Takie zadanie dostaje Quoyle (bohater Kronik portowych grany przez Kevina Spacey) wkrótce po przyjęciu do lokalnej gazety od dziennikarza, który wprowadza go w "arkana sztuki". Quoyle na początku niezbyt umie się do tego zabrać, szare chmury na horyzoncie komentuje neutralną linijką, podczas gdy jego partner odmalowuje widmo nadciągającego sztormu. Jednak szybko załapuje i również sam dla siebie zabawnymi nagłówkami opatruje wydarzenia ze swojego życia.
W ogóle praca w dzienniku (tygodniku?) i koledzy z pracy to ten zabawny szew w fabule, która choć raczej stara się wypadki ujmować raczej pogodnie, to traktuje o sprawach przykrych, problemach itd. Pewnie byłbym bardziej zawiedziony (denerwowało mnie to natrętne "sagaizowanie", aura pionierstwa i otaczanie nimbem wspaniałości, romantyzowanie wokół przodków, nawet tych, którzy raczej mieli na koncie czyni niezbyt chwalebne) gdyby nie to, że miałem ochotę obejrzeć film i dałem się ponieść morskiemu klimatowi.
Ale nie samemu dziełku Lasse Hallström (tak, ten od Co gryzie Gilberta..., Czekolady, Wbrew regułom) zawdzięczam ten klimat. Jeśli więc dostałbym zadanie ułożenia nagłówka, brzmiałby on:
"Audiowizualne połączenie między Nową Fundlandią a Lofotami".
Na Nowej Fundlandi dział się film (i był kręcony - autorka książki, na podstawie której napisano scenariusz tylko pod tym warunkiem zgodziła się na ekranizację). Natomiast na Lofotach przebywali w 2004 roku Steven Stapleton i Colin Potter (pierwszy - założyciel Nurse With Wound, drugi - częsty współpracownik w tym projekcie). Zostali tam zaproszeni by tworzyć audycje dla lokalnego radia, szczegóły można przeczytać tutaj.
Och, jak ja uwielbiam płyty, za którymi kryje się jakaś historia, opowieść, które nie zostały "po prostu" nagrane (jak się dobrze poszpera, to może okazać się, że żadna płyta nie została "po prostu" nagrana). Wyobrażam sobie ich chodzących (po czym? jak tam jest? trzeba pojechać, sprawdzić...) i nagrywających dźwięki, szukających przedmiotów. I nadawanie tej audycji - kto jej słuchał? Czy tamtejsi ludzie, mieszkańcy? Co o niej myśleli? A jeszcze odnośnie twórców - co oni tam robili? Jak się czuli, przebywali dwa miesiące w zupełnie obcym miejscu, dość odmiennym chyba od ich codziennego otoczenia...
Szczęśliwie Colin Potter wydał większość tych audycji w dwóch zestawach o nazwie Shipwreck Radio (a potem, w 2006 doszła jeszcze jedna płytka). Słuchałem tylko czterech tracków, w tym trzech z drugiej części. Przypuszczam, że ona w całości będzie dronowa, zaczyna się spokojnie, ale już drugi utwór jest na tyle gęsty i zmienny, że jako soundtrack zaczął wręcz wypychać obrazy i rozporządzać nimi wedle swego porządku. Z części pierwszej tylko jeden, ale tu jest o wiele dziwniej - przez większość czasu perkusyjny loop, zwijany i męczony, a potem manipulacje głosami, w zasadzie dwie (z wielu) specjalności NWW.![]()
Wyspa Svolvær około roku 1890, jest ponoć lubiana przez artystów, cenią ją za tamtejsze specyficzne światło, ale to sobie można przeczytać (i linki dalsze znaleźć) tutaj (ilustracja też z wiki)
8/18/2008
Wymyśl do tego nagłówek
8/13/2008
Zapraszam na koncert
16 sierpnia, godzina 20:00 (około), Mały Dom Kultury w Dragonie.
Kolejne natarcie muzyki improwizowanej na MDK, tym razem zagrają:
Jeff Gburek
kakofoNIKT
Urinatorium i Piotr Tkacz
Jeff Gburek to amerykański gitarzysta, jak się okazuje o polskich korzeniach. Po pobycie na festiwalu Experyment w Zbąszyniu, postanowił przeprowadzić się do Polski, konkretnie do Poznania.
Ten koncert będzie więc swego rodzaju przywitaniem z tym miastem.
Gburek jest z tych, których nie zadowala "normalne" granie na gitarze, używa jej raczej jako generatora dźwięku, kładzie płasko na stole, stosuje różne przedmioty do preparacji, przetworniki elektroniczne i laptopa do przekształcania brzmień.
Jest nie tylko improwizatorem, ale też twórcą kompozycji, w których wykorzystuje nagrania terenowe, dźwięki konkretne, głos. Przykładem z tego obszaru działalności może być album wydany w netlabelu Con-v.
Nie wiem jeszcze, co chłopaki z kakofoNIKTu wymyślą, są różne plany na zaanektowanie przestrzeni, sam jestem ciekaw... Natomiast pewne (na pewno pewne?) jest to, że zagrają w składzie trzyosobowym: Hubert Wińczyk, Michał Joniec, Patryk Lichota. 
Wraz z Hubertem przedstawimy projekt Revue svazu českých architektů, gdzie plany architektoniczne zostaną potraktowane jak partytury graficzne. Precyzyjna grafika będzie inspiracją dla improwizowanych modułowych konstrukcji dźwiękowych budowanych przez generator akustyczny i preparowany gramofon.
A potem różne niespodziewane spotkania w mieszanych składach. Gburek sam to proponował, po tym jak słyszał koncert kakofoNIKTU w Zbąszyniu, jest bardzo chętny na improwizowanie z członkami zespołu.
(najlepsze na koniec - wstęp wolny)
8/11/2008
Wakacje dźwięku
Nadrabianie zaległości zacznijmy chronologicznie: o koncercie tria Rogiński/Masecki/Moretti w Dragonie napisałem tutaj.
Kiedy reszta rodziny pojechała już nad morze, ja wyruszyłem w przeciwnym kierunku - do Wrocławia. Oczywiście wolałbym Kode9 i SpaceApe'a, ale setu didżejskiego tego pierwszego też nie mogłem przepuścić. Tak, było za mało basu, ale nie żałuję, że pojechałem. Tak zwana wymiana opinii odbyła się tu (oraz tu - bez mojego udziału, co nie znaczy, że nie warto zerknąć).
Podróż z Wrocławia do Sarbinowa, z przesiadką i zmianą środków transportu w Poznaniu, dałaby sporo materiałów komuś planującemu nakręcenie wnikliwego, przenikliwego, zjadliwego, obnażającego filmu obyczajowego o współczesnej Polsce. Dobra, mogło być gorzej, a jeszcze miałem okazję zobaczyć wschód słońca.
W przeddzień końca nadmorskiego wypoczynku pomyślałem, że może szkoda, że nie postarałem się bardziej poddać wpływom tego miejsca. Że nie odciąłem się zupełnie od codzienności, tego co mam w domu. Np. powinienem nie słuchać muzyki, ale zagłębić sie w i docenić szum fal, ciągle słyszalny, stale obecny. Oczywiście zwracało moją uwagę, gdy szedłem spać, że w zupełnej ciszy, ciągle słychać dobiegający zza pasa drzew ruch wody.
Odczułem to mocniej po powrocie do miasta. Nie żeby miejski hałas mnie ogłuszał, ale dociera do mnie, że przez dwa tygodnie nie słyszałem tramwaju, karetki, klaksonu (a teraz mam to wszystko niemal pod oknem).
Wcześniejsze rozważania przerodziły się w pytanie, jak bardzo wakacje powinny się różnić od codzienności? Nie jestem fanem myślenia, że pojadę gdzieś i tam się dokona we mnie zmiana, jakiś pielgrzymek, medytacji w odosobnieniu. Nie po to jadę na wakacje, nie widzę też powodu, żebym miał sobie odmawiać takich przyjemności jak czytanie książek, słuchanie muzyki, oglądanie filmów.
Również dopiero teraz orientuję się, jak dużą różnicę stanowiła nieobecność telewizora. Ja sam mało korzystam, ale w domu to urządzenie jest dość silnie obecne.
Ale było radio, gazeta, laptop z nielimitowanym internetem, więc byłem na bieżąco. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wracałem po takim odcięciu i ze zdziwieniem obserwowałem, ile to się wydarzyło w sieci przez ten czas. A teraz tylko oczekiwałem powrotu do domu, żeby ściągnąć jakieś nowe wydawnictwo, o którym przeczytałem na forum.
Jedną z zasadniczych różnic w słuchaniu muzyki był brak niskich częstotliwości (= porządnych głośników), dziś więc z wielką radością zapuściłem, ot tak, żeby sobie przypomnieć, jak to jest, "Your friends like techno" TRG.
Dobra, koniec tych bezwnioskowych rozważań hiper-samoświadomej jednostki, której zawsze coś nie pasuje.
Wspomniałem wyżej o słuchaniu muzyki, nie będę tu wyliczał wszystkiego, ale kilka rzeczy wartych wzmianki.
Przekonałem się ostatecznie o geniuszu Red Dust Lionela Marchettiego. Jeśli ktoś sądzi, że muzyka konkretna to przeżytek, powinien tego posłuchać. Mistrzowsko dopracowana w najdrobniejszym szczególe, gęsta, wielopoziomowa, a jednocześnie nie przeładowana. Przy ostatnim słuchaniu myślałem o tym, jako o traktacie o trudności porozumienia się, powracają głosy z przeszłości (piosenkarka kabaretowa), piloci wysyłają sobie komunikaty ze współrzędnymi, jamajski wokalny sample wyrwany ze swego naturalnego otoczenia każe się zastanowić na ile ważna jest treść, a na ile forma (na ile forma jest treścią). Poruszający jest fragment, gdzie syntezatory mowy (tak?) wypowiadają tekst napisany przez autora utworu. Najpierw zadaje on sobie ("ustami" maszyny) pytanie, dlaczego tworzy, a potem sam indaguje (naiwnie) (maszynę), czy podoba jej się jego muzyka. Czy tak jest, czy rozmawiamy z maszynami (zamiast? jak z ludźmi?).
(na marginesie: dzięki tej płycie zainteresowałem się This Heat - fragmenty ich utworów Marchetti umieścił w swoim dziele; jakie to kręte są ścieżki czasem, heh)
Roel Meelkop powoli wyrasta na mojego "małego mistrza". Jego >Momentum< zawiera utwory, które pierwotnie były instalacjami, niektóre z nich zostały przearanżowane na potrzeby albumu, a inne są zaprezentowane w pierwotnej formie. Szczególnie druga połowa płyty robi wrażenie. Abstrakcyjna, nieraz ascetyczna, często preceyzyjna, chłodna, muzyka elektroniczna taka jak na tym krążku to jeden obszar zainteresowań Holendra. Drugim jest field-recording, płyty (onkyo ok) w całości mu poświęconej nie mogę polecić. Jest to jedyna słaba rzecz w jego dorobku, jaką słyszałem, a znam trochę. Szczególnie wart uwagi jest 5 (Ambiences), na którym nagrania terenowe pojawiają się w kilku miejscach, często stanowiąc interesujący kontrapunkt dla elektroniki.
O Martinie Küchenie i Ericu Carlssonie już kiedyś było. Teraz o ich albumie Beirut wydanym przez Kning Disk w zeszłym roku. Dzięki Mazenowi Kerbajowi, libańskiemu improwizatorowi, trębaczowi, rysownikowi, który na swoim blogu opowiada o życiu w Bejrucie, być może więcej osób przejęło się wydarzeniami w Libanie. A na pewno zwróciło to oczy improwizatorów na ten kraj. Projekt MUTA (Alessandry Romboli, Ingara Zacha i Rhodri Daviesa) nagrał płytę dedykowaną narodowi libańskiemu i Kerbajowi, gdzie tytuły utworów zostały zapożyczone z jego rysunków.
W przypadku tego albumu jest on autorem liternictwa na okładce.
Muzyka jest pełna brzydkich, czasem nieporadnych perkusyjnych dźwięków. Küchen oprócz saksofonu barytonowego i altowego używa też czegoś o nazwie "radio saxophone" oraz elektrycznych szczoteczek (którymi chyba dotyka instrumentu, przez co osiąga terkoczące albo klekoczące dźwięki). Nie ma być ładnie, ma być topornie i faktycznie czuć mozół w graniu (celowy - to przecież świetni muzycy). Pewne pojęcie o palecie brzmieniowej daje następujące zdarzenie: gdy raz słuchałem tego na głośnikach, pojawił się nagle głośniejszy od innych dźwięk, trochę się zdziwiłem, ale że w sumie pasował do tego, co było, pomyślałem, że to fragment, który wcześniej (na słuchawkach - wskazane: pozwalają wychwycić dużą ilość detali) nie odstawał tak bardzo od reszty. Jednak że utrzymywał się długo, za długo, pomyślałem, że coś jest nie tak. Podszedłem do okna, a tam jakieś dziecko przeciągało metalowe grabie po wyłożonych kamieniach.
Z nieprzyjaznym światem dźwiękowym kontrastuje idylliczne zdjęcie w środku okładki. Pan i pani siedzo-leżą w dużym gnieździe na brzegu jeziora, jest to chyba stanowisko do polowania, pan trzyma strzelbę. Obydwoje z ufnością i spokojem, w błogostanie, spoglądają przed siebie. A może to taki ironiczny komentarz...
Z trzech ostatnich płyt z Another Timbre najbardziej podoba mi się ...de las piedras wspominanych Romboli (flet) i Zacha (perkusjonalia) oraz Estebana Algory (akordeon). Ale tego napiszę porządną recenzję.
Chyba ten wspis jest już wystarczająco długi, więc o książkach, filmach (i może trochę o radiu...) kiedy indziej.
7/25/2008
Odgrzewane kotlety: relacja z Focus:One
Ten blog nie służy do komentowania spraw na gorąco, nic się chyba nie stanie, jeśli zamieszczę relację z festiwalu odbywającego się w maju. (Trochę czekałem, bo myślałem, że może jednak zostanie opublikowana na nowejmuzyce, ale już chyba czas porzucić tą nadzieję.)
Dwa dni – cztery solowe koncerty. Dwie "gwiazdy", dwóch muzyków o polskich korzeniach, dwa występy, którym towarzyszyły wizualizacje, dwójka po raz pierwszy w Polsce, dwóch używających gitary, wszyscy czterej (w jakimś stopniu przynajmniej) – laptopa. (czy współczesna muzyka elektroniczna należy do tego urządzenia?)
Dla mnie – dwa koncerty niezbyt ciekawe, jeden całkiem całkiem, jeden bardzo dobry.
Festiwal rozpoczął Klimek, który zaprezentował program "Movies is magic". Na czarnym tle ukazuje się napis i mówi do nas Slavoj Žižek (zapewne ze Zboczonej historii kina, z jego siermiężnego inglisza udaje mi się wyłapać coś a'la "music is always a trap"). Wizualizacje były ciekawe, nie jakieś widoczki urocze, ani czysta abstrakcja geometryczna. Raczej jakby drugie wynikające z pierwszego, bardzo wolne zmiany, spokój, nasycone barwy, trochę kalejdoskopowych przetworzeń.
Dźwiękowo nie zawsze mi się podobało, chwilami syntetyczność, która udawała brzmienia instrumentów (smyczkowe orkiestrowe rozlewiska) była tak miękko-ładna, wypolerowana, że nie mogłem wytrzymać. Fajne było topienie dźwięków w pogłosie, ale nie takim dubowym lekkim pływie, tylko w zawiesinie. W jednym utworze (nie były one grane osobno, przechodziły w siebie, ale łatwo da się wydzielić kolejne) pojawiły się brzmienia jakiegoś arabskiego instrumentu strunowego, chyba tego samego co w kawałku "For Said Murad & Mazen Kerbaj" z albumu Dedications.
Najlepiej było, gdy przed końcem zrobiło się mrocznie (żartem można się pozastanawiać, czy Klimek słucha dubstepu? i wyciąga z niego specyficzne wnioski?) Oczywiście skojarzenia z tym gatunkiem bardzo odległe, bo tutaj bez np. wzmocnionych dołów, ale redukcja materiału jak z ostatnich dokonań szkoły brytyjskiej, dawkowane uderzenia, stopniowo dochodzące wokół tego dźwięki, zapętlające się. I jeszcze skrawki głosu, mi kojarzące się (oczywiście) ze SpaceApe'm.
Pamiętam taki moment, gdzie dźwięk, który się narodził jako echo jednego uderzenia, potem sam stał się trwałym elementem, wokół którego krążyły inne. Szkoda, że potem wrócił do wcześniej prezentowanej stylistyki, z jakimś mocno przetworzonym pianinem, choć nie była to kraina łagodności, to jednak gryzła się z tym, co przed chwilą się zdarzyło.
Następnie ten, dla którego wielu (jak można było wysłyszeć z rozmów publiczności) tego wieczora odwiedziło Stary Browar – Fennesz. Stanął z beznamiętnym wyrazem twarzy za stoliczkiem z mikserem i laptopem, założył gitarę i, jak na prawdziwego rockersa przystało, postawił piwo w zasięgu.
Jakiś czas temu nawet zachwyciłem się odświeżoną wersją Hotel Paral.lel i podczas koncertu zastanawiałem się, czy skoro Austriak musi zapuszczać się w przeszłość, to czemu nie może cofnąć się do tego albumu, ale koniecznie do Endless Summer. Oczywiście, poza tym, że to ta płyta uczyniła go cenionym i uwielbianym.
Fennesz dużo grał na gitarze, dźwięki z laptopa były tłem albo podstawą (czasem czyste, czasem szumowe). Szkoda, że instrument przez większość czasu brzmiał tak samo: kaskady drucianych, metalicznych brzdęków (rzecz jasna "brzdęki" inne niż ulicznego grajka) wpadały na siebie, krusząc się. Ja nie potrafię się w tym rozpłynąć niestety, nie odnajduję zbyt wiele ciekawego, co z tego że było głośno – każdy może być głośny, ale to musi czemuś służyć.
Jeden fragment, który mi się podobał, to gdy kilka warstw i rodzajów szumów stworzyło całkiem interesującą masę, nie żeby jakiś noise, ale trochę pazura w tym było. Jednak Fennesz bez ceregieli wprowadził na to, wyciszając, znów jakiś ładny prosty dźwięk. I znów były przygrywki (a nawet trochę sampli akustycznej gitarki).
Drugi dzień rozpoczął David Toop, znany chyba bardziej jako dziennikarz i autor książek o współczesnej muzyce. Człowiek bardzo zasłużony dla brytyjskiej muzyki poszukującej (polecam album Voila Enough! projektu Alterations), współpracował m.in.(bardzo "między innymi") z Brianem Eno, Maxem Eastley'em, Evanem Parkerem, Bobem Cobbingiem, Ivorem Cutlerem.
W Poznaniu grał używając gitary, laptopa, fletu poprzecznego oraz bambusowego instrumentu (trochę przypominającego koudi). Gitara leżała na stole, Toop traktował ją jako generator dźwięków - przykładał do niej e-bow (choć pod koniec dotykał też pojedynczych strun palcami). Zwykle pozostawiał go na dłużej w jednym miejscu, co najwyżej podgłaśniał sygnał i w ten sposób modulował dźwięk. To umożliwiało wejście w dany dźwięk, mi kilka razy zdarzyło się odpłynąć podczas tego koncertu. Potem grał na owym bambusowym instrumencie, delikatnie dmuchał w jego otwór, te odgłosy kojarzyły mi się z płytą Bechira Saade i Clive'a Bella An account of my hut, w zasadzie na równi było słychać jego oddech i samą czynność, jak i dźwięk instrumentu. W dalszej części koncertu pojawiły się puszczane z laptopa nagrania: jakby ktoś blisko mikrofonu poruszał kawałkiem papieru, przestawiał bądź przesuwał jakieś małe przedmioty. To sprawiło, że także odgłosy ze strony publiki, odległe kroki, uderzenie kapsla o podłogę, wkomponowały się w to, co stworzył Toop, jakby istniały tu na równych prawach.
Ten występ ujął mnie delikatnością (już sam fakt, jak cichy był), niemal intymnością, rozwagą w używaniu dźwięku, redukowaniem materiału do tego stopnia, że wszystko wydawało się na swoim miejscu i wszystko miało swoje znaczenie dla całości. A jednocześnie pomysłowość w dobraniu, zestawieniu źródeł/narzędzi, która przypuszczalnie, w rękach innego artysty, mogłaby dać w efekcie newage'owy relaksacyjny gniot.
Basinskiego mogę doceniać, szanować itd., ale jego twórczość niestety mnie nie przekonuje. Może być fajnym, kontaktowym, dowcipnym facetem, ale jego melancholia nie nie jest moją melancholią, nie bardzo mnie poruszył jego występ. Trochę tak, jak w przypadku Fennesza, coś mnie omija, ale nie przeskoczę tego, gdyż to chyba wina różnic w charakterze, wrażliwości.
Basinski najpierw zagrał półgodzinny utwór (nawet jeśli odtwarzał materiał bazowy z ipoda, to czy to takie straszne?), któremu towarzyszył film Jamesa Elaine – drzewa odbijające się w wodzie. Gdy skończył, zapytał, czy już wystarczy, czy chcemy jeszcze. Większość czuła niedosyt i wybrała drugą opcję, dostaliśmy krótki kawałek, z subtelnymi nagraniami terenowymi (zamykane drzwi pociągu?). Basinski dał do zrozumienia, że to już koniec, ale gdy publiczność nie przestawała klaskać, zaproponował krótki film Melancholia, a sam złapał trzy tyskie i udał się za scenę.
Focus: One miał być momentem podsumowania cyklu koncertowego w Starym Browarze, gdzie wystąpiły takie postacie jak na przykład: Jan Jelinek, Fred Frith, Islaja, Vladislav Delay, Oval. Organizatorzy stale podnoszą sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę zapraszanych muzyków, tak więc na przyszłość należy spodziewać się wszystkiego najlepszego.
[zdjęcia napstrykał sierus, na każde można kliknąć i zobaczyć większą wersję]
7/22/2008
Punkty przecięcia stają się punktami odniesienia
Wystawa plakatów Guntera Rambowa w Muzeum Narodowym w Poznaniu. 
[fasada muzeum i nieprzypadkowi przechodnie]
[wewnątrz]
Polecam stronę muzeum z krótką biografią i omówieniem twórczości (chyba, że czytacie po niemiecku - wtedy wiki). Na jego stronie spora galeria.
Duże wrażenie robią proste, zdecydowane, mocne, oszczędne (zwykle operujące najwyżej trzema kolorami: czarnym, białym, czerwonym) plakaty teatralne z lat 90 (widoczne na powyższych zdjęciach).
Mistrzowski moim zdaniem jest ten
Wszechstronności tego twórcy dowodzą plakaty prezentowane w mniejszej sali, w których wykorzystuje on fotografię, często przetwarzaną. 
W tej sali jest też bardzo ciekawa seria plakatów dla jakiegoś wydawnictwa, lakoniczna, odwołująca się do "magii książki", sugerującą wychodzenie poza rzeczywistość, przekraczanie jej właśnie dzięki książce.
Jedyne moje zastrzeżenie, to że wystawa mogłaby być większa. Pokazano na niej ponad 150 prac, z 300 które muzeum dostało od artysty. Oczywiście nie chodzi o to, że muszą być wystawione wszystkie. Dobra, może się czepiam.
Wystawa otwarta do 24 sierpnia.
(tytuł wpisu to hasło z jednego z plakatów)
7/15/2008
Mój internecie
No już, już, będzie o muzyce, tak jak to być miało na tym blogu.
Od czasu do czasu odczuwam potrzebę zagłębienia się w odmęty netlabeli, nie tylko nadgonienia wydawnictw z tych sprawdzonych, ale też odkrycia nowych.
Jeśli chodzi o tą pierwszą kategorię, to Homophoni (o którym kiedyś pisałem na nowejmuzyce) jest dla mnie zdecydowanie najlepszym netlabelem. W dodatku w tym roku przyspieszyli tempo (7 miesięcy - 6 wydawnictw) bez obniżania poziomu. Koncentracja na Amerykanach jest widoczna, ale przedstawicieli innych nacji też się trochę znajdzie. Jest Xedh z kraju Basków, w bardzo ciekawym, brudnym utworze Armiarma. W ogóle Xedh (Miguel A. García) grał w tym roku w Gdańsku, zapewne było z pięć osób, ale dobrze, że ktoś (Audiotong) w ogóle wpadł na pomysł, żeby go sprowadzić. Bo sądzę, że o tym panu jeszcze kiedyś usłyszycie. Z Homophoni wypada też polecić argentyńsko-amerykański duet Gabriel Paiuk/Jason Kahn, czyli fortepian preparowany i syntezator analagowy. Jeśli macie miejsce na dysku, to zróbcie sobie przyjemność i ściągnijcie to (stąd) we flacu.
Kiedyś moim ulubionym netlabelem było Con-v, ale po Con-vpilation (edit: przypomniałem sobie, że omawiałem ją tutaj) trochę się pogorszyło. O tej wytwórni też pisałem, jeśli ktoś się styka z nią po raz pierwszy to powinien sięgnąć głębiej, bo znajdzie tam prawdziwe skarby (Pablo Reche, Sehnaoui/Sehnaoui/Rodrigues, Russell+Sakada, Cheapmachines).
A z nowszych rzeczy to Michael Trommer.
Kolejny label, o którym pisałem i kolejny, który miał według mnie nieco słabszy okres. A po świetnym początku - składance (Dave Phillips, Violet, Jasenka, Matsutake), potem zbiorowi występów Drumma, Rylan i Joe Colley'a, to dało się silnie odczuć (cenne było to, że wychodzili poza zbiór typowych artystów netlabelowych [nieraz bardzo - Alva Noto sieciowo!?], ciągle to robią, ale w katalogu można spotkać też wszędzie obecne nazwiska). Dwie składanki hołdujące: Xenakisowi (wstyd, ale nie słuchałem) i Tarkowskiemu (dopiero ściągam). A, Tunguska 833-45 (czyli Kevina M. Krebsa) dobre, gęste, zaszumione, może niektóre pomysły na rytmy (ich prostota, wykładanie kawy na ławę) budzą moje wątpliwości.
Niezupełnie odkrycie, bo wiedziałem o istnieniu Crónicastera, ale pierwszą rzeczą jaką ściągnąłem jest live Pure'a z tegorocznego Club Transmediale. Musiałbym dobrze poszperać w pamięci, żeby być pewnym, ale może jest to pierwszy przypadek, gdy słucham oficjalnie wydanego nagrania z koncertu, na którym byłem obecny. Przypominam sobie, jak leżałem na pufie i zapadałem się w nawarstwiające się dźwięki, które choć nieostre nie ześlizgiwały się po prostu po uszach, a jakoś w nie wkleszczały (bezboleśnie). Pamiętam jak przyjemnie mi było gdy znalazłem się w strefie między świadomym odbiorem rzeczy(wistości) a snem.
Na dawnym, linkowanym wyżej blogu wpisy dotyczące netlabeli tytułowane były "Nie wszystko co w sieci, to śmieci" i tutaj w przyszłości będę używał tej metki.
7/13/2008
Animator
czyli 1. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych.
Najpierw Instytut Benjamenta czyli sen, który ludzie nazywają życiem. Wiadomo, niedługo-klasyk (a może już?), dla niektórych (dla mnie) wystarczającym powodem dla obejrzenia tego filmu, jest to, że scenariusz opiera się na powieści Roberta Walsera. Jeśli lubicie *dziwne* filmy, to musicie to zobaczyć (chociaż jeśli naprawdę lubicie - to już pewnie widzieliście).
Kilka godzin później najnowszy film Billa Plymptona Idiots and Angels - Amerykanin ciągle w formie. Film narysowany w całości przez niego, ręcznie (na komputerze kolorowano). Niepowtarzalna kreska, skoncentrowanie na postaciach (szczególnie ich twarzach, które są tak wymowne, że film obywa się bez dialogów), uszczypliwy humor wymieszany ze zgryźliwością, bezlitosnym obnażaniem słabości człowieka. Fabuła jest tutaj streszczona.
Wieczorem Pociąg Towarowy (Knittel, Chołoniewski, Piotr Bikont, Kinior) do Edenu Czeczota. Pokaz odbył się w bezsensownym Namiocie Festiwalowym, pozostałości po Malcie, który służy do picia piwa i rozmów, a coś tam sobie może grać czy lecieć przy okazji. Ta atmosfera zepsuła koncert Variete podczas Malty, choć szczerze mówiąc był on nieco kuriozalny i niewiele było potrzeba do kompletnego zniszczenia. Tym razem niewiele lepiej, film Czeczota już widziałem, dźwięki niezbyt mi się podobały (szczególnie denerwowała mnie dosłowna ilustracyjność uprawiana przez Bikonta), więc w 3/4 pokazu wyszedłem.
Następnego dnia w południe w Scenie na Piętrze warsztaty improwizacji do filmu i obrazu. Bardzo przyjemna atmosfera, bodaj 9 osób (z których 4 znałem), nawet jeśli miałbym jakieś wątpliwości po Pociągu Towarowym, to Knittel by je szybko rozwiał. Zaczęliśmy od ćwiczeń w przekazywaniu sobie dźwięku, siedzieliśmy w kółku i kiedy jedna osoba skończyła, następna miała zaczynać. Potem podobnie ale z dźwiękami nakładającymi się. Knittel komentował, sugerował. Później w graliśmy w dwóch grupach, gdzie jedna robiła hałas, a druga grała melodię, ale tak, że tylko jedna grupa grała, a druga musiała wyczuć, kiedy tamta kończy i wtedy wejść. Niestety nie zapamiętałem nazwiska twórcy filmów do których graliśmy, były to trzy obrazy, gdzie przekształcane były pojedyncze zdjęcia, które po kompletnej deformacji wracały do stanu wyjściowego. Jedna czwórka grała zgodnie z filmem, tzn miało się dziać coraz więcej, gdy zmiana obrazu była silniejsza. A druga (w której byłem) - odwrotnie. Knittel mówił, że chodziło o uzupełnienie obrazu o to, czego w nim nie ma. A trzecia improwizacja nie miała żadnego założenia, poza tym, że bazą był zapuszczony reggae'owy rytm, inni się do tego dokładali i wyszła gęsta motoryka. Na koniec jeszcze Knittel dyrygował nami przy użyciu kilku gestów z metody Lawrence'a D. Butcha Morrisa. To było w nawiązaniu do Ad Libitum, o które go zagadnąłem w przerwie. Potem opowiedział mi trochę o programie, ale nie wiem, czy mogę już zdradzać. Dobra (dla mnie) informacja jest taka, że nie tegoroczna edycja nie nałoży się z toruńskim Plateaux i Industrial Festivalem, bo będzie od 20 do 26 października.
W środę to samo miejsce i czas ten sam - Marek Chołoniewski i warsztaty o fotorezystorach, czyli czujnikach reagujących na światło. Chołoniewski wykorzystuje je do sterowania dźwiękiem (np. zamiast gałek w kontrolerach midi). Wszystko bardzo ciekawe, pokazywał rejestracje swoich akcji (dvd się zacinało ale on był nieugięty), miał czujniki ustawione i można było na nich grać. Tylko, że część warsztatowa była niewielka, tzn. każdy zainteresowany dowiedział się tego, co chciał, na pewno. Ale potem Chołoniewski opowiadał o programie MaWe, a w trzeciej godzinie przedstawiał kolejne edycje projektu GPS Trans, co już było lekkim przegięciem.
Na koniec dnia, o północy znów Wymiot Festiwalowy, trochę bez ochoty, ale skoro jest okazja zobaczyć Stroiciela Trzęsień Ziemi (tytuł pobudza wyobraźnię) braci Quay, to trzeba skorzystać. Na pewno się nie spóźniłem, a film wydawał się być już w toku, więc mam podejrzenia, że zaczęli puszczać go wcześniej - co byłoby całkiem idiotyczne. Poza tymi wszystkimi maszynkami, nastawianiem, to miałem wrażenie, że to powtórka z Instytutu. Zawiodłem się, ale wolę to zwalić na warunki projekcji, niż na twórców.
W czwartek tylko "Filmexperiments", czyli animacja niemiecka od 1909 do 39, wiadomo - elementarz: Eggeling, Ruttmann, Fischinger, Richter, ale szczerze to raczej wartość historyczna, niż jakieś realne przeżycia.
Chwilami podobnie z dziełami Emile'a Cohla. Ciekawe przemiany w Fantasmagoriach, rzewno-zabawne Sprawy sercowe, niemal-slapstickowy Akwizytor jest wytrwały. Dla mnie interesujący był motyw pojawiający się w Malarzu neo-impresjoniście: jednokolorowe obrazy, które przedstawiają złożone sceny (pierwszym, który stworzył coś takiego był Alphonse Allais, Cohl raczej na pewno znał te obrazy, tutaj trochę o Allaisie przy okazji 4'33'' Cage'a.)
W sobotę zaraz po śniadaniu poszedłem na przegląd filmów z festiwalu Aurora w Norwich. Sądząc z tego pokazu ("Unfamiliar Countries, Impossible Structures") i bazy filmów na stronie internetowej, to musi to być dobry festiwal. W zasadzie wszystkie obrazy były na poziomie (trochę niezbyt Kraina cieni i jednak za długie Exploration). Szczególnie podobał mi się Mercurius i Order-re-order, intensywne, abstrakcyjne, wciągające, czasem nadwyrężające zmysły. Fajny też Radar, z niepokojąco przerywanym dźwiękiem, zbierający urywki filmów, także pooddzielane, rozszczepione. Falsche Freunde mocno inspirowane Billem Morisonem. Po raz kolejny dobrze oglądało mi się Energie! - czuć to wysokie napięcie.
Wystawa Światowa, która odbyła się w Brukseli w 1958, to musiało być coś: premierę miał Poeme Electronique spółki Varese/Xenakis/Le Corbusier. Działo się zapewne wiele ciekawych rzeczy oprócz tego, a między innymi drugi Festiwal Filmu Eksperymentalnego. Przegląd filmów nagrodzonych tam, to była ostatnia rzecz, jaką widziałem na Animatorze. Na pewno niezły przyspieszony kurs filmu eksperymentalnego: Stan Brakhage, po dwakroć Shirley Clarke i Len Lye, Dwaj ludzie z szafą, Dom.
Dwa dziełka Roberta Breera pod rząd trochę mnie znudziły, po prostu po którejś minucie abstrakcyjnych kresek i plam, było mi już wszystko jedno. Podczas Bullfight Clarke (kobieta torreador, stąd pomysł Almodovara? aktorka nawet trochę podobna) pomyślałem o Mai Deren, dokładniej o Study on violence. No i zaraz było coś z dorobku tej pani, niestety film, który niezbyt lubię, nudzi mnie on nawet, The very eye of night. Z Kineformami Pawłowskiego i Somnambulikami Waśkowskiego miałem ten sam problem: z początku pomysły, technika była intrygująca (odpowiednio: farba rozpływająca się w wodzie i zabiegi ze światłem w szkłach czy może pryzmatach), ale nie wystarczyło tego na całość.
