywiście wizualne, ze świetnymi scenami w ciemnych pomieszczeniach, które niestety chujowo wyglądały w tym dość marnym pliku, z którego oglądałem. Ale dało się odczuć zawiesistość, gęstość tych ujęć, które powodują dylematy: czy to się poruszyło, a jeśli tak to co? tam coś jest? ale co? Może nic, ale oko coś konstruuje. (Operator wcześniej pracował przy Ringu i Honogurai mizu no soko kara aka Dark water.)
Nawet nie wiedząc o tym kręgowym połączeniu, miałem to skojarzenie. Tematyka jest poniekąd podobna: technologia (tutaj strona internetowa), która zabija, przyciąga, fascynuje i poniekąd żyje własnym życiem. Nie mam wyraźnych wspomnień z Ringu ale wydaje mi się, że u Kurosawy to wszystko jest bardziej subtelne i nie ma tego niemal fetyszystycznego podejścia do technicznego gadżetu, bo ważniejsze dla niego jest to, co dzieje się z ludźmi (między, w).
Mimo to, zjawiska związane z tajemniczą stroną internetową są świetnie przedstawione. To początkowe ujęcie z przeskakującym obrazem z kamery, kiedy zupełnie jeszcze nie wiadomo, z czym to wiązać. Trochę dalej, jakieś zawieszenie obrazu z telewizora, pozornie nic, ale w tych okolicznościach...Nie tylko wizualność, ale też dźwięk, który jest po prostu genialny. To jeszcze epoka modemów, które wydawały odgłosy, jak faktycznie łączyły się z internetem, ta Ovalowa muzyczka jest sama w sobie niepokojąca, ale scena pod koniec, gdzie modemu nie ma, a słyszymy go (to chyba tylko w słuchawkach), to majstersztyk.
Co jakiś czas pojawia się wokal śpiewaczki, powiedzmy że "operowy", na początku wydało mi się to nieco patetyczne, ale ten głos jest tylko pewnym emblematem, jest bezcielesny, oddzielony, moim zdaniem sugeruje "ducha w maszynie". Jest piękny moment koło 29. minuty, gdy jest zestawiony z elektroniczno-ptasimi ćwierkami.
Mistrzowskie są też prośby o pomoc, wypowiadane spokojnym szeptem, z bardzo bliska, a jednak znikąd, bo nie ma ciała, które je wypowiada. Nie mam, jak tego sprawdzić, ale jestem prawie pewien, że coś z tym głosem robiono, bardzo nieznacznie, ale jakby go pocięto, pododawano minimalne przeskoki między słowami. Głos prawie identyczny z naturalnym, ale jego emisja jest zautomatyzowana. Pisałem już, że genialne? No tak, to jeszcze ten puls około 85. minuty.
Może powinienem oglądać więcej horrorów, żeby mieć skalę porównawczą, ale nie wiem, czy często trafiałbym na takie horrory, jak robi Kurosawa, bez potworów, litrów krwi itd (sugestie mile widziane).
Apokaliptyczność finału nieco się gryzła z resztą, była jakby z innego rejestru. A, też ciekawy pomysł, żeby stworzyć loop, tzn to samo na początku i na końcu.
Kurosawa o dźwięku:
In my films I don't like to use sound to elaborate the story. The story is the story and sound operates on a slightly different plain. As I mentioned, film to me is somewhere in between reality and fiction and I think of sound as defining the world that I've created in that film. Sound is what defines that place that is neither story nor reality, but in between.
Because I think when you're telling the story in visual images you reflect the characters and they can only be that what they are. They're two-dimensional. But in a way sound can give you a three-dimensional signal of the world.
[wywiad, jak się szuka czegoś o azjatyckimi kinie, to prędzej czy później trzeba trafić na tą stronę // znalazł się też wywiad z Koprowiczem]
Naiwnie myślałem, że zmieszczę tydzień oglądania w jednym wpisie, ale na teraz wystarczy. Poza tym, te trzy filmy jakoś do siebie pasują. Okej, jak ma zwyczaj zakańczać mój felietonowy faworyt: będzie kontynuowane.
11/22/2008
Zero zero jeden
Nawet byłem trochę zaskoczony, że Knive mi się tak podobał. Bałem się, że to będą jakieś patetycznie mroczne drony i *pejzaże*, na szczęście nie (porównanie do Deathproda dla mnie nietrafione), nie jest całkowicie abstrakcyjnie, dźwięki otoczenia sugerują jakieś fragmenty narracji. Ciekawą recenzję znalazłem tu.
Słuchałem też nowego Daniela Paddena (Pause for the jet), dla mnie każda produkcja z kręgu Volcano the Bear, to powód do radości. Przez połączenie zagrywek cyrkowych i posępnej atmosfery kojarzył mi się z Harmoniami Werckmeistera Tarra albo Wieczorem kuglarzy Bergmana.
O proszę, i takie ładnie przejście do tematyki filmowej będzie...Widziałem 0_1_0 i nie podobał mi się. Nie przekonuje mnie ta mozaikowość, fragmentaryczność. W kilku przypadkach, to nawet nie są przeplatanie się wątków, ale osobne scenki. Ta z Peszkową na koniec daje może nową perspektywę, ale sprawia też wrażenie doczepionej.
Przez to, że dostaję tylko urywki historii nie jestem w stanie się przejąc, zresztą nie mam poczucia, że powinienem. Raczej czuję się, jakbym obserwował kolejne przypadki nieprzystosowania, odmienności, życiowych problemów: narkomania, zmiana płci, prostytucja. Takie jest życie, jasne jasne, ale - co z tego?
Niby są dwa punkty, wokół których krążą te opowieści: wypadek i forum internetowe. Są przebitki z kraksy (w czerwieni, migotliwe), która dotyczyła kilku z bohaterów.
Jak często w filmach - kompletnie sztucznie wypada sprawa komunikacji przez internet. Wydaje mi się, że to forum zostało dorzucone, żeby pokazać, że twórcy mają świadomość, że oto nastał XXI i przecież wszyscy używają komputerów.
Jest to element, który nic nie wnosi, ktoś pisze posty na forum, ale jakie to ma znaczenie, czym jest spowodowane - to w ogóle nikogo nie obchodzi. W efekcie cała ten pomysł z forum (które ma to samo logo i nazwę jak film, o łał ale meta-coś) jedynie zamazuje, zaśmieca film.
Podobnie motywem dorzuconym na siłę jest prezenter radiowy, którego głos pojawia się od czasu do czasu. Na początku podobało mi się, bo w pierwszych scenach jego mówiącego ze studia słychać też w otwartej przestrzeni. Ale potem - niewiele.
W ogóle końcówka z wypogodzeniem po burzy zupełnie nie ma sensu po takim pokawałkowanym filmie, jakby ktoś chciał udowodnić widzowi, że jednak obejmuje ten świat/historie jako całość.
Na aktorstwie się nie znam, ale jedynie Julia Kijowska jakoś mnie poruszyła.
Jak zwykle miałem problem z muzyką w filmie, w ogóle mam z tym kłopoty. Podobnie w Spotkaniach na krańcach świata, skąd pomysł, że skoro natura to od razu coś a'la chorał gregoriański. To jest wyobrażenie wzniosłości/powagi dla Europejczyka, nawet bym przecierpiał gdyby nie kicz pod koniec, gdy jakiś cerkiewny głos zaczyna wychwalać Pana. Ja bym z chęcią oglądał lodowe krajobrazy z dźwiękami np. Eliane Radigue, Sachiko M albo wspominanego Deathproda. Ale film poza tym wart obejrzenia.
Jednym z najlepszych rozwiązań w użyciu muzyki wydaje mi się Ukryte Haneke, gdzie jej po prostu nie ma. Ale ponad miesiąc temu widziałem Cure Kiyoshi Kurosawy, gdzie bardzo interesująca muzyka, zredukowana elektronika, dobrze poumieszczana, bo czasem wydaje się być rozwinięciem dźwięków istniejących, otacza je, wchłania. No i świetnie przysłużyła się atmosferze filmu, niejasnego niebezpieczeństwa, zacieśniającej się pętli, podskórnych przeczuć.
A wczoraj pierwszy dzień Focus 2: w odbiorze Marka Fella skutecznie przeszkadzało mi gadanie ludzi, którzy koniecznie chcieli, żeby inni wiedzieli, że im się nie podoba. Falujące nawarstwienia skontrapunktowane klarownymi rytmami w wykonaniu Philipa Jecka przyjemnie kołysały. Przed koncertem przeprowadziłem z nim krótki wywiad, zapadło mi w pamięc, jak porównał zadrapania i inne uszkodzenia winyla, które się na nim zbierają, nagromadzają do patyny. Na koniec zagrali Anthony Pateras, Dave Brown i Sean Baxter - wysoce energetyczna improwizacja, w której skutecznie dewastowali przyzwyczajenia odnośnie określonego brzmienia instrumentu.
Ciekawe, co sobie myślał Robert Henke (jeśli to rzeczywiście był on)?
Na dziś mam tylko nadzieję, że nie będzie krzesełek na Mouse On Mars.
A tymczasem nadeszła zima (panie sierżancie). No właśnie, ostatnio odkryłem, że mam Kino Polska, sprawdzę, czy jest coś ciekawego.
