Glissando już podobno w empikach, a diapazon publikuje trzy teksty z numeru: wywiad z Wiaczesławem Ganelinem, relacje z Musica Genera Festival: Ewy Szczecińskiej i moją, którą można czytać jako (na/pod)kładkę do tamtej.
Nie czytałem jeszcze zbyt wiele, ale dobre są wywiady z Lukszovieze i Bumšteinasem, muszę znaleźć (dłuższą) chwilę na Orgię Myśli.
Cover cd - takie sobie.
Co jeszcze? Nowy Radian coraz lepiej smakuje. Unbalance 2652 zaskakuje, nie tego się spodziewałem, ale jest dobrze. Po dwóch przesłuchaniach ulokowałbym go bliżej A Made Up Sound niż Aeriala.
Mój debiut na junkmedia.org - anglojęzyczna wersja recenzji Kravis Rhonn Project - możliwy dzięki uprzejmości Macieja Janasika, który przetłumaczył recenzję tak, że po angielsku wydaje się lepsza niż w oryginale, ha ha.
Tylko do 27-ego września czynna jest świetna wystawa pokonkursowa Samsung Art Master. Mi najbardziej podobał się cykl fotografii Michała Grochowiaka i zdjęcia (kolaży) Marii Dmitruk, no i jeszcze ciekawa praca Jakuba Słomkowskiego oraz zabawne wideo Piotr Żylińskiego.
W zeszłym tygodniu był też wernisaż innej wystawy związanej z konkursem: Spojrzenia, organizowane przez Deutsche Bank. Mi zapadły w pamięć filmy Wojtka Doroszuka i Zorki Wollny.
Zapewne wszyscy wiedzą, że w czwartek wstęp do obu instytucji bezpłatny.
Na koniec ekstra news, który podaję choć przedsięwzięcie jeszcze nierealizowane, ale na samą myśl ciarki przechodzą: Monotype będzie wydawał serię 16 limitowanych 40-minutowych kaset, wśród zaproszonych artystów znaleźli się Noetinger, Bosetti, Lescalleet, Robin Fox, Mike Shiflet, Mark Wastell, Angelica Castelló.
9/21/2009
to wszystko (naraz)
9/08/2009
Znowu niezła linkografia się zrobiła
nowe Glissando.
obrazy Grahama Lambkina
L-Vis 1990 wymyślił sobie nowy gatunek: dubble step. Praktykuje m.in. na "Where's my money" - najbardziej chyba zajechanym kawałku ostatnich lat, ale okazuje się, że z niego też jeszcze można coś wycisnąć. Ja wiem, zwykle określenia "rozłożyło na łopatki" używa się w przenośni, ale nie tym razem.
Przy okazji poszukiwania czegoś więcej objawiła mi się strona electroclash.pl, tam "Come Together" L-Visa został ostro skomentowany. Wobec tych głosów, należy znaleźć odpowiedź na pytanie - czym jest zjawisko wixy?. Skoro zostało już zwalczone, to może czas na jego renesans? W cudzysłowie? w nawiasie, campowo?
A L-Vis 25-ego września w Berlinie.
BLDG blog jak zwykle ciekawie, w nawiązaniu do fragmentu z Pierścieni Saturna Sebalda.
Dwa potencjalnie ciekawe artykuły w Rzeczpospolitej z poprzedniego weekendu. Pierwszy, o Hannsie Eislerze, na który zerknąłem bo bohater przewijał się dość często w biografii Cardew. Pierwsze zdanie - błąd, i to jaki - zły rok urodzenia. Najdziwniejsze, że kawałek dalej znów jest podany - tym razem poprawny. Choćby dwa razy podany był błędny, to już by było lepiej, a tak, to już nie wiem, co myśleć. Autor nie pamięta, co napisał kawałek wcześniej? Zresztą te dziwne powtórzenia - ojciec Hannsa Eislera raz jest psychologiem, a raz filozofem (jeśli wierzyć wiki, to był tym drugim). Dwa razy o tym, że uczeń Schoenberga - czemu nie Schönberga? Bo jak się domyślam, dopisek o tym, że to był kompozytor jest konieczny. Potem jeszcze błąd co do roku wystawienia Die Maßnahme i jakieś okropne powtórzenie.
Inna sprawa to nieznośne retoryczne pytania na koniec, tak uformowane, że aż chce mi się po trzykroć: tak.
Drugi, o Japonii. Jakieś błędy?
Jeszcze o tym kraju: "Koza was (and still is) host to Kadena Air Base, the largest American military installation in the Pacific. In the late ’60s and early ’70s, Koza’s rock groups honed their skills in local clubs and bars, playing in front of young GIs who’d either recently returned from the Vietnam War or were just about to be shipped there. These audiences demanded an aggressive sound in keeping with their own experiences of combat—and the bands of Koza delivered it in spades."
Uproszczenie?
Prawie z ostatniej chwili: nieoczekiwanie celny strzał ze strony festiwalu Nostalgia, który zaprezentuje Luci mie traditrici Salvatore Sciarrino.
No i oczywiście podziękowania dla wszystkich, którzy przyszli do Ekowiarni, szczególnie dla tych, którzy nie wyszli przed Huberta i moim występem (ha ha).
Przypomnienie o tym, że Kurort w środę (16-ego) w Planie.B.
9/05/2009
Kilka muzycznych wysp (głównie brytyjskich)
Szybki przegląd tego, co ostatnio usłyszane.
Przypomniałem sobie o podcastach Hotflush Recordings. Genialny jest Sigha, nieco zastanawia Scuba. Sam nie wiem, czy się cieszyć, że przez 1,5h prawie bez przerwy nadaje na technowo. To nie żadne zaskoczenie, a też idzie mu to całkiem dobrze, ale...Przypomniałem sobie wywiad z nim z #2 Woofah, gdzie krytykował rave'owy trend w dubstepie, jako prostą i nudną formułę. Ale czy podobnie nie będzie z technoizowaniem go? Drażni/bawi ten "groźny" głos mówiący nazwę wytwórni i ksywkę artysty.
Długo zabrało mi wgryzienie się w Maybes EP Mount Kimbie, bo ciągle nie mogłem odnaleźć tam więcej niż osłodzonego Buriala. Ale dziś chwyciło, szczególnie kawałek trzeci i czwarty.
O zamiłowaniu Scuby do techno świadczy najsilniej "Hundreds and thousands", który na mnie nie działa (i jakie długie). Natomiast strona A, "Klinik" - jak najbardziej.
Nie mogę się przekonać do "Just for you" Untolda, brakuje tu głębi i bogactwa aranżacyjnego rewelacyjnych "Anaconda" i "I can't stop this feeling", które składają się chyba na singiel roku.
Jednym z największych rozczarowań jest jak na razie "XP Dub" i "Peace Dub" Helixira, ten drugi jakby trochę kojarzy się z Mount Kimbie nawet. W każdym razie, straszliwy regres względem "Helicraft".
Inna wyspa: improwizacja. Jeszcze trawię ostatni rzut z Another Timbre. Trio Seymoura Wrighta/Grundika Kasyansky'ego/Jamie'go Colemana ma bardzo ciekawe partie, ale jako całość jest trudne w odbiorze. Te "puste" fragmenty nie mają napięcia.
Za to być może za mało pustki jest w grze tria Léo Dumont/Ute Kanngiesser/Paul Abbott, bardzo podoba mi się fragment w środku, gdy wiolonczela gra bardziej tradycyjnie (wcześniej zbyt dużo tego drapania, pocierania) i poddaje posuwiste oparcie dla pozostałych.
Na Diapazonie moja recenzja jednej z lepszych płyt tego roku: Close Up Bertranda Gaugueta/Franza Hautzingera/Thomasa Lehna.
Z innego kontynentu: Self-Hate Index Grega Kelley'a - harakiri trąbką, o tak.
Jeszcze coś: niektórzy już wiedzą, ale warto pewnie powtórzyć: Schlachthofbronx! Wydali album i epkę. Pod linkiem znajdziecie promo-mix, a tutaj fragmenty z wszystkich kawałków do posłuchania. Z przymrużeniem oka - zacne szaleństwo.
Aktualnie wyrabiam sobie zdanie na temat nowych albumów Zomby'ego i Radiana, drugi rokuje bardziej niż pierwszy.
tauron Festiwal Nowa Muzyka 2009
Czy to koniec uszlachetniającego cierpienia znanego jako zbyt wiele koncertów jednego dnia? O nie! Wsiadając w Ostrawie do pociągu, trafiłem do przedziału trójki Czechów, którzy jechali na festiwal do Katowic. Mimo, że było strasznie gorąco, podróż upłynęła więc w miłej atmosferze.
Na sam początek wtopa - spóźnienie na Pivota (podobno dobrze, choć atmosfera taka sobie). Ciekawe czemu jedna z gwiazd piątku (wymienieni większą, kolorową czcionką w wizualach) grała na samym początku? Spokojnie mogłaby ich miejsce zająć Speech Debelle, która była zdecydowanie nie *kulit*.
No ale, się lubi, co się ma, czyli Ital Teka. Mało go słyszałem, ale dużo o nim i miałem nadzieję, częściowo tylko zawiedzione. Generalnie jego granie przebiegało fazami: mrocznie, bardziej w modelu dubstepowym, bardziej pływająco, w dub-technowym.
Powrót do małego namiotu po wytrzymanej Debelle na dużej scenie, tutaj King Cannibal i hm, hm, mieszane uczucia. Z początku nawet dobrze, chociaż brzmi trochę jak Ambush Records plus-minus 100 lat temu, jakieś cyber-dancehalle, wpada w 4/4 i robi mi się dziwnie. To znaczy - to załatwe, no i trzepie, wszyscy skaczą. Lepiej zrobiło się jak zmiksował Jokera z "Sandsnake" Cluekida i Skreama (publiczność chyba kojarzyła Jokera - fajnie). Potem gdzieś może 2562, na pewno Martyn, sample z "50,000 Watts". Dobrze, ale momentami za gęsto, zbyt wypełnione, agresywne brzmienie (ale przy tym - słabe doły), miałem wrażenie, że próbuje być bardziej papieski od The Buga.
Dan Le Sac i Scroobius Pip - dobry show, rekwizyty, przebieranki, zagadywanie do publiczności. Muzycznie to, oprócz fajnego flow, ciekawe rzeczy się w bitach działy.
Oszczędzałem siły na The Buga, ale okazało się, że nie było potrzeby. Najpierw przyjemne zaskoczenie, bo jednak może lepsze doły wycisnąć z tych głośników. Ale "Angry" na początek wywołało taki sam absmak, jak na starcie London Zoo. Pamiętam, z jakimi nadziejami przystępowałem do słuchania tego albumu, a gdy wszedł bit pierwszego kawałka, pomyślałem sobie: aha, a więc w to teraz Martin gra. On mógłby zrobić tyle, a akurat zechciał zrobić tak. Więc jestem jedną z tych osób, dla których The Bug nie zaczyna się od London Zoo i dlatego nie uszczęśliwiało mnie to dubstepowe wydanie z rewindami i wokalistą (Flowdan). W ogóle, co to były za sieka z wysokimi częstotliwościami na początku? I nie, nie chodzi o jeden moment pisku, ale o ogólne kaszanienie się. Wokal raz za głośno, raz za cicho. Potem gdzieś jakieś hity z w/w płyty, "Konfusion". Oczywiście podobały mi się te momenty strumieni chaosu przypominające o Techno Animal czy Ice - ale to za mało i jak kwiatek do kożucha na mleku. Chyba wyszedłem przed końcem, kątem ucha jeszcze w przelocie Ebony Bones - ...
A jeśli chodzi o cały wieczór, to dobrze spisał się vidżej na małej scenie, 99% to abstrakcje, ciekawie zrobione.
Dzień drugi: między młotem Oszibaracka i kowadłem Minoo, chwytam się brzytwy tego drugiego. Eklektyczne, więcej downtempowych, trochę szybszych mroków, jakaś trąbka rozmazana. Zerknąć czy *FlyLo* albo *HudMo* nie przywieźli tiszertów na sprzedaż i przekonać się, że Oszibarack wciąż i z zapałem jest marny.
C.H. District - jakieś problemy sprzętowe? Nie mogą długo zacząć, aż w końcu - jest okej, choć brzmienia i struktury już tysiąc razy słyszane gdzie indziej.
Miłe zaskoczenie: Planningtorock, nic o niej nie wiedziałem, dobrze mieć takie zaskoczenia. Jeden z niewielu nie-za-głośnych koncertów na festiwalu. Pomysł, który wykorzystuje Tony Conrad - rzucania cienia na ekran, choć ona tylko na początku, wizualizacje całkiem okej. Poza tym prezencja, energia, może na płycie by mi się tak nie podobało, wydaje mi się, że dobrze ją zobaczyć na żywo. Wokal kojarzył mi się czasami z Annie Lennox ("Sweet dreams"?), innym razem z Shirley Bassey ("Spinning wheel"?), muzycznie trochę Homelife, ale tutaj więcej bazowania na wyrazistym rytmie.
Podobno Jon Hopkins na płytach zamieszcza ambienty i *wszyscy* byli zaskoczeni tym, co zagrał w Katowicach. Ja nie, bo po pierwsze słyszałem go już w Berlinie, a po drugie: nie znam jego płyt. Na CTM podobało mi się chyba bardziej, jeszcze były fajne wizuale. W zasadzie mógłbym o muzyce napisać to samo, co wtedy, na FNM może mniej halfstepów. Jeden kawałek przywiódł mi na myśl "Stop the Rock" Apollo 440, inny trochę jak "Movin snares" Skreama. Przyjemnie było obserwować na ekranach, jak Hopkins gra na maszynkach niczym na "prawdziwych" instrumentach, z wypracowanymi ruchami, pełnymi gestami. Ale przede wszystkim: miał świetny pomysł, żeby przywieźć własnego dźwiękowca. Najlepszy brzmieniowo koncert (obok Lotusa) na festiwalu, selektywnie, ale jak trzeba było to olbrzymie ściany też.
Parafrazując: Tim Exile i Jon Hopkins mylą mi się - od czasu jak właśnie tego samego wieczora występowali na CTM (należą do jednej agencji koncertowej), widziałem jednego z nich i nie mogłem zapamiętać, którego. No ale teraz już zapamiętam: Exile wydał mi się muzycznie zbyt podobny do Hopkinsa, a te wokale szybko przestały być zabawne.
Fever Ray: drewniane brzmienie, przebasowane, brzydki wokal i zbyt wypchnięty. Wizualnie - ładnie, lasery w mgłę, stare lampy na scenie, muzycy przebrani (ale średnio było widać). Zrezygnowałem przed końcem, żeby iść już wyczekiwać...
Flying Lotusa, który trochę soundcheckował i posyłał uśmiechy. Było "GNG BNG", "Tea leaf dancers", kosmos, który się otworzył po tym takim swingowym kawałku - och, och. Szkoda, że potem poszedł w miksowanie cudzych rzeczy (czy nie tylko?), ale Radiohead z Martynem było fajne.
Hudsona Mohawke'a tylko kilka minut, dobrze się zapowiadał.
Niedziela: nie będzie Dana Deacona, wielka szkoda, bo wszelkie znaki na papierze i w internecie mówiły, że spodobałby mi się. Organizatorzy mieli chyba wystarczająco dużo czasu, żeby sprowadzić jakąś gwiazdkę w zastępstwie, dajmy na to z Berlina, ale zamiast tego postanowili porozciągać line-up i nieco opóźniać wszystkie koncerty. I zero wyjaśnienia - słabo!
Pogodno odpuszczone, Kamp!u może bym nawet chciał posłuchać, ale kurzawa w namiocie mnie zniechęciła.
Jacaszek - sam jestem zaskoczony, ale nawet okej, nie miałem dysonansu, że to muzyka "nie-festiwalowa", może dlatego, że publiczność podeszła do dźwięków z szacunkiem i nie gadała.
Trochę byłem ciekawe Onry, ale w sumie - tak sobie, monotonnie, bity jak wyciągnięte z kosza Lotusa, może zbyt się nastawiłem na wietnamskie motywy, których nie wysłyszałem.
Czemu Mum postanowił zostać zespołem rockowym pozostanie dla mnie zagadką. Nigdy za nimi nie przepadałem więc dramatu nie było, gdy zrezygnowałem w połowie. O.S.T.R. też odpuszczony.
Liczyłem na podróż sentymentalną z Rootsem Manuvą, ale kraj lat młodzieńczych szybko rozpłynął się w nawalających bitach. Myślałem o tych utworach, które znam z płyt, ile w nich jest fajnych motywów, szczegółów, a tutaj nic z tego nie zostało. Był tylko wokal i doły. Tak się zastanawiałem, dla kogo są te koncerty? Dla głuchych, jeśli bym chciał uczestniczyć, to znaczy być blisko sceny, żeby coś widzieć, to musiałbym ubrać zatyczki. A jeśli chciałbym słyszeć tak odpowiednio, to musiałbym stanąć z kilometr od sceny.
No i tak to się skończyło. Dobrze, że traktowałem festiwal raczej rekreacyjnie, jako odpoczynek po wymagającej skupienia Ostrawie, bo byłbym bardziej rozgoryczony.
Różne rzeczy: nie rozumiem zakazu wnoszenia jedzenia na teren festiwalu, zważywszy zwłaszcza na to, jak mały asortyment jest oferowany w środku. Dlatego choćby z tego powodu będę zawsze z lubością przemycał swoje.
Rozwodnione piwo.
Autobus Red Bulla - po co? I w dodatku bez rozpiski, nawet gdyby grał ktoś, kogo chciałbym zobaczyć (Dawid Szczęsny może?), to nie wiedziałbym, o której mam przyjść.
Piasek - nie dość, że pod scenami, to pomiędzy też, tak więc albo kurzawa, albo błoto.
Zastanawiam się, po co chodzę na koncerty. [via HRO]
[oczekujcie fotorelacji]
9/03/2009
9/02/2009
Ostrava Days 2009: Niblock, Koistinen, Berger, Eckhardt
Dla mnie koniec festiwalu stanowiła wizyta w klubie Parnik, gdzie zaplanowano...no tak: wieczór klubowy. Na szczęście nie do końca: zaczęli Zink & Copper Works grając Disseminate Phila Niblocka. Trzy instrumenty dęte plus elektroniczne drony, uwielbiam Niblocka (tylko?) na żywo, ze sporą głośnością itd, ale tutaj było dość smutno, bo przez muzykę przebijały się odgłosy sztućców uderzających o talerze, odstawianych kufli, śmiechy i rozmowy. Fajnym pomysłem było to, że dwójka instrumentalistów po kilkunastu minutach zaczęła chodzić wśród publiczności, jakby zanosząc im muzykę.
Potem chwalebnie krótki koncert Koistinena (Chaloupka na wokalu, pioseneczki z gitarką, perkusją i basem), który przegadałem na zewnątrz z Robinem Haywardem. Jeszcze krótszy Zdenka Bergera (fujary pasterskie prze delay), którego większość przegadałem na zewnątrz z Jakubem Polaczykiem i Karolem Nepelskim. Doczekałem, by przekonać się, że John Eckhardt nie zawsze musi być fajny, czego przykładem jego projekt Funksteppa.
Mniej oficjalna atmosfera umożliwiła mi nawiązanie jeszcze innych kontaktów, z których coś może wyniknie dla Audiosfery.
9/01/2009
Ostrava Days 2009: Berio, Xenakis, Grisey, Ustwolskaja, Winter, Eckhardt, Epstein, Sarsfield, Imai, Tsurumoto, Sharp
A teraz coś z trochę innej beczki: koncert w kościele. Temat katechezy: głosy i instrumenty. Najwięcej do powiedzenia miał zespół Canticum Ostrava, udzielali się muzycy z Ostravskiej Bandy i inni zaproszeni.
Zanim jednak o muzyce to trochę o tym, co oprócz niej: o publiczności. Oczywiście każdy słuchacz więcej to skarb, cieszymy się bardzo, bla bla bla. Ale może - do cholery - warto przed wybraniem się na koncert poćwiczyć w domu siedzenie na nienajwygodniejszym krześle (bo i takie może się trafić) bez znaczniejszych ruchów przez 10 minut, najlepiej przy nienajłatwiejszych dźwiękach (bo i takie...). Na innych koncertach siedzenia były wygodne, ale tutaj (co było baaardzo złym pomysłem) dano drewniane krzesełka, które robiły sporo hałasu. Okazuje się też - po dwakroć - że Polska nie jest jedynym krajem, gdzie publiczności należy przypomnieć o wyłączeniu telefonów komórkowych i nie robieniu zdjęć podczas cichych utworów/momentów. Także - po trzykroć - byłoby sporo sensu w niewpuszczaniu ludzi podczas utworów, zwłaszcza przez te wielkie drewniane drzwi na zawiasach. No i - po trzykroć plus jeden - gaworzące dzieci nie są najlepszymi słuchaczami, ani kompania w słuchaniu.
To wszystko nie pomagało muzyce, która wymagała skupienia, a koncert jako całość był zbyt długi, utwory nierówne.
Symphony No. 4, Prayer (1985-87) Galiny Ustwolskaj(ej/i ?) było całkiem ciekawe, choć może oparte na zbyt prostej rytmice, a odwoływało się (bez wysilania się) do tradycji prawosławnej.
Jednym z lepszych momentów wieczoru było recitation, code, and (perhaps) round (2009) Michaela Wintera: wokaliści rozstawieni przed, wśród i wokół publiki, chyba prawie wcale nie zdarzyły się momenty, żeby śpiewali wszyscy razem. Najczęściej po dwóch-trzech, pojedyncze wyrazy lub nawet sylaby. Piękny klimat skupienia, ale dodatkowe brawa za przełamanie tego elementem ludycznym - stukaniem w garnki, który pokazał drugie oblicze religijności.
Niezbyt przekonała mnie Sequenza III (1966) Beria wykonana przez Katalinę Károlyi, początek wydał mi się zbyt pospieszny, całość zbyt śliska. Choć może to wynikało z mojego nieskupienia, które wynikało z omawianych na początku niedogodności.
Chwila odpoczynku od głosu: kontrabasista John Eckhardt gra fragmenty ze swojego albumu Xylobiont. Drapieżny początek, niemal zwierzęcy, aż przypominają się bardziej porysowane drony Daniela Menche'a. Trzeba przyznać, że pogłos przestrzeni pomagał tej (zresztą nie tylko) muzyce. Chwilami brzmiało to jak nietypowe zagrania na instrumentach dętych, co przywoływało na myśl ten utwór. Pod koniec trochę drobnych dźwięków, szarpanych, jakby Olaf Rupp. Jakkolwiek bardzo mi się to podobało, to jednak nie do końca trafiony był pomysł grania części z albumu, bo nie uzyskało to jakiejś mocnej formy. Ale oklaski dostał spore, tak że nawet przełamał kamień swojej twarzy i uśmiechnął się.
Ach ci współcześni kompozytorzy, już nie wiedzą, co wymyślać, wszystko już było, a oni muszą jeszcze. Na przykład zatytułują sobie kawałek Solo for Large Ensemble (2008-09). Tak zrobiła Nomi Epstein i wyszła jej muzyka ciemna, odpływająca, gdyby miała coś z pogrzebem w nazwie, to wcale bym się nie zdziwił, bo była chwilami wręcz żałobna. Inna rzecz, nie wiem, czy to wina wykonawców, czy tak było w partyturze, ale chwilami utwór jakby dygotał, był (zbyt?) rozchwiany, uciekał percepcji (choć to zarazem intrygowało).
Na koniec pierwszej części, zupełnie zbędna, biorąc pod uwagę długość całego koncertu, Symphony No. 4 Ustwolskaj(ej/i ?) w instrumentacji Marka Bowden, który pojechał patosem po bandzie, dołożył tuby i puzony do trąbki, a do gongu - bęben.
Zupełnie wyparował mi z pamięci Repeat that, repeat (2009) Donala Sarsfielda. Za to na długo pozostanie À Hélène (1977) Xenakisa, znów zrobiło się greckokatolicko. Muzyka była niezwykła, zachwycająca, ale może wolałbym żeby wykonawcy nieco bardziej dociążyli dźwięki, osadzili je, uczynili masywniejszymi, bo w niektórych fragmentach robiło się zbyt ulotnie.
Zakulisowa informacja: w kompozycji Chikage Imai Vectorial Projection II - turning of the wheel (2007) na klarnet basowy i akordeon na tym pierwszym miał grać Jacques Dubois. Jednak nie sprostał nutkom i musiał zastąpić go Theo Nabicht na kontrabasowym. Wyszło bardzo dobrze, znów pomogła przestrzeń, klarnet wychyla się zza akordeonu, ostrożnie, potem gdy przyszedł czas na bardziej zdecydowane ruchy, to trochę zabrakło odwagi. Akordeon unosi swoim wydechem klarnet, zupełne rozejście gdy ten drugi brumi i warczy, bo pierwszy wyciąga się ku najwyższym tonom. Klimat trochę jak na ...de las piedras.
Znów Nabicht - Anubis / Nout (1983) Grisey'a - czy kompozytor słuchał industrialu? Bo pierwsza część taka maszynowa, serie dźwięków, które nieco jak didgeridoo. W drugiej smugi z pyłu oddechowych szmerów.
Kolejny przedstawiciel Japonii: Hiroki Tsurumoto i light blue (2007), w którym przed delikatnym, prostym fortepianem rozciągał woal chóru. Wyciszająca atmosfera, choć zaledwie migawka. Gdyby trwało tyle co Ajapajapam Rytisa Mažulisa, to byłaby szansa na osiągnięcie lżejszej wersji odlotu, którą ten przynosi.
Z cyklu do trzech razy sztuka: OVOXXOVO (2009) Elliotta Sharpa. Ot, takie nic, ale nie bolało.
