Całą niedzielę było ciepło i ładnie, rozpadało się dopiero, jak pojechaliśmy na koncert.
Klub NBI mieści się w kompleksie Kulturbrauerei. Opóźnienie, bo Jackie niedawno przyjechali i mają dopiero soundcheck. Po godzinie już wpuszczają, zajmujemy miejsce na wygodnej kanapie i doświadczamy jak support się jeszcze ustawia. Niezbyt dobrze to rokuje.
A w ogóle, jeszcze słowo o biletach, które są raczej tanie. Tutaj 8 euro, Pure, Infant, o.s.t. - 5, Berghain - 12, Vorfeld/Denley/Thomas - 5.
Jako support zagrała Golden Diskó Ship.



No, tak jak widać na zdjęciach - gitarka akustyczna, elektryczna, laptop, z którego leciały nie tylko wizualizacje. Miała też trochę innych zabawek, ale z większości z nich korzystała w minimalnym stopniu. Hm, dla mnie to była rzecz z cyklu "fajnie, gdyby takie coś leciało w radiu", jeden utwór trochę jak CocoRosie, chwytliwe motywy, refreny, czasami ciekawe filmiki do tego. 


Jackie-O Motherfucker w 4-osobowym składzie, niby fajnie, ale zbyt jednostajnie i w sumie spodziewałem się czegoś bardziej w kierunku pierwotnym/psychodelicznym, a tak to były długie, rozbudowane, gęste, ale jednak piosenki (wokal trochę jak w Lambchop), z dużą dawką delay'a i takie dość przyjemne. Poza jednym utworem, który skończył się ścianą hałasu gitarowego. Wokalista też wpuszczał jakieś motywy zagrane na elektronicznej perkusji, jeden z gitarzystów z dwa razy dorzucił jakieś fragmenty z radia czy nagrane wcześniej mówione. Dobry perkusista, ale nie miał szansy się naprawdę wykazać. 









7/14/2009
Golden Diskó Ship, Jackie-O Motherfucker w NBI
7/13/2009
moje noce są piękniejsze niż twoje dni
[taki był pomysł na tytuł wpisu, kiedy Loefah grał w Poznaniu, ale że nie było aż tak "pięknie" to zmieniłem, natomiast teraz...]
Ale po kolei. Nie udało mi się odwiedzić nowej siedziby Staalplaatu, za to do nowych miejsc dołożyłem sklep Tochnit Aleph. Nie rzuca się w oczy, więc instrukcja:
domofon - dzwoni się (Rumpsti-Pumsti)
w podwórko idzie się, się widzi po prawej plakat w oknie, potem te drzwi czerwone, a potem w prawo.
a w środku jest tak
Na wieczór wiele atrakcji, zanim Berghain, to jeszcze White Rabbit. Taka galeria, ładnie położona, też się oczom nie narzuca, szyldu nie ma na zewnątrz.



Grali tego dnia: Pure, Sudden Infant i o.s.t. Byłem ciekaw wszystkich oczywiście, ale najbardziej Infanta, który kiedyś (z TLASILA) nie dojechał do Poznania, a potem jak byłem, to grał w Berlinie, ale nie udało mi się znaleźć klubu. 
(towarzysze podróży)
Koncerty zaczęły się ze standardowym opóźnieniem, jakiś pan puszczał fajną muzykę przedtem, inny wizualizował.
Najpierw Pure, którego słyszałem trzeci raz na żywo w tym roku. Nie zaskoczył, ale było dobrze, częściowo z Ification ("Fire" na koniec, jak zawsze świetne, chyba też "End"). Przed finałem moment pojedynczych uderzeń, nierównych, a w dodatku przesuwających się też w przód i w tył (trochę jak w ostatnim utworze z albumu z Dekamem). Przez chwilę sample z perkusji, trochę w stylu Brandlmayra na płycie, ale nie wiem, czy to te same.
Po raz kolejny odczułem tą wspaniałą właściwość muzyki Pure'a, jaką jest powściągliwość. Czy inaczej - umiejętność powstrzymania się od efekciarstwa, od łatwych chwytów. Na przykład było trochę dronowania, ale nawet gdy ono dominowało w danej fazie, to obok niego istniały inne elementy, którymi można było się delektować. Głośność też nigdy nie była przegięta.
Jedyny minus to wizualizacje, jakiejś pani, która dopiero się uczyła programu do vidżejki, a jak jej coś wychodziło, to było to zbyt ilustracyjne. Zawsze można zamknąć oczy. 

Po przerwie Sudden Infant, z którego skasowałem przez przypadek zdjęcia.
Klęczał na środku sali, przed nim mały gramofon z przyczepionymi, stojącymi dwoma nagimi lalkami i magnetofon, trochę z boku lampa.
To był bardziej performance niż koncert, bo "muzycznie" to nie za wiele atrakcji. Nie wiem do końca, jak, ale Infant czasami jednocześnie nagrywał się na taśmę, którą manipulował (klawiszami), ale też z tej kasety leciało niezależnie (do dużych głośników? po kablu? bo magnetofon był z tych, co miały też własny głośnik). A czasami, jak się nagrywał to było słychać też nagrania "z pod spodu", które były wcześniej na kasecie. No i też było jego słychać bezpośrednio, nawet bez nagłośnienia.
Najpierw puścił kasetę, po czym zaczął malować twarz na biało (cały był ubrany w tym kolorze). Gdy skończył, przeszedł do wydawania dźwięków (oddechy, krzyki, śmiechy). Potem, z różnymi kombinacjami opisanych operacji, zaczął wypowiadać tekst (po angielsku). Złożyło się to mniej więcej na coś takiego: chcę dziś pomówić o dobrym ojcu (przy czym: tu chyba zamierzona niedokładność bo raz bardziej "good father" a innym jakby "godfather"), co ty wiesz o dobrym ojcu? myślę, że jest to słuszne pytanie, żeby zadać je dziś, w tym specjalnym dniu, a więc, co ty wiesz o dobrym ojcu? człowiek potrzebuje wzorca, kogoś, kto mu pokaże, co ma robić, obecnie trudno jest być (dobrym?) ojcem, czasami ojcowie zostają matkami, a matki ojcami, dobry ojcze czy mnie słyszysz?! przynosimy ci ten hałas jako ofiarę.
Kilka z tych fraz było powtarzanych. Muszę dodać, że jeśli tam nie było jakiegoś "tricku", który gwarantował, że nic nie może pójść źle, to wykonanie tego wymagało wiele planowania, biegłości i uwagi. Na koniec cały tekst został puszczony z taśmy (wcześniej nagrane?).
Ciekawe, czy "noise as an offering" to aluzja do "Das Musikalische Opfer". A biel - niewinność? (dziecięcą?)
Z jednej strony przekaz dość prosty (choć na marginesie: artysta jako ten ojciec?), więc niby nic powalającego, ale podane przekonująco, tak że dziwnie czułbym się klaszcząc na zakończenie (Infant zresztą nie wrócił po brawa).
Przez czasami zdwojone wokale skojarzenia z Bernardem Heidsieckiem.
Kolejna przerwa, o.s.t. się rozstawia. Pierwszy raz usłyszałem go w tym roku na CTM i było to przyjemne zaskoczenie. Trochę myślałem o nim w kontekście Vladislava Delay'a, ale to chyba słabe porównanie. Na pewno jeśli chodzi o ten koncert.
Momentami grał zadziwiająco gęsto, omamiająco, metaliczne powierzchnie, ale niewielkie, choć w dużej ilości. Szkoda, że nagłośnienie nie dało do końca rady (może niektóre brumienia były zaplanowane?). Podobało mi się bardzo, że nawet jeśli pojawiały się bity, na chwilę, to nie one organizowały przebieg utworów i były dość dyskretne.
Zaraz obok salki, w której koncerty (bez drzwi) był barek, a w czasie tego występu to nawet ludzie na sali gadali. o.s.t. na chwilę ściszył muzykę i powiedział, że może by chcieli wyjść. Zostało z 15 osób.
Poprzedniego dnia podczas rytualnej wizyty w Neurotitanie przyjemne zaskoczenie w koszyku z przecenami: o.s.t. seimlste - bardzo dobra płyta z 2002 roku. (To by też mogło być ciekawe; przy okazji - widzę, że na discogs jest nowy "style": rhythmic noise, no no). A do tego Richard Youngs/Brian Lavelle - Radios 7.
Jak się koncerty skończyły, to było po północy, co było też plakatową godziną rozpoczęcia Sub:Stance w Berghain. No ale dobra, tyle to nawet w Polsce zdążyłem się nauczyć, że nie ma potrzeby przychodzić tak od razu. Do domu długa droga, deszcz leje, udaje nam się pomylić drogę. Nie o taki *biforek* walczyliśmy. W końcu udaje się dobrnąć do mieszkania, napić kawy, zjeść coś. Przebieranie się w suche ciuchy nie ma zbyt sensu, bo nadal pada. Dobrze, że do Berghain niedaleko.
Budynek jest imponujący, kolejka też, zważywszy że jest gdzieś wpół do trzeciej.
Zostawiłem aparat w domu, bo czytałem, że nie wolno robić zdjęć, wielka szkoda. Czytałem też, że nie ma selekcji, ale chyba jednak była, bo odsyłali ludzi na bok. I to im bliżej byliśmy, tym więcej. Zaczęliśmy się zastanawiać, co powinniśmy zrobić, bo ci odesłani niczym szczególnym się nie wyróżniali (a co najdziwniejsze, większość z nich nie odchodziła, tylko stała i czekała...hmmm...). W końcu nie zrobiliśmy nic, podszedłem pierwszy i pan pyta, ile mam lat, ja nie kłamię, on coś nie wierzy, więc wyciągam ID, on patrzy na daty, zdjęcie i mówi, że to może być mój brat (taaa, od razu wiadomo, że go nie zna, ha ha). Wchodzimy.
Tu sobie możecie poczytać, że Berghain zmienia życie, że nic już nie jest takie samo.
I to prawda, ta impreza to było obcowanie z absolutem. Niesamowite, genialne nagłośnienie, na dużej sali nie ma złego miejsca, wszędzie słychać tak samo dobrze. Didżejka jest nisko, gdzieś z boku, prawie że ukryta, z przodu jest ściana (i głośnik, to one są elementem najbardziej rzucającym się w oczy). Zmienia to doświadczenie koncertowe, jest mniej "spektakularnie", bardziej...hm..."egalitarnie"? Czy może, hi hi, *rizomatycznie*. A jak nawpuszczają tyle dymu, że nie widzisz własnych stóp...Piękne, piękne.
Loefah zagrał bardzo dobrze, nie puścił La Roux, heh. Scuba okej, choć momentami za bardzo cisnął doły i nawet treble mnie uderzały po uszach. I przyłączę się do opinii z dubstepforum.pl, że Mala najlepszy. O piątej rano wydawało mi się, że nie mam już sił, ale on przekonał mnie, że jest inaczej. Takie nieposkromione buldożery basu, że ojej...malutki minusik za rewindy (jeden kawałek dwa razy nawet), no ale nic to.
Może szkoda, że do Remarca nie dotrwałem.
Tu Scuba mówi o cyklu imprez. Oby do października.
7/09/2009
Michael Vorfeld/Jim Denley/Clayton Thomas w Theaterkapelle
Sound Art Modules to comiesięczny cykl koncertów improwizowanych, które odbywają się Theaterkapelle. Tym razem wystąpiła dwójka Australijczyków: Jim Denley (saksofon, flety, preparacje) i Claython Thomas (kontrabas, preparacje) oraz Niemiec Michael Vorfeld (perkusjonalia). Najpierw ten ostatni solo, potem duet, a na koniec wszyscy razem. 

Vorfelda po raz pierwszy usłyszałem na Musica Genera Festival w zeszłym roku i kompletnie mnie zachwycił. Podobnie było tym razem. Niemiec gra na instrumentach perkusyjnych i strunowych własnej konstrukcji (przypominających cymbały). Zaczął od smyczkowania talerza, na którym leżała folia aluminiowa - jej delikatny rezonans zdominował pierwsze minuty improwizacji, w której oprócz tego pojawiły się pojedyncze dźwięki strunowca, a potem także wybrzmienia metalowego pręta. To wszystko przy użyciu smyczka, a ów mały pręt był pocierany przy okazji grania na talerzu. Po każdym dotknięciu, Vorfeld wymachiwał nim - rozsiewając dźwięk po pomieszczeniu. Już tutaj było widać to, co miało stanowić o geniuszu tej improwizacji - jednoczesną spontaniczność i niebywałą kontrolę, idealny balans inwencji i umiejętności.
Potem instrumenty zostały przykryte płachtą materiału, co znacznie pomniejszyło i ograniczyło ich brzmienie, przez chwilę zrobiło się zanadto owadzio, ale Vorfeld szybko wyszedł z tej ślepej uliczki. Zaczął wybierać drobne struktury, kolekcjonować loopy.
Samo to nakrycie było już gestem z repertuaru iluzjonisty i to wrażenie potwierdził moment kulminacyjny, gdy Vorfeld poderwał materiał jednocześnie uderzając w duży bęben. Aż chciało się przyklasnąć tej czarodziejskiej sztuczce. Vorfeld położył na talerzu kilka spinaczy, które odbijały się po jego powierzchni, przy poruszeniu. Do drugiego przyczepił łańcuczek, przez chwilę grał też pałkami do kotłów na werblu. Ale to "grał" jest określeniem przesadzonym, on po prostu napierał na te pałki, postawione na membranie - nie było żadnego widocznego ruchu, jedynie drobne, pękające dźwięki były dowodem na zmiany nacisku, przesunięcia. Przykryty pozostał instrument strunowy, którego szmerowe smyczkowanie zaprowadziło występ do końca. 

Następnie duet Denley'a i Thomasa: nie tylko katalog nieszablonowych sposobów grania na instrumentach, choć jeśli na tym by się skupić, to też byłoby co podziwiać. O ile Thomas zdołał mnie już nieco przyzwyczaić do swoich pomysłów (np. wkładanie pałeczek albo tablicy rejestracyjnej między struny, metalowe klipsy), to Denley był dla mnie nowością, znałem tylko dwie płyty z jego udziałem. Zaczął od grania na saksofonie, ale zamiast ustnika używał nienadmuchanego balonika, przyciskanie go palcem pozwalało mu na bardzo szybkie kontrolowanie brzmienia (momentalne odcinanie dopływu powietrza). Generalną metodą, jaką przyjął duet nie było otwarte dialogowanie, na zasadzie akcja-reakcja, choć i takie momenty się zdarzały. Gdy Denley zakończył frazę przedęciem, chwilę potem Thomas zwiększając nacisk smyczka i szybkość ruchów po strunach zagrał przypominającą je figurę. Duet raczej budował napięcie, poruszając się jakby równolegle do siebie, choć nie było żadnego łatwo wyczuwalnego szczytu, uwolnienia energii. Jeśli już, to cała improwizacja powoli ciemniała, stawała się coraz mroczniejsza. Thomas położył kontrabas na podłodze i grał pod mostkiem, a potem nawet na nóżce - to pierwsze dało niskie dźwięki, a drugie już raczej tylko drżenie instrumentu. Jak często u niego pojawiały się gęste, terkoczące rytmy (np. umieścił kamerton na włożonej w struny tablicy, tak by swobodnie na niej drgał) i być może momentami było nawet za gęsto. Dużo mocnego smyczkowania (w ogóle narzucało się porównanie z czynnościami Vorfelda) To pewnie po trosze zasługa rafinującego dźwięki Niemca, ale miałem wrażenie, że również Denley gra czasami za dużo. Przy czym nie chodzi o samo podejmowanie decyzji, wybieranie gestów, co ilość elementów w nich się zawierających (np. ruszanie patyczkami w kielichu saksofonu). 

Po nieco dłuższej przerwie - trio. Denley w cieniu, ale gdy grał momentami dźwięki, niczym wysokie sprzężenia - super. Trochę więcej niż w duecie używał też fletu, wydobywał z niego "strzały", pyknięcia. Dobrze że szedł w czyste dźwięki (na mniejszym flecie - drewnianym), bo szmerowych już było dosyć. Zapewniali je pozostali muzycy, głównie za pomocą smyczków. Choć Vorfeld grał też sporo i mocno na dużym bębnie, co nadało całości masywności, chwilami nawet podbudowy dronowej, ale tylko tymczasowej. Było też trochę zerwań, jasnych odgraniczeń (ze strony Thomasa przede wszystkim, Vorfleda rzadziej). Piękny była ta faza, gdy Niemiec położył materiał na werblu, a potem odbijał/spuszczał dwie cienkie pałeczki z małej wysokości, najpierw wydawało się to nieco bałaganiarskie, ale potem ukazał się niesamowity rytm, jedno uderzenie czasami jak echo drugiego. Jeśli chodzi o całość, to być może koncert był nieco za długi. 
7/04/2009
Wybrane publikacje (nowinki i nowości)
Mój tekst w magazynie Fragile, którego tematem jest podróż. W dziale muzycznym też Michał Libera o fonoturystyce i Dariusz Brzostek o kosmicznej muzyce - fragmenty obu tekstów na stronie. Oprócz tego o podróży w literaturze, sztukach wizualnych i w kontekście archeologicznym.
Ja pisałem o Emiterze i Arszynie oraz o Muslimgauzie. Tu przydatna strona o tym ostatnim, który jest dla mnie artystą niebywale fascynującym, w sposób którego do końca nie umiem wyjaśnić. Ale co jakiś czas podchodzę od różnych stron do niego. Kiedyś pisałem do mp3-bloga motel de moka i zrobiłem wpis o nim. Następnego dnia dostałem mejla od innego współtworzącego stronę, który miał uprawnienia administratora, że niestety on musi ten wpis zdjąć, bo blog znajduje się na amerykańskich serwerach i jest jakaś ustawa antyterrorystyczna, że on wie, że to głupota, że on widzi, że ta muzyka to nie jest terroryzm, ale lepiej dmuchać na zimne, bo w tym wpisie jest zbyt duże nagromadzenie *groźnych* *arabskich* wyrazów na małej przestrzeni i że strona może zostać zdjęta albo coś gorszego...
No właśnie, przypomniało mi się to, gdy wklepywałem w google kolejne tytuły utworów Muslimgauze'a w poszukiwaniu kontekstu. Zastanawiałem się, czy google mnie namierza i kiedy z zainteresowanego Bliskim Wschodem i islamem przerzuci mnie do kategorii potencjalnych terrorystów. Heh...albo i nie...
Ukazał się w końcu magazyn M|I, w którym pomieszczono mój wywiad z Philipem Jeckiem oraz przeprowadzoną wspólnie z Hubertem Wińczykiem rozmowę z Andrew Lilesem. Z moich rzeczy jeszcze recenzje Juliena Ottavi i Hati, oprócz tego m.in. artykuły o Laibachu, Pelt, wywiady z Glennem Donaldsonem, prowadzącymi Room 40 i 12k, materiał o LTM Recordings.
Jak już jesteśmy przy periodykach, to polecam najnowszy Recykling Idei z działem "muzyka i polityka". Jest tekst Luigiego Nono, oczywiście coś o Cage'u, dobry tekst o Cardew i bardzo ciekawe Jana Topolskiego o politycznym znaczeniu spektralizmu i Libery o sound-arcie i przestrzeniach muzyki. Jeszcze nawet nie zerknąłem w te o von Karajanie i (Heinerze) Goebbelsie.
Z innej mańki: Sweat.X w Warszawie - 18 lipca w ramach Sorry, Ghettoblaster. Łaaał, no to przy okazji - wywiad z połową duetu.
Z jeszcze innej: na i hate music ciekawy temat o korzeniach i wpływach eai (ciekawy do czwartej strony, potem się pogmatwało w kłótniach, ale od ósmej znów lepiej).
No to jeszcze na koniec: odkrycie (dla mnie) - Vindicatrix, chciałbym to jakoś opisać, ale wygibasy takiego wokalu nad taką muzyką przeprowadziły we mnie reakcję całkowitego wytrącania broni z ręki.
Hati - Ka [Eter, 2009]
Nowa płyta Hati - nowy skład. Do duetu Iwański/Kołacki dołączył Dariusz Brzostek, który udziela się w sześciu z ośmiu utworów. Główną zmianą, jaką wprowadza do brzmienia zespołu jest harmonium, które zapewnia podłoże dla innych dźwięków. Na szczęście jest ono odpowiednio dawkowane, nie mamy do czynienia z bezkresami łatwego dronowania. Nowy członek jest raczej kolejnym elementem pasującym do układanki, niż nową zmienną (i to nie zarzut - wręcz przeciwnie).
Mimo pewnej ewolucji, w tej muzyce ciągle ważny jest rytm, czego nie zwiastuje pierwsza kompozycja. Ze swoim morsko-leśnym szemraniem mógłby być wstępem do jakiegoś delikatnego fińskiego freak-folku. Innym skojarzeniem jest 23 skidoo, zwłaszcza początek "The culling is coming", który przypomina się podczas wciągająco rozbujanego, wielowarstwowego, 14-minutowego "Moondrone" (może też jakieś mrugnięcie w kierunku Moondoga?), który stanowi centrum albumu. Następujący po nim utwór tytułowy ze swoją (cofniętą jednak) ścianą metalicznych szmerów odwołuje w okolice "Works for Scrap Metal". To zresztą robi też kolejny, "Industrial Règime" przez wykorzystanie łańcuchów do grania. Po nich nieco spokojniejsze utwory: opierające się na harmonium "Lullaby for Somnambulist" (trudny gatunek z pewnością) i najbardziej powietrzne "Aleph".
Choć dostrzegam logikę w budowaniu dramaturgii i całościowej narracji albumu, to jednak wydaje mi się on odrobinę za długi (63 minuty). Ale to tylko mały minus, który nie ma wielkiego znaczenia wobec satysfakcji, jaką daje ta muzyka. Zwraca uwagę bogactwo faktur, które nie przygniata jednak rytmicznej ruchliwości.
(do posłuchania: fragmenty w mp3 / dwa w całości - myspace)
7/01/2009
Urodzaj płytowy trwa,
niedługo chyba kolejna reorganizacja półek.


Bertrand Gauguet, Franz Hautzinger, Thomas Lehn - Close Up
Ograniczenie do czerni i bieli, graficzna asceza, uporządkowanie i prosta czcionka nadaje opakowaniu szlachetności, dostojeństwa. Z tego co wysłyszałem dotychczas, kontrastuje to z muzyką na płycie. Nie żeby była ona kpiarska, wesołkowata, ale jest bardzo żywa, ruchliwa i giętka.


Günter Müller + Alan Courtis / Pablo Reche, Gabriel Paiuk / Sergio Merce - Buenos Aires Tapes
Dwie sesje Müllera z Argentyńczykami, z każdą parą na jednym krążku. Muzyka raczej wycofana, cicha, w którą trzeba wejść, co mi na razie się nie udało. Fajna czcionka, ładne zestawienie łagodnej czerwieni i lekko kremowej bieli. No i zdjęcie na okładkę kontynuujące (tak sądzę) ideę z serii Signal to Noise z wzorami tworzonymi przez architekturę, co jest w zasadzie bezbłędnym chwytem, żeby mnie kupić. 

Jeff Gburek - Remote Provinces
Obszerne fragmenty z wszystkich trzech albumów dziś w Audiosferze, która będzie przeglądem wydawnictw z tego roku. Oprócz nich rewelacyjny Hecker (Acid in the style of David Tudor), nowinki od Scuby i Untolda, duet gitara i saksofon: Kim Myhr/Jim Denley, 16bit, Vindicatrix.
Dwa albumy zbierające starsze nagrania Petera Votavy (którego niedługo znów chyba zobaczę na żywo, hurra). W takiej masie ciężka sprawa, ale Bodyhammer mocno kopie, nawet jeśli czasami dość schematycznie.


Pure - Bodyhammer
Te nachodzące na siebie warstwy i proste kąty dobrze oddają charakter muzyki.


Current 909 - The Price For Existence Is Eternal Warfare
Główny kolor wyblakły, drugi jasny, choć nie "żywy", raczej jak neon reklamujący szubienicę, na tle nieba, które jest wciąż takie samo - zasnute smogiem. Komputerowość, technicyzacja, alienacja.
Dla kontrastu



Horny Trees - Branches Of Dirty Deligh
Ciekawy dobór kolorów (cedek jest szaro-błękitny), lekkie, nieco bajkowe ilustracje (inspiracja Gangiem Wąsaczy?) plus za użycie połyskujących elementów.
Przyjemny, energetyczny, ale bez szaleństw, jazz, niepotrzebnie czasem popada w manierę *rockową*. Kiedyś miałem skojarzenia z The Art Ensemble of Chicago, ale ostatnio nie mogłem ich odnaleźć.
Ach, jeszcze Luc Ferrari - to innym razem.
