Zaskakujący pełnowymiarowy debiut reżysera zaprawionego w krótkich formach.

Film funkcjonuje pod dwoma anglojęzycznymi tytułami - ówdzie jako The Wakhan Front, a gdzie indziej pod będącym wiernym tłumaczeniem oryginału.

[..] Clément Cogitore's fascinatingly spooky The Wakhan Front (2015) recalls a dustier, low-key version of John Carpenter's The Thing (1982). (via) 

Rewelacyjnym pomysłem jest wrzucenie widza w specyfikę sytuacji przez pokazywanie obrazu z noktowizorów i tego typu urządzeń. Mamy wtedy swoiście militarny sposób oglądu (przypominają się te obrazy wojny), ale jednocześnie często nie wiemy, co się dzieje, na co patrzymy i gdzie jesteśmy. Krajobraz nie przypomina ziemskiego, nie wygląda też jako niebo. Chyba jesteśmy zupełnie gdzie indziej - na srebrnym globie?

As in Maryland, there’s a creeping sense of paranoia. Here, however, the lay is of the land is murkier and more sinister, with a captain facing insubordination and losing the respect of his men. Viewers are on their own, too: there isn’t a central, clarifying perspective. (via) 
One abrupt dance sequence, set to an aggressive techno track, seems a direct homage to Claire Denis’ “Beau Travail” — still the gold standard for studies of soldiers lost (even when found) in the desert, though “The Wakhan Front” is a worthy admirer. (via) Tej scenie towarzyszy idealna do tego muzyka - Aku Raski (aka Huoratron). 
“John Ford meets M. Night Shyamalan” - tak reżyser powiedział żartem, a mi, jak teraz patrzę na te kadry kojarzy się to z Grandrieux (w czym duża zasługa rewelacyjnego operatora). 
Warto też nadmienić, że Cogitore napisał scenariusz wspólnie ze współpracownikiem Jacquesa Audiarda. 
Part of the film's suspense lies in Bonassieu's obstinacy and growing mental frailty, explored by the filmmakers almost to the point of likening the man to Kurtz from Joseph Conrad's Heart of Darkness. Here, too, some of the paranoia that seizes the French—a former colonial power—lies in their construction of “the other.” (via)
7/11/2016
Ni le ciel ni la terre - Clément Cogitore (wpatrywanie cz. 28)
Yek khanévadéh-e mohtaram - Massoud Bakhshi (wpatrywanie cz. 27)
Pełnometrażowy fabularny debiut jakoś znanego w Polsce reżysera, pokazywany na Warszawskim Festiwalu Filmowym jako Rodzina godna szacunku. Jego dokumenty
W Teheranie nie rosną już granaty i Nasz perski dywan były na Planete Doc Review i TVP Kultura.


A thriller is only as good as its hero, and Arash isn't much of one, as he merely endures what is thrown at him and observes without ever making much of a choice. Mr. Hamidian portrays him not so much as a character but as an archetype of the baffled man out of his league, a mere puppet buffeted from all sides by the wind. (via)


No właśnie, Bakhshi pogrywa z konwencją thrillera, początek sugeruje nam wyraźnie, że z takim modelem czy stylem będziemy mieli do czynienia, ale potem już tak wyraziście oczywiste to nie jest. Dzięki takiemu poprowadzeniu film wiele zyskuje.

Ci, którzy film oglądali będą pewnie zainteresowani taką pogłębioną recenzją.


Lelaki Harapan Dunia - Liew Seng Tat (wpatrywanie cz. 26)
Drugi pełen metraż malezyjskiego reżysera, którego bywalcy Nowych Horyzontów mogą kojarzyć z pokazywanego tam Kwiatka w kieszeni.
Ten film (wsparty nie tylko przez Turyn, ale też Sundance i Hubert Bals Fund) jest ciekawy sam w sobie, warto go obejrzeć.

Tym bardziej, że potem można poczytać recenzje i zaplątać się w sieć post-, neo- i po prostu kolonialistycznych spostrzeżeń.

Yet the rush to sponsor “Men Who Save the World” shows up the all-too-often neo-colonialist agenda of these “First World” organizations who magnanimously provide money to “Third World” filmmakers touting a particular vision of what the West wants to see coming out of the East, or South. In this case, perhaps they thought a comedy would shake up their usual product of distancing poverty porn; a clever laffer might have done the trick, but given the way the African character, among others, is treated here, their involvement is perplexing to say the least. (via)

Liew, who saw some initial success at international festivals with his 2007 debut Flower in the Pocket, undercuts his own attempt at a lighthearted tone with heavy-handed humor, consistently demonstrating distracting cultural, racial and gender insensitivity. From ridiculing superstitious villagers to stereotyping Africans and completely sidelining women, Liew’s film barrels ahead with barely a clue. (via)

Jak dla mnie, wygląda to tak, że zachodni krytycy zbyt szybko weszli w rolę zatroskanych o poprawność polityczną strażników. Tak im do tego było spieszno, że nie zauważyli mają do czynienia z satyrą na przywary rodaków reżysera.

What the western critics might have failed to understand was that parts of the film may be a deliberate form of satire which, perhaps, only Malaysians could relate to -- visits by politicians to garner and maintain support, people resorting to violence and going against each other without clearly understanding the real problem, the horror of ritual slaughtering, corruption, "gangsters"... I'd rather not say more but locals would get the idea. Liew is bold enough to sneak these little satires in, but any more than that would've gotten the film completely banned from being released here in Malaysia. (via)

International reviews have been mixed so far, with most complaints aimed at what the reviewers are (mistakenly) calling racist and homophobic jokes that litter the film, which is understandable given their presumed lack of knowledge of local context.
Malaysians, however, will have a field day trying to decode the film’s many hidden meanings and subtext in addition to laughing at ourselves, courtesy of the merciless way the film pokes fun at everyday Malaysian things. (via)

Warto też wziąć pod uwagę co do powiedzenia ma sam autor.

Dziwi mnie też trochę, jak wszyscy chętnie nazywają ten film komedią. Jasne, jest kilka zabawnych momentów, ale mi raczej śmiech wiązł w gardle
Il Sud è niente - Fabio Mollo (wpatrywanie cz. 25)
Mocny i niepokojący debiut Fabio Mollo pokazywany między innymi na Berlinale.
Warto wspomnieć, że reżyser współpracuje tu znów ze scenarzystką Josellą Porto i montażystą Filippo Maria Montemurro, z którymi stworzył w 2007 krótki metraż Giganti, a teraz doprosił też kilku znajomych ze szkoły, o czym poniżej.

Spinning a note of magical realism, Mollo has her see his ghost underwater in a lyrically filmed scene that has a pinch of the L’Atalante about it. (via)

Pojawiają się też wielokrotnie zestawienia czerwone-niebieskie (jak w Annie), w ogóle są to jakieś chłodne Włochy, nawet gdy świetliste, to nie myśli się, że słoneczne, tylko błyszczące zimnem.
Italojęzyczni mogą być zainteresowani tym wywiadem.
The cinematographer Debora Vrizzi and director and other members of the film crew are recent graduates of the Centro Sperimentale di Cinematografia of Rome, as is first-timer Andrea Bellisario. The film has an air of experimentalism and youth about it. (via)
The film is strikingly restrained, immediately calling to mind recent films like Fish Tank, and Wendy & Lucy in it’s ability to emotionally place viewers in the shoes of it’s protagonist. Labeling the film a coming of age story – which it indeed resembles in many ways – would be doing a disservice to the richly sketched characters that live within. South Is Nothing is not a film of ultimate resolutions and finality, or of manufactured dramatics. Instead, Fabio Mollo weaves a kind of subdued realism juxtaposed with dream-like imagery that will surely divide opinions, but astonish and engross many. (via)

Mollo told an interviewer: “The inspiration for the movie is in its own title, the ‘South is Nothing.’ It’s a provocation against that mentality of the code of silence and resignation in which many generations [in the south of Italy] have been educated. It’s a story of youthful anger and a break with that mentality.” (via)

7/10/2016
TorinoFilmLab (wpatrywanie cz. 24)
Nowe Horyzonty coraz bliżej, więc nawet dobrze, że na Festival Scope nieco spokojniej (edit 13/7: nieaktualne już), bo można się lepiej do wyjazdu do Wrocławia przygotować. Niemniej nadal można (i należy) obejrzeć większość propozycji TorinoFilmLab.
Mi najbardziej do gustu przypadł Mercuriales Virgila Verniera, zresztą wyświetlany na NH jako Wieżowce. W opisie przywoływano Markera i Godarda (którego 2 ou 3 choses que je sais d'elle podobno się inspirował). Mi się skojarzył z Rivette'em (gry "miejskie", mitologizowanie) i Rohmerem (przez przedmieścia, więc szczególnie z Les Nuits de la pleine lune). Kto mnie trochę zna, ten wie, że z takiej konstelacji nazwisk niczym z tarota można było wywróżyć, że ten film mi się spodoba.
Do tego można dołożyć kartę Jamesa Ferraro, który nie jest w żadnym razie jakimś moim faworytem, ale sam fakt, że reżyser poprosił go o muzykę, pokazuje w jakich obszarach ten twórca się porusza. Do tego dorzucił jeden utwór Can.
Niektórzy może poznają te budynki z rewelacyjnego fotoreportażu, którego część drukował "Duży Format". 
Nie jest to na pewno film, jak to się ujmuje, spełniony czy kompletny, ale dla mnie dzięki temu tym ciekawszy. Vernier próbuje, sonduje, czasem po omacku, puszczając wodze i stąd wrażenie, że nie wie, w jakim kierunku zmierza. Nie trafiłem na żadne wzmianki o sytuacjonizmie w omówieniach tego obrazu, a przecież to dryfowanie jest bardzo w ich guście - "painting a collage-like portrait of a land gone to waste, and whose survivors are a mix of outcasts, fanatics, strippers and other marginal figures that Vernier captures with a certain level of compassion." (tam też, że muzyka trochę jak "a John Carpenter soundtrack remixed by a madman.")


"They’re totally mundane towers, like you could find in any Western city—or in fact in any city that has experienced that expansion of capitalism that led to the building of financial zones. These areas always have the same architecture, made of steel and one-way mirror windows in which the sun gets reflected. These structures seem to be the totems of a civilization that wants to magnify the power of the economy and money and to always be higher. All these totems strike me as being rich with meaning now that there’s been an economic crisis. In the past, they seemed to be urban aberrations, but now they already look like the totems of a lost civilization, which is in crisis and in danger of collapse and being destroyed by planes and people who want to make a revolution." (cały wywiad z VV bardzo wart lektury)
Trochę podobnie rzecz się ma z pokazywanym w Wenecji debiutem Yorgosa Zoisa, nie tylko reżysera, ale też scenarzysty i aktora.

Znów, o autorze dobrze świadczy dobór osób odpowiedzialnych za dźwięk, podział ról jest tak przez niego opisany: "music Sylvain Chauveau, soundscapes+drones Novi_sad."

To też nie jest arcydzieło, ale na pewno warto sprawdzić (i dużo bardziej "skupiony" niż Mercuriales).

Mówi Zois: The biggest challenge was to transform the theatrical set-up into a cinematic mise-en-scène. That is why I used borders, and in fact I tried to dissolve them. Light and darkness, actions happening inside and outside of the frame. My aim was to create a streamlined continuum of dark seats spreading from the cinema seats of the real movie theatre to the dark seats of the fictional theatre. At the premiere, it would feel like the audience of the theatre had merged with the audience of the cinema.
Pozostałe filmy w osobnych wpisach:
Nahrani me z besedami - Martin Turk
In Jouw Naam - Marco van Geffen
Korso - Akseli Tuomivaara
Leones - Jazmín López
Ni le ciel ni la terre - Clément Cogitore
Yek khanévadéh-e mohtaram - Massoud Bakhshi
Lelaki Harapan Dunia - Liew Seng Tat
Il Sud è niente - Fabio Mollo
7/04/2016
Grand Mal - Perfect Fit
To jedna z tych długo poszukiwanych płyt, które w końcu znajduje się dziwnym przypadkiem. Kilka utworów z Perfect Fit usłyszałem w jednej z nocnych audycji w Programie Drugim Polskiego Radia, chyba była to prezentacja wydawnictw z holenderskiego Unsounds. Chociaż na wpół zasypiałem, jakiś obszar mojej intuicji został pobudzony i zaintrygowany dźwiękami stworzonymi przez trio Grand Mal. Skład zespołu to Justin Bennett (bębny, perkusja, zither), Stephie Büttrich (głos, obiekty), Anne Wellmer (syntezator, automat perkusyjny, powerbook).
Utwory zawarte na płycie to w większości piosenki, ale zwichnięte, jakby pokiereszowane, po przejściach. Najlepszym przykładem igrania z konwencją piosenki, przełamywania jej przymilności jest "Peel me a grape" (interpretacja utworu Davida Frishberga). Kompozycja zaczyna się od zmysłowego wokalu, którego śpiewająca nie jest w stanie utrzymać na wodzy, który mutuje w jęki, natomiast tekst staje się bełkotliwy. Porzucenie „seksownego” tonu jest jak otrząśnięcie się ze stereotypu, jaki popkultura przydzieliła piosenkarkom. Büttrich uwalnia swój głos, chce odkryć pełnię jego możliwości. Podążą ścieżką jaką przecierał Jaap Blonk, choćby swoim „Speechloss”. Nie atakuje jednak tak bezlitośnie jak jej rodak. Wykorzystuje szeroki wachlarz środków takich jak warkot, bełkot, rżenie, mamrotanie; mocuje się ze swoim głosem, który uwiązł w gardle, urywa słowa, zacina się, jakby chciała je zatrzymać. Potrafi także stworzyć zabawno-przerażającą kreację w „707”, która ociera się o piosenkę aktorską. Tam parodiuje rutynę pouczeń, jakich stewardessy muszą udzielać pasażerom przed startem. Ta stewardessa chyba odczuła nudę i postanowiła nieco urozmaicić prezentację.
Dotychczas pisałem wyłącznie o 1/3 zespołu. Choć to wyczyny wokalistki przykuwają uwagę, towarzysząca dwójka jest równie ważnym elementem Grand Mal. W omawianym przed chwilą utworze sugestywnie odwzorowują dźwiękową aurę pasa startowego. Ale potrafią zagrać nie tylko ilustracyjnie, perkusista nie ogranicza się do krótkich sekwencji stuknięć i chrobotów, ale podgrzewa też atmosferę gęstymi solówkami. Dla jego zagrań ciekawy punkt oparcia stanowi syntezator analogowy: freejazzowe „odloty” zyskują inne znaczenie pośród ziarnistych, buzujących powierzchni, drapiących igiełek pojedynczych dźwięków lub ich postrzępionych chmur. Nie jest to nawałnica do jakiej przyzwyczaił Thomas Lehn, jednak gra Wellmer świetnie pasuje do artystycznego pomysłu tria.
Trochę rozczarowuje wyciszająca końcówka albumu (3 albo 4 ostatnie kompozycje), tam jednak słuchanie umilają etniczne zaśpiewy doprawione rytualnymi niemal rytmami (wcześniej zdarzą się jakieś fragmenty bardziej rytmicznych bitów, w stylu piosenkowym) i lekką transowością.
Ciekawy album, który dostarczy przyjemności osobom lubiącym twórczość zasilaną szaleństwem z przymrużeniem oka. Dziwaczny urok spowijający te nietypowe piosenki sprawia, że awangardowa i niełatwa z pozoru muzyka staje się nie tyle lekkostrawnym, ile nęcącym daniem. W dodatku bawi w niewymuszony sposób nie sięgając po kabaretowe chwyty.
[recenzja pierwotnie opublikowana w 2006 roku na nowamuzyka.pl]
6/14/2016
La impresión de una guerra - Camilo Restrepo (wpatrywanie cz. 23)
Trailer tutaj, więcej tutaj. 



Pomysłowy, ale nie efekciarski film, w którym reżyser sięga po różnego rodzaju obrazy, np. te ze źle wydrukowanych gazet albo filmików kręconych komórkami. Przyglądając się im zaczynamy myśleć o zniekształceniach, jakie towarzyszą samemu procesowi obrazowania, o tym, że każdy sposób przedstawiania jest wadliwy, nie oddaje rzeczywistości idealnie.









.
