1/24/2009

"Bass is all over the place"

ten wpis dotyczy jednego z dni festiwalu club transmediale 2009, moja większa relacja znajduje się tutaj, a dużo dużo zdjęć tu



Filastine w pierwszej części zagrał z Amèlie Bouard (wiolonczela, altówka?), im dalej tym bardziej tanecznie i perkusyjnie.



Rozbujany Disrupt, jak na "8bitowy dub" to trochę dla mnie czasami za mało tego pierwszego.



Ghislain Poirier grał z perkusistą, niby fajnie, ale jednak nie. Byłem na początku i na końcu jego występu bo w drugiej sali grali Clouds - momentami patenty ograne do bólu, ale ogólnie w porządku.



Warto było czekać do czwartej na Sweat.X - *masakra*.



Trochę jednak za głośno, a zapomniałem zatyczek, więc brzęczało w uszach.

Tytuł to cytat z Dub Echoes - filmu, który leciał na początek.

Wyrazy uznania dla Pana Rozpadlina za pożyczenie fotokamery.

1/23/2009

Nie mam siły wam napisać o tym, o czym i tak nie chcielibyście czytać

Wyjeżdżam do Berlina, na Club Transmediale, bardzo się cieszę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będzie się tu pojawiać na bieżąco relacja obrazkowo-słowna.

1/14/2009

(viele) Foto machen

W Cafe Mięsna zagrali: kalEka (pierwsze zdjęcie) a potem Zbigniew Karkowski i Robert Piotrowicz (zdjęcia pozostałe, niektóre cyknął Sierus).































/////
Członkowie an_Arche będą w środę (godzina 19:00, Aula Nova Akademii Muzycznej, wstęp wolny) grać Spiegel im Spiegel i Für Alina Arvo Pärta.
A my w Audiosferze będziemy puszczać muzykę Olgi Neuwirth.

1/13/2009

To Live and Shave in Lodz (fotostory)

w drodze




po drodze



daleko



niedaleko



wieczna zmarzlina



w fabryce (sztuki)



podczas



nadal



po

1/09/2009

Fellini, Ruttmann, Schadt, Allen, Renoir (wpatrywanie cz. 15)

Giulietta degli spiriti (1965) reż. Federico Fellini

Maestro dwa lata po 8 1/2 (i z tym samym operatorem).

Ja znów o początku chciałbym, który świetnie podgrzewa emocje i angażuje. Przez pracę kamery i kombinacje luster nie możemy zobaczyć twarzy bohaterki, która się szykuje na wyjście i jest obsługiwana przez dwie służące. Najpierw można myśleć, że zaraz zobaczymy jej twarz, że przecież się "do nas" obróci, ale po chwili staje się jasne, że jest to zrobione na umyślnie. Że reżyser bawi się z nami, że chce w nas rozbudzić zainteresowanie, kobieta przebiera w strojach, nie może się zdecydować, wybrzydza, czemu my (widzowie) nie możemy jej zobaczyć w całej okazałości i wyrobić sobie zdania, "podpowiedzieć" jej w czym dobrze wygląda. Jesteśmy nawet gorzej potraktowani niż te służące, które dostępują zaszczytu zobaczenia jej twarzy.
Ale potem inaczej można o tym pomyśleć, gdyż zobaczymy jej twarz wtedy, gdy będzie prezentować się (sprezentuje się? też) swojemu mężowi.

Nie należy jednak wysnuć z tego wniosku, że w filmie przyjmiemy jego punkt widzenia. Nie - on ma swoje tajemnice, coś ukrywa, a my towarzyszymy Giulietcie.

Widzenie, spotkania z duchami to nie tylko powrót do tego, co bohaterce zdarzało się w dzieciństwie, nie tylko przypominanie sobie przeszłości. Po seansie spirytystycznym Giulietta napotyka na zjawy w realnym życiu. Czy taką wręcz nierzeczywistą, nie z tego świata, postacią nie jest jej sąsiadka? Ona pokazuje jej świat wcześniej nieznany, obcy, z którego pokusami Giulietcie trudno będzie sobie poradzić.

Cały czas mamy do czynienia z wyższymi sferami, które nic nie robią tylko kultywują "sztukę życia". Ale nie wydaje się, żeby Fellini ich ganił, go raczej fascynuje ta nieustanna teatralizacja życia (och, te stroje, wymyślne, niepraktyczne, przytłaczające), moc wyobraźni i chęć uczynienia życia lepszym (tutaj to równa się: ładniejszym, bardziej kolorowym, bogatszym w bodźce). Tworzenie takich małych przygód, ciągłe uatrakcyjnianie, ucieczka od zwykłości (jakby ta groziła unieruchomieniem).

Gdzieś tam przewija się westchnienie "któż z nas nie potrzebuje matki" (gdy mowa o kobiecie) - wieczna tęsknota FF, jest też konflikt religii i seksualności, innym razem coś o tym, że mąż powinien być traktowany jak bóg.

To nie zostaje co prawda wprowadzone w życie, ale też Giulietta tak naprawdę żadnych zdecydowanych kroków względem swego niewiernego małżonka nie podejmuje. Ucieka, czy też wpada, w samotność, wyobcowanie, zaczynają ją męczyć zjawy z przeszłości. Nie karze męża, raczej siebie obwinia.

Berlin: Die Sinfonie der Großstadt (1927) reż. Walter Ruttmann

Wiadomo - klasyka kina, więc nie zaszkodzi zobaczyć drugi raz. Ale tak jak się obawiałem, muzyka Edmunda Meisela zupełnie mi się nie podobała. Z pewnością Alicja Helman ma rację pisząc: "W przeciwieństwie do innych kompozytorów, którzy nie zastanawiali się nad budową dzieła filmowego, jego językiem i specyfiką, Meisel próbował udowodnić swoimi eksperymentami, że montaż dobrego filmu opiera się na tych samych zasadach co architektonika dzieła muzycznego i prawa ich przebiegu w czasie są identyczne." (cyt. za).
Ale nie zmienia to faktu, że ta muzyka jest banalna, przewidywalna, ciężka od częstego użycia blachy i doładowana obowiązkowymi perkusyjnymi.

Domyślałem się, że nie będę miał tak fajnie, jak za pierwszym razem, gdy do obrazu przygrywał Vladislav Delay, ale tu momentami ciężko było wytrzymać.
Gdybym oglądał w domu, dobrałbym sam jakąś ścieżkę. Któryś agresywny Daniel Menche mógłby ciekawie funkcjonować.

Może pomyślałem o Menche'u, bo Ruttmann przez montaż skojarzeń często sugeruje analogie zachowań ludzi i zwierząt.
Przy czym mówi wprost, co jego zdaniem jest w przypadku naszego gatunku siłą napędową - pieniądze (może nawet zbyt wprost to robi).

Nieważne z jaką muzyką, to i tak jest pozycja obowiązkowa (jeszcze Karl Freund, ten od Metropolis, za kamerą).

Berlin - Sinfonie einer Großstadt (2002) reż. Thomas Schadt

Tak naprawdę to głównie dla tego filmu wybrałem się do CK Zamek, to był dobry pomysł, żeby pokazać go zaraz po pierwowzorze.
Zaczyna się inaczej niż obraz Ruttmanna, od późnej (chyba) nocy i tak jak tamten się kończył - fajerwerkami (one tutaj powrócą tworząc klamrę). Zestawienie, że niektórzy jeszcze balują, a inni już zaczynają pracę.

Generalnie miałem wrażenie, że w tym filmie jest za dużo ludzi, tzn jednostek, twarzy, przyglądania się im, a nie ludzi jako grup, masy przepływającej przez miasto, istniejącej w nim. Bo oczywiście, że i u Ruttmanna są jacyś momentalni bohaterowie, na których skupiamy uwagę, ale są potraktowani jakoś inaczej. Może to fałszywy podział, ale u Schadta jakby osoby na tle organizmu miejskiego, a u Ruttmanna ten organizm ukazany przy pomocy osób.
Choć też w tym z 2002 nie zawsze tak, więc może przesadzam.

Muzyka była ciekawa, już na początku rozciągnięty niski dźwięku puzonu pozwalał przypuszczać, że nie będzie orkiestrowy standard. Była też gitara elektryczna, basowa, fortepian preparowany i klawisz-sampler. Z tym ostatnim może mam trochę problem, bo jak się domyślam, to on podrzucał chwilami wyraźne rytmy/bity, no tak - puls miasta i też muzyka jaką w nim realnie słychać.
Kolejne części może nie do końca ze sobą pasowały, nie wynikały z siebie, ale to nie raziło aż tak.

Cassandra's Dream (2007) reż. Woody Allen

Allen był jakoś tak od zawsze, pewnie dlatego, że moi rodzice go lubili (i nadal lubią), oglądałem jego filmy, podobały mi się, ale nie szalałem na jego punkcie.

Może dlatego nie miałem problemów z tym, że Allen już nie jest nowojorski, że jakaś wolta, ucieczka, że może nawet zdrada. Akceptuję obecnego Allena, tak jak akceptowałem dawnego.
Miałem chwilę zwątpienia po Small Time Crooks (2000) i postanowiłem, że odpocznę od jego filmów.
Ale kiedy mój brat wrócił z kina i oznajmił, że Scoop (2006) jest świetny, a w telewizji miał lecieć Matchpoint (2005) - obejrzałem. I byłem zachwycony.

Nie będzie wielkim ryzykiem stwierdzić, że jeśli komuś podobał się ten film, to podobnie będzie z Cassandra's Dream.
(a teraz czas na spoilery, hue hue hue)

Allen znów dotyka kwestii winy i kary, tutaj posiłkując się losem Lady Makbet.
To ciekawe, bo ten model, który faktycznie wykorzystuje, pozostaje nienazwany/niezidentyfikowany, a Allen bawi się podrzucając inne tropy.
Gorzko-komicznie jest, gdy Terry opowiada, skąd wzięła się nazwa łódki (tytułowa). Gdyby znał ją z oryginalnego kontekstu, a nie tylko z wyścigów psów, to może wiedziałby, że nie musi być ona tak na pewno pomyślna.
Bo łódkę można uznać za pierwszy krok na drodze awansu, czy w ogóle dbania o materialną stronę życia, która braci nie zaprowadzi do niczego dobrego.

W innej scenie wspomniana jest Klitajmestra, po której nazwany został pewien kompleks. Ten wątek nie jest pociągnięty, ale można coś o tym pomyśleć.

Allen nadal bywa zabawny, ale zupełnie inaczej, tak że śmiech więźnie w gardle, bo gdy bracia robią ("strugają") broń, to jest z jednej strony zabawnie, bo pokazuje ich amatorskość, nieporadność, ale jednak broń służy do zabicia kogoś. (A efektów strzałów nie zobaczymy, zarówno w przypadku strzelania treningowego - do worka, jak i tego właściwego.)

Podobnie jak w Matchpoint widzimy człowieka, któremu przydarza się awans społeczny, który musi sprostać jego wyzwaniom (to Balzacowski problem też).
Tamten film bardziej trzymał w napięciu, bo więcej w nim zależało od ślepego losu, łutu szczęścia.
Tutaj może mniej dojmujące jest uczucie bezradności po zakończeniu filmu, bo jednak historia została jakoś "zamknięta". A pamiętam to poczucie, jak skończył się Matchpoint, bohater jest nie ukarany, a jakoś wiemy, że powinien być, a reżyser przedstawia nam taki świat, gdzie zbrodnia może ujść na sucho i zostawia nas z tym, nie rozwiązuje za nas sprawy. I to jest świetne (z perspektywy dzieła), bo jakby dawał zadanie do rozwiązania.

La règle du jeu (1939) reż. Jean Renoir

No to jeszcze pokrótce o tym filmie, który niedawno skończyłem oglądać.

Mając w pamięci Mouchette: całe to ścieranie się kłusownika i myśliwego, później polowanie na ukochaną, zabijanie miłości, metafora polowania.

W ogóle to przypomina się Gosford Park. A druga połowa dziedziczy chyba nieco z komedii slapstickowych.

Christine wołająca "mam dosyć teatru" i ma przecież na myśli nie tylko to przedstawienie, które właśnie dają, ale też to życie.
Skojarzył mi się też Roger Callois i jego pisanie o grach, np. ta kłótnia na polowaniu, kto miał prawo ustrzelić i pytanie leśniczego, czy podajemy wyniki, coś zastępczego zamiast zabijania siebie nawzajem, co pozwala ustalić hierarchię - jakikolwiek rodzaj gry.

1/07/2009

Jeszcze coś

Kilka rzeczy do posłuchania:
pierwszy gościnny download u Roberta Henke - T++, dobre!

nowe wydawnictwa z homophoni (chyba wciąż mojego ulubionego netlabela, choć drugą połowę 2008 mieli taką sobie): Asher - Distance - kojące pół godziny niedopowiedzianych dźwięków ledwie unoszących się nad sferą niedocierania do świadomości,
Philip Julian i Michael Renkel - In formation - pierwszy nagrywa częściej jako Cheapmachines (i wydał w tej wytwórni mocną rzecz), drugi to gitarzysta (udziela się w Phono_Phono, Rebecce, Activity Center), tutaj używa "stringboard"; może chwilami za dużo elementów, ale warto sprawdzić.

Tetuzi Akiyama wysłał mi takie linki:
wideo z występu na festiwalu No Idea
myspace z touru po Brazylii.

Matthew zrobił wpis o Lorenie Chasse, a ja zadałem mu standardowe trzy pytania EMD - teraz trzeba przewinąć trochę w dół bo najpierw jest Bryan Eubanks.

[edit: moje podsumowanie dla nowejmuzyki]

1/06/2009

Symfonie, festiwale, koncerty - miasto wielkie, miasto mniejsze

Jutro dobre preludium do berlińskiej gorączki, jaka zaczyna mnie ogarniać - w Zamku pokaz Berlin. Die Sinfonie der Großstadt (1927) Ruttmana i Berlin: Sinfonie einer Großstadt Schadta (2002). Pierwszy film widziałem kiedyś z muzyką Vladislava Delaya'a, w Zamku będzie z oryginalną ścieżką dźwiękową.
Godzina 19:00, 2zł.

A skąd gorączka - oczywiście od nadchodzącego Club Transmediale, który zaczyna się 22 stycznia, czy już pisałem tutaj o występujących? Nawet jeśli, to powtórka nie zaszkodzi: (totalnie "między innymi") Oren Ambarchi, Pan Sonic (Vainio też solo), Maga Bo, Keiichiro Shibuya, Bass Clef, Skream, Peverelist, Pole, Fuck Buttons, Filastine, Disrupt, Clouds, Sweat.X, a także specjalne wydarzenia jak wieczorek audiowizualny Raster-Noton.
To program nocny, a jest jeszcze dzienny, w którym np. wykład Goodiepala "Radykalna muzyka komputerowa i wojna ze skandynawskim systemem edukacji" (ożesz ty, tych którzy widzieli go w Szczecinie , nie trzeba uświadamiać, że jest to artysta jedyny w swoim rodzaju). Pokazy filmów, dyskusje, spotkania (np. z Jasonem Forrestem, członkinią Ultra Red, Johnem Sinclairem).
Bilety nie są *aż tak* drogie (jednodniowe 12-16 euro, a są też różne karnety trzydniowe i całościowy), w koncertowym podsumowaniu już pisałem, jak mi było super na poprzednim, zachęcam (gdyby ktoś miał jakieś pytania...).

Ale zanim do Berlina, to jeszcze trochę poznańskich rozrywek:
12ego w Cafe Mięsna Robert Piotrowicz i Zbigniew Karkowski, przed nimi kalEka. 10zł, wiecie - zatyczki w uszy i wchodzimy.
14ego znów niedobre zagęszczenie: an_Arche Ensemble gra w Auli Novej (ktoś wie co? coś?) a w Głośnej Samotności pierwszy Czytnik czyli czytanie książki (Możliwość wyspy Michela Houellebecqa) z muzyką na żywo (Patryk Lichota). Strona GS na razie milczy, ale wstęp chyba wolny.
Jedyna nadzieja że w Auli Novej zacznie się o 19, a Czytnik się trochę opóźni.
17ego Asi Mina w Głośnej S., 10zł
(z nadzieją, że przywiezie ze sobą książkę Na sam koniec mik.musik.!. - niestety, ale dobrze, że chociaż taką pamiątkę sprawili).

A jak ktoś nie pojedzie do Berlina (oj, nieładnie!), to powinien się wybrać 31ego na Piotrowicza i Ambarchiego do Browaru.

Co jeszcze...a, no tak w Audiosferze będziemy puszczać występujących na CTM i chyba coś z nowości Monotype'a.