Rękopis znaleziony w Saragossie (1964) reż. Wojciech Jerzy Has
Tak naprawdę to mniej mi się chce pisać o tym filmie jako o filmie, a bardziej o tym, o czym myślałem, dzięki niemu.
Ale co do dzieła, no tak, jest długie, na szczęście druga część jest dużo gęstsza i (na pewnym poziomie) lżejsza. Sporo długich (ale nie bardzo) ujęć, Cybulski jest zabawny, Holoubek intrygujący, bez maniery. Muzyka jest okej, podobały mi się te momenty, gdy była jakby przedłużeniem wydarzeń, wychodziła z ich dźwięków (np. wiadro wpadające do studni, zatrzaśnięcie klapy w podłodze). Szkoda tylko, że ktoś zapomniał ją uwzględnić w środkowych (pi razy oko) 90. minutach.
No i oczywiście filmowi przydałoby się odnowienie, pewnie lepiej żeby puszczali z dvd (którego wciąż nie zdołano wydać w naszym kraju i *to jest po prostu skandal*). A tak to w niektórych częściach "biel" była raczej szara, a w innych żółtawa. To co najbardziej denerwująco, czyli rozmycia były chyba winą projektora. Przy renowacji można by też coś zrobić z dźwiękiem bo pochody i przebieżki na kontrabasie (w sumie jedyny kiepski pomysł) rezonowały jak doły na nieudanym techno party.
Z rzeczy bardziej związanych z fabułą, to najpierw myślałem o schematach narracyjnych, w sensie opowiadania życia/jego sensu. Mamy dwa modele tutaj: religii (grzech i kara) oraz...powiedzmy osobowościowy, że należy odkrywać, poszerzać swoją świadomość, być ekspansywnym, rozwijać się (trochę pobrzmiewa "Historia oka Bataille'a). To jakoś idzie w parze z kontrkulturowym uwielbieniem narkotyków (to określenie jest zapewne "reakcyjne", heh) - co on pije z tego kielicha-czaszki?
Interesujące byłoby też zinterpretować Busqueroso przez pasożyta Michela Serresa.
Natomiast druga część wepchnęła mnie na meta-poziom, oczywiście była też ta radość oglądacza ze splotów wątków, ale przede wszystkim refleksja, nie wiem, czy gorzka, ale trudna...
Nie chodzi o, to że wszystko już było i są tylko wariacje schematów, choć to też ciekawe.
Ważniejsze jest jednak, kto opowiada opowieść, której jesteś uczestnikiem/bohaterem? Jeśli (nawet masz wrażenie, że) Ty, to skąd wziąłeś słowa, którymi mówisz? Czy jesteś świadom, że te okrągłe zwroty, których używasz usłyszałeś wcześniej i teraz tylko próbujesz wpasować się z nimi w odpowiedni moment? I że przez to ten moment będzie mniej twój, a bardziej tego, od kogo usłyszałeś te słowa?
A jeśli jesteś świadom, to co można z tym zrobić? Można spróbować powtarzać słowo, zwrot w kółko, nie tylko w celu osiągnięcia dźwiękowej bezznaczeniowej papki. Tak można spróbować też unieszkodliwić nadobecne narracje, np. w sobotę można było jako odpowiedzi na każde pytanie używać "27 lat temu wprowadzono stan wojenny", aż do kompletnego znieczulenia tym faktem.
A jak opowiadać opowieść na własny sposób, tak żeby pozostała własna? Słowa muszą być wspólne bo nie byłoby komunikacji. Ale jak ważna jest komunikacja? Czy chęć porozumienia się ze wszystkimi nie oznacza, że jesteś dla każdego dostępny, tak że każdy może wziąć kawałek z twojej opowieści i włożyć ją we własną. Wypaczyć ją, oczywiście, ale to będzie widoczne być może tylko dla ciebie, bo dla innych będzie odpowiednim kontekstem, wytłumaczeniem (np. dlaczego pleciesz głupoty).
No ale jest coś twojego (przeżyłeś, doświadczyłeś) i bardzo chcesz, żeby inni się o tym dowiedzieli. Na ile możesz posłużyć się znanymi tobie narracjami, aby innym umożliwić zrozumienie. Bo wiesz, że jest to coś nowego, o czym wcześniej w swoim języku nie słyszałeś.
Na ile w ogóle możesz decydować o tym, jaką narracją się posłużyć?
Rezygnacja z narracji na rzecz osobnych słów zakłada, że masz wyrozumiałego, otwartego, aktywnego odbiorcę. A takie założenie tchnie naiwnością, więc będziesz mówił językiem, który znasz o tym, czego ten język jeszcze nie zna? To znaczy, że w rezultacie będzie to wyglądać, jakby już od dawna było przez ten język poznane, przetrawione, zasłownikowane.
Co zrobić? Opowiesz mi swoją opowieść?
12/18/2008
Has (wpatrywanie cz. 5)
12/17/2008
Jim O'Rourke
it really did have a lot to do with the what was going on in that world of music then, it had a direct correlation. it’s funny, scend seems to hit some people. i remember bernhard guenter and christoph heemann and some other folks telling me how they really felt i had broken down a wall that was stubbornly standing at that time, and that was really encouraging, cause it means i must have gotten it right. but, it’s really hard to see that aspect of it now, i think, cause there’s been so much, uh "that" since then, hahah. that’s life.
7/2008
I'm a bit older than people think. For a lot of people I know they've only become aware of me since '97 or so, but I've been making records since the 80's. In fact Thurston has told me that early on, when he was buying my first records, he thought I was some tweed coat wearing professor or something. Except for a few occasions, I've always worked with people older than me. The only real jokes spring from my early dismissal of Sonic Youth because they weren't noisy enough for me, heh. When I first heard Confusion is Sex, I thought, "That's not noisy!", but I was a hard core improv/noise guy then. I wanted Whitehouse and Amm 24 hrs a day.
5/2003
Jim: And they always used to tease me about what was under their skirts and like dare me to lift their skirts with a ruler.
Kim [Gordon]: Wow.
Thurston [Moore]: You mean you didn’t know?
Jim: I didn’t know what was under their skirts.
8/2002
RB: You have said that many of your albums are about Americana. Are these albums parodies or the results of a genuine infatuation - or of something entirely intermediate, indefinite, or equivocal?
JO: Not a parody at all, or infatuation, it's more like trying to reconcile what is imagined, learned, real and imaginary. It really only applies to bad timing and happy days. Parody and its ugly cousin irony are generally signs of laziness. Is it really that impossible to believe that something can be funny and sincere at the same time?
11/2001
I would have saved enough money to get over to Europe and just started working over there and start playing with people. I spent a lot of time in Aachen. I would sit in Aachen for the summer and work with friends and take the train to another city and meet other friends and sometimes play shows. That build up during the four years of college, every summer going. When school stopped I got back to that, but on longer term basis. So I was doing stuff in Europe long before I was doing stuff in the States.
12/2001
It's my nature to shoot myself in the foot. If something feels right, I don't do it. Maybe later it will end up being the right thing, but first I'll do something that doesn't feel right, which might give me a new perspective I wouldn't have had before.
5/2000
Radio: Your favourite film ?
Jim: Performance.
2000
I've played or worked with almost everybody I grew up worshipping. Just three months ago I had a piece premiered the same night as a piece by Luc Ferrari. This guy's a complete hero to me. I was just so fucking scared - I can't tell you how much I absolutely worship, kiss the ground, anything! He's the greatest living composer on earth! If it wasn't for him, I don't know what I'd be doing.
3/1995
Fragmenty z różnych wywiadów z bohaterem dzisiejszej Audiosfery.
Nie wiem, co Patryk wybierze, ale ja zaproponuję coś z Crookt, Crackt, or Fly Gastr del Sol, coś z Cancer Illusion of Safety, z solowych rzeczy: Insignificance, Disengage. Do usłyszenia!
12/16/2008
Centrum Kultury,
tak zwany Zamek, organizuje w środę spotkanie z trzema tłumaczami: Małgorzatą Łukasiewicz, Jakubem Ekierem i Antonim Liberą. Pełne info: tutaj, oprócz spotkania, w czwartek warsztaty (ciekawe, co to za formę oznacza?) Ekier o tłumaczeniu poezji i Procesu, Libera o swojej Madame i Ostatniej taśmie Becketta.
Jak brzmi Ekierowski Kafka?
K. od razu zaczął, nic nie przemilczając; całkowita szczerość była jedynym, na jaki mógł sobie pozwolić, protestem przeciw opinii stryja, jakoby proces był jedną wielką hańbą. Nazwisko panny Biurstner wspomniał tylko raz i przelotnie, ale to nie umniejszało jego szczerości, bo panna Biurstner nie miała związku z procesem. Opowiadając, wyglądał oknem i zaobserwował, że zbliżają się akurat do tego przedmieścia, gdzie są kancelarie sądu; zwrócił na to uwagę stryja, ale jego ta zbieżność niezbyt uderzyła. (Literatura na Świecie, nr 1-2/2003)
Przekład ten jest warty uwagi choćby dlatego, że jest to pierwsza inicjatywa od 1936, czyli od wersji, którą przypisuje się Schulzowi (więcej tu).
Truffaut, krótkie holenderskie (wpatrywanie cz. 4)
La femme d'a côté (1981) reż. François Truffaut
Po takich dziełach jak Les quatre cents coups (1959), Jules et Jim (1962) nabrałem do Truffaut zaufania i postanowiłem wykorzystywać każdą okazję by zapoznawać się z jego filmami. Tirez sur le pianiste (1960) ustawiłbym tylko nieco niżej niż wymienione, Domicile conjugal (1970) pamiętam głównie dlatego, że było zabawne.
Jednak to, jak bardzo cenię jego filmy (zwłaszcza te najpierw obejrzane), sprawia, że u mnie ma wysoko podniesioną poprzeczkę. No i niestety La femme d'a côté to niezbyt udany skok.
Nie nazwałbym tego obrazu złym, jeśli chodzi o wymienialne wady, to jest ich mniej niż zalet, chociaż może te drugie nie są aż tak silne? Przede wszystkim muzyka, reżyser postanowił, że doprawi emocje obecne w fabule komentarzem muzycznym. I to tym najbardziej wyświechtanego sortu (smyczkowe drżenia, zagłębienia), może miał wątpliwości, że scenariusz (którego był współautorem) i gra aktorów nie będą w stanie poruszyć widza i czuł potrzebę dopowiedzenia, że tak, teraz powinno być smutno...Nie jest tego wiele, ale za to w takich momentach, że dla mnie to trochę skopało film.
Co jeszcze? Ta część, kiedy Mathilde trafia do szpitala wydaje się dołożona na siłę, nie jest pogłębiona, ani też nie sprawia wrażenia, że miałaby być (nie mówiąc o odkrywczości).
Wcześniej odstaje też ta scena rodem z komedii, gdy dzwonią do siebie nawzajem i mają zajęty sygnał. Nawet nie bawi, denerwuje, bo chyba miała sugerować coś głębszego niż służyć rozrywce widza.
Sztucznie i patetycznie wypada gdy Mathilde pyta Thomasa "to ty wiesz, co to są zmartwienia".
Też to jak słyszy (przypadkiem - pozornie) w toalecie anegdotkę o romansie z sąsiadką - kurcze, po co to? Taki oczywisty chwyt.
Ale jest też kilka udanych pomysłów: po tym jak doszło do zdrady, rogacza obserwujemy w pracy, tzn na wieży kontroli lotów.
Na początku Bernard z żoną narzekają, że teraz jak mają sąsiadów, to będą musieli się pilnować, jakby trochę znikąd Bernard mówi, że koniec z seksem w ogrodzie. Trochę później para słyszy koty, on mówi, że walczą, ona, że "kochają się jak szalone". Te dwa dialogi subtelnie, ale też znienacka, wprowadzają ważny wątek, który potem przez dłuższy czas będzie unosił fabułę. Nawet nie tyle wprowadzają, co wrzucają do świadomości widza te pojęcia i one się tam unoszą, aż nie będą miały na czym się osadzić.
W ogóle fajnym chwytem jest też rama w postaci narratorki, tak że wiemy od początku, że ta historia się już skończyła (a jeśli widzimy dokładnie, to domyślamy się jak; to w seansie telewizyjnym było nie do dojrzenia). Ona przechodzi do opowiadania po kwestii, że zna tu wszystkich, co jest jakby wystarczającym powodem, żeby nam przedstawić wypadki. (Jak się lepiej nad tym zastanowić, to jej status nie jest tak oczywisty, bo w tej historii są rzeczy, których przecież nie mogła wiedzieć.) Ona nie tylko prezentuje tą historię, ale też jest punktem odniesienia, bo przeżywa przechodzi przez analogiczne wypadki i radzi sobie z nimi zupełnie inaczej. (A może ona to wszystko wymyśliła, żeby się usprawiedliwić?)
Sprawia mi nieco kłopotu, jak miłość jest przedstawiona w tym filmie, a bardziej nawet reakcje, gdy romans się wyda. Zwłaszcza żona Bernarda jest bardzo wyrozumiała, jakby miłość była jakąś chorobą, która dotknęła go i Mathilde, na którą nie ma rady, nie można z nią walczyć. To znaczy, zmierzam do tego, jakby była poza nimi, nie miała z nimi wiele wspólnego, zdarzyła się im. To i wzmianka grobu na koniec każą myśleć o Tristanie i Izoldzie.
Są też mocne podobieństwa z Ma nuit chez Maud Rohmera, oprócz ogólnie tematyki, dwie kwestie prawie skopiowane z tamtego filmu. O tym, że mężczyzna od razu wiedział, że ona to ta i "nie będziemy o tym więcej rozmawiać". Chyba świadomie?
Jedna rzecz, która łączy to z L'Diable probablemant, to właśnie koniec na początku, to, że jest on jakby z innego porządku, oderwany, tutaj trochę jak reportaż tv (no i ujawnia finał fabuły).
Tak się zastanawiam, może te różne rzeczy (zatrzaśnięcie samochodu, rozmowa o filmie, praca Bernarda, zresztą ta sama, co w Domicile...) są tam powrzucane celowo, taka zabawa starego mistrza (a jeszcze coś odległego może: miejscem akcji jest Grenoble, gdzie w latach 70. eksperymentował Godard). No bo też używanie wyciemnień trochę razi, a już tego, czego nie znam polskiej nazwy (się uczę dopiero), a po angielsku to iris out, to jest zupełnie z innego końca kosmosu (mi się kojarzyło z kreskówką).
A może to jakieś urozmaicające pomysły montażystki Martine Barraque, z którą to kolejna współpraca (a ma na koncie też La Société du spectacle reżyserowane przez Deborda). Natomiast pierwszy (i jedyny) raz Truffaut pracował z Williamem Lubtchansky'm, który odpowiadał za zdjęcia i szczerze mówiąc nie pamiętam, żeby mnie coś z tego poletka poruszyło (też wada chyba).
(A jeszcze: seans telewizyjny to TVP Kultura, gdzie tłumacz, albo lektor? postanowili sobie odpuścić kilka kwestii, drobiazg - ale denerwujący)
Holenderskie krótkie metraże
Zamek niewiele robi, żeby zachęcić widzów (opisów na ich stronie nie uświadczysz) tak więc nic dziwnego, że w Sali Audiowizualnej pojawiło się z 6 osób, mimo że pokaz był za darmo. Filmy oglądaliśmy na telewizorze panoramicznym, który czasem przebijał czerwoną wysypką.
Najlepsze były dwa filmy: zaskakujący Weg (jeśli przyjmiemy, że słaba momentami jakość obrazu to celowo albo też wina telewizora), którego trailer tutaj.
Drugim Asef - sorry, który polecam obejrzeć tu.
Jeszcze można wyróżnić dowcipny Metalosis Maligna do obejrzenia tu (ale animacje komputer cieniutkie), a także Absolutely Afro Dorothee van den Berghe. Film na poziomie, sympatyczny, radosny i w ogóle, reżyserka jakby specjalizowała się w temacie dziewczęcego dojrzewania i wchodzenia w dorosłość (jej drugi pełen metraż, który w przyszłym roku, może być ciekawy).
Były też filmy artystów: hipnotyzujący, ascetyczny (ale dlaczego taki koniec?) Arianne Olthaar oraz żart Erwina Olafa w charakterystycznym dla niego stylu, który w filmie akurat tak sobie zadziałał.
No, This Lüscher też okej.
W następna odsłona: abstrakcja. Poniedziałek, 19:30, CK Zamek - Sala Audiowizualna, wstęp wolny.
12/14/2008
Szumowska, Rohmer (wpatrywanie cz. 3)
33 sceny z życia (2008) reż. Małgorzata Szumowska
I znów rodzina...Dlaczego to jest takie ważne? Chociaż właściwe pytanie brzmi: dlaczego to jest takie trudne?
Ten film trochę o tym jest, ale przede wszystkim o śmierci. Natomiast jej poprzednia fabuła Ono (2004) była o narodzinach, pamiętam że generalnie ten film był krytykowany, a mi się podobał.
Na tą produkcję szedłem więc pozytywnie nastawiony choć trochę zmęczony unikaniem unoszącego się wokół niej szumu medialnego.
Jestem nieco zawiedziony, o czym poniżej, jedno co na pewno udało się Szumowskiej, to pokazać śmierć i reakcje na nią, w sposób jakiego w polskim kinie dotąd nie widziałem. To dla niektórych jest tak szokujące, że można przeczytać komentarze w stylu "tak się zachowują tylko postacie w filmach", ale ja wcale tak tego nie odebrałem i uważam, że było to potrzebne.
Włożyłem 33 sceny w szufladkę "polskie kino", bo jednak mimo międzynarodowości przedsięwzięcia pozostaje on dla mnie filmem krajowym. I to sami twórcy sobie zgotowali ten los, nie wiem, jakie było najlepsze wyjście, może w ogóle nie angażować Jentsch i Gantzlera (jedyni zagraniczni aktorzy)? A jeśli już, to na pewno ich nie dubbingować? I to nawet nie chodzi o to, że Jentsch mówiąca głosem Ostałowskiej nie ma nic z charyzmy Sophie Scholl i jest tylko trochę lepszą wersją Kożuchowskiej. Nie chodzi o brak synchronizacji ruchu warg, ale to po prostu brzmi nienaturalnie, aktorzy się ruszają, kiedy wypowiadają kwestię, a słychać, że ktoś to (starannie, jasne, profesjonalnie też) wypowiada za nich. Nie ma w tym nich, nie ma życia, emocji. A są dwie z czterech największych ról w filmie.
Dla mnie niestety chyba to było w stanie wytworzyć ogólnie niezbyt dobre wrażenie o całości. Jakkolwiek jest kilka fajnych rzeczy: pomysł przedzielenia części czarnym ekranem, tak że gdy film się kończy, to najpierw przez chwilę pojawia się niepewność, czy na pewno.
Podobał mi się też motyw z niedomykającymi się drzwiami szpitalnej windy, ale szkoda że potem został umocowany, lepiej jak był tak tylko rzucony, wieloznaczny.
Gdy pisałem o rekcjach na śmierć, nie chodziło o tylko o śmiech, choć tego też Szumowska trochę oferuje. W scenie na cmentarzu, gdy kondukt skręca w złą stronę, śmiech raczej więźnie w gardle, ale pierwsze ostatnie namaszczenie jest komiczne.
W ogóle dla mnie jest to najlepsza scena w całym filmie, mamy w niej wielopoziomową grę, wchodzenie w role. Bo ksiądz nie może być w sutannie, żeby matka się nie przestraszyła, okazuje się, że ksiądz nie jest do końca księdzem, tzn był, ale już nie. Nie tylko nie jest w stroju urzędowym, ale przychodzi ubrany w straganową bluzę Wu-Tang. Nie może odprawić sakramentu w pełni profesjonalnie, musi się wspomagać tekstem i tak sukces, bo nawet nie był pewien, czy mu wolno, ale tak, były ksiądz w wyjątkowych przypadkach może. No więc jest ten kapłan-niekapłan, trochę przebieraniec, a potem mąż umierającej zaczyna ustawiać mu głos, tzn próbują, czy tak nie będzie za głośno. Ale za cicho też nie może być, bo reguła sakramentu zabrania. Więc wspólnymi siłami ustawiają poziom głośności. Samo namaszczenie jest "na poważnie" ale poprzedzające je wypadki nadają mu posmak niewinnie świętokradczego dziecięcego figla.
Być może Kieślowskiego na myśl rzuciło mi stwierdzenie na ulotce (największy międzynarodowy sukces polskiego kina od czasów... - no no) i o filmie Szumowskiej zacząłem myśleć przez jego pryzmat. Postać kompozytora (tutaj raczej marginalnie, o, podobało mi się nawet jak wibrafon przechodzi w sygnał monitora ekg), szpitalność jak w Dekalogu II. A nie, w sumie niewiele, niebardzo.
Ma nuit chez Maud(1969) reż. Eric Rohmer
Właśnie oglądam go drugi raz, mniej uważnie, bo towarzyszy pisaniu i znów bardzo bardzo mi się podoba.
Wcześniej widziałem dwa nowsze filmy tego reżysera i skądś miałem przekonanie (może gdzieś wyczytałem?), że to już inny Rohmer. No tak. Angielka i Książe (2001) jest dość odległe od tego, ale już Opowieść wiosenna (1990) już bliższa, z tą grą przypadku i zbiegów okoliczności.
Wiosenna należy do cyklu Opowieści czterech pór roku, natomiast Noc jest trzecią z Sześciu opowieści moralnych.
Porównywanie obrazów Rohmera i Szumowskiej jest może niezbyt sensowne, ale widziałem je w niedużym odstępie. Zresztą zestawienie dotyczy moich reakcji: 33 sceny choć o wiele bardziej dramatyczne, docierające do ekstremów emocji, nie poruszyły mnie, nie byłem w stanie się zaangażować, odczuwać z bohaterami.
A Noc, film stonowany (spokojna praca kamery), skromny (nie ma muzyki), opierający się na dialogach, kameralny (prawie połowa rozgrywa się w jednym pomieszczeniu), był w stanie wzbudzić we mnie zainteresowanie nie tylko tym, co robią bohaterowie, ale też ich charakterem, osobowością, umysłowością (próbowałem wymyślić, co się może teraz stać, jak postąpią itp).
Chciałbym trochę o tym dziele napisać, więc jeżeli ktoś czuje, że ochotę, żeby je obejrzeć, to niech przerwie czytanie, bo obawiam się, że trochę pospoileruję. (A, słusznie ktoś zauważył, że przydaje się pewna wiedza nt. Pascala, o jansenizmie też)
Film jest bardzo subtelnie, ale jednak, zrytmizowany, np.: mamy dwa bardzo podobne przejazdy samochodem do miasta (2. i 66. minuta), trzy kazania w tym samym kościele, z tym samym kapłanem (3., 22. i 74.). Powtarza się motyw "śledzenia" czy też natykania się na Françoise jadącego samochodem Jean-Louisa.
Jest zresztą wiele odbić, powtórzeń (czasem z przetworzeniem), jak np. J-L obu kobietom mówi, że czuje jakby się znali od zawsze, u obu ma spać w wolnym pokoju, obie ściska tak samo od tyłu w śnieżnym krajobrazie.
Otwierająca sekwencja jest ciekawa, mamy samotnego bohatera, który wygląda przez okno, wsiada do samochodu i jedzie. Okazuje się, że na mszę (gdy się przyjrzeć to po drodze widać świątynię wybijającą się z sylwety miasta), pierwsze czego się o nim dowiadujemy, to że jest wierzący. I to jest na jakiś czas jedyna rzecz. Słusznie, bo też religia jest dla niego podstawą postępowania, ponieważ nie tylko deklaruje wiarę, ale również kieruje się jej nakazami, mamy okazję obserwować jego wahania, niepewności, próby ułożenia, złożenia wszystkiego w spójną całość. I to jest fascynujące. 
Te 40+ minut rozgrywające się w jednym pomieszczeniu to wizyta u tytułowej bohaterki, w którą wciągnął J-L dawno niewidziany przyjaciel Vidal. Przeczucie, że coś się stanie przekornie podpiera kazanie na pasterce, w którym mowa o tym, że teraz w każdym powinno narodzić się coś nowego. Vidalowi w planie pomaga pogoda, która zesłała śnieg i J-L zostaje u Maud na noc.
Rozmowa, która obraca się wokół tematów wiary, miłości, związków, a także podszyta jest dywagacjami wokół zakładu Pascala (a J-L już swój życiowy zakład poczynił) toczy się dalej. Jest w niej coś z salonowych konwersacji, pojedynków na bon-moty, ozdobionych aluzjami i doprawionych paradoksami, gdzie pomysłowość i oryginalność wysłowienia decyduje o być albo nie być. Jednak tutaj więcej jest zrozumienia dla drugiego, chociaż każda ze stron ma swoje racje i chce je przeforsować, to jest też ciekawość dla odmiennego stanowiska. Co jednak nie osłabia prób (zwłaszcza Maud) do podważania tego, co stanowi "ja" drugiej osoby, nakładania tożsamości, wtłaczania w (jansenista czy jezuita; co jest tym bardziej zabawne, że te stronnictwa rywalizowały ze sobą). Ale J-L też się tym bawi przez gdybanie o małżeństwie.
W pokoju znajdują się trzy niewielkie lampy z kremowymi kloszami, które przez silne światło stają się zupełnie białymi kształtami odcinającymi się od jasnych ścian. Jest kilka eleganckich ujęć, w których ulokowane są one po przekątnej stanowiąc zaczyn obramowania.
Jest też skontrastowanie J-L i Maud, on w czarnym garniturze siedzi w ciemny fotelu i prawie się z nim stapia. Ona natomiast jest cała biała (poza włosami) i przejście białej marynarskiej koszuli w pościel daje efekt rozlewania się, anektowania obszaru, płynności. Potem dobitnie przekonamy się o jej władzy na tym terytorium. (Jak gasi światło przypomniało mi o Juste avant la nuit Chabrola.)
Wspominałem już o uspokojonym filmowaniu, podczas rozmów bohaterów kamera wykonuje najwyżej drobne ruchy, albo przesuwa się gdy jest to niezbędne.
Z początku wydawało mi się, że widzimy mówiącego, ale potem nie jest to wcale regułą, dzieje się tak coraz rzadziej. Można to odczytywać też jako przenoszenie poglądów, wpływ wywierany w dyskusji.
A w ogóle, to za "cinematography" odpowiada twórca o niezłym dorobku (kilka z Truffaut, Sophie's Choice, Kramer vs. Kramer).
Nie mogę się zdecydować, czy wolałbym mniej dopowiedzenia w zakończeniu, ale chyba Rohmer nie robi tego, żeby wyłożyć kawę na ławę, ale by pobawić się jeszcze trochę zawirowaniem ludzkich losów i pokazać jak czas i okoliczności mogą zmieniać nasze postrzeganie wydarzeń (J-L zresztą często wyolbrzymia/przekręca "noc z Maud", jakby chciał opowiadając o tym zrekompensować sobie, to co przekonania mu uniemożliwiły).
Jak tak teraz piszę, to stwierdzam, że naprawdę świetny film, dobrze się go ogląda i daje do myślenia na wielu poziomach (bo jest jeszcze rola przypadku/przeznaczenia).
[edit: jeszcze finał, który przypomina wspaniałą końcówkę Les quatre cents coups Truffauta]
12/13/2008
Za chwilę dalszy ciąg programu
Chciałem tylko podzielić się z wami znalezionym linkiem do wywiadu O'Rourke'a z K. Kurosawą (co za zestaw): http://www.bombsite.com/issues/91/articles/2717
Poza tym jeszcze chciałem zwrócić uwagę tych, którzy odbierają kanał Arte (na cyfrze to 155), że jutro o 19:00 poleci Turangalîla Messiaena. W rocznicę urodzin grali to w Paryżu i obecny na miejscu Stanisław Suchora stwierdził, że wykonanie "zmiotło". Tutaj co prawda nie to, ale też całkiem świeże.
Ponowne przesłuchanie Ephemeral Exhibits Starkey'a przynosi następujące rezultaty: "Miracles", "Marsh", "Time Traveler" (13 minut) - niedobre, "Dark Alley", "Escape", "Spacewalk" (16 minut) - wątpliwości. Reszta (28 minut) - dobre.
Trochę obok, ale ciągle mnie zastanawia, czy Headhunter nie wstydzi się tej zrzynki z 2562 w "Paradigm Shift" i "Birks Range". Co, myślał, że nikt nie zauważy?
Przerwa na reklamę
Kilka rzeczy, różnych, niepowiązanych. Po pierwsze - zmiany na blogu, dodałem po lewej trzy rubryczki linków, dla rzeczy słuchanych, oglądanych i czytanych (kolejność nie wedle ważności, a wedle częstotliwości aktualizowania). Nie pojawi się tam oczywiście każda płyta czy film, ale pomyślałem, że czasem długo zbieram się do opisania czegoś (zwłaszcza muzyki), a ta kolumna może służyć jako zbiór drogowskazów do rzeczy wartych uwagi.
Po drugie, zacząłem pisać do Killed in Cars, mój plan jest taki, żeby wrzucać tam przede wszystkim niedostępne już rzeczy i co jakiś czas popularyzatorsko polskie dobro. Zacząłem od fantastycznych 8rolek, następnie będzie Doug Theriault i Jeph Jerman.
Po trzecie, poniedziałkowe Arte dei Suonatori z Danem Laurinem i wczorajsze Dat Politics zamknęły ten rok koncertowy. Z podsumowań to właśnie lista live'ów będzie najpierw.
Po czwarte (i aż do dwudziestego) różne linki. Najpierw kinowe: o midnight eye już wspominałem, seul le cinema to dogłębne recenzje, kamera.co.uk nie tak wyczerpująco ale też ciekawie
Trafiłem na Planete program z cyklu dizajnowego o produktach audio Brauna, co mnie doprowadziło do: Bootleg Objects i Radio Siden. A także tu, bo sprawdziłem co to rzucona mimochodem "polityka zapomnienia forsowana przez Adenauera" (tak, de-denazyfikacja).
Wczoraj zasiliłem dysk sporą dawką z Extra Music new, pomysł na album A Made up Sound mi się podobał, ale wykonanie już nie. Po epce Zomby'ego pomyślałem, że gdzie Ikonika (drugim singlem) nie może, tam on się wysłał, ale Mikołaj twierdzi, że nie, że trudno ich porównywać. Zastanawia mnie chłonność Neila Landstrumma na nowe trendy, ale rozważać można będzie później, na razie warto posłuchać. Zupełnie zaskoczyło mnie, że zawiódł mnie album Starkey'a, przede wszystkim nie działa jako album, całość, po drugie momentami jest tak doładniony. Tak byłem zaskoczony swoją reakcją, że teraz słucham drugi raz z nadzieją na odmianę.
[To niezwiązane z EMn, ale T++ ciągle mnie zachwyca]
Już z tydzień wisi szczegółowy rozkład koncertów Club Transmediale (jest dobrze: Ambarchi, Pan Sonic, Shibuya, Bass Clef, Skream, Filastine, Disrupt, Yasunao Tone, Aethenor, Raster-Notonowe screeningi, Sweat.X o których już kiedyś). Cholera, zaprosili Zombie Zombie i Zombie Disco Squad, to nie mogli od razu Zomby'ego?
A oprócz nocnego, będzie program dzienny, spotkania z Goodiepalem, Jasonem Forrestem, innymi których kojarzę (że istnieją): Niklas Roy, Lucky Dragons, John Sinclair i jeszcze wieloma, których w ogóle nie.
Jedziemy! / ?
17. i 18. grudnia do Poznania przyjeżdża trzech tłumaczy: Małgorzata Łukasiewicz, Antoni Libera i Jakub Ekier na spotkania i warsztaty. O tym jeszcze będzie, ale jak pisałem o Ma nuit chez Maud, to przypomniał mi się taki aforyzm Kafki (a to akurat nie Ekier przekładał, ale co tam): Jednym z najskuteczniejszych sposobów, jakimi uwodzi nas zło, jest wezwanie do boju, który niczym wojna z kobietą, kończy się w łóżku. (Aforyzmy z Zürau, przeł. Artur Szlosarek).
A teraz zaczynam przegląd do kolejnej audycji, której tematem Jim O'Rourke.
