12/13/2008

Za chwilę dalszy ciąg programu

Chciałem tylko podzielić się z wami znalezionym linkiem do wywiadu O'Rourke'a z K. Kurosawą (co za zestaw): http://www.bombsite.com/issues/91/articles/2717

Poza tym jeszcze chciałem zwrócić uwagę tych, którzy odbierają kanał Arte (na cyfrze to 155), że jutro o 19:00 poleci Turangalîla Messiaena. W rocznicę urodzin grali to w Paryżu i obecny na miejscu Stanisław Suchora stwierdził, że wykonanie "zmiotło". Tutaj co prawda nie to, ale też całkiem świeże.

Ponowne przesłuchanie Ephemeral Exhibits Starkey'a przynosi następujące rezultaty: "Miracles", "Marsh", "Time Traveler" (13 minut) - niedobre, "Dark Alley", "Escape", "Spacewalk" (16 minut) - wątpliwości. Reszta (28 minut) - dobre.
Trochę obok, ale ciągle mnie zastanawia, czy Headhunter nie wstydzi się tej zrzynki z 2562 w "Paradigm Shift" i "Birks Range". Co, myślał, że nikt nie zauważy?

Przerwa na reklamę

Kilka rzeczy, różnych, niepowiązanych. Po pierwsze - zmiany na blogu, dodałem po lewej trzy rubryczki linków, dla rzeczy słuchanych, oglądanych i czytanych (kolejność nie wedle ważności, a wedle częstotliwości aktualizowania). Nie pojawi się tam oczywiście każda płyta czy film, ale pomyślałem, że czasem długo zbieram się do opisania czegoś (zwłaszcza muzyki), a ta kolumna może służyć jako zbiór drogowskazów do rzeczy wartych uwagi.

Po drugie, zacząłem pisać do Killed in Cars, mój plan jest taki, żeby wrzucać tam przede wszystkim niedostępne już rzeczy i co jakiś czas popularyzatorsko polskie dobro. Zacząłem od fantastycznych 8rolek, następnie będzie Doug Theriault i Jeph Jerman.

Po trzecie, poniedziałkowe Arte dei Suonatori z Danem Laurinem i wczorajsze Dat Politics zamknęły ten rok koncertowy. Z podsumowań to właśnie lista live'ów będzie najpierw.

Po czwarte (i aż do dwudziestego) różne linki. Najpierw kinowe: o midnight eye już wspominałem, seul le cinema to dogłębne recenzje, kamera.co.uk nie tak wyczerpująco ale też ciekawie
Trafiłem na Planete program z cyklu dizajnowego o produktach audio Brauna, co mnie doprowadziło do: Bootleg Objects i Radio Siden. A także tu, bo sprawdziłem co to rzucona mimochodem "polityka zapomnienia forsowana przez Adenauera" (tak, de-denazyfikacja).

Wczoraj zasiliłem dysk sporą dawką z Extra Music new, pomysł na album A Made up Sound mi się podobał, ale wykonanie już nie. Po epce Zomby'ego pomyślałem, że gdzie Ikonika (drugim singlem) nie może, tam on się wysłał, ale Mikołaj twierdzi, że nie, że trudno ich porównywać. Zastanawia mnie chłonność Neila Landstrumma na nowe trendy, ale rozważać można będzie później, na razie warto posłuchać. Zupełnie zaskoczyło mnie, że zawiódł mnie album Starkey'a, przede wszystkim nie działa jako album, całość, po drugie momentami jest tak doładniony. Tak byłem zaskoczony swoją reakcją, że teraz słucham drugi raz z nadzieją na odmianę.

[To niezwiązane z EMn, ale T++ ciągle mnie zachwyca]

Już z tydzień wisi szczegółowy rozkład koncertów Club Transmediale (jest dobrze: Ambarchi, Pan Sonic, Shibuya, Bass Clef, Skream, Filastine, Disrupt, Yasunao Tone, Aethenor, Raster-Notonowe screeningi, Sweat.X o których już kiedyś). Cholera, zaprosili Zombie Zombie i Zombie Disco Squad, to nie mogli od razu Zomby'ego?
A oprócz nocnego, będzie program dzienny, spotkania z Goodiepalem, Jasonem Forrestem, innymi których kojarzę (że istnieją): Niklas Roy, Lucky Dragons, John Sinclair i jeszcze wieloma, których w ogóle nie.
Jedziemy! / ?

17. i 18. grudnia do Poznania przyjeżdża trzech tłumaczy: Małgorzata Łukasiewicz, Antoni Libera i Jakub Ekier na spotkania i warsztaty. O tym jeszcze będzie, ale jak pisałem o Ma nuit chez Maud, to przypomniał mi się taki aforyzm Kafki (a to akurat nie Ekier przekładał, ale co tam): Jednym z najskuteczniejszych sposobów, jakimi uwodzi nas zło, jest wezwanie do boju, który niczym wojna z kobietą, kończy się w łóżku. (Aforyzmy z Zürau, przeł. Artur Szlosarek).

A teraz zaczynam przegląd do kolejnej audycji, której tematem Jim O'Rourke.

12/12/2008

Terayama, Glawogger (wpatrywanie cz. 2)

Patryk uświadomił mi, że to nie był mój pierwszy kontakt z twórczością tego reżysera. Kiedyś oglądaliśmy jakiś jego film bez dźwięku, z Chasms Paterasa jako soundtrackiem. Niewiele pamiętam, poza tym, że Kasia była zgorszona sceną, w której kilka prostytutek "bawi się" z (na oko) 10-latkiem.

Ktoś powinien rzucić kilka słów o awangardzie japońskiej lat 60-70, o współpracy Terayamy z Kanem Mikamim, J.A. Seazerem, ale tym kimś nie powinienem być ja. W każdym razie, z tego co rozumiem to ów reżyser był już jakoś rozpoznawany, uznawany (na fali?) po Tomato Kecchappu Kôtei z '71, ale nie tylko jako filmowiec, też poeta, dramaturg.

Natomiast dzieło z '74 (znane też jako Pastoral: To die in the country, a po polsku Wiejska ciuciubabka - naprawdę?) to pierwszy wspólny obraz z operatorem Tatsuo Suzukim, z którym potem jeszcze kilka razy pracował.

Terayama pokazuje wioskę - krainę poza czasem, odizolowaną, odrealnia mieszkańców przez zaczerpnięte z teatru kabuki malowanie twarzy. Jednak wcale nie jest to idylla, dziecko urodzone przez samotną dziewczynę jest uznane przez społeczność (chmara ubranych na czarno kobiet z przepaskami na oko) za bękarta, którego trzeba zabić. Główny bohater, jak się potem okaże, uosabiający reżysera, ma problemy z budzącą się w nim seksualnością, pojawia się wątek niemal jak z awanturniczej powieści przygodowej - ucieczka z nieszczęśliwą, zamężną kobietą. Jest też cyrk, który uosabia zepsucie, perwersyjność, ale też różnorodność, wielki świat (filmowany jest przez tęczowy filtr), co jest zagrożeniem dla stabilności wioski.

Raczej niespodziewanie cięcie w fabule i wskakujemy na poziom meta, skontrastowany przez czarno-białe zdjęcia. Potem reżyser na równych prawach z bohaterami uczestniczy w akcji, demaskuje swoje zafałszowania, próbuje wpłynąć na siebie z przeszłości, zrozumieć, ale też nie kryje swojej przewagi. Jakoś szczególnie błyskotliwych myśli w temacie prawda życia-fikcja sztuki nie ma, bohatera kłopocze paradoks podróży w czasie i zabicia swojego przodka.

Stosunki między pokoleniami, niemożność uwolnienia się od rodzica są w zasadzie osią całego filmu. Znaczenie domu rodzinnego jest podane w bardzo fajnej przenośni, matka dba o stary zegar, który na początku źle funkcjonuje, co chwile bije (jakby na alarm? ostrzega?). Gdy syn prosi o zegarek na rękę (widział taki w cyrku), ona odpowiada, że po co mu, że przecież mają zegar i czas należy trzymać w domu, a nie wypuszczać go na zewnątrz.



Film kojarzył mi się z Jodorowsky'm, najpierw przez wędrówki po skalistych, pagórkowatych terenach, a potem przez taką ogólną dziwność. Co prawda u Terayamy nie wszystko nawet w samej fabule jest realne/prawdopodobne, ale u niego surrealizm przejawia się raczej w scenografii (jakiś olbrzymi młotek, tablice z dłońmi wskazującymi kierunek, zakrwawione kukły, wiatraczki). W jednej scenie na pierwszym planie siedzą bohaterowie, po boku cyrulik kogoś przyjmuje (a ma to miejsce na łące, przy drodze), a za nimi co rusz przechodzą jacyś ludzie, niektórzy machają flagami - odczytywałem to jako przemarsz historii, tradycji, która wciąż się wpycha, chce być zauważona, doceniona. Przyszedł mi na myśl Kantor.
W innym momencie Pasolini - czy na chwilę pojawiający się kruk nie jest nawiązaniem do jego Ptaków i ptaszysk?
A zwrócenie uwagi na radio przywołało mi na myśl Kobietę z wydm (film) - tam chyba było coś takiego, że dostali (po długim czasie?) radioodbiornik?
A powiązanie kochanków czerwoną liną, które w Lalkach, to od Terayamy czy dawniejszy japoński motyw?
Końcówka może nieco w duchu Felliniego?

Muzyka dokłada się do poczucia dziwności, jest pomieszaniem psychodelicznego rocka, etniczności, śpiewów solowych i grupowych. Co ciekawe, jej twórca - Seazer grał w filmie, Mikami też, ale nie wiem, kogo. Dźwiękowo interesujący jest moment, gdy cyrkowa gruba kobieta w końcu wstaje i słychać pracę jej kolan, jak w nich się rusza, heh.

Dobry film, może nie dla tych, którzy potrzebują jasnej i ładnie rozwijającej się fabuły, co nie znaczy, że mało się dzieje. Tylko że czasem dzieje się dość meandrycznie i niejasno (zwłaszcza w drugiej części), jednak po zakończeniu miałem poczucie, że odebrałem jasny komunikat (może nawet zbyt prosty). Do tego duża fantazja wizualna (choć pewnie niektórych będzie razić).
Zamierzam wgłębiać się w jego twórczość, więc wskazówki mile widziane.

Megacities (1998) reż. Michael Glawogger

No to chwilę odpoczniemy od tematów rodzinnych i tarć międzygeneracyjnych. Dokument Glawoggera ma podtytuł "12 opowieści o przeżyciu" - opowiada o ciemnych stronach życia w czterech metropoliach (Bombaj, Mexico City, Moskwa, Nowy Jork) i pokazuje je w naprawdę przejmujący sposób.

Są cztery porażające sceny, z których trzy (maszyna do zabijania kurczaków, pokaz striptizerki, praca przy barwnikach) dzieją się zupełnie bez słów. W czwartej wysłuchujemy człowieka zamkniętego w izbie wytrzeźwień. W tamtych jesteśmy oddzieleni bo nie ma dialogu, tutaj bo obserwujemy go przez malutkie okienko w masywnych drzwiach.
Te momenty zapadają w pamięć i choćby dla nich warto ten film zobaczyć.



One również są najbardziej pogrążające w negatywne emocji, na szczęście Glawogger oferuje również odskocznię od tego. Nie to, żeby zabawiał, starał się widza uspokoić optymizmem, on po prostu śledzi życie w różnych jego przejawach.
Kilka razy pojawia się kino, na początku mamy etiudę o człowieku z projektorem, z którym chodzi po ulicach i na którym oczywiście zarabia. Jego działalność odwołuje się do poprzednika kina - fotoplastikonu. Później pracujący w porcie mężczyzna opowiada o swoim dniu i kilka razy podkreśla, że chodzi do kina.

Reżyser wykorzystuje możliwości (moc) sztuki filmowej i nie tylko prezentuje świat, ale też zlepia różne jego elementy. Wspominana etiuda gra ze schematem filmu w filmie: zasugerowano, że patrzymy właśnie w projektor, tak jak kilkoro dzieci, a oglądamy film Life in Loops. Tu przez przyspieszenie widzimy powtarzalność rytmów dni, a obraz okraszony jest narracją jak z przypowieści.

Bohater z Mexico City, śmieciarz, po pracy gra w piłkę. Widzimy jego drużynę ustawioną jak do pamiątkowego zdjęcia, na co Glawogger rzuca (chyba) hymn Meksyku. Trudno się też nie uśmiechnąć, gdy widzi się tych zbieraczy poruszających się w quasi-rydwanach.

Inne zestawienie jest nawet nieco bardziej ryzykowne, ale też wypada lepiej, niż pomyślałbym gdybym o nim przeczytał. W Moskwie oglądamy fabrykę, a dźwięczy Czajkowski.

Interesująco muzyka jest wykorzystana w otwierającej sekwencji, gdzie w pociągu śpiewa kobieta, na początku widzimy ją jak wsiada, a potem oglądamy sceny, które dzieją się wzdłuż torów, przy czym cały czas słyszymy muzykę, która jest jakby tą trasą pociągu.

Glawogger stosuje też inne rodzaje przenikania, z offu słyszymy a to streszczenie jakiegoś filmu, a to fragment komiksu, raz wypowiedzi bohaterów nagrane na dyktafon (i przewijane), innym razem urywek z książki, gazety. W Moskwie jest to doprowadzone aż do sporego kolażu, który staje się zbiorowym głosem tych, którzy w mieście nie mówią (bo, najczęściej, czytają - a to ciekawe). To trochę po linii działań Krzysztofa Wodiczki.

Twórca nie chce nas przekonać o globalnych zależnościach, opowiedzieć o przepływach kapitału, ale stosuje drobne linki wewnętrzne. Najpierw widzimy ptaka zjadającego coś z tacki, a potem słyszymy o nim w bajce. Migają nam przed oczami tkaniny w Bombaju, a za chwilę uliczny sprzedawca w NY niesie naręcze koszul z nich zrobionych.
No i ptasie motywy też się zbiegają: bajka o gęsi, rzeźnia kur i rozdawanie kurczaczków.

A może to Glawogger wymyślił bajkę o ptaku, może to on kazał uszyć te koszule? Zastanawiałem się, jak niektóre rzeczy sfilmował, bo np. scena z naciągaczem i gejem w pokoju hotelowym, chyba nie mogła być nakręcona bez ich wiedzy? Potem przeczytałem w jakimś wywiadzie, że zwykle i tak wszyscy szybko się orientują, że jesteś filmowcem, więc po co się ukrywać, skoro można to zrobić lepiej - jawnie.

Bardzo podobał mi się ostatni segment z falami radia krążącymi między budynkami (i zapętlonym krzykiem wpuszczonym w tło), a radio było czymś w rodzaju kolektywnego umysłu. Puenta przychodzi jakby skądinąd, jest taka rzucona od niechcenia, niemal przypadkiem (eee tam, pewno zainscenizowana). I uświadamia to, co wcześniej mogło gdzieś tam pełzać pod obrazami nędzy i poniżenia, że nie tylko praca i pieniądze, ale też sposoby ucieczki od tego marnego życia.

Glawogger jest chyba najbardziej znany ze Śmierci człowieka pracy, ale moim zdaniem Megacities (2004) jest lepsze. Natomiast jeśli chodzi o fabuły to polecam jego Slumming (2005), który kiedyś udało mi się złapać na ale kino! (pod głupim tytułem Czeski numer) i to był jedyny raz kiedy w ogóle dostrzegłem go w programie. Im dłużej myślę o tym filmie, tym ciekawszy mi się wydaje.

Kurosawa, Koprowicz, Kurosawa (wpatrywanie cz. 1)

Czyli - filmy ostatnio widziane, w kolejności. Zacząłem realizować swoje postanowienie, aby oglądać więcej filmów (i robić to "lepiej", choć nie wiem, na ile to się udało).

Akarui mirai (2003) reż. Kiyoshi Kurosawa

O tym panu już kiedyś wspominałem, okazuje się, że przypadł mi dobry film na początek znajomości z jego twórczością (Cure, 1997), bo przedtem zajmował się "yakuza-movies" i generalnie uczęszczał do klasy b. Nie wiem, co zaszło, może objawiła się moc nomen-omen, ale Cure, o czym już pisałem, to naprawdę dobry film.

Podobnie jak w tamtym, także tutaj mamy postać przestępcy w więzieniu, który choć (dlatego że?) jest (i pozostanie) tajemniczy, nieprzenikniony (nie poznajemy motywów, może ich po prostu nie było), to w dziwnym sposób przyciąga (potrafi też odepchnąć) i wpływa (przez ustalone przez siebie znaki) na życie osób przebywających na zewnątrz. Przez to, że wcale nie stara się bronić, można twierdzić, że swoją sytuację postrzega jako lepszą.

Tonacja Akarui mirai jest jednak o wiele lżejsza (tytuł znaczy "Świetlana przyszłość"), przestępca nie jest postacią centralną, w drugiej połowie filmu to miejsce zajmuje relacja jego przyjaciela z jego ojcem. Przyjaciel podejmuje się wyznaczonego mu zadania, które ma wydźwięk jednocześnie sakralny i komiczny. Jednak do czasu, bo gdy na jaw wyjdą konsekwencje, nie jest tak wesoło i górę weźmie właściwość "porażająca" sacrum.



Zapamiętałem jeden moment, który można by zakwalifikować do zabawnych. Dwójka przyjaciół jest u swojego szefa na (rodzinnym) obiedzie, pani domu podejmuje próby kurtuazyjnej konwersacji. Pyta gości o hobby, jeden nie ma (wtopa), drugi odpowiada: ocenianie muzyki, gospodyni chciałaby wiedzieć, jakiej? Każdego rodzaju. Mówi zupełnie beznamiętnie, nie podsuwa nic, o co dalej można by rozmowę zachęcić, więc drugiej stronie pozostaje tylko coś w rodzaju: Każdego, hę?. Więcej ten wątek nie powróci, choć wiadomo, że muzyka ma w jego życiu jakieś znaczenie (w mieszkaniu stoją winyle: Diz'n'Bird i Sounds of Music. No i pożyczenie cd szefowi (wymuszone przez niego, chęć zbratania się, zrozumienia "młodych"), mogło mieć ogromne konsekwencje.

Jak już o muzyce, to też o dźwiękach w samym filmie. Reżyser powtarza pomysł z Cure i lokuje celę w podziemiach, co jest oczywiście świetnym rozwiązaniem (zresztą jeden z dźwiękowców pracował i przy tamtym). Tu osadzony ma kontakt ze światem, przy czym, ten kto przychodzi "ze świata" zrywa na chwilę więź z wszystkim innym.
Scena w okolicach 37. minuty jest pod względem dźwiękowym wspaniała. Widzenie z przyjacielem, ponad głowami rozchodzą się stłumione, rozedrgane metaliczne stukoty, rytmicznie jakby podczas zamykania szlabanu na przejeździe. Oczywiście też ruch samochodów, jakieś niezidentyfikowane przesuwy, drony, ale też głos zagubiony w echach i pogłosach (fascynujące, bo może to być coś zwykłego, ktoś coś po prostu tam u góry mówi, a tutaj to dochodzi w tej postaci, ale tego nie można być pewnym przebywając na dole). Nagła zmiana - to samo ujęcie, tylko że siedzi ojciec uwięzionego i nie ma prawie żadnych odgłosów, poza "zwykłymi" (samochody).



W drugiej części filmu bohater, reprezentujący "młodych" natyka się na grupkę jeszcze młodszych, którzy w sumie nie wiadomo, co robią, ale kojarzą się z jakąś bojówką, bo wszyscy są ubrani tak samo (koszulki z Che). Kolejna relacja międzypokoleniowa, która ma miejsce równolegle do usynawiania przez ojca przyjaciela.

Jeśli były wątpliwości, co do wydźwięku tytułu, to końcówka je rozwiewa, bo bezcelowy przemarsz, demonstracja własnej pustki młodziaków, nie nastraja zbyt optymistycznie. Choć rozumiem też ten komentarz, którego autor twierdzi, że właśnie nie, że tytuł nie jest ironiczny (nie czytajcie przed obejrzeniem!!!). Ale ja wybieram wesołość podczas ładniutkiej finałowej piosenki, bo inaczej musiałbym trwać w zakłopotaniu, po co ona tutaj.


Medium (1985) reż. Jacek Koprowicz

Przeglądając zgromadzone Duże Formaty trafiłem na wywiad z Koprowiczem, tzn nie wiedziałem, kto to, ale czytałem, bo w nagłówku było o tym, że Witkacy nie popełnił samobójstwa. Koprowicz chce zrobić o tym film, potem było też o problemach z jego Przeznaczeniem (o Przerwie-Tetmajerze), różnych projektach filmowych. Wyszedł z tego wizerunek twórcy zainteresowanego zjawiskami parapsycholgicznymi, reinkarnacją, jasnowidztwem, trochę tajemniczymi/niewyjaśnionymi zdarzeniami w historii, z drygiem do formy kryminału.
Zanotowałem w pamięci, że jak będzie okazja, to powinienem coś jego obejrzeć. No i proszę, jak na życzenie - tego samego dnia "Przeznaczenie na ale kino! tylko że chyba o czwartej nad ranem. Kilka dni później o drugiej w nocy, ale za to Medium w godzinie duchów.

Obszerne streszczenie jest w linku powyżej, więc sobie odpuszczę. Pamiętam, że w komentarzach nt. Cure przewijało się, że może film okej, ale nie wierzę w te mesmeryczne wątki. Dla mnie to nie problem, obraz Kurosawy podobał mi się nie dlatego, że przekonująco wykładał teorię Franza Antona Mesmera. Tak samo w tym przypadku, nie muszę wierzyć w istnienie zdolności mediumicznych, żeby z zainteresowaniem obejrzeć ten film.

Jednak muszę przyznać, że w ciągu kilku dni, jakie minęły od tego, mój entuzjazm dla obrazu Koprowicza nieco przygasł. Co mamy dobrego: trójmiejski "klimat", starą willę gdańską, scenę w archiwum (odkrywanie podłoża obecnych zdarzeń, umiejętnie poprowadzony dialog i interakcja dwóch postaci, wykorzystanie światła), w ogóle dobra gra Bajora, Stuhr jak zawsze na poziomie, Szapołowska znośna (bo dość mały ma udział). Jeśli chodzi o niepokojącą atmosferę i niepewność, to zaćmienie słońca (i udało się tego nie przeszarżować, choć technicznie to bardzo dziwacznie szybko robi się jasno po), a najlepszym pomysłem jest to podziemne akwarium dla żółwi. Izolacja, pustka, spokój, sztuczność (można zestawić to "środowisko wodne" z nadmorską plażą, gdzie dzieje się kilka scen), a jednocześnie połączenie losu żółwia i jego właściciela (nawet jeśli tylko w mniemaniu tego drugiego).
Interesująca jest też przemiana jaka zachodzi w postaci granej przez Bajora, który jest najpierw sceptyczny, zresztą donosi na swojego przełożonego, a potem wierzy, zostaje jakby naznaczony piętnem, bo poznał prawdę (i musi zapłacić za to cenę).

Na minus: muzyka (choć jak na Dębskiego to i tak mogło być gorzej), scena morderstwa siekierą (Łukasiewiczowi dostaje się w czoło - a my to musimy oglądać, przesada, a w dodatku dokonania charakteryzatorskie obecnie wyglądają dość kiepsko).

Podsumowanie? Wielkie kino to zapewne nie jest, ale jeśli ktoś potrafi się zdobyć na obejrzenie tego, jako filmu, pewnej opowieści, bez dogadywania, że okultyzm to bzdety, to znajdzie wciągająca historię, sprawnie rozwijaną i pogłębianą oraz całkiem przekonującą atmosferę.

W wywiadzie Koprowicz mówi, że chyba powstanie amerykański remake, dziejący się na pustyni. Jestem ciekaw.
[zbiór kadrów]

Kairo (2001) reż. Kiyoshi Kurosawa

A propos remake'ów z USA, ten obraz już tego doczekał (Pulse), ale mi wystarczy oryginał. Znów odpuszczę sobie streszczenie, bo też w tych opisach chodzi o zachęcenie do obejrzenia, a nie o wytłumaczenie i rozłożenie dzieła na czynniki.

Jeśli ktoś nie ma bardzo silnych nerwów, to może niech lepiej nie ogląda tego filmu w takich warunkach, jak ja to zrobiłem: sam, po północy, przy zgaszonych światłach, z słuchawkami na uszach. Kilka razy kontrolnie obracałem się za siebie.

To świadczy o sugestywności filmu, w którym właśnie często obserwujemy akcję zza pleców bohaterów, czasem z bliska, a innym razem z oddalenia, wtedy jesteśmy w tej uprzywilejowanej sytuacji, że widzimy więcej niż oni. Ale niekoniecznie z oglądu wynika pogląd, czyli wiedza, tzn nie daje nam to podstaw do stwierdzenia, że jest tak i tak. Miałbym duży problem z wytłumaczeniem statusu tych "duchów", określeniem, kto jest "naprawdę" żywy, a kto martwy, kto istnieje (i w jaki sposób).



Ale też nie kłopotałem się za bardzo generalnym "sensem", bo film regularnie wysyła dość złożone sygnały. Oczywiście wizualne, ze świetnymi scenami w ciemnych pomieszczeniach, które niestety chujowo wyglądały w tym dość marnym pliku, z którego oglądałem. Ale dało się odczuć zawiesistość, gęstość tych ujęć, które powodują dylematy: czy to się poruszyło, a jeśli tak to co? tam coś jest? ale co? Może nic, ale oko coś konstruuje. (Operator wcześniej pracował przy Ringu i Honogurai mizu no soko kara aka Dark water.)

Nawet nie wiedząc o tym kręgowym połączeniu, miałem to skojarzenie. Tematyka jest poniekąd podobna: technologia (tutaj strona internetowa), która zabija, przyciąga, fascynuje i poniekąd żyje własnym życiem. Nie mam wyraźnych wspomnień z Ringu ale wydaje mi się, że u Kurosawy to wszystko jest bardziej subtelne i nie ma tego niemal fetyszystycznego podejścia do technicznego gadżetu, bo ważniejsze dla niego jest to, co dzieje się z ludźmi (między, w).

Mimo to, zjawiska związane z tajemniczą stroną internetową są świetnie przedstawione. To początkowe ujęcie z przeskakującym obrazem z kamery, kiedy zupełnie jeszcze nie wiadomo, z czym to wiązać. Trochę dalej, jakieś zawieszenie obrazu z telewizora, pozornie nic, ale w tych okolicznościach...Nie tylko wizualność, ale też dźwięk, który jest po prostu genialny. To jeszcze epoka modemów, które wydawały odgłosy, jak faktycznie łączyły się z internetem, ta Ovalowa muzyczka jest sama w sobie niepokojąca, ale scena pod koniec, gdzie modemu nie ma, a słyszymy go (to chyba tylko w słuchawkach), to majstersztyk.

Co jakiś czas pojawia się wokal śpiewaczki, powiedzmy że "operowy", na początku wydało mi się to nieco patetyczne, ale ten głos jest tylko pewnym emblematem, jest bezcielesny, oddzielony, moim zdaniem sugeruje "ducha w maszynie". Jest piękny moment koło 29. minuty, gdy jest zestawiony z elektroniczno-ptasimi ćwierkami.

Mistrzowskie są też prośby o pomoc, wypowiadane spokojnym szeptem, z bardzo bliska, a jednak znikąd, bo nie ma ciała, które je wypowiada. Nie mam, jak tego sprawdzić, ale jestem prawie pewien, że coś z tym głosem robiono, bardzo nieznacznie, ale jakby go pocięto, pododawano minimalne przeskoki między słowami. Głos prawie identyczny z naturalnym, ale jego emisja jest zautomatyzowana. Pisałem już, że genialne? No tak, to jeszcze ten puls około 85. minuty.

Może powinienem oglądać więcej horrorów, żeby mieć skalę porównawczą, ale nie wiem, czy często trafiałbym na takie horrory, jak robi Kurosawa, bez potworów, litrów krwi itd (sugestie mile widziane).

Apokaliptyczność finału nieco się gryzła z resztą, była jakby z innego rejestru. A, też ciekawy pomysł, żeby stworzyć loop, tzn to samo na początku i na końcu.

Kurosawa o dźwięku:


In my films I don't like to use sound to elaborate the story. The story is the story and sound operates on a slightly different plain. As I mentioned, film to me is somewhere in between reality and fiction and I think of sound as defining the world that I've created in that film. Sound is what defines that place that is neither story nor reality, but in between.

Because I think when you're telling the story in visual images you reflect the characters and they can only be that what they are. They're two-dimensional. But in a way sound can give you a three-dimensional signal of the world.


[wywiad, jak się szuka czegoś o azjatyckimi kinie, to prędzej czy później trzeba trafić na tą stronę // znalazł się też wywiad z Koprowiczem]

Naiwnie myślałem, że zmieszczę tydzień oglądania w jednym wpisie, ale na teraz wystarczy. Poza tym, te trzy filmy jakoś do siebie pasują. Okej, jak ma zwyczaj zakańczać mój felietonowy faworyt: będzie kontynuowane.

12/08/2008

Rzeźba audiowizualna


O Sculpture już było, przy okazji rozgrzewki do podsumowania rocznego. Obiecuję (sobie), że jeszcze o nim napiszę, ale na teraz świetna informacja. Sculpture współpracuje z Reubenem Sutherlandem i wrzucili na vimeo (brawo, a nie jutjub beznadziejny) trzy teledyski:

raz

dwa

trzy

Panowie chcą występować razem, nie tylko w formie koncertu, ale też pokazów filmowych, na festiwalach. Może nasz Animator powinien ich zaprosić?

Na lastfm, kiedyś było dużo mp3 do ściągnięcia, jest jeszcze grupa metalowa o tej samej nazwie, więc teraz mamy tylko dwa utworki: "Creaky" i "Zerocity".
Ale za to dużo jest na jego dawnej stronie, polecam zwłaszcza krótkie live'y. A propos występów - jeszcze jeden, bardzo przyjemny, był nadany w radiu Resonancefm i jest do ściągnięcia tutaj.

Poza tym: myspace // aktualna strona.
A Sutherland robi reklamówki i plakaty.

12/07/2008

Focus : Rezonans

Napisali:
Maciej Kaczmarski
z3ppelin
ja

Fotografował:
Sierus, dużo jego zdjęć pod relacją na nowejmuzyce, ale kilka nie weszło, więc wrzucę tutaj.



Robert Henke - to jest totalnie piękne zdjęcie!



Mouse on Mars - w tle pusta twarz wypełniana treścią



P/B/B - tym razem w układzie Anthony Pateras, David Brown, Sean Baxter.



"Masz drobne? Grosik wystarczy - muszę tylko ciut dopreparować" - czyli fortepian Paterasa

12/05/2008

Oto foto




Jak stało w obwieszczeniach, trzeciego grudnia Clare Cooper i Jean-Philippe Gross zagrali w Dragonie. Najpierw Cooper solo, potem jako duet Nevers i na koniec Gross. Okazało się to bardzo sensownym układem, bo każdy kolejny występ oznaczał zagęszczenie dźwięków i wzrost głośności. Gross swój secik zagrał z użyciem nagłośnienia, wcześniej sygnał leciał przez dwa magnetofony z wbudowanymi głośnikami i małe głośniki. W ogóle dość ciekawy system sprzęgająco-nagrywający, jeszcze radyjko zniekształcane lampą fleszową i silniczkami.



Cooper grała na guzheng rękoma, pałkami, smyczkiem, przekładała mostki podtrzymujące struny, przykrywała je też ręcznikiem by tłumić wybrzmiewanie.
Jeśli chodzi o duet to zaskoczyło mnie, jak dobrze, sensownie instrument i ta akustyczna elektronika mieszają się ze sobą, że nic nie dominuje, wszystko się przenika. Są momenty szumowe, perkusyjne, dźwięki bardziej określone.



Było ciemno, a nie chciałem im wtykać obiektywu w nos, więc zdjęcia są, jakie są (nieco edytowania: jasność, kontrast).

Trochę się bawiłem zdjęciami z koncertu Anderson. Najpierw jak zwykle interesujące cienie, a potem wariacje mniej i bardziej kolorowe.