Nie powiem, że jak z bicza trzasł, ale to dziwne, że to już - 2 lata Audiosfery. Dziś setne wydanie, na blogu możecie wszystko przeczytać. Oprócz tego, co tam wymienione, całkiem możliwe że zmieszczą się też kolejne fragmenty Radiana i 2562 (wciąż przedpremierowo, a ja wciąż słucham i wciąż jest coraz lepiej).
Chyba już jest dostępny, a jeśli nie, to może będzie jutro, nowy numer Fragile, gdzie m.in. mój tekst o tym, jak Luc Ferrari uwodzi.
Na junkmedia.org kolejne dwa moje teksty, które sumienni czytelnicy bloga już znają w polskiej wersji, ale ja czytam je ponownie dla samej radości z cudownych tłumaczeń Macieja. Close Up, Okura 73°N - 42°E.
A propos tego ostatniego, na tekstachtrzecich jest wykład Marchettiego. Byłem mile zaskoczony, gdy okazało się, że oba "Petrole" są faktycznie powiązane, tzn jeden jest "coverem" drugiego.
Kolejne Sub:stance za nami. Nie zamierzam się wymądrzać i trochę wyczuwam, że *środowisko* boi się *teoretyzowania*, ale nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, że komuś może wystarczyć opinia typu "ogień że huj" albo "wicked party".
W oczekiwaniu na ___stepy Unsoundowe składanka na pięciolecie Hyperdub. Bardzo nierówna: świetny Kode9 ze SpaceApem, nieco bardziej pokombinowane niż wersja teledyskowa, najsłabszy King Midas Sound jakiego słyszałem, nijaki Darkstar, Samiyam i Flying Lotus, ciekawostka Black Chow (też projekt Kevina Martina). Cooly G - na szczęście inaczej niż na singlu wcześniejszym, miło ale bez zagrożenia dla cukrzyków, jest jakaś mgiełka. Fajnie ascetyczny a jednocześnie wciągający Zomby, schematyczny jak zwykle L.V., dwa może najmocniejsze punkty albumu, czym sam byłem zaskoczony: Martyn i LD - bogate aranżacje, przemyślana narracja, energia. Przyzwoity Burial, Mala i Joker z Ginzem, Ikonika trochę kopiująca siebie, niby taka elastyczna forma z tymi nagiętymi bitami/perkusyjnymi, ale to już było, a nie ma wiele więcej. Quarta 330 - bardzo przyjemny, ale znany już z koncertu.
10/13/2009
wczoraj, dziś, nigdy
10/03/2009
mam Cię! na oku (wokół cyklonu)

W prześlizgu między jedną stolicą a drugą, wygrzebane z czeluści starego komputera.
DJ 2 Lewe Ręce - Parkietowa Petarda
Jak się okazało, zmiksowane w Walentynki 2007, ale jeśli dobrze pamiętam bez intencji walentynkowej.
9/30/2009
jak na tym wyszłam? (zdjęcia poślubne)
[off-topic: dziś w Audiosferze fragmenty z nadchodzących albumów 2562 i Radiana, inne dobre rzeczy też]
9/28/2009
Warszawska Jesień 2009: Ujęcia z Henry'ego
Maestro...
...za sterami...
...orkiestry głośników
(po bokach)
(przód - prawa strona)
(ku środkowi i tył)
(środek)
(strona lewa)
Z przodu były też głośniki podwieszone u góry, z tyłu sali (za widownią) przynajmniej dwa (chyba więcej?) stały.
Warszawska Jesień 2009: Biblioteczka słuchacza
Gdy przejrzałem tę broszurę (książeczkę? katalożek?), wiedziałem że nie wolno dać jej osunąć się w zapomnienie. Gdyby kiedyś powstała biblioteka poronionych płodów ludzkiego umysłu i miała dział "muzyka współczesna", to owo wydawnictwo powinno znaleźć się w księgozbiorze podręcznym. Szkoda, że autor w swej skromności postanowił pozostać anonimowy.
Poniżej całość, bez okładek:
Przy okazji tegorocznego festiwalu Instal zachwycałem się zmyślnie napisaną książeczką programową. Podczas gdy autor tego jawił mi się jako miły facet, który w rozluźnionej atmosferze (może w marynarce, ale bez krawata), znad kufla piwa lub kieliszka wina, od niechcenia rzuca swoje lapidarne ale trafne spostrzeżenia na temat muzyki, którą kocha, która go pasjonuje...Tak więc - podczas gdy on tak, to autor wydawnictwa towarzyszącego WJ wydaje mi się być jak na siłę coolerski, czadowy, jazzy nauczyciel z klas 1-3, który chce koniecznie wbić do głowy swoim pupilom, że muzyka współczesna jest superowa. Ale nie mówi dlaczego, tylko używa (wydaje mu się, że) fajnego dla nich języka, upupia i zalepia wielkimi słowami, czaruje wydziwionym szykiem.
Tak, podobno kilka lat temu na WJ widać było przypływ "młodych ludzi", ale jak młodych i czy ktoś ma nadzieję, że to będzie postępować do okresu przed "naście"? Czy festiwal za nowy target obrał sobie dzieci?
Albo chciałby zrobić dzieci z obecnych odbiorców? Bo ja czytając powyższe frazy czuje się, jakby ktoś mnie ubierał w za mały mundurek, bo tak wypada i zakładał śliniaczek, żebym się nie ubrudził, tarmosił za poliki, bo tak można się spoufalić i gaworzył, bo sądzi, że tak należy się porozumiewać.
(Oczywiście, była też gruba książka programowa, zresztą z tymi samymi opisami, które są dostępne na stronie. Ale ta broszurka nie została wykradziona z jakiejś szkoły muzycznej, leżała sobie normalnie obok.)
9/27/2009
Warszawska Jesień 2009: wideło - (trwa) instalacja
Jako człowiek żądny nowych wrażeń i lubiący wyzwania, postanowiłem wybrać się do Studia Tęcza na prezentację filmów dokumentalnych.
Gdy udało mi się w końcu dotrzeć, po dziesiątym zakręcie i wskazówkach od Andrzeja Chłopeckiego, przeszedłem przez hol ku sali projekcyjnej. Można było puszczać filmy na wiele innych (lepszych) sposobów, ale organizatorzy wymyślili ten. Najgorszy - w dużym, wysokim pomieszczeniu (o sporym pogłosie), równocześnie leciało 6 filmów, na telewizorach, z których każdy miał dostawiony własny głośnik. Przy tym fakt, że nigdzie nie napisano, że filmy będą w wersjach oryginalnych (chyba że twórcy zadbali o angielskie napisy), wydaje się już drobnostką. Takie podejście w rodzaju "za darmo - na odwal".
Storm Beneath a Skull / The Little Red Riding Hood (oba 2006)
Dwa filmy, których bohaterem jest Georges Aperghis. Storm... opowiada o pracy nad operą Avis de Tempête (z niego też zostały zaczerpnięte wypowiedzi w artykule w Glissandzie).
W filmie kompozytor mówi o pisaniu dla konkretnego wykonawcy, czemu towarzyszy rodzaj wampiryzmu, posiłkowania się jego energią. Ale zaraz jest tu obecne silne uczucie (nie jestem pewien, czy nie zostało ono określone - miłość?), które jest wymagające, bo opiera się na wierze w tą osobę, pewności co do zdolności i chęci stworzenia czegoś trudnego, co pozwoliłoby wykonawcy dotrzeć w nowe rejony.
O tym Aperghis wspominał też podczas spotkania w austriackim forum kultury. Wtedy mówił też o swojej drodze: najpierw serializm, praktyki w GRM (wyraził podziw dla Pierre'a Schaeffera, choć zauważył, że to muzyka bez ciała), potem fascynacja teatrem muzycznym (operę lubił od zawsze), w 1976 założył zespół Atelier. Opowiadał, że był on bardzo w duchu rewolty 1968, nieco utopijnie chciał zanieść sztukę zwykłym ludziom, mówić o świecie wokół. Wśród inspiracji wymieniał Artauda, Grotowskiego, Deafman Glance Roberta Wilsona, Sur Scène Kagela. Potem gdy go zapytałem przyznał, że również poezja futurystyczna, dadaizm, zwłaszcza Ursonate Kurta Schwittersa za jej bezpośredniość.
Co do swojej twórczości, to nie chciał sformułować jednej koncepcji teatru muzycznego, opowiadał o fascynacji sytuacją rozmowy, tym co niezrozumiałe, nieporozumieniami, do jakich dochodzi, o tym, że stara się dotrzeć do melodii sylab, chce wyeliminować zewnętrzne, anegdotyczne, znaczeniowe - by osiągnąć czystą muzykę. Wspomniał też o wyjściu poza model europejski. Jeśli chodzi o wykonywanie, to stwierdził, że śpiewak nie może stać się aktorem, bo gdy widz zrozumie, co się dzieje, to przestanie słuchać.
Pierre Henry: The Art of Sounds (2007)
(i jeszcze tutaj)
Ten widziałem już na club transmediale, więc tym razem sobie odpuściłem. Co nie znaczy, że kiedyś nie chciałbym go obejrzeć po raz drugi, bo jest ciekawy. Bardzo dużo wypowiedzi bohatera, a do tego np. wizyta w jego domu, gdzie urządza koncerty.
Przy okazji, na tekstach trzecich jest zapis większości spotkania z Henry'm z afk.
Le monde et les ondes de Pierre Schaeffer (1995)
Parlewufranse? Bo ja nie....pozostało mi więc tylko gapienie się w ekran i łapanie haczyków znanych słówek, co nie na wiele się zdało. W filmie pojawiają się m.in. Michel Polac, Gérard Patris, jest też dyskusja Schaeffera z młodymi socjologami, odcinek Shadocków, La Jetée (które powstało we współpracy z kierowanym przez Schaeffera Service de la Recherche de la R.T.F).
Ponieważ dokument o Eugeniuszu Rudniku już znałem, a o Bogusławie Schaefferze sobie podarowałem, zostałem z
Hommage Au Sauvage - A Portrait Of Henri Pousseur (2005)
Wyreżyserowanym przez Dominique'a Lohlé'a i Guy-Marca Hinanta (autorów filmu o Lucu Ferrarim zamieszczonego na płycie towarzyszącej Didascailles - oba wydane przez Sub Rosę, którą Hinant prowadzi).
I co? I bardzo fajne dziełko to jest. Odpowiednio wyważone między anegdotami (np. jak jako dziecko Pousseur wybrał się do kina by obejrzeć film o Mozarcie, nie zdążył na ostatni powroty pociąg i brnął przez śniegowe zaspy; a pod wpływem tego obrazu postanowił zająć się muzyką) i relacjonowaniem ewolucji twórczej (trochę o partyturach otwartych), z domieszką spoglądania wstecz na dokonania i pogodą ducha. Pod koniec jest piękna scena, jak mocne słońce świeci zza Pousseura, któremu to przywodzi na myśl wspomnienie z pobytu w Japonii, gdzie obserwował górę Fuji podobnie silnie oświetloną promieniami. W ogóle sam pomysł filmowania (i rozmawiania) głównie podczas jazdy samochodem, nieruchomą kamerą ze zmieniającym się krajobrazem za oknem jest trafiony. No i zakończenie - przewrotne i dowcipne.
9/25/2009
Warszawska Jesień 2009: czasem płynie, czasem kopnie
Koncert rozpoczął się od pewniaka 4 Dédicaces Luciano Berio, czyli czterech oddzielnych miniatur napisanych pomiędzy 1978 a 1989. Każda z nich po kolei ma coraz większy wykop, zwłaszcza przez rwące dęciaki, trzecia jest chyba najpełniejsza, a ostatnia najbardziej wali pojedynczymi ciosami.
Nie do końca przekonał mnie Koncert skrzypcowy nr 2 Hanny Kulenty. Zaczął się intrygująco, prawie że rzewnie, ale było to jakoś ostudzone, jakby na chłodno obserwowane, wyabstrahowane. Z początku dziwiło mnie umieszczenie tego utworu po Berio, bo był zupełnie inny. Ale wzrastająca obecność perkusyjnych jakoś je powiązała. Uśmiechnąłem się, gdy przeczytałem w komentarzu, że "Inaczej niż w klasycznych koncertach, trzy części utworu wtapiają się niepostrzeżenie jedna w drugą." Dla mnie właśnie ten utwór był niespójny, niezrozumiała była dla mnie funkcja środkowego solo, granego z przerwami, przez to jakby niepewnego, zagubionego. Gdzie indziej skrzypek dostawał kąski niemal wirtuozowskie, romantyczne, dla mnie odstające wobec reszty. Podobnie jak fragment ze strasznie zużytym chwytem - smyczkową gonitwą, tak bliską konwencji, że wypraną z emocji.
Po przerwie, gdy część fanów Kulenty chyba nie powróciła, zabrzmiało zamówienie WJ, .aÁmiper Aleksandry Gryki. Jak stwierdził Paweł: przedstawienie trąbki. No właśnie, było tak: oto jest trąbka, to można na niej zagrać, mam jeszcze do niej cztery tłumiki, no i też przepuścimy ją sobie przez komputer, to zabrzmi tak. Zespół (z 20 osób?) też był, ale nie pamiętam nic szczególnego, było kilka lepszych momentów nasyconego brzmienia.
Podobnie jak poprzedniego dnia z Xenakisem, po Dead City Radio. Audiodrome Fausto Romitellego też wiedziałem, dlaczego klaszczę. Nareszcie jakieś dzieło! (a tytuł łączy je z albumem Williama S. Burroughsa).
Muzyka, w której pojedyncze silne kolory giną w roztaczającej się wokół czerni (niektóre są jak podniszczone neony, których części migają własnym rytmem, inne to fajerwerki i pozostające po nich smugi). Muzyka złowieszcza, to może zbyt łatwe skojarzenie, bo autor już nie żyje (no i jest tytuł), ale dla mnie stykająca się ze śmiercią. Kojarzyła mi się też z filmem Kairo Kiyoshi Kurosawy, zwłaszcza przez te zniekształcone (megafonami) głosy, które tam były nawiązaniem kontaktu między światem umarłych a żywych. Głosy są na początku szmerowe, lekko zaznaczone, a pod koniec powracają wyraźniej i da się wyłapać "lost". Jak u Kurosawy niektóre elementy pozostają niewyjaśnione, w zawieszeniu, tak tutaj jest z samym zakończeniem, jakiś dźwięk elektroniczny - próba połączenia? zerwanie transmisji?
Zapadła mi też w pamięć złowroga rytmiczność małych dzwonków, potem odbita w rozchwianych, nachodzących na siebie, dzwonach rurowych. Punkty wraz z oddalaniem zaczynają być bardziej fakturą, rozmywają się.
Po tym już tak naprawdę nie potrzebowałem więcej muzyki, dlatego może nie do końca doszło do mnie Iris Pera Nørgårda. Podobało mi się to oddalenie, zamazanie na początku, nawet lekki flet, ale zakłopotało nagłe zakończenie.
