L'Amour à mort (1984) reż. Alain Resnais
Przyznam się do zawstydzającej niewiedzy, niemal ignorancji - gdy wszedłem na stronę imdb o Resnais, byłem zupełnie zaskoczony, że on jeszcze żyje, a co więcej - nadal robi filmy. Oj, jak radził KRS One (co swego czasu zostało zsamplowane przez kilku warszawskich producentów hip-hopowych) "you must learn".
I to przecież nie ktoś-tam, tylko twórca, który raczej mocno trafił mnie Hiroshima, mon amour (1959) - wtedy, kiedy prawie wcale nie oglądałem "takich" filmów. Potem, później, jeszcze oczywiście L'Année dernière à Marienbad (1961). Ale poza to nie wyszedłem. (co jeszcze warto?)
Patryk ostatnio podsunął mi ten z '84 (nagrany z Europa Europa, na vhsie, jak dawno nic z kasety nie oglądałem) i wybrałem go na film na noc noworoczną.
(Spoilery raczej się zdarzą, musiałbym być zbyt oględny w opisie, żeby czegoś nie wyjawić.)
Być może zbyt dużą wagę przykładam do początków filmów, ale tutaj znów otwierająca sekwencja bardzo mocno zapadła mi w pamięć, poruszyła, wciągnęła i do pewnego stopnia ukierunkowała odbiór.
Nawet nie dlatego, że zupełnie nie wiadomo, gdzie, kto, dlaczego. Przede wszystkim, bo śmierć zostaje po chwili anulowana i ja zupełnie nie wiem, gdzie się znajduję, tzn w jakiej opowieści, na jakich zasadach się ona toczy. Czy to będzie fabuła o kłopotach psychicznych kobiety, która nie może się pogodzić ze śmiercią ukochanego i zaczyna żyć w iluzji?
Bo, nawet jeśli widzimy, że on ożywa, to dzieje się to tylko wobec niej, w jej obecności, przez kilka minut nic/nikt ze świata zewnętrznego nam tego nie potwierdzi, nie zawrze jego ożycia w większym porządku.
Potem dostaniemy wytłumaczenie, nie - to żadne wytłumaczenie, lekarz się przyzna do błędu, ale nie będzie umiał wyjaśnić tego przypadku.
Medycyna coś w ogóle niezbyt jest przydatna, nie zostanie postawiona diagnoza, nazwana choroba Simona. Bo może to nie ma choroby - on po prostu umiera?
To jeden z elementów sporu wiary z wiedzą, jaki przewija się w filmie. Simon nie wierzy w Boga, ale na radę, żeby poczytał Biblię, odpowiada, że ona jest dla tych co wierzą, a on chce wiedzieć.
Natomiast Elisabeth w innej scenie otwarcie mówi, że wcale nie chce więcej wiedzieć (a wie mało) o Simonie.
Religia pojawia się wielokrotnie, bo najbliżsi znajomi tej pary to Jérôme, pastor i jego żona Judith. Simon nie chce rozpowiadać o swoim "zmartwychwstaniu", więc gdy słyszy w kazaniu fragment o Łazarzu, to tylko on, Elisabeth i widz mogą odnieść, to do niego. Podobnie gdy Judith w zapale opowiada o tym, jakie to piękne, że wszystko jest wyjątkowo, że wszystko jest niepowtarzalne, pojedyncze, że jest jedna Elisabeth i jeden Simon, zastanawiamy się, że nie - że przecież teraz to jest drugi Simon.
Bo po jego chwilowej śmierci, para chce żyć na nowo, lepiej, zrobić, to czego nie zrobili, bardzo mocno siedzi im w świadomości to darowane życie, które powinni wykorzystać jak najlepiej, nie marnować czasu.
Bardzo późno dowiadujemy się, że są ze sobą dopiero dwa miesiące. To jest zresztą dalej ten mechanizm, który na początku, niedoinformowania widza (celowego, rzecz jasna), dawkowania mu informacji, ale nie tyle podawania mu ich, co rozpuszczania ich w fabule.
Na przykład, zanim dowiemy się czegokolwiek o życiu Jérôme'a, pyta on Simona o obrzęd pochówku, religię, mieszkańców domów, które tamten odsłania na wykopaliskach. To pytanie wydaje się zupełnie znikąd. Potem już wiemy: dlaczego to go ciekawiło - bo jest pastorem.
Przez chwilę też możemy się wahać, gdy widzimy trumnę, bo wcześniej nie widzieliśmy śmierci. A jeszcze później, świadoma gra z odbiorcą, któremu może jeszcze zostało coś z tych myśli, jak moich z początku, Elisabeth wraca do domu, z daleka widzi światła zapalone, och, w domu czajnik na palniku, niemożliwe, czyżby Simon znów ożył?
Są też rzeczy, może mniej ważne, ale jakich nie dowiemy się w ogóle, np. co to za płonący dom, na który patrzy Simon opierając się o drzewo przy drodze.
Inne drobiazgi: w ich domu chyba zawsze widać coś czarnego albo czerwonego, jakiś przedmiot, element wystroju.
Pomysłowo złożony dialog, gdy Simon przez sen mówi "nie", jakby w odpowiedzi na dużo wcześniejsze pytanie, czy rozmawiał z Judith. A jednocześnie zapowiedź, bo jak ona przyjdzie, to nie będzie chciał rozmawiać.
No dobrze, ale przecież nie to (nie tylko? nie najbardziej?) czyni ten film tak niezwykłym, dla mnie fantastycznym, dla innych, podejrzewam, męczącym, trudnym w odbiorze.
Resnais wstawił między ujęcia, hm, nie wiem, jak to składnie opisać, więc wstawia statyczne ujęcie, gdzie na czarnym (czasami ciemniejącym do czarnego) tle fruwają białe cząstki, wydaje się że to może być śnieg, ale jeśli już to raczej taki jak w tych szklanych kulach, bo jak widać taki element z bliska, to nie przypomina on żadnego płatka. W każdym razie, jest to przepiękne, kojące, jakby ta białość miała nas okryć. Jednocześnie niepokoi i wycisza, a gdy nie słyszymy żadnych słów, możemy wsłuchać się w muzykę (tylko w tych scenach się pojawia). Nie znałem jej autora, przez chwilę podejrzewałem, że może Boulez, ale raczej wątpiąco. Okazało się, że to Hans Werner Henze (a Olga Neuwirth napisała doktorat o użyciu muzyki w tym filmie!).
Obraz pozostaje mniej-więcej niezmienny, poza tymi chwilowymi jaśniejszymi tłami, które jakby zapadają w zmierzch i różną gęstością białych elementów. Muzyka zmienia się bardziej, choćby skład instrumentów.
Jak napisałem, dla mnie był to generalnie cudowny pomysł, choć momentami na granicy irytowania, gdy np. przeplatane są dwa kilkusekundowe ujęcia, ale przecież - zarzucać mu sztuczność, rozbijanie fabuły, to byłyby kulomioty w płot.
Greenaway powiedział, że dla niego Resnais, spośród wszystkich filmowców, doszedł najbliżej do robienia takich filmów, które nie mogą być inną formą sztuki. Muszą być właśnie filmem. *
I myślę, że to też mnie tak pozytywnie naładowało w tym pomyśle, decydując się na takie rozwiązanie Resnais jakby mówił: tak to jest film, to jest tutaj możliwe, tak to wymyśliłem i tak będzie.
Oczywiście, mnóstwo jest eksperymentów z medium filmowym, ale nie aż tak dużo (wtedy) w formie bądź co bądź filmu fabularnego, opowiadającego jakąś historię.
Ale dlaczego zawsze musi być tak samo? Można czasem pozwolić (sobie, raczej niż twórcy) na coś innego.
(Na marginesie: natomiast przez te kilkusekundowe, porozdzielane ujęcia, film kojarzył mi się trochę z budową komiksu.)
Spodziewałem się, że te...nie chcę użyć określenia "przerywniki", ale...że zostaną one jakoś odniesione do fabuły, wytłumaczone przez nią. Więcej - obawiałem się tego, że to wszystko zepsuje. Wytłumaczenie jest, gdzieś po połowie filmu i nie jest z nim tak źle, ale mogłoby być lepiej, tzn kilka słów, pół zdania, mniej i byłoby w sam raz.
Francuzi mają praktykę w ukazywaniu związków miłości i śmierci, na szczęście bardziej niż przyczynowo-skutkowych, mentalno-psychicznych. Gdy padają słowa "nie rozstaniemy się, odejdę z tobą" przypomniał mi się Jules et Jim, a już sama obecność Fanny Ardant przywołała La femme d'a côté, który oglądałem niedawno.
W momencie, gdy grana przez nią Judith opowiada historię, że kilkanaście lat temu była zakochana w Simonie, a że teraz znów się spotkali, to nie wiem, czy ma być tak fajnie intertekstualnie czy to odmiana zrzynki. Film Truffauta powstał w '81, nie wiem, w jakich panowie byli stosunkach, ale chyba niemożliwe, żeby Resnais (i scenarzysta) nie znał tego obrazu lub choćby o nim nie słyszał. Więc raczej świadome zapożyczenie albo taki był Zeitgeist i takie twórcom rozwiązanie podsunął.
Ale wróćmy do tego, po polsku znanego jako Miłość aż po grób (wolałbym Miłość aż do śmierci). Albo jeszcze lepiej bez "aż", co oferuje nam miłą wieloznaczność, która nie jest bezzasadna, bo przecież Simon czuje pewny pociąg do "tamtej strony", wspomina ją i w końcu (s p o i l e r ! ! ! ! ! !! ! ! ) decyduje się tam wrócić.
A propos połączenia miłości i śmierci, dobrze znać francuskie określenie orgazmu la petite mort. Elisabeth zresztą dwukrotnie chwilę po stosunku mówi, że chciałaby teraz umrzeć, żeby zachować to szczęście (pamiętacie ten wiersz Przerwy-Tetmajera?).
Kurcze, pierwsze godziny nowego roku i już taki film, oby dalej było przynajmniej tak.
* Resnaisa pewnie nie chciał wziąć do współpracy, więc podebrał mu operatora i to właśnie po tym filmie - żeby nakręcić A Zed & Two Noughts, potem The Belly of an Architect i dalej aż do 2001, kiedy Vierny umarł.
Na noworoczny dzień musiało być coś lżejszego, więc niech żyje
Le Bal (1983) reż. Ettore Scola
Na pewno warty obejrzenia, tym większa satysfakcja, im większe ma się pojęcie o historii Francji, nie tylko tej powszechnej, a bardziej może nawet o historii ubioru, zwyczajów i, zgadliście - tańca.
Kilku świetnych aktorów.
Bohaterowie ograniczyli się nawet bardziej (do zera), a ja tylko kilka słów: dużo luster, np. pierwsze przejście w czasie przez nie, przeglądanie się w lustrach co i rusz. Na przykład, żeby zobaczyć, jak się mają włosy (ale i bez tego zważanie na nie, poprawianie, przygładzanie). Częste ujęcia na buty, nogi (swingujące lata z tej perspektywy, ukazujące trudność figur tanecznych).
Ponieważ film jest w pewnym sensie spadkobiercą kina niemego, to ważna rola gestu, dłoni, mowy ciała, wyrazu twarzy.
Elvisowcy przynoszą własny sprzęt - wyganiają i zagarniają przestrzeń. Rewolucjoniści z '68 grają z piosenką, czyżby przenośnia ich zaangażowania?
Barman jest poza męskie/damskie.
1/05/2009
Resnais, Scola (wpatrywanie cz. 14)
1/04/2009
2008 komiksowo
Wahałem się, czy mam robić osobny wpis komiksowy, po części przekonał mnie mój brat, a po części ilość materiału wizualnego.
Wątpliwości wynikały z tego, że po pierwsze nie znam się w ogóle na komiksach, a po drugie czytałem ich w zeszłym roku niedużo. Nawet nie poznałem wszystkich, które przypuszczalnie by mi się spodobały (Najgorsza kapela świata, Berlin. Miasto kamieni), a są jeszcze te, których istnienia nie jestem nawet świadomy.
Ale czytałem Niewinnego pasażera Martina tom Diecka i byłem zachwycony, pierwszy album jaki znam, który w pełni zasługiwał na miano "powieści graficznej" (w tym przypadku "noweli").

Ten komiks może wprowadzić w posępny nastrój, wtedy trzeba sięgnąć po Paproszki, debiutancki album mistrza post-mordęm absurdisco Jacka Świdzińskiego. Śmiałem się w głos co kilka kadrów.
Tutaj przy kładowe plansze. To jest mistrzowskie , jeszcze te podpisy!
A tutaj niealbumowy bonus - na swój perwersyjny sposób uwielbiam teleexpresyjną galerię...
Jeszcze nie wiem, czy zostanie w pamięci, bo jestem świeżo po lekturze Pirata Izaaka Christophe'a Blaina, trochę kojarzącego mi się z Joannem Sfarem - głównie przez postacie, twarze (nie zdziwiłem się więc, gdy dowiedziałem się, że jednym z wydarzeń, które skłoniły Blaina do rysowania było spotkanie ze Sfarem). Zwróciły moją uwagę kontrasty tonacji stron obok siebie, gdy przedstawiają losy pary bohaterów (zwłaszcza, że ten który najpierw jest jasny, radosny - potem staje się ciemny, brudny). Trochę przeszkadzały mi tylko zbyt duże dymki, tekst w oryginale był wpisywany ręcznie, a tutaj często było dużo miejsca wokół niego, a dymek zajmował sporo kadru.
Ale został na pewno Józek Nicolasa Robela, trochę tak jak u Diecka - metaforyczna, niepokojąca, jakby niemiła, opowieść. 
Bergman (wpatrywanie cz. 13)
Nära livet (1958) reż. Ingmar Bergman
Rok po Det Sjunde inseglet, Smultronstället, dwa lata przed Jungfrukällan, trzy przed Sasom i en spegel. Kolejna współpraca z takimi aktorami jak: Eva Dahlbeck, Ingrid Thulin, Bibi Andersson, Max von Sydow. Pierwsza (jedyna?) z operatorem Maxem Wilénem.
To już nasty film tego reżysera, który widziałem, nie będę wymieniał, dość powiedzieć, że byłem raczej sumiennym uczestnikiem przeglądu w 2006. Ale przypomina mi się mój pierwszy kontakt z Bergmanem, coś co można nawet uznać za anegdotę, więc (jak to się z nimi czyni) przytoczę ją.
Mogło to być nawet z 6 lat temu? Chyba tak, koleżanka zadzwoniła do mnie, czy nie poszlibyśmy na taki fajny film, chyba nie powiedziała, na jaki. Może sama nie do końca wiedziała, koleżanka uwielbia Finlandię (ten kraj), ale chyba była świadoma, że to nie stamtąd pochodzi ten film, może rozszerzyła swoje uwielbienie na całą Skandynawię.
Ale nie musiała bardzo przekonywać, co doprowadziło do sytuacji, że w wakacyjny gorący dzień na niekinową godzinę 15-stą szliśmy na nieznany film do nieznanego kina (Malta). Trochę się go naszukaliśmy, weszliśmy na salę przy zgaszonych światłach na sam początek. Nie wiem, czego oczekiwaliśmy, ale gdy zobaczyliśmy stary czarno-biały obraz, wydaliśmy kolektywne westchnienie. Jednak ogólnie Tam, gdzie rosną poziomki podobało mi się.
Ostatnio pomyślałem, że chciałbym znów zobaczyć coś Bergmana, ale raczej coś innego niż ta dycha regularnie kursująca w kinach i telewizji. No i proszę, jak na życzenie - TVP Kultura nadała Nära livet.
Film z pewnością nie mistrzowski, ale warty obejrzenia, choćby dlatego, żeby zobaczyć pewne wątki, które powrócą w późniejszych dziełach.
Czy jest to pierwsza część kobiecej trylogii z trójką bohaterek? Składałyby się na nią Viskningar och rop (1972), Höstsonaten (1978), można się kłócić, że w Szeptach i krzykach była jeszcze ta służąca - więc cztery. Albo utworzyć większy zbiór - filmów "kobiecych" i dodać Personę (1966).
W sumie filmowi nic nie brakuje, ale gdzieś około połowy (po tym jak zabrano Stinę) uwaga mi zdryfowała, ale to może bardziej moja wina. Nie żeby tak mnie interesował los Stiny, postaci w swej naiwnej radości denerwującej. Zresztą taka miała chyba być, ładniusia lalusia, która dostanie nauczkę od życia. (I ten kontrast jej gładkości ze zwierzęcymi krzykami i trudem porodu.)
Zestawienie trzech kobiecych losów i postaci wypada dobrze, nie jest sztuczne, nie wygląda na upozorowaną debatę ideologiczną z zamiarem ważenia racji i ścierania się postaw. Większość rzeczy raczej wynika, niż jest przedstawiana, fajne jest to, że nie wiemy wszystkiego o nich od początku.
Podobał mi się też pomysł z lalką, na początku, jako emblematem, z lalką porzuconą, na którą nałożony jest płacz dziecka.
A później Cecilia jest taką bezwolną lalką.
Bergman porusza jeden ze swoich odwiecznych tematów - samotność, trudność relacji z drugim. Cecilia po stracie dziecka mówi, że już nigdy nie będzie tak blisko innego życia. A było to życie, którego nie znała, o którym nic nie wiedziała. Była to jeszcze istota jakby z innego świata, może boska?
Cecilia przeżywa objawienie, tzn jest w narkozie, ale wtedy wszystko dokładnie widzi i bez fałszywych pocieszeń diagnozuje swoją sytuację. (A potem nie pamięta tego, jakby ujawniło się coś nie uświadomionego w niej, o czym nie miała pojęcia.)
Przypomina to o "pajęczym" objawieniu z Såsom i en spegel (1961). Jednak cały obraz najbardziej kojarzy się z Personą, oczywiście szpitalne osadzenie akcji (tu zupełne). (No i też ten sam zabieg w początku, żeby filmować przez rozmazujące, dezorientujące, dystansujące, szkło, w Personie to ekran?) Również relacje pielęgniarek i pacjentek, po szwedzku też mówią "siostro", a mąż Cecili zdrabnia jej imię do Sisi (?). I tematyka ciąży, macierzyństwa, to zresztą powróci w Jesiennej sonacie. A gdyby pomyśleć o tych wszystkich Bergmanowskich bohaterach, którzy mają różnorakie "problemy zdrowotne".
Rozmowa trzeciej z kobiet z lekarką, która przekonuje, że sytuacja samotnej matki jest coraz lepsza, kojarzy się z Nattvardsgästerna (1963). Tam pastor daje porady Jonasowi, ale tak naprawdę nie umie rozmawiać, nie rozumie, nie może pomóc, tutaj też - argumenty lekarki nie trafiają do przekonania przyszłej matki, wydają się abstrakcją, fantazjowaniem w zderzeniu z realiami.
Dużo zbliżeń, kadrów z samymi twarzami, wykorzystanie cienia w ukazywaniu bohaterek.
[kadry via Bergmanorama]
1/03/2009
Coen, Coen/Coen (wpatrywanie cz. 12)
Zewsząd, że To nie jest kraj dla starych ludzi, och i ach, oskary, świetne, wstrząsające nawet, no tak, tak. No to trzeba zobaczyć. Już byłem umówiony z Mikołajem na seans, a on sobie czmychnął, więc rekompensująco-przygotowująco obejrzałem
Miller's Crossing (1990) reż. Joel Coen
Oczywiście przy współudziale (tutaj scenariuszowym) swojego brata Ethana. W filmografii: po Raising Arizona (1987) i rok przed Bartonem Finkiem.
Historia osadzona w latach '20, walka gangów o panowanie nad miastem, główny bohater Tom Reagan zostaje wplątany w sieć zachodzących na siebie intryg, bo wszyscy wiedzą, że dużo może i mają z nim związane plany.
Trudno powiedzieć, czy on ma jakieś plany, poza tym, żeby przetrwać, jest centralną, węzłową, postacią w filmie, dowiadujemy się wiele o jego charakterze (jeśli można dobrze sądzić z działań). Ale na koniec nie wiadomo, wygrał czy przegrał, tego chciał, czy liczył na coś innego?
Może nie mógł wygrać w sposób oczywisty, bo w takim świecie ktoś uczciwy, nie może odnieść całkowitego zwycięstwa.
Jak zwykle, spoilery nie są zamierzone, ale mogą się przytrafić.
Dźwiękowo dzieją się bardzo ciekawe rzeczy: pierwsza scena, zamknięcie, izolacja, nie wiadomo, jaka pora dnia, ani też dokładnie, gdzie jesteśmy. Trwa rozmowa, najpierw spokojna, przekazywanie informacji, a potem wybuch emocji. Z zewnątrz słychać tylko trzy razy uderzenia wiatru, raz coś innego - może pociąg? Bo je słychać potem często w z mieszkania Toma, także u Caspara.
A schemat dialogu od neutralności do zapalczywości powtórzy się potem podczas rozmowy w barze o Rugu.
Są też dwie rzeczy, które powrócą w No Country..., charakterystyczne ujęcie z dołu. Tutaj kilka razy: kapelusz w lesie, piesek dzieciaka, który znalazł trupa, powalony Tom, który widzi wejście policji.
Drugą jest sen, opowiedziany (a czy coś wyjaśniający?) w No Country..., a tutaj Tom może by nawet opowiedział, może właśnie coś by nam się wyjaśniło, dowiedzielibyśmy się czegoś z jego "głębi". Ale głos zabiera kobieta, opowiada, jakby chciała mu podsunąć wersję, ale to nie to, nie ma racji, nic nie wie.
A sen był o kapeluszu, który też kilka razy się pojawi, potem któregoś z policjantów, w scenie wysadzania baru, został zwiany i przesuw się w tym pasie niczyim ulicy, między budynkiem a szpalerem samochodów. A pod koniec bezpański leży na schodach? Skąd on tu? Może wskazówka dla uważnego widza, kto znajduje się na piętrze?
Co jeszcze słychać? Bogata i fajnie poplątana jest scena najścia na dom Leo (a Finney w ogóle dobrze gra). Idziemy razem z drabami, dobrze słychać ich kroki i ogień, a także przytłumioną muzykę (bo dochodzi z pokoju Leo). Potem piosenka, której słucha wyjdzie poza ten pokój, razem z nim, stanie się wyraźniejsza i będzie mu towarzyszyć, stanie się jego soundtrackiem do zabijania ("sleep till you come").
Nie tylko przez zestawienie dźwięku i obrazu ta scena jest zabawą ze schematami przemocy w filmach. Także to rozwalanie kolesia w oknie z maszynówki jest przegięte, a finał - toż on przyjmuje pozę a'la Rambo. (Ale to tylko taka drobna uwaga autorów co do sposobów ukazywania przemocy, myślę, że w Blood Simple wystarczająco mocno zdekonstruowali fantazmat łatwego zabijania, więc tutaj tylko wspominają.)
Jeśli chodzi o muzykę, to późniejsza scena w lesie kontrastuje, ze względu na źródło - tam była mechaniczna, a tutaj jest żywa. Jeden z gangsterów śpiewa i to nie jakieś tam sprośne rymowanki, nie nuci pod nosem, nie gwiżdże. On śpiewa pełnym głosem - czy tego spodziewalibyśmy się po jakimś wykidajle?
To zupełnie nie trzyma się napięcia fabularnego tej sceny, ale też dzięki temu nie można tak łatwo określić jej środka ciężkości.
Jeszcze jedna mała obstrukcja muzyczna: przed egzekucją Bernie'go do standardowych (uczuciowych, strwożonych) smyczków zostaje dorzucony wysoki elektroniczny dźwięk.
Bernie jest trochę jak Tartuffe, od początku dużo się o nim mówi, ale my go nie poznamy. Pojawi się dużo później, w ogóle tylko trzy razy, z których dwa pierwsze pokazują go w diametralnie odmiennych stanach emocjonalnych.
Jest jeszcze postać, o której aż tyle się nie mówi, ale której nie zobaczymy w ogóle - Lazarre.
Podobał mi się też montaż, gdy po tym jak Caspar uderzył swojego syna, następne ujęcie jest w bokserskiej sali treningowej.
No Country for Old Men (2007) reż. Joel Coen, Ethan Coen
Już za dużo słów, chciałem sam powybierać klatki, ale plik się kaszani, więc jestem zdany na znaleziska.

Jeszcze coś, co w obu filmach: powtarza się dialog o byciu wciągniętym w intrygę, w coś złego, nie dokładnie taki sam, bo tutaj coś a'la "wmieszałeś się", a w tamtym "wmieszałem cię", w odpowiedzi na "nie chcę być wmieszany...".
Jest kilka świetnie pomyślanych momentów przecinania się losów, wątków, pośrednich spotkań osób, które w fabule się nie poznają.
Szeryf siedzi patrząc w wyłączony telewizor i mówi "zobaczył to samo co ja, a na mnie zrobiło to wrażenie". Ma na myśli jatkę na pustyni, ale ponieważ jest to samo ujęcie co niedawno (odbicie siedzącego w czarnym ekranie telewizora), myślimy o czym innym.
Szeryf jeszcze raz później mówi coś o mordercy, tutaj zupełnie nieświadomie, podając przypowieść, która ma nieść życiowe przesłanie, wyjaśnia nam, jakiej broni używa zabójca.

Co nas prowadzi do idei zezwierzęcenia człowieka, wcześniej na przykład bohater stara się wyśledzić antagonistę po śladach krwi na chodniku. No i też polowanie ma w jego przypadku duże znaczenie, bo przecież to ono doprowadza go do tego feralnego (jednak) miejsca na pustyni.
Jeszcze jeden, prawie zabawny, powrót/złączenie, na końcu morderca ma wypadek (samochodowy) i kupuje koszulę od chłopaka przejeżdżającego w pobliżu. Wcześniej jego przeciwnik, też kupił koszulę, ale ten który mu ją sprzedawał, sam podał jako opcję w pytaniu "miał pan wypadek samochodowy?". Powtarza to kilkakrotnie, jakby chcą sobie zracjonalizować, dlaczego człowiek może być w takim stanie, tak zakrwawiony. Kupujący nie odpowiada, zdarzyły mu się różne wypadki, samochodowy akurat nie.
O czym jest ten film? O przemocy, o niezrozumieniu. Ale reżyserzy nie stawiają się w pozycji tych, którzy wiedzą, nie ganią tych, którzy nie rozumieją, nie sugerują, że ty stary ośle, idź się połóż w grobie, bo już nic nie rozumiesz. Oni też nie rozumieją, człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć, bo to jest nieludzkie.
Ale też nie chodzi o mit wiecznego regresu, rzecz dzieje się w 1980, a narzekania na rzeczywistość brzmią jak wyjęte ze współczesności (naszej). Żeby jeszcze podważyć hipotezę, że jest coraz gorzej, jedna z postaci przytacza opowieść z zamierzchłej przeszłości, w której też króluje niezrozumiała przemoc.

W obliczu tego wszystkiego mistrzostwem czarnego dowcipu jest dialog, w którym uczestniczy główny bohater jako autostopowicz. Podwożący go zaczyna niespodziewanie i tajemniczo "nie powinieneś tego robić". Chwila zastanowienia - czy on coś o nim wie? czy to głos sumienia? rozsądku? Za chwilę się wyjaśnia: "nie powinieneś jeździć autostopem, to niebezpieczne." Tak, zawsze się znajdą mędrcy, którzy wynajdą zastępcze problemy i rozwiązania.
Mój brat podsunął mi pomysł, że w kontekście tytułu można myśleć o tym, że wszyscy bohaterowie jakoś (niedosłownie) się przez te zajścia zestarzeli (ci, którzy nie zginęli), że ich to naruszyło, osłabiło.

[zdjęcia: Roger Deakins - wszystkie filmy Coenów od Bartona Finka, A Beautiful Mind, House of Sand and Fog, Dead Man Walking, The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford]
1/02/2009
2008 płyty z innych lat
Lista interesujących płyt z zeszłych lat, które poznałem w 2008. Sorry, ale uświerkłbym gdybym miał to zboldować i zitalicować. Jeśli ktoś ma jakieś pytania - zachęcam, w komentarzach jest sporo miejsca.
Sachiko M / Toshimaru Nakamura / Otomo Yoshihide - Good morning, good night (2003)
T++ - Worn Down/100 Bar (2006)
Pierluigi Billone - 1+1=1 (2006)
Evan Parker - Monoceros (1978/99)
Runzelstirn & Gurgelstock - Asshole/Snail Dillema (2000)
Shit and Shine - Jealous of shit and shine (2006)
Taku Sugimoto - Slub (1994)
Tore Roel Honoré Meelkop Bøe - Brombron 03: Sovezacht (2002)
Critikal - Graphorrhea (2007)
ILIOS - Old testament (2003)
Fennesz - Hotel Paral.lel (1997/2007)
Jason Kahn / Norbert Möslang / Günter Müller / Keiichiro Shibuya / Maria - Signal to noise vol. 1 (2006)
Jim O'Rourke - Disengage (1992)
Francisco López - Addy en el país de las frutas y los chunches (1997)
Richard Youngs & Andrew Paine - Roman Concrete: Volume I (2007)
Richard Youngs & Simon Wickham-Smith - Red and blue bear (1997)
Rustie - Jagz the smack (2007)
Nurse With Wound - Homotopy to Marie (1982/2007)
C. Spencer Yeh - Solo violin 1-10 (2007)
Sub Version - Sub versions (2007)
Holy Fuck - LP (2007)
Oval - Ovalprocess (2000)
Robin Hayward / Annette Krebs - Sgrafitto (2007)
Pomassl - Spare parts (2007)
COH - Super suprematism (2007)
Dub Taylor - Lumiere for synthesized and concrete sound (1973/2006)
Pure - Noonbugs (2002)
To Live and Shave in LA - Amour Fou On The Edge Of Misogyny (2001)
toliveandshaveinla - horscopo: sanatorio de moliere (2006)
To Live and Shave in L.A. - The Wigmaker in 18th Century Williamsburg (2002)
Pacific Rat Temple Band - Tan Kim (Boa paradise) (2007)
Mika Vainio - Revitty (2006)
Jason Kahn / Tomas Korber / Norbert Möslang / Günter Müller / Christian Weber / Katsura Yamauchi - Signal to noise vol. 4 (2007)
Zoviet France - Mort aux vaches (1998)
DDAA - 20 Ans De Vielle Musique Nouvelle (2002)
Gastr Del Sol - Serpentine similar (1993)
Dieb 13 / Pure / Martin Siewert - In case you are bored, so are we (2002)
John Duncan & Christoph Heeman - Incoming (1995)
Lamborghini Crystal - Smoking Out His Majesties UFO (2007)
Volcano The Bear - Guess The Birds (2001)
Svarte Greiner - Knive (2007)
TRG - Horny / Your Friends Like Techno (2007)
Richard Youngs & Andrew Paine - Santos (2006)
T++ - Space Pong/Space Break (2007)
T++ - Aquatic/Storm (2006)
Jim O'Rourke - Terminal pharmacy (1995)
2008 płytowo
Podsumowanie ze wszystkimi jego niedogodnościami, wadami, a jednak co roku się w to bawię. Mam wrażenie, że z roku na rok coraz więcej muzyki, kiedyś top ten załatwiało sprawę, teraz ledwo dwudziestka wystarczy.
Nie pamiętam, jakby to było wczoraj, rok nie przeleciał jak z bicza t r z a s ł, ale pamiętam dobrze, jak w pierwszych dniach stycznia posłuchałem Holy Fuck i zastanawiałem się, czy już powinienem update'ować toplistę na 2007. Podobne problemy sprawiają słuchane wczoraj albumy Christine Sehnaoui z Michelem Waisviszem, Omake & Johnsona, czy rozkręcający się teraz Pure.
Ale dla mnie robienie podsumowania ma o tyle sens, że dotyczy ono rzeczy usłyszanych w danym roku, moment cięcia jest wyraźny, pozostaje zastrzeżenie tymczasowości, otwarcia na przewartościowania, późniejsze.
Zawsze więcej, ciągle dalej, jeszcze bardziej. Z chwilami refleksji, że może jednak za szybko i jak temu zaradzić. (Podoba mi się inny sposób na zamknięcie roku, jaki zaproponował autor tego bloga.)
topten
Robert Piotrowicz Lasting clinamen (Musica Genera) (R)
Andre Vida I don't know whats wrong with me, my computer eyes or my internet knees (Insubordinations) (Ś) (W)
Ikonika Please/Simulacrum (Hyperdub)
Squincy Jones Nintendub (Ś)
Seymour Wright of Derby s/t (Ś) (W)
Andrew Paine & Richard Youngs Hot Canyon Butter (Sonic Oyster Records) (W)
David Lacey / Paul Vogel The British Isles (Homefront)
COH Plays Cosey (Raster-Noton)
The Noiser Trilogie des Fantomes (Free Software Series) (Ś)
2562 Aerial (Tectonic)
okładki można zobaczyć wszędzie, pomyślałem, że może zamiast standardowych obrazków, zajrzymy do środka
Sculpture Cdr
nieco dalej
Anna Zaradny Mauve Cycles (Musica Genera) (R)
Shackleton Soundboy's suicide note (Skull Disco)
Clive Bell / Bechir Saade An account of my hut (Another Timbre) (R)
Jack Wright / Grundik Kasyansky Chinese nightingale / First meeting (Desetxea) (Ś)
Francisco López Live in Auckland (Monotype) (R)
Flying Lotus Los Angeles (Warp)
Shit & Shine - Kuss mich, meine Liebe (Load)
Untold Kingdom (Hessle Audio)
Nurse With Wound Huffin' Rag Blues (Dirter)
też warto
Giuseppe Ielasi Stunt (Schoolmap)
Stephane Rives Much remains to be heard (Al-Maslakh)
Samuel Sighicelli Marée Noire (D'Autres Cordes)
Frédéric Blondy / Thomas Lehn obdo (Another Timbre) (R)
Shit & Shine Küss mich, meine Liebe (Load)
Graham Lambkin / Jason Lescalleet The Breadwinner
Lionel Marchetti Adèle Et Hadrien (Le Livre Des Vacances) (Optical Sound)
Clark Turning Dragon (Warp)
Scuba A Mutual Antipathy (Hotflush)
TRG Everything We Stand For / Oi! Killa! (Cool And Deadly Records)
Ezra Jacobs Diffusiedrang (Etherkreet)
James Ferraro A virtual erase (New Age Tapes)
___
(W) - wpis na blogu
(R) - recenzja
(Ś) - do ściągnięcia (na legalu)
Nie ma listy jako takiej, bo w każdym z segmentów sytuacja jest wyrównana i hierarchizowanie w nich, to naprawdę byłaby bolesna skrupulatność. Niech wystarczy podział na te trzy grupy.
Do stawki ze wstępnej szerokiej listy w pierwszych dwóch nie przybyło zbyt wiele pozycji, jedynie Zaradny i Julien Ottavi (jako The Noiser).
Nie lubię się powtarzać, więc odsyłam do podlinkowanego obszernego zestawienia.
Co do sekcji "też warto": Ielasi zaskakujący, jak na niego to szorstko i zdecydowanie. Kolejny solowy Rives (już za sam tytuł) i znów badania nad możliwościami saksofonu, podoba mi się to skupione, jakby naukowe podejśćie. Sighicelli - bardzo miła niespodzianka, jestem ciekaw co będzie dalej. Na razie dobrze rokuje, trochę kojarzy mi się z Marchettim, szczegółowość, zagospodarowanie przestrzeni, łączenie dźwięków konkretnych z elektroniką i instrumentami. A Marchetti dla Optical Sound, no oczywiście, bardzo przyjemny, przemyślany i wszystko, ale zgodnie z zasadą podnoszenia poprzeczki, myślałem o nim surowo (może zbyt).
Shit & Shine - super, rajcuje mnie to, ale nie chciałem przeginać, czy jest to jakiś progres w stosunku do ich albumu z 2006? Niekoniecznie.
Duet Lambkin/Lescalleet to też w pewnym sensie dodatek, do działalności tego pierwszego i mistrzowskiego Salmon Run z roku poprzedniego. Clark świetnie się zaczyna, ale po połowie traci werwę, jakby zwątpił, że może cały taki album zrobić (że może w sensie, że mu *wolno*, nie że nie potrafi). Scuba jest interesujący, bo inny niż dubstepowe zastępy, ale dziedzictwo brytyjskiej elektroniki odbija mu się chwilami czkawką sentymentalno-urokliwego motywu.
TRG tylko za "Oi! Killa!", bo "Everything we stand for" wydaje mi się wieśniackie.
Jacobs z dźwięków radia lepi bezkresne połacie, bez punktów zaczepienia, raczej do zgubienia się, może nic nowego, ale zapadło mi w pamięć, że płyta jako całość jest sensownie zbudowana, ma dramaturgię.
Ferraro to jedno z odkryć, o odkryciach kiedy indziej.
Klasyfikacja wedle wytwórni: Sonic Oyster Rec za sześć przynajmniej dobrych cd-rów spółki Paine/Youngs. Hyperdub: oprócz powyższych też przecież Samiyam, Quarta 330/Cardopusher. Another Timbre, oprócz wymienionych: bardzo dobre trio Rombola/Algora/Zach, godny uwagi tribute dla Hugh Daviesa, ciekawe trio Davis/Milton/Saade, a jeśli wieżyć opiniom o najnowszych wydawnictwach (Wright/Lexer, Costa Monteiro, Toot) to jest coraz lepiej.
Monotype lubi wypuścić płytkę w grudniu: trochę się zdziwiłem, gdy zobaczyłem oficjalną datę wydawnia albumu Costa Monteiro, ale López na pewno ukazał się w 2008. A kilka tygodni temu świetny podwójny Marchetti/Favory, ciekawe La Casa/Guionnet i Gadomski/Mirt.
No i wypada wspomnieć o Musica Genera, która wydaje mało, ale za to jak (stuprocentowa skuteczność, heh).
1/01/2009
2008 filmowo
Slacker (1991) reż. Richard Linklater
If... (1968) reż. Lindsay Anderson
Slumming (2006) reż. Michael Glawogger
The Conversation (1974) reż. Francis Ford Coppola
Idiots and Angels (2008) reż. Bill Plympton
Samaria (2004) reż. Kim Ki-duk
Benny's Video (1992) reż. Michael Haneke
Der Amerikanische Freund (1977) reż. Wim Wenders
Den Brysomme mannen (2006) reż. Jens Lien
Zwartboek(2006) reż. Paul Verhoeven
Cure (1997) reż. Kiyoshi Kurosawa
Ma nuit chez Maud (1969) reż. Eric Rohmer
Megacities (1998) reż. Michael Glawogger
Mouchette (1967) reż. Robert Bresson
Capote (2005) reż. Bennett Miller
Lista chronologiczna i to zaczynając od pierwszego stycznia 2008 - Slacker to fantastyczny sposób, żeby rozpocząć nowy rok. Warto ten film zobaczyć choćby dla zakończenia, które ma niesamowitą uwalniającą, wyzwalającą siłę. A Linklatera trzeba mieć na oku - robi filmy różne/r, a nawet z mniej obiecujących sytuacji udaje mu się wyjść obronną ręką.
Anderson i Coppola to klasyka, Haneke mam nadzieję, że już niedługo też.
Natomiast akurat ten Wenders jest chyba mniej znany, kurcze, chciałbym go sobie odświeżyć. Pamiętam, że niby sensacyjny, ale nie pod dyktatem akcji, jakby rozcząstkowany i pogłębiony. (tutaj kadry na zachętę)
Razem z dziełem Verhoevena myślałem o nich jako jakimś odpowiedniku Dürenmatta. Nawet nie tyle jako o wykorzystywaniu gatunku jako wehikułu dla obcych mu treści (to bardziej Coenowie? ale Wenders tutaj nie tak daleko od nich), ale o wkładaniu w formułę (czy może raczej wyciąganiu z niej?).
Przy czym Wendersa i Verhoevena trudno porównać. Film tego drugiego przypomina prozę Dürenmatta bo jest świadomy formy, jest też bardzo zagęszczony, bo wie, że odbiorca tego oczekuje, w ogóle wie o odbiorcy, bierze go pod uwagę. Dlatego można by powiedzieć, że operuje na poziomie meta, ale nie ma dekonstrukcji filmowości, tylko kunsztowność, wirtuozeria, doprowadzenie historii do maksymalnego skomplikowania, jednak bez przeszarżowania. Akceptacja fikcyjności i użycie wszystkich jej możliwości.
Miałem wakacje z Kim Ki-dukiem, dobijając do chyba ogółem ośmiu jego filmów. Samaria wydaje mi się najlepsza, potem Bin-jip (2004), Paran daemun (1998). Jedynie Yasaeng dongmul bohoguyeog (1997) był słaby (naprawdę).
Plympton zrobił kolejną świetną animację, złośliwie dowcipną i skłaniająca do myślenia.
Na pewnym poziomie ogólnego zarysu, to Lien opowiada podobną historię - odmiennego, osamotnionego człowieka, który by może nawet nie chciał być inny, ale jest. Trochę kojarzył mi się z Kaurismakim, choć Lien jest (bywa, tzn jeśli już jest) zabawny jeszcze bardziej niebezpośrednio.
A o reszcie to już się rozpisywałem. Myślałem, czy by nie uwzględnić w *topie* po jeszcze jednym Bressonie i Kurosawie, ale - powoli, spotkania z tymi panami będą kontynuowane.


















