Bardzo fajne coś odwołujące się do formy gry komputerowej.




Intrygujące, bo nie wiemy nie tylko, gdzie jesteśmy, ale też kto patrzy, nawet nie wiadomo, czy "czyimś" "okiem", czy jest to spojrzenie powiedzmy obiektywizujące, czy jakiejś maszyny (słychać stale jej sygnał). Trudno powiedzieć też, kto mówi, do kogo i gdzie (czy jest to jakiś czat - przypomniało mi się Les invisibles Thierry'ego Jousse). Na początku nie wiadomo też - o czym.

Stopniowo się to wyjaśnia i okazuje się, że wrażenie, że mamy do czynienia ze światem po apokalipsie było słuszne. Być może była to mała apokalipsa w perspektywie globalnej, ale dla wielu jednak znacząca. Twórca tak przedstawia ten świat i tak prowadzi narrację, że czuć dojmującą siłę ciosu, jakim te zdarzenia były. Dźwiękowo też jest dobrze, bo pod koniec do ascetycznego krajobrazu dźwiękowego dołączają piosenki z niedostrojonego radia i mnogość niewyraźnych głosów.

To przemieszczanie się z jednego pomieszczenia do drugiego przypomina faktycznie spędzanie czasu w klubie, ale tutaj przez pustkę i ciszę odczuwa się efekt odrealnienia podobny temu, jaki osiągnięto wpuszczając zwierzęta do Berghain.

Nie mogę się powstrzymać od przywołania zabawnego pomysłu, jaki rzuca jedna z postaci: ktoś powinien zrobić aplikację na smartfona transmitującą na żywo z parkietu, żeby można było sprawdzić, kiedy najlepiej przyjść, taką jak aplikacje dla surferów.
7/14/2016
Fiesta Forever - Jorge Jácome (wpatrywanie cz. 35)
When You Awake - Jay Rosenblatt (wpatrywanie cz. 34)
Dawno nie oglądałem niczego z poletka found footage, więc z chęcią sięgnąłem po to dziełko pokazywane między innymi na festiwalu w Krakowie i Visions du Réel.

Niby fajnie, bo jakiś powiew świeżości, ale po zakończeniu seansu stwierdziłem, że nie ma co się zachwycać.

Trochę taki wszystkoizm wyszedł, bo tańce, zwierzęta, wybuchy, katastrofy, pomiary, badania, seks, ślepota i to nie jakoś zgłębiane, tylko upchnięte w 12 minut. No i rama hipnozy, fajnie sobie pomyśleć, że film to śnienie, ale samo spostrzeżenie to nic oryginalnego, coś by można z niego wydobyć.



Há terra! - Ana Vaz (wpatrywanie cz. 33)
Od jakiegoś czasu staram się mieć Brazylię na oku (i w uchu), więc nie mogłem przepuścić tego. Formę tego filmu trudno określić, to już nawet nie jest esej, tylko pojazd hybrydowy nowej generacji. Słusznie zauważono, że przekłada na praktykę strategię kanibalizmu kulturowego Oswalda de Andrade - choćby przez wplecenie fragmentów filmu Manoela de Oliveiry, czy też tekstów teoretycznych.

W tym wywiadzie reżyserka mówiła o innym swoim dokonaniu, ale wiele wypowiedzi rezonuje też w kontekście tego.
So much of the thinking behind my films comes from other forms, often poetry, literature, philosophical texts and ideas, a painting, an intuition. Therefore, often what the films are trying to do is to animate, to give life to that which was once fixed upon paper, rock or canvas—animating the ‘inanimate.’ If I was a novelist or a poetess, how would I write in a way that approximates temporalities? How would I punctuate? Why use—or not use—a capital letter? How would I compose an imagist poem with objects and sites rather than words?

The circulation and accessibility of images through digital databases suffer from this underlying danger of flattening experiences and histories into one homogenous amalgam, you have access to everything but asperities are increasingly smoothed through the ease and flow of your keys and fingers.



16mm is constructed around a community that is shaped by increasing scarcity. Recently, I was speaking with film students at the Federal University of Rio de Janeiro, and Juliano Gomes, film critic and their teacher, brought about an interesting reflection: that a community only strengthens and raises around a shared condition, often a condition of scarcity. This is a very meaningful reflection, not only for film of course. What can extinction pose to us as a question, to our imaginaries, to our activities, to our sense of togetherness?

7/13/2016
Nahrani me z besedami - Martin Turk (wpatrywanie cz. 32)
Debiut długometrażowy słoweńskiego reżysera, który przeszedł do historii krajowej kinematografii jako pierwszy tamtejszy twórca, którego film zaprezentowano w Cannes w ramach Quinzaine des Réalisateurs.

Trochę się zgadzam z tym, ale nie potębiałbym tego filmu tak mocno.
Mental illness and potential nervous breakdowns quickly make this a compelling and interesting conversation piece—is the old country driving the family insane? Are the sins of the past still feeding the dour present? We’ll never know, because next we get a peek at just what Robert was up to in Turin, [...] In the end, it seems that an obnoxious amount of unrelated circumstances have been dictated by the heavens to make one dysfunctional family perhaps examine its serious issues. But if that’s really all that’s going on, why should we care? Turk never gives us any meaty details about the source conflict, and those easily annoyed by possible insidiously espoused religious views (that may as well be preternatural for the sake of this film), will most likely find Feed Me With Your Words to be an anemic source of pleasure.

The film’s biggest strength lies in its technique. There is clear attention to detail demonstrated by the positioning of actors and scenes to create beautiful cinematic images. Throughout the film, there exists a visual parallel between the character pairs of Matej and Janez and Ana and Veronika in which the bodies mirror each other in their placement within scenes, underscoring the characters’ relationships in a visually striking manner. The images have a distinct and pervasive blue tint, which adds to the solemn and longing tone of the film. The dream-like aesthetic quality of the images are an enhanced representation of reality, paradoxically encapsulating the film’s realistic portrayals in the frame of a fictional world. To contrast the bright atmosphere of the film’s many outside shots, dark shadows are utilized to add to the feeling that there is something wrong creeping within this otherwise normal narrative. (via)

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to plakat Swedish Azz daje jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z nie do końca normalną rodziną. A tak na poważnie, to Turk interesuje się muzyką, wcześniej współtworzył taki dokument.

In Jouw Naam - Marco van Geffen (wpatrywanie cz. 31)
Druga część Vinex Trilogy reżysera, którego może ktoś kojarzy z pokazywanego na Warszawskim Festiwalu Filmowym Sznycel Paradise. IMDb jako współreżysera podaje Jean-Claude'a van Rijckeghema, który z kolei dał się poznać polskiemu widzowi takimi obrazami jak Siostra Katii, Zgrana para czy Moskwa, Belgia. A jedną z głównych ról gra Lotte Verbeek, protagonistka Nic osobistego Antoniak.

Czeka was ciężki, kalibru Bergmanowego, seans i druzgoczące zakończenie, ale warto spróbować.



Bardzo fajnie działają zestawienia ujęć otoczenia, ulic, domów filmowanych z zewnątrz, z kameralnym, ciasnym czasem, pokazywaniem napiętej relacji między dwójką głównych bohaterów. Oni coraz bardziej się ze świata dookoła wycofują, pogrążają, zapadają we wnętrza (także swoje).


7/12/2016
Korso - Akseli Tuomivaara (wpatrywanie cz. 30)
Debiut, film dyplomowy w School of Motion Picture, Television and Production Design (University of Art and Design Helsinki). 
Ten, kto stwierdził, że to "fiński Trainspotting" chciał pomóc filmowi, ale bardziej mu zaszkodził. Korso jest jednak o czymś innym, a do tego też na innym poziomie.

I tak jest spoko, mógłby sobie spokojnie istnieć jako przyzwoity dramat o trudnym (a które nie jest?) dojrzewaniu, a takim porównaniem ktoś postawił go w otoczeniu, do którego nie należy.

Pitting the teenagers stale lives against the light starved, almost post – apocalyptic environment of Helsinki is a pivotal stylistic move for Korso and even though many of the characters themselves are quite repulsive in their sexist and racist ways, it’s hard not to become involved with Marcus’s own journey which is almost Shakespearian in its tragic arc. As a character based drama like many of the ‘teen spirit’ films, lead actor Mikko Neuvonen is incredibly versatile, evoking both sympathy and shock in several powerful scenes exploring his reactions to failure and impending change. (via)




This feels like a story that we've seen before but it isn't worn out yet. Andrea Arnold's Fish Tank is comparable but Korso packs more of a punch. This proved to be a great first exposure to Finnish cinema with its raw nature and aggression. The best quality found in Korso is how divided we are made to feel about Markus. We route for his escape and fresh start but he remains a troublesome, selfish and self destructive child whose lack of education is apparent along with his warped priorities. Korso is fine. It's not particularly gripping or interesting but it attempts a lot in its entirety. (via)


Leones - Jazmín López (wpatrywanie cz. 29)
Pełnometrażowy debiut nie tylko reżyserki, ale też artystki wizualnej (i to się czuje w tym filmie). Nagrodzony w Wenecji, pokazywany też na Nowych Horyzontach, w Rotterdamie i Wiedniu. Porównywany z dokonaniami Gus van Santa, Lucrecii Martel czy nawet Béli Tarra.

Spotkałem się z opinią, że to "fabularna wydmuszka", ja bym to ujął inaczej - historia jest tu tak przedstawiona, że bardzo wiele zależy od odbiorcy. Może on w pewnym sensie zdecydować, jak ułożyć sobie składniki w całość, więc ich suma może się różnić (czego dowodzi przeczytanie kilku rozbieżnych streszczeń w recenzjach). Co jest interesujące, ale w zupełności rozumiem tych, którym fabuły jest za mało.

Za powodzenie tego filmu w dużej mierze odpowiadają zdjęcia Matíasa Mesy (z którym López współpracowała wcześniej).

Co ciekawe, nie ma tu muzyki jako takiej (oprócz znaczącej piosenki Bright Eyes), ale jest wspaniały sound design Julii Huberman. Ratuje on sytuacje w przydługich momentach, gdy na ekranie nie widzimy żadnych postaci.


Leones to nie dzieło wybitne, ale jest w nim zbyt wiele bliskich mi elementów, żebym nie mógł spojrzeć na nie łaskawym okiem. Po pierwsze, jest mapa, list napisany przed rokiem, nagranie na dyktafonie, jego odsłuchiwanie, przewijanie (co służy też jako mapa, przewodnik). Po drugie, są gry słowne. Po trzecie, nawiązania - do Bressona (może ukryte, ale jednak pada, że "diabeł, prawdopodobnie") i do Antonioniego (wyraźniejsze, przetwarzające końcówkę Blowup).
No i są też gry z czasem, bardziej otwarte - przyspieszanie "filmu" oraz zawoalowane - gdy bohaterowie nie mogą uzgodnić, czy to zachód, czy wschód słońca.

