Patryk uświadomił mi, że to nie był mój pierwszy kontakt z twórczością tego reżysera. Kiedyś oglądaliśmy jakiś jego film bez dźwięku, z Chasms Paterasa jako soundtrackiem. Niewiele pamiętam, poza tym, że Kasia była zgorszona sceną, w której kilka prostytutek "bawi się" z (na oko) 10-latkiem.
Ktoś powinien rzucić kilka słów o awangardzie japońskiej lat 60-70, o współpracy Terayamy z Kanem Mikamim, J.A. Seazerem, ale tym kimś nie powinienem być ja. W każdym razie, z tego co rozumiem to ów reżyser był już jakoś rozpoznawany, uznawany (na fali?) po Tomato Kecchappu Kôtei z '71, ale nie tylko jako filmowiec, też poeta, dramaturg.
Natomiast dzieło z '74 (znane też jako Pastoral: To die in the country, a po polsku Wiejska ciuciubabka - naprawdę?) to pierwszy wspólny obraz z operatorem Tatsuo Suzukim, z którym potem jeszcze kilka razy pracował.
Terayama pokazuje wioskę - krainę poza czasem, odizolowaną, odrealnia mieszkańców przez zaczerpnięte z teatru kabuki malowanie twarzy. Jednak wcale nie jest to idylla, dziecko urodzone przez samotną dziewczynę jest uznane przez społeczność (chmara ubranych na czarno kobiet z przepaskami na oko) za bękarta, którego trzeba zabić. Główny bohater, jak się potem okaże, uosabiający reżysera, ma problemy z budzącą się w nim seksualnością, pojawia się wątek niemal jak z awanturniczej powieści przygodowej - ucieczka z nieszczęśliwą, zamężną kobietą. Jest też cyrk, który uosabia zepsucie, perwersyjność, ale też różnorodność, wielki świat (filmowany jest przez tęczowy filtr), co jest zagrożeniem dla stabilności wioski.
Raczej niespodziewanie cięcie w fabule i wskakujemy na poziom meta, skontrastowany przez czarno-białe zdjęcia. Potem reżyser na równych prawach z bohaterami uczestniczy w akcji, demaskuje swoje zafałszowania, próbuje wpłynąć na siebie z przeszłości, zrozumieć, ale też nie kryje swojej przewagi. Jakoś szczególnie błyskotliwych myśli w temacie prawda życia-fikcja sztuki nie ma, bohatera kłopocze paradoks podróży w czasie i zabicia swojego przodka.
Stosunki między pokoleniami, niemożność uwolnienia się od rodzica są w zasadzie osią całego filmu. Znaczenie domu rodzinnego jest podane w bardzo fajnej przenośni, matka dba o stary zegar, który na początku źle funkcjonuje, co chwile bije (jakby na alarm? ostrzega?). Gdy syn prosi o zegarek na rękę (widział taki w cyrku), ona odpowiada, że po co mu, że przecież mają zegar i czas należy trzymać w domu, a nie wypuszczać go na zewnątrz. 
Film kojarzył mi się z Jodorowsky'm, najpierw przez wędrówki po skalistych, pagórkowatych terenach, a potem przez taką ogólną dziwność. Co prawda u Terayamy nie wszystko nawet w samej fabule jest realne/prawdopodobne, ale u niego surrealizm przejawia się raczej w scenografii (jakiś olbrzymi młotek, tablice z dłońmi wskazującymi kierunek, zakrwawione kukły, wiatraczki). W jednej scenie na pierwszym planie siedzą bohaterowie, po boku cyrulik kogoś przyjmuje (a ma to miejsce na łące, przy drodze), a za nimi co rusz przechodzą jacyś ludzie, niektórzy machają flagami - odczytywałem to jako przemarsz historii, tradycji, która wciąż się wpycha, chce być zauważona, doceniona. Przyszedł mi na myśl Kantor.
W innym momencie Pasolini - czy na chwilę pojawiający się kruk nie jest nawiązaniem do jego Ptaków i ptaszysk?
A zwrócenie uwagi na radio przywołało mi na myśl Kobietę z wydm (film) - tam chyba było coś takiego, że dostali (po długim czasie?) radioodbiornik?
A powiązanie kochanków czerwoną liną, które w Lalkach, to od Terayamy czy dawniejszy japoński motyw?
Końcówka może nieco w duchu Felliniego?
Muzyka dokłada się do poczucia dziwności, jest pomieszaniem psychodelicznego rocka, etniczności, śpiewów solowych i grupowych. Co ciekawe, jej twórca - Seazer grał w filmie, Mikami też, ale nie wiem, kogo. Dźwiękowo interesujący jest moment, gdy cyrkowa gruba kobieta w końcu wstaje i słychać pracę jej kolan, jak w nich się rusza, heh.
Dobry film, może nie dla tych, którzy potrzebują jasnej i ładnie rozwijającej się fabuły, co nie znaczy, że mało się dzieje. Tylko że czasem dzieje się dość meandrycznie i niejasno (zwłaszcza w drugiej części), jednak po zakończeniu miałem poczucie, że odebrałem jasny komunikat (może nawet zbyt prosty). Do tego duża fantazja wizualna (choć pewnie niektórych będzie razić).
Zamierzam wgłębiać się w jego twórczość, więc wskazówki mile widziane.
Megacities (1998) reż. Michael Glawogger
No to chwilę odpoczniemy od tematów rodzinnych i tarć międzygeneracyjnych. Dokument Glawoggera ma podtytuł "12 opowieści o przeżyciu" - opowiada o ciemnych stronach życia w czterech metropoliach (Bombaj, Mexico City, Moskwa, Nowy Jork) i pokazuje je w naprawdę przejmujący sposób.
Są cztery porażające sceny, z których trzy (maszyna do zabijania kurczaków, pokaz striptizerki, praca przy barwnikach) dzieją się zupełnie bez słów. W czwartej wysłuchujemy człowieka zamkniętego w izbie wytrzeźwień. W tamtych jesteśmy oddzieleni bo nie ma dialogu, tutaj bo obserwujemy go przez malutkie okienko w masywnych drzwiach.
Te momenty zapadają w pamięć i choćby dla nich warto ten film zobaczyć. 
One również są najbardziej pogrążające w negatywne emocji, na szczęście Glawogger oferuje również odskocznię od tego. Nie to, żeby zabawiał, starał się widza uspokoić optymizmem, on po prostu śledzi życie w różnych jego przejawach.
Kilka razy pojawia się kino, na początku mamy etiudę o człowieku z projektorem, z którym chodzi po ulicach i na którym oczywiście zarabia. Jego działalność odwołuje się do poprzednika kina - fotoplastikonu. Później pracujący w porcie mężczyzna opowiada o swoim dniu i kilka razy podkreśla, że chodzi do kina.
Reżyser wykorzystuje możliwości (moc) sztuki filmowej i nie tylko prezentuje świat, ale też zlepia różne jego elementy. Wspominana etiuda gra ze schematem filmu w filmie: zasugerowano, że patrzymy właśnie w projektor, tak jak kilkoro dzieci, a oglądamy film Life in Loops. Tu przez przyspieszenie widzimy powtarzalność rytmów dni, a obraz okraszony jest narracją jak z przypowieści.
Bohater z Mexico City, śmieciarz, po pracy gra w piłkę. Widzimy jego drużynę ustawioną jak do pamiątkowego zdjęcia, na co Glawogger rzuca (chyba) hymn Meksyku. Trudno się też nie uśmiechnąć, gdy widzi się tych zbieraczy poruszających się w quasi-rydwanach.
Inne zestawienie jest nawet nieco bardziej ryzykowne, ale też wypada lepiej, niż pomyślałbym gdybym o nim przeczytał. W Moskwie oglądamy fabrykę, a dźwięczy Czajkowski.
Interesująco muzyka jest wykorzystana w otwierającej sekwencji, gdzie w pociągu śpiewa kobieta, na początku widzimy ją jak wsiada, a potem oglądamy sceny, które dzieją się wzdłuż torów, przy czym cały czas słyszymy muzykę, która jest jakby tą trasą pociągu.
Glawogger stosuje też inne rodzaje przenikania, z offu słyszymy a to streszczenie jakiegoś filmu, a to fragment komiksu, raz wypowiedzi bohaterów nagrane na dyktafon (i przewijane), innym razem urywek z książki, gazety. W Moskwie jest to doprowadzone aż do sporego kolażu, który staje się zbiorowym głosem tych, którzy w mieście nie mówią (bo, najczęściej, czytają - a to ciekawe). To trochę po linii działań Krzysztofa Wodiczki.
Twórca nie chce nas przekonać o globalnych zależnościach, opowiedzieć o przepływach kapitału, ale stosuje drobne linki wewnętrzne. Najpierw widzimy ptaka zjadającego coś z tacki, a potem słyszymy o nim w bajce. Migają nam przed oczami tkaniny w Bombaju, a za chwilę uliczny sprzedawca w NY niesie naręcze koszul z nich zrobionych.
No i ptasie motywy też się zbiegają: bajka o gęsi, rzeźnia kur i rozdawanie kurczaczków.
A może to Glawogger wymyślił bajkę o ptaku, może to on kazał uszyć te koszule? Zastanawiałem się, jak niektóre rzeczy sfilmował, bo np. scena z naciągaczem i gejem w pokoju hotelowym, chyba nie mogła być nakręcona bez ich wiedzy? Potem przeczytałem w jakimś wywiadzie, że zwykle i tak wszyscy szybko się orientują, że jesteś filmowcem, więc po co się ukrywać, skoro można to zrobić lepiej - jawnie.
Bardzo podobał mi się ostatni segment z falami radia krążącymi między budynkami (i zapętlonym krzykiem wpuszczonym w tło), a radio było czymś w rodzaju kolektywnego umysłu. Puenta przychodzi jakby skądinąd, jest taka rzucona od niechcenia, niemal przypadkiem (eee tam, pewno zainscenizowana). I uświadamia to, co wcześniej mogło gdzieś tam pełzać pod obrazami nędzy i poniżenia, że nie tylko praca i pieniądze, ale też sposoby ucieczki od tego marnego życia.
Glawogger jest chyba najbardziej znany ze Śmierci człowieka pracy, ale moim zdaniem Megacities (2004) jest lepsze. Natomiast jeśli chodzi o fabuły to polecam jego Slumming (2005), który kiedyś udało mi się złapać na ale kino! (pod głupim tytułem Czeski numer) i to był jedyny raz kiedy w ogóle dostrzegłem go w programie. Im dłużej myślę o tym filmie, tym ciekawszy mi się wydaje.
12/12/2008
Terayama, Glawogger (wpatrywanie cz. 2)
Kurosawa, Koprowicz, Kurosawa (wpatrywanie cz. 1)
Czyli - filmy ostatnio widziane, w kolejności. Zacząłem realizować swoje postanowienie, aby oglądać więcej filmów (i robić to "lepiej", choć nie wiem, na ile to się udało).
Akarui mirai (2003) reż. Kiyoshi Kurosawa
O tym panu już kiedyś wspominałem, okazuje się, że przypadł mi dobry film na początek znajomości z jego twórczością (Cure, 1997), bo przedtem zajmował się "yakuza-movies" i generalnie uczęszczał do klasy b. Nie wiem, co zaszło, może objawiła się moc nomen-omen, ale Cure, o czym już pisałem, to naprawdę dobry film.
Podobnie jak w tamtym, także tutaj mamy postać przestępcy w więzieniu, który choć (dlatego że?) jest (i pozostanie) tajemniczy, nieprzenikniony (nie poznajemy motywów, może ich po prostu nie było), to w dziwnym sposób przyciąga (potrafi też odepchnąć) i wpływa (przez ustalone przez siebie znaki) na życie osób przebywających na zewnątrz. Przez to, że wcale nie stara się bronić, można twierdzić, że swoją sytuację postrzega jako lepszą.
Tonacja Akarui mirai jest jednak o wiele lżejsza (tytuł znaczy "Świetlana przyszłość"), przestępca nie jest postacią centralną, w drugiej połowie filmu to miejsce zajmuje relacja jego przyjaciela z jego ojcem. Przyjaciel podejmuje się wyznaczonego mu zadania, które ma wydźwięk jednocześnie sakralny i komiczny. Jednak do czasu, bo gdy na jaw wyjdą konsekwencje, nie jest tak wesoło i górę weźmie właściwość "porażająca" sacrum.
Zapamiętałem jeden moment, który można by zakwalifikować do zabawnych. Dwójka przyjaciół jest u swojego szefa na (rodzinnym) obiedzie, pani domu podejmuje próby kurtuazyjnej konwersacji. Pyta gości o hobby, jeden nie ma (wtopa), drugi odpowiada: ocenianie muzyki, gospodyni chciałaby wiedzieć, jakiej? Każdego rodzaju. Mówi zupełnie beznamiętnie, nie podsuwa nic, o co dalej można by rozmowę zachęcić, więc drugiej stronie pozostaje tylko coś w rodzaju: Każdego, hę?. Więcej ten wątek nie powróci, choć wiadomo, że muzyka ma w jego życiu jakieś znaczenie (w mieszkaniu stoją winyle: Diz'n'Bird i Sounds of Music. No i pożyczenie cd szefowi (wymuszone przez niego, chęć zbratania się, zrozumienia "młodych"), mogło mieć ogromne konsekwencje.
Jak już o muzyce, to też o dźwiękach w samym filmie. Reżyser powtarza pomysł z Cure i lokuje celę w podziemiach, co jest oczywiście świetnym rozwiązaniem (zresztą jeden z dźwiękowców pracował i przy tamtym). Tu osadzony ma kontakt ze światem, przy czym, ten kto przychodzi "ze świata" zrywa na chwilę więź z wszystkim innym.
Scena w okolicach 37. minuty jest pod względem dźwiękowym wspaniała. Widzenie z przyjacielem, ponad głowami rozchodzą się stłumione, rozedrgane metaliczne stukoty, rytmicznie jakby podczas zamykania szlabanu na przejeździe. Oczywiście też ruch samochodów, jakieś niezidentyfikowane przesuwy, drony, ale też głos zagubiony w echach i pogłosach (fascynujące, bo może to być coś zwykłego, ktoś coś po prostu tam u góry mówi, a tutaj to dochodzi w tej postaci, ale tego nie można być pewnym przebywając na dole). Nagła zmiana - to samo ujęcie, tylko że siedzi ojciec uwięzionego i nie ma prawie żadnych odgłosów, poza "zwykłymi" (samochody).
W drugiej części filmu bohater, reprezentujący "młodych" natyka się na grupkę jeszcze młodszych, którzy w sumie nie wiadomo, co robią, ale kojarzą się z jakąś bojówką, bo wszyscy są ubrani tak samo (koszulki z Che). Kolejna relacja międzypokoleniowa, która ma miejsce równolegle do usynawiania przez ojca przyjaciela.
Jeśli były wątpliwości, co do wydźwięku tytułu, to końcówka je rozwiewa, bo bezcelowy przemarsz, demonstracja własnej pustki młodziaków, nie nastraja zbyt optymistycznie. Choć rozumiem też ten komentarz, którego autor twierdzi, że właśnie nie, że tytuł nie jest ironiczny (nie czytajcie przed obejrzeniem!!!). Ale ja wybieram wesołość podczas ładniutkiej finałowej piosenki, bo inaczej musiałbym trwać w zakłopotaniu, po co ona tutaj.
Medium (1985) reż. Jacek Koprowicz
Przeglądając zgromadzone Duże Formaty trafiłem na wywiad z Koprowiczem, tzn nie wiedziałem, kto to, ale czytałem, bo w nagłówku było o tym, że Witkacy nie popełnił samobójstwa. Koprowicz chce zrobić o tym film, potem było też o problemach z jego Przeznaczeniem (o Przerwie-Tetmajerze), różnych projektach filmowych. Wyszedł z tego wizerunek twórcy zainteresowanego zjawiskami parapsycholgicznymi, reinkarnacją, jasnowidztwem, trochę tajemniczymi/niewyjaśnionymi zdarzeniami w historii, z drygiem do formy kryminału.
Zanotowałem w pamięci, że jak będzie okazja, to powinienem coś jego obejrzeć. No i proszę, jak na życzenie - tego samego dnia "Przeznaczenie na ale kino! tylko że chyba o czwartej nad ranem. Kilka dni później o drugiej w nocy, ale za to Medium w godzinie duchów.
Obszerne streszczenie jest w linku powyżej, więc sobie odpuszczę. Pamiętam, że w komentarzach nt. Cure przewijało się, że może film okej, ale nie wierzę w te mesmeryczne wątki. Dla mnie to nie problem, obraz Kurosawy podobał mi się nie dlatego, że przekonująco wykładał teorię Franza Antona Mesmera. Tak samo w tym przypadku, nie muszę wierzyć w istnienie zdolności mediumicznych, żeby z zainteresowaniem obejrzeć ten film.
Jednak muszę przyznać, że w ciągu kilku dni, jakie minęły od tego, mój entuzjazm dla obrazu Koprowicza nieco przygasł. Co mamy dobrego: trójmiejski "klimat", starą willę gdańską, scenę w archiwum (odkrywanie podłoża obecnych zdarzeń, umiejętnie poprowadzony dialog i interakcja dwóch postaci, wykorzystanie światła), w ogóle dobra gra Bajora, Stuhr jak zawsze na poziomie, Szapołowska znośna (bo dość mały ma udział). Jeśli chodzi o niepokojącą atmosferę i niepewność, to zaćmienie słońca (i udało się tego nie przeszarżować, choć technicznie to bardzo dziwacznie szybko robi się jasno po), a najlepszym pomysłem jest to podziemne akwarium dla żółwi. Izolacja, pustka, spokój, sztuczność (można zestawić to "środowisko wodne" z nadmorską plażą, gdzie dzieje się kilka scen), a jednocześnie połączenie losu żółwia i jego właściciela (nawet jeśli tylko w mniemaniu tego drugiego).
Interesująca jest też przemiana jaka zachodzi w postaci granej przez Bajora, który jest najpierw sceptyczny, zresztą donosi na swojego przełożonego, a potem wierzy, zostaje jakby naznaczony piętnem, bo poznał prawdę (i musi zapłacić za to cenę).
Na minus: muzyka (choć jak na Dębskiego to i tak mogło być gorzej), scena morderstwa siekierą (Łukasiewiczowi dostaje się w czoło - a my to musimy oglądać, przesada, a w dodatku dokonania charakteryzatorskie obecnie wyglądają dość kiepsko).
Podsumowanie? Wielkie kino to zapewne nie jest, ale jeśli ktoś potrafi się zdobyć na obejrzenie tego, jako filmu, pewnej opowieści, bez dogadywania, że okultyzm to bzdety, to znajdzie wciągająca historię, sprawnie rozwijaną i pogłębianą oraz całkiem przekonującą atmosferę.
W wywiadzie Koprowicz mówi, że chyba powstanie amerykański remake, dziejący się na pustyni. Jestem ciekaw.
[zbiór kadrów]
Kairo (2001) reż. Kiyoshi Kurosawa
A propos remake'ów z USA, ten obraz już tego doczekał (Pulse), ale mi wystarczy oryginał. Znów odpuszczę sobie streszczenie, bo też w tych opisach chodzi o zachęcenie do obejrzenia, a nie o wytłumaczenie i rozłożenie dzieła na czynniki.
Jeśli ktoś nie ma bardzo silnych nerwów, to może niech lepiej nie ogląda tego filmu w takich warunkach, jak ja to zrobiłem: sam, po północy, przy zgaszonych światłach, z słuchawkami na uszach. Kilka razy kontrolnie obracałem się za siebie.
To świadczy o sugestywności filmu, w którym właśnie często obserwujemy akcję zza pleców bohaterów, czasem z bliska, a innym razem z oddalenia, wtedy jesteśmy w tej uprzywilejowanej sytuacji, że widzimy więcej niż oni. Ale niekoniecznie z oglądu wynika pogląd, czyli wiedza, tzn nie daje nam to podstaw do stwierdzenia, że jest tak i tak. Miałbym duży problem z wytłumaczeniem statusu tych "duchów", określeniem, kto jest "naprawdę" żywy, a kto martwy, kto istnieje (i w jaki sposób).
Ale też nie kłopotałem się za bardzo generalnym "sensem", bo film regularnie wysyła dość złożone sygnały. Oczywiście wizualne, ze świetnymi scenami w ciemnych pomieszczeniach, które niestety chujowo wyglądały w tym dość marnym pliku, z którego oglądałem. Ale dało się odczuć zawiesistość, gęstość tych ujęć, które powodują dylematy: czy to się poruszyło, a jeśli tak to co? tam coś jest? ale co? Może nic, ale oko coś konstruuje. (Operator wcześniej pracował przy Ringu i Honogurai mizu no soko kara aka Dark water.)
Nawet nie wiedząc o tym kręgowym połączeniu, miałem to skojarzenie. Tematyka jest poniekąd podobna: technologia (tutaj strona internetowa), która zabija, przyciąga, fascynuje i poniekąd żyje własnym życiem. Nie mam wyraźnych wspomnień z Ringu ale wydaje mi się, że u Kurosawy to wszystko jest bardziej subtelne i nie ma tego niemal fetyszystycznego podejścia do technicznego gadżetu, bo ważniejsze dla niego jest to, co dzieje się z ludźmi (między, w).
Mimo to, zjawiska związane z tajemniczą stroną internetową są świetnie przedstawione. To początkowe ujęcie z przeskakującym obrazem z kamery, kiedy zupełnie jeszcze nie wiadomo, z czym to wiązać. Trochę dalej, jakieś zawieszenie obrazu z telewizora, pozornie nic, ale w tych okolicznościach...Nie tylko wizualność, ale też dźwięk, który jest po prostu genialny. To jeszcze epoka modemów, które wydawały odgłosy, jak faktycznie łączyły się z internetem, ta Ovalowa muzyczka jest sama w sobie niepokojąca, ale scena pod koniec, gdzie modemu nie ma, a słyszymy go (to chyba tylko w słuchawkach), to majstersztyk.
Co jakiś czas pojawia się wokal śpiewaczki, powiedzmy że "operowy", na początku wydało mi się to nieco patetyczne, ale ten głos jest tylko pewnym emblematem, jest bezcielesny, oddzielony, moim zdaniem sugeruje "ducha w maszynie". Jest piękny moment koło 29. minuty, gdy jest zestawiony z elektroniczno-ptasimi ćwierkami.
Mistrzowskie są też prośby o pomoc, wypowiadane spokojnym szeptem, z bardzo bliska, a jednak znikąd, bo nie ma ciała, które je wypowiada. Nie mam, jak tego sprawdzić, ale jestem prawie pewien, że coś z tym głosem robiono, bardzo nieznacznie, ale jakby go pocięto, pododawano minimalne przeskoki między słowami. Głos prawie identyczny z naturalnym, ale jego emisja jest zautomatyzowana. Pisałem już, że genialne? No tak, to jeszcze ten puls około 85. minuty.
Może powinienem oglądać więcej horrorów, żeby mieć skalę porównawczą, ale nie wiem, czy często trafiałbym na takie horrory, jak robi Kurosawa, bez potworów, litrów krwi itd (sugestie mile widziane).
Apokaliptyczność finału nieco się gryzła z resztą, była jakby z innego rejestru. A, też ciekawy pomysł, żeby stworzyć loop, tzn to samo na początku i na końcu.
Kurosawa o dźwięku:
In my films I don't like to use sound to elaborate the story. The story is the story and sound operates on a slightly different plain. As I mentioned, film to me is somewhere in between reality and fiction and I think of sound as defining the world that I've created in that film. Sound is what defines that place that is neither story nor reality, but in between.
Because I think when you're telling the story in visual images you reflect the characters and they can only be that what they are. They're two-dimensional. But in a way sound can give you a three-dimensional signal of the world.
[wywiad, jak się szuka czegoś o azjatyckimi kinie, to prędzej czy później trzeba trafić na tą stronę // znalazł się też wywiad z Koprowiczem]
Naiwnie myślałem, że zmieszczę tydzień oglądania w jednym wpisie, ale na teraz wystarczy. Poza tym, te trzy filmy jakoś do siebie pasują. Okej, jak ma zwyczaj zakańczać mój felietonowy faworyt: będzie kontynuowane.
12/08/2008
Rzeźba audiowizualna
O Sculpture już było, przy okazji rozgrzewki do podsumowania rocznego. Obiecuję (sobie), że jeszcze o nim napiszę, ale na teraz świetna informacja. Sculpture współpracuje z Reubenem Sutherlandem i wrzucili na vimeo (brawo, a nie jutjub beznadziejny) trzy teledyski:
raz
dwa
trzy
Panowie chcą występować razem, nie tylko w formie koncertu, ale też pokazów filmowych, na festiwalach. Może nasz Animator powinien ich zaprosić?
Na lastfm, kiedyś było dużo mp3 do ściągnięcia, jest jeszcze grupa metalowa o tej samej nazwie, więc teraz mamy tylko dwa utworki: "Creaky" i "Zerocity".
Ale za to dużo jest na jego dawnej stronie, polecam zwłaszcza krótkie live'y. A propos występów - jeszcze jeden, bardzo przyjemny, był nadany w radiu Resonancefm i jest do ściągnięcia tutaj.
Poza tym: myspace // aktualna strona.
A Sutherland robi reklamówki i plakaty.
12/07/2008
Focus : Rezonans
Napisali:
Maciej Kaczmarski
z3ppelin
ja
Fotografował:
Sierus, dużo jego zdjęć pod relacją na nowejmuzyce, ale kilka nie weszło, więc wrzucę tutaj.
Robert Henke - to jest totalnie piękne zdjęcie!
Mouse on Mars - w tle pusta twarz wypełniana treścią
P/B/B - tym razem w układzie Anthony Pateras, David Brown, Sean Baxter.
"Masz drobne? Grosik wystarczy - muszę tylko ciut dopreparować" - czyli fortepian Paterasa
12/05/2008
Oto foto
Jak stało w obwieszczeniach, trzeciego grudnia Clare Cooper i Jean-Philippe Gross zagrali w Dragonie. Najpierw Cooper solo, potem jako duet Nevers i na koniec Gross. Okazało się to bardzo sensownym układem, bo każdy kolejny występ oznaczał zagęszczenie dźwięków i wzrost głośności. Gross swój secik zagrał z użyciem nagłośnienia, wcześniej sygnał leciał przez dwa magnetofony z wbudowanymi głośnikami i małe głośniki. W ogóle dość ciekawy system sprzęgająco-nagrywający, jeszcze radyjko zniekształcane lampą fleszową i silniczkami.
Cooper grała na guzheng rękoma, pałkami, smyczkiem, przekładała mostki podtrzymujące struny, przykrywała je też ręcznikiem by tłumić wybrzmiewanie.
Jeśli chodzi o duet to zaskoczyło mnie, jak dobrze, sensownie instrument i ta akustyczna elektronika mieszają się ze sobą, że nic nie dominuje, wszystko się przenika. Są momenty szumowe, perkusyjne, dźwięki bardziej określone.
Było ciemno, a nie chciałem im wtykać obiektywu w nos, więc zdjęcia są, jakie są (nieco edytowania: jasność, kontrast).
Trochę się bawiłem zdjęciami z koncertu Anderson. Najpierw jak zwykle interesujące cienie, a potem wariacje mniej i bardziej kolorowe.
12/03/2008
Kino dla ucha
Przez ostatnie dwa dni w ramach przygotowań do audycji przysłuchiwałem się filmom. Szczególnie interesujące było wysłuchanie całego Mouchette Bressona, którego nie widziałem (jeszcze), a w którym pada chyba tylko jedno zdanie i muzyki też prawie w ogóle nie ma.
Jeśli jeszcze nie czytaliście wywiadów z Samartzisem i Chionem, to może po cytacie na zachętę. Warto przyswoić je oba, bo jest wiele wątków równoległych, podobieństw, zazębień.
Dan Warburton: This also ties in with your book on Jacques Tati. How did that come about?
Michel Chion: Back in 1986 the Cahiers du Cinéma were preparing a series of books on filmmakers, and asked me who I'd like to write about. I suggested Fellini and Tati. A very poetic filmmaker. I remember I first went to see [Tati's] Mon Oncle when I was eleven years old. It was my grandfather who took me and my brother, thinking we'd find it funny. In fact we didn't laugh a lot, but what I really liked about it was that night fell, and you had the feeling you were breathing night air. It recalls happy memories of childhood holidays, watching the sun set. You also have that in Playtime, the cycle of day and night. I recently saw Playtime again on the big screen, and it was great. Like discovering the cinema all over again!
Recently I was trying to work out what it was that Tati, Tarkovsky, Fellini, Malick, Kubrick and other directors I like have in common, and I realised it was just that, the awareness of the cosmos. There are plenty of directors I admire but there's no day or night, or air, or wind. Some French films don't interest me at all. Godard doesn't interest me much, though I've analysed many of his films. Too rhetorical. Godard is someone who creates audiovisual paradoxes. The cult of paradox is a kind of snobisme. [...] I don't care for that mechanical side to paradox. Whereas even people who understand nothing about Tarkovsky's films feel there's something real there, a feeling of childhood that's very strong. People the world over love Tarkovsky's cinema without understanding anything, because it's so mimetic.
Znów Warburton:
So what are your favourite soundtracks?
Philip Samartzis: Those favourite lists are always problematic for me, but Morricone's The Thing [Carpenter, 1982] is a particular favourite, for that blend of electronics with orchestral embellishment. It's a fantastic film, of course, amazing sound.. There's also Toru Takemitsu's score for Kwaidan [Kobayashi, 1964], for its amazing use of concrete material, wood breaking and cracking, that kind of stuff, mixed with traditional Japanese instruments such as the Biwa. It's an incredibly strong experience. One thing I found influential was French cinema, and though it's hard to pick one Godard film in particular, I think his use of sound in films like Hail Mary or Passion was a huge influence on the way I compose and shape sound. In some Godard films you have two streams of information, visual and audio; sometimes they support each other, and sometimes they collapse entirely, for no real reason in terms of logic. It draws your attention to the structural parameters of filmmaking. As a student, if you'd asked me what a particular Godard film was about I wouldn't have been able to tell you, but I found them fascinating as formal, temporal experiences.
DW: What you refer to as "sound design" includes not only music, then.
PS: No, exactly. David Lynch is probably a good example of that blurring of the difference between sound and music. Eraserhead uses noise as a predominant sound element, to function as music. And a lot of his works in the last ten years, like Lost Highway and Mulholland Drive have great sonic moments. The first 15 to 20 minutes of Lost Highway are fantastic. He does his own sound design too, since Alan Splet passed away, and he has a really great ear, especially for low frequencies. [David] Cronenberg's Crash is another good example of sound design, particularly the use of voiceover and redubbing. A lot of the performances are kind of somnambulistic – everyone appears to be in a daze. Cronenberg positioned the microphone very close to the actors' mouths during overdubbing, which gives the softly spoken dialogue a very claustrophobic feel. It's the kind of subtle sound design people often don't notice; something's going on, but you can't quite figure out what. There's a fantastic score, too, of course, by Howard Shore, with harps, prepared pianos, six electric guitars. It's really metallic, which works texturally with the idea of the celebration of the car crash.
W audycji będzie Playtime, Kwaidan, Eraserhead i nie tylko.
Wczoraj oglądane Tokyo-ga Wendersa przypomniało mi o tym fotoreportażu

Poszukuję napisów do Jôhatsu Tabinikki (aka Soul Odyssey) Isao Yamady, oglądanie wersji bez było ciekawe, bo pozwoliło skupić się na obrazach, ale fabułę też pewnie warto by poznać.
A w ogóle wszyscy interesujący się filmem (i szerzej: wizualnością) powinni odwiedzić tego bloga.
12/01/2008
"Sekretarki chcą Orlando Bloom / rozbierać go i lizać / lizać mu mózg"
Mikołaj kupił zaraz po premierze i nawet gdybym nie chciał, to miałbym często styczność z Heavi Metalem bo wrzucił ją u siebie na "ciężką rotację". Oczywiście chciałem, wysłuchałem z ciekawością i chyba pierwszy track jest moim ulubionym, przyjemnie się kojarzy z "Slow and Low" Beastie Boys. Poza tym, hm, już mnie trochę denerwują te historie "ona jest najpiękniejsza w szkole/mieście, a on chciałby", za dużo już tego i to w stylu opowiastek z Piątku 13, że obserwacja środowiska, ja wolę Fisza bardziej abstrakcyjnego a nie pseudo-reporterskiego.
Szóstego grudnia jest koncert, M się wybiera, przywołam go tutaj do raportu. A propos koncertów, w zeszły czwartek w Dragonie zagrała Natasha Anderson
A w środę (trzeciego) W Dragonie znów Australijka - Clare Cooper, w towarzystwie Francuza - Jean-Philippe'a Grossa. Cooper gra na guzheng, Gross na mikserze, najpierw dwa razy solo, a potem jako duet - Nevers (można ich posłuchać w tym okienku z boku bloga, myspace też mają). Duet zapowiada się szczególnie ciekawie, bo w niewielkiej salce MDK-u będą grali akustycznie, tzn elektronika poleci przez mały głośniczek. Wstęp wolny.
Jakby ktoś był ciekaw, jak było na Ivie Bittovej - niech zerknie tutaj. A jeśli kogoś interesuje, co sądzę o albumie Anny Zaradny - kliknie sobie cosik tutaj.
Co jeszcze? A, no tak, Poznań jest w pępkiem świata, latają helikoptery, jest tyle policji, że nawet dostałem mandat za czerwone światło, dorzucili specjalne linie autobusowe, Al Gore przyjedzie szerzyć świadomość zagrożenia członiewieprzem. Wiosenna zieloność stara się koegzystować z choinkowymi lampkami i gwiazdorami prezentującymi promocje.
Trafiłem na mp3-bloga Extra Music new, naturalnie "Please Buy This Great Music and Support Artists!", ale ściągnąć też czasem wolno, nie? Obszary beatowe, ostatnie wystrzały Hyperdub, który poczyna sobie ciekawie, Starkey, Distance, co tam chcecie, poszperajcie.
Wczoraj słuchałem remiksów z Soundboy's Gravestone Gets Desecrated By Vandals i choć T++, Pole i Bass Claf robią dobrze, to najlepiej robi Badawi, który po raz kolejny udowadnia, że jest spadkobiercą Muslimgauze'a.
Jeszcze nie wiem, jak to zrobimy po koncercie, ale w środę mamy audycję, zajmiemy się w niej filmami. Po części z inspiracji wywiadami z Philipem Samartzisem i Michelem Chionem posłuchamy muzyki filmowej oraz filmów jako muzyki.











