Wizualnie wysmakowany, momentami nawet piękny, utrzymany w niebiesko-zielonej tonacji, a gdy sytuacja staje się bardziej napięta, dochodzą czerwone akcenty. Do tego światło i ciemność, które zmieniają się tak nagle, jak samopoczucie bohaterki. Naprawdę zacny debiut pełnometrażowy.


He’s a child, and it’s not always easy, but he had all the goodwill to do it. There are some scenes that were hard for him and that were hard to direct and to get the results I wanted, and I even had to force him a bit. When we did it, it was really difficult, but when I said, “Sorry, I had to push you that way,” he said, “No problem; that’s what I’m here for.” What’s great about him is that what’s there is raw. We tried to work without giving him the script, and he was always improvising.
Podczas oglądania pomyślałem o Cassavetesie, a reżyser tylko potwierdził: I think it’s filmed in kind of a classical way – for example, another huge influence was A Woman Under the Influence by John Cassavetes. I see it mostly with the character of Bruno – he’s the kind of character who “rises” throughout the film. At the beginning, you don’t want to explain too much. During the shoot, I began to see Jerry Schatzberg’s classic film The Panic in Needle Park, and at that moment I rewrote all of the scenes. I try to work with emotion, which exists in the kind of cinema I want to make. And it also exists in the characters – they’re misfits who are fighting and suffering with normality, and trying not to “go that way”. That’s something I saw in Schatzberg and films of his like Scarecrow.








When we began the shoot, I didn’t realise the difficulty of the task. I like to think my comfort zone is directing actors, but this was another level because of the difficult character of Anna, the kid and the journey itself. I wanted to work with more improvisation and playing with accidents to see if it went elsewhere. (cytaty stąd)
6/14/2016
Anna - Jacques Toulemonde Vidal (wpatrywanie cz. 22)
Cartagena International Film Festival 2016 (wpatrywanie cz. 21)
Tak jak w przypadku Meksyku mogło mi się wydawać, że wiem cokolwiek o tym, co się tam filmowo dzieje (chociaż nie umiałbym z głowy przywołać ostatniego tamtejszego obrazu, jaki oglądałem), to w przypadku Kolumbii nie mam raczej żadnego pojęcia. Znów więc chwała Festival Scope za danie szansy na rzut okiem na nieznany teren.
Zacząłem od największego kalibru - Todo comenzó por el fin Luisa Ospiny, pokazywanego między innymi w Toronto. Niech was nie przeraża czas, to się naprawdę da obejrzeć. Oczywiście film mógłby być krótszy, ale w końcu facet podsumowuje swoje życie, więc nie ma co się dziwić, że zagłębia się w różne wątki i sytuacje. Można się sporo dowiedzieć o tzw. Cali Group, mnie to zainteresowało, zamierzam się zagłębić w ich twórczość.
I nie bójcie się, to nie jest film szpitalny (tylko na początku), a potem wciągająca, pełna zawirowań podróż przez życie (z) filmem, teatrem, literaturą.
Dla przeciwwagi trzy krótkie metraże. La impresión de una guerra Camilo Restrepo (nagroda w Locarno), tyle momentów mnie w nim ujęło, że poświęcę mu osobny post. Niewiele ustępuje mu El Edén Andrésa Ramíreza Pulido. Jest w tym filmie coś z atmosfery dzieł Apichatponga. 






Ja tam lubię takie dziwne filmy jak Santiamén Williama Vegi. Zwłaszcza, jak przypominają o Chrisie Markerze, wiecie - Japonia, śnienie. A tutaj jeszcze wiersz Eliota. Tak mnie ten reżyser zainteresował, że sprawdziłem jego poprzednie dokonanie (pokazywane w Cannes) La Sirga. Też warto, opowiada o nim tutaj. 





Ja tam lubię takie zwykłe filmy jak Anna Jacquesa Toulemonde Vidala (też scenarzysty W objęciach węża). Bardzo dobry film, więcej tutaj.
Ja tam nie wiem, ale jakoś trudno mi z pełnym przekonaniem polecić Días extraños Juana Sebastiána Quebrady. Niby wszystko okej, ale czegoś brakuje. Sytuacje, które znam lub które łatwo mi sobie wyobrazić, ale po prostu pokazane. Zabrakło jakiegoś ich ujęcia, nie chcę powiedzieć, że wyciągnięcia wniosków, ale choćby próby refleksji, jakiegokolwiek spojrzenia z zewnątrz lub nawet pod innym kątem. No ale złowiłem trochę ładnych obrazków, wiadomo - czarno-białość pomaga zawsze, więc można chociaż popatrzeć. 








6/07/2016
Ficunam (wpatrywanie cz. 20)
Z tego zestawu obejrzałem tylko trzy filmy - dwa z nich bardzo warte polecenia, jeden przyzwoity.

Las letras Pablo Chavarrí Gutiérreza został nagrodzony na CPH:DOX. Ale nie jest to klasyczny dokument, raczej esej osnuty wokół przejmującej historiiAlberto Patishtána Gómeza.



"The soundtrack is the oddest combination of string instruments – sounds that verge on noises and which seem to make no sense until they start sounding both like greedy flies feasting over a dead body and the shock and fear that such a picture evokes in the living when coming in contact with it. It’s the sound of fear and death; a nightmarish combination of a dirty, hot country road and loss of hope. When percussion is sounded blasting from the forest’s depths, the tension rises further, and the pain and ghostly terrorization escalate with it." (via)



Minotauro Nicolás Peredy pokazywany był w Toronto, Rotterdamie, Nowym Jorku i Wiedniu. Znów jest to rzecz eksperymentalna, która nie przypadnie do gustu każdemu. Fabuły tutaj za bardzo nie ma, ale miłośnicy sennej atmosfery i koneserzy marazmu powinni się zainteresować.

Wcale nie zaskoczyło mnie, gdy przeczytałem, że lubi nudę: "When I’m bored I start to think of ideas, of projects, of films. The ideas come from my everyday experience, from the things that I witness and from things that happen to me, but I need to be bored in order to reflect upon those things. I lived in Canada for 12 years. I guess it was the right place for me."

"Set, in Pereda’s words, in “a home of soft light, of eternal afternoons, of sleepiness, of dreams,” the film is neither a study in stasis nor, properly speaking, minimalist. Its comfortable, gutsy wide-screen compositions within a single apartment seem as natural as the ambience and the behavior of its “characters.” Pereda’s people neither make plans nor talk very much, although now and again Gabino Rodriguez, something of the director’s alter ego in several films, reads passages from a novel, about recognition and unremembered encounters." (via)

"You feel echoes of Last Year in Marienbad and also perhaps Marguerite Duras’s India Song, filmed in the lo-fi sleekness found in the films of Matías Piñeiro, where the gloss of the video images is a sheen of mystery, the screen itself strangely slippery. (It has to be said: Minotaur, despite its profound financial limitations as a production, looks far more beautiful than most Hollywood digital products.)" (via)

Parque Lenin, pełnometrażowemu debiutowi Carlosa Mignona i Itziar Leemans niczego nie brakuje, ale przy dwóch powyższych wypada nieco blado, bo jest po prostu porządną robotą dokumentalną.
zaległości (wpatrywanie cz. 18)
Na CTM zobaczyłem dwa filmy: Narco Cultura Shaula Schwarza, o związkach muzyków i karteli w Meksyku (dobry, ale bardzo brutalny) oraz Akounak Tedalat Taha Tazoughai Christophera Kirkley'a (znanego z Sahel Sounds) - pyszna zabawa. Tu można posłuchaćsoundtracku. "If the film sounds like a joke, that might be because it started as one: Christopher Kirkley, a Portland-born “guerrilla ethnomusicologist,” came up with the idea of a West African homage to Purple Rain while living in Mauritania and riffing on movie concepts with a Canadian expat." (via)
Na Festival Scope najpierw można było sprawdzić, co dzieje się w kinie tureckim, potem meksykańskim i kolumbijskim, a ostatnio proponowano filmy z La Semaine de la Critique i TorinoFilmLab. Myślałem, że trzeba dostać jakieś zaproszenie, żeby się zarejestrować na Scope, ale teraz okazuje się, że może to zrobić każdy, więc bardzo zachęcam. Wspaniały sposób na poznawanie nowych filmów, które raczej nie trafią do naszych kin.
6/06/2016
!f Istanbul (wpatrywanie cz. 19)
Z tego festiwalowego zestawu nie udało mi się zobaczyć wszystkich, ale te które widziałem były conajmniej niezłe (no, może oprócz tego).
Zaskakująco spodobał mi się pełnometrażowy debiut Lütfü Emre Çiçeka Naciye. Momentami krwawy thriller, który przede wszystkim zainteresował mnie dzięki świetnemu dźwiękowi i nieszablonowo użytej muzyce.
Dobry był też Uzak mı... Leyli Toprak

Ciekawy portret dotkniętego wojną syryjskiego miasta i walczących kobieta. Szkoda, że nie mogło obyć się bez muzyki (Arvo Pärta).

Całkiem niezły okazał się Veşartî Aliego Kemala Çınara.

Film rozgrywa się współcześnie, ale jest trochę jak dawna bajka (także dlatego, że nawiązuje do tradycyjnej kurdyjskiej opowieści), a dotyczy niespodziewanej zmiany płci.
Hepgece, debiut Fatmy Belkis i Emre Bi̇ri̇şmena, ciekawie się zapowiadał, miał sugestywny klimat, ale czegoś w nim zabrakło. Na marginesie dodam, że twórcy ci zajmują się różnymi rzeczami.
Warto wspomnieć też o subtelnym, ale mocnym Gri Bölge Deryi Durmaz pokazywanym na Berlinale.
6/02/2016
Musica Genera Festival 2006
Piąta edycja festiwalu Musica Genera dla mnie była pierwszą, ale był to czas najwyższy, bo już od paru lat tęsknie przesuwałem w tę i we w tę po stronie musicagenera.net przeglądając programy kolejnych festiwali. W tym roku zapał był jakiś większy i okazało się, że jest z kim pojechać (w tym miejscu trochę prywaty: podziękowania dla moich kolegów za towarzystwo, dyskusje i całą resztę).
Teatr Kana, w którym festiwal się zaczynał udało się jakoś znaleźć, udało się dotrzeć na czas, udało się zająć miejsca i po zagajeniu – powitaniu Roberta Piotrowicza dźwięki zaczął wydawać tercet: Günter Müller (dźwięki czerpane z iPodów przetwarzane elektroniką), Thomas Ankersmit (syntezator analogowy, saksofon) i Dieb 13 za gramofonami. Muzyka rozwijała się bardzo powoli i chyba nie dotarła tam, gdzie mogła. Całość była statyczna, raczej szumowa i delikatna, wręcz kołysząca, czasem pojawiały się wyraźniejsze struktury, lekko przypominające COHa albo niektóre nagrania Pan Sonic. Dieb 13 skupił się na mikserze i jego pokrętłach, najciekawszym momentem była mocniejsza, długa fraza saksofonu, wtedy gramofonista wycinał małe fragmenty dźwięków prosto z płyt, ciekawie znaczyły one przestrzeń improwizacji, która momentami była jakby wyblakła. Podczas tej mocniejszej eksploracji instrumentu Ankersmitowi udało się unieść pozostałych do trochę odważniejszych poczynań. Jednak to była tylko chwila lotu, który niestety zaraz się skończył.
Po tym występie, którego nijak nie da się określić mocnym początkiem, zaprezentowało się trio Ferran Fages (elektronika, mikrofon, obiekty), Jean Philippe Gross (syntezator analogowy) i John Hegre (elektronika). Był to pierwszy z setów, jakie można by umieścić w przegródce ogłuchnij razem z nami, bo po kilku pojedynczych dźwiękach od Hegre, Gross przekręcił jakiś kabelek w swojej maszynce i zapanował noise bez żadnego ale. Muzyka pędząca do przodu, nie dająca żadnej możliwości ucieczki, bez wyjścia. Wcinająca się jak skalpelem w powierzchnię i grzebiąca w niej. Bo nie był to pokaz jednego ciągłego dźwięku puszczonego zbyt głośno, artyści wypełnili całą możliwą przestrzeń. Były to dźwięki z mnóstwem szczegółów, z których wielu nie dało się wychwycić ze względu na obraną estetykę.
Warto wspomnieć, jeśli mowa o szczegółach, dodatkach brzmieniowych, o Fagesie, który znęcał się nad różnymi małymi przedmiotami i stosował nie tylko widowiskowy, ale ciekawy brzmieniowo, chwyt mikrofonu a'la lasso i kręcił nim to szybciej, to wolniej. Z tego koncertu z pewnością zapamiętam ten moment, kiedy wydawało mi się, że ściany łkają, ale potem doszedłem do wniosku, że to jednak coś wewnątrz ucha. Artyści poruszali się po wysokich, co prawda nie ekstremalnie, częstotliwościach, ale było w tym też dużo mięsa. Oczywiście można zastanawiać nad sensownością takiego występu, gdzie praktycznie cały czas kusi by zatykać uszy. Jednak mnie to przekonało, nie tylko jako fizyczne doznanie dźwięków.
A potem diametralna odmiana a zarazem znów pokaz możliwości tkwiących w improwizacji, z tym że z zupełnie innej strony. Cor Fuhler zagrał na jakimś syntezatorze analogowym i wspomagał się paroma małymi przedmiotami (mi udało się rozpoznać elektroniczne mini-mieszadełka) a Norbert Möslang (trzydzieści lat grania w duecie Voice Crack) używał zepsutych urządzeń codziennego użytku i elektronicznych zabawek. Ciekawy był aspekt wizualny tego koncertu: Fuhler był oświetlony natomiast Möslang pogrążony w całkowitej ciemności. Z początku przekładało mi się to na opozycje robi-nie robi, w tym sensie, że to co widać można określić łatwo, a to czego nie - tylko się domyślać.
Jednak Szwajcar z pewnością wiedział, co robi, a być może ciemność miała jeszcze wymiar praktyczny, kolega podrzucił myśl, że Möslang używał przedmiotów/instrumentów działających na podczerwień. W każdym bądź razie ciemność po stronie połówki Voice Crack została przemieniona w intrygujący spektakl czerwonych i niebieskich diod oraz jakby regularnych wybuchów małych porcji magnezji. Można by to uznać za ciekawy sposób wizualizowania muzyki, bo często mruganie światełek trafiało w rytmiczne dźwięki. A tych pojawiało się dość dużo, ale nie były nachalne, zresztą jak całość zagranej muzyki. Była ona niemal subtelna, skupiona, momentami trochę podobna do twórczości zespołu Battery Operated. Składała się z epizodów, czasem urokliwych w swej kruchości, była to muzyka małych interakcji, nieoczekiwanych spotkań. Co najlepsze, poszczególne fragmenty wpasowywały się jeden do drugiego i utworzyły klarowną jak na wolną improwizację i satysfakcjonującą w odbiorze całość. Duet prawie został wyklaskany na bis, ale istnieje chyba jakaś niepisana reguła MG, że bisów nie ma.
Na koniec pierwszego dnia zagrał Marcus Schmickler, używał on tylko laptopa, a na potrzeby jego występu w sali teatru przestawiono nagłośnienie do układu kwadrofonicznego. Podsłuchując pod drzwiami przed koncertem, doszedłem do karkołomnego wniosku, że to jakiś Wagner ery cyfrowej chyba będzie. I trochę się to spełniło, zwłaszcza w pierwszej części, była w tym wzniosłość, niemal symfoniczny patos. Szkoda tylko, że ta część była rozegrana według schematu opadanie – wznoszenie (rozrzedzenie – zagęszczenie), który był raczej przewidywalny. Po wyciszeniu, trudno powiedzieć na ile zamierzonym, nastąpiła druga część, która była czystym pokazem woli mocy. Artysta nadal operował dość wąskim przedziałem metalicznych brzmień, ale mimo tego i wątpliwości, jakie narosły we mnie podczas pierwszej odsłony, nagle zorientowałem się, że jestem jakby wewnątrz cholernie złożonej konstrukcji dźwiękowej (ach, ta kwadrofonia) i nie wyczuwam nic poza nią. Byłem pozostawiony sam sobie wśród niezmiernie niepokojącej zawieruchy. Głębokie przeżycie.
Drugi dzień zapowiadał się na chwilowy odpoczynek od zmasowanego ataku elektroniki wszelkiej maści. Zaczęli Macio Moretti na perkusji i DJ Lenar, który oprócz zestawu didżejskiego używał też pałeczki perkusyjnej i gumek recepturek (też się w to bawiłem po obejrzeniu „Scratcha”). Pierwsze popukiwania Macia i już ma być tak fajnie, didżej coś długo nie może wydać żadnego dźwięku, ale Moretti jest perkusistą zacnym i buduje całkiem obiecującą przestrzeń. Nie chciałbym się znęcać niepotrzebnie, ale szczerze powiedziawszy pomiędzy artystami była przepaść. Grali razem ze sobą, czasem brzmienia się spotykały, ale mimo tych paru momentów grali obok siebie. Między warstwami brzmieniowymi nie było korespondencji, głośne momenty wydawały się jakąś blagą. Moretti starał się nadrabiać wszystkimi talentami, łącznie z elementami aktorskimi, podczas gdy Lenar sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co ma robić. Bardzo marnie wypadł też chwyt ze wstawieniem na koniec jakiegoś starego sola na saksofon, podanego w estetyce lo-fi, myślałem, że Kid Koala już wystarczająco wiele powiedział w tym temacie, by wszelkie dopowiedzenia były zbędne. Tak, Moretti, jak często, pokazał klasę, ale nie o to (tylko) chodziło w występie tego duetu.
Po tym wystąpił Ankersmit solo. Pierwszą część koncertu wypełniły powolnie nakładane na siebie i odpływające strzępy elektronicznych dźwięków, znów o posmaku jakby COHowskim. W pewnej chwili Holender odszedł od syntezatora i chwycił za saksofon, elektronika cierpliwie wybrzmiewała, gdy Ankersmit zaczął grać w unikalny sposób. Z jego instrumentów dochodziły dwie wstęgi dźwięków naraz, jedna jakby z ustnika, druga z właściwej części instrumentu. Były to odgłosy świdrujące, terkoczące, rozedrgane, ale bez bólu, uzupełniane bardziej mięsistymi, pełnymi frazami. Muzyk zaprezentował zdumiewające umiejętności i trudno się dziwić, że gdy skończył rozległa się burza braw.
Następnie wystąpiła dwójka twórców znana z dnia pierwszego: Müller i Möslang, usprzętowienie to samo, z tą może różnicą, że ze stolika tego drugiego tym razem docierały też zielone światełka. Zagrali bardzo spokojnie, z dużym skupieniem, wielowymiarową, rozłożystą delikatną muzykę, w jakimś sensie kojącą, prostą, czasem wręcz można było to postrzegać jak ambient. Jawiła mi się ona jako płyn: najpierw powoli się rozlewała, potem wsiąkała rozmaitymi kanalikami, tunelami, otworami. Następnie, gdy już dotarła głęboko na moment jakby zakrzepła, zwiększając przez to swoją objętość. Na koniec powróciła do stanu płynnego i swobodnie wyparowała.
To był koniec pierwszego zestawu tego dnia, zostaliśmy zaprowadzeni na tereny stoczniowe, do starej Rzeźni Miejskiej, nazwa miejsca bardzo adekwatna do tego, co tam miało się wydarzyć. Gdy zajmowaliśmy miejsca Hegre stroił swoją gitarę. A gdzie Lasse Marhaug – druga połowa Jazkamera, na którego koncert tak ostrzyłem sobie zęby. Nie zostało to wyjaśnione, poza tym, że Anna Zaradny przedstawiła nam, że oto John Hegre. I rozpoczęło się najcięższe. Norweg miał podłączona gitarę do mnóstwa efektów, w dodatku wszystko było ustawione na maksymalną głośność. Najmniejszy ruch powodował kawalkadę dźwięków, a Hegre na skąpych ruchach wcale nie poprzestawał. Po paru minutach ruszania gitarą i dotykania strun, zaczął stukać gitarą o ziemię. Mój kolega, który darzy ten instrument pewną atencją, jęknął, że nie może na to patrzeć.
Ciekawe, czy choćby w najdalszym zakamarku umysłu podejrzewał, że to zaledwie przedsionek piekła, jakie czeka ten instrument. Potem Norweg położył gitarą na murku, który niejako zamykał tę naprędce zaplanowaną scenę. Dalej wypadki potoczyły się tak szybko, że fakty mogłaby ustalić tylko komisja kilku biegłych. Zapewne ślepy traf chciał, że zaraz obok leżącej gitary znajdował się głaz wielkości przynajmniej ludzkiej głowy. I tak właśnie, stało się najgorsze, najpierw okładanie tym kamlotem, potem walenie o ziemię, rzucanie, kopanie. Dla porządku dodam, że instrument cały czas był podłączony, tak więc wszystkie efekty tej dewastacji prezentowały się również w całej krasie dźwiękowej. Natężenie dźwięków było potężne, zwłaszcza gdy Hegre używał instrumentu własnej konstrukcji – kilku elastycznych drutów przytwierdzonych do kawałka drewna, które były bezpośrednio połączone z mikrofonem. Zwłaszcza gdy te druty natrafiały na struny dźwięki stawały się przeraźliwie wysokie. Z fascynacją i przestrachem publiczność patrzyła na pastwienie się Norwega nad Bogu ducha winnym instrumentem. Było to w moim mniemaniu przekroczenie jakiejś granicy.
Efekt szoku, postępującej dezorientacji i dezintegracji osobowości miał się jeszcze pogłębić. Po nadzwyczaj pośpiesznych próbach i przymiarkach Daniel Menche rozpoczął swój rytuał. Jeśli występ Hegre był czymś na kształt happeningu, to Amerykanina można ulokować w dziedzinie performensu. Używał on płaskiego, podłużnego kawałka metalu, do którego przyklejony był mikrofon kontaktowy oraz własnego ciała. Oczywiście wszystko odbywało się na maksymalnym (choć zaczynam wątpić, czy taki istnieje) poziomie głośności. Menche zaczął od tego, że puścił piekielnie gęsty hurgot a na jego bazie budował dalej. Uderzał się tym prętem, walił nim w ziemię, ale naprawdę przerażające wrażenie robił gdy przytykał sobie ów kawałek metalu do szyi, tak by mikrofon łapał jego okrzyk, gdy jeszcze jest w gardle i gdy drżą struny głosowe. Przy tym miotał się mniej lub bardziej rytmicznie. Gdy skończył opadł wyczerpany na ziemię, z dziąsła leciała mu krew, ale jego twarz wykrzywiał makabryczny co prawda, ale chyba jednak uśmiech spełnienia. To była jedna z niewielu takich chwil w życiu, które można określić mianem transgresyjnych i chwytających właśnie to coś….tylko co…Salę Rzeźni opuszczałem na miękkich nogach i do teraz się zastanawiam, czy oklaski były na miejscu. Ale chyba ludzie nie wiedzieli, co innego mogliby zrobić. Ktoś rzucił krzesłem, ale to był odosobniony przypadek. Tak, potem była jakaś instalacja z laptopowymi szumami i trzaskami oraz z obrazkami dziwnych stworków wyświetlanych w dwóch wnętrzach innego budynku, ale nie bardzo to do mnie dotarło.
Ostatni dzień festiwalu rozpoczynał się w Operze na Zamku, przestrzeni innej niż Teatr Kana. Sala była duża, wysoka, ze starymi, skrzypiącymi fotelami. Dzień rozpoczęła projekcja filmu „Leuchtstoff” w reżyserii Michaela Vorfelda, który był również twórcą instalacji „Lichtton” w Muzeum Narodowym. Ani instalacja, ani film jakoś specjalnie nie trafiły mi do przekonania. Kolejnym filmem był cykl (z którego nie zobaczyliśmy, nie wiedzieć czemu, ostatniej – 12 części) „Film ist” Gustava Deutscha. Te obrazy fajnie igrały i przetwarzały dzieła epoki kina niemego, towarzyszyła im muzyka Burkharda Stangla i Fennesza. Ci panowie zagrali też jako pierwsi tego dnia. Niby wszystko było okej, była ziarnistość, przygaszone wybuchy, trochę popsutych akordów gitar, delikatność, melancholia. Ale zabrakło jakiejś iskry, muzycy jakby odwalali pańszczyznę, sunęli od zagęszczenia do zagęszczenia i nagle (czyżby przypadkowo) skończyli. I niech mnie kule biją, jeśli było to więcej niż 25 minut.
Następny był koncert tria: Anna Zaradny (saksofon), Fuhler (fortepian) i Tony Buck (perkusja). Muzycy ci grali już w przeszłości ze sobą, tylko że nie w takim składzie. To była dopiero bardzo przyjemna odtrutka dla tych, którym za dużo było elektroniki. Trio zagrało względnie przyjazny, kameralny jazz, jednak nie było w tym nic z wdzięczenia się i podążania utartymi ścieżkami. Buck przez większość koncertu obywał się bez bębnienia, grał głównie na talerzach i przeszkadzajkach. Bęben traktował dużą, ryżową szczotką albo postawioną na sztorc pałką, której rytmiczne pocieranie dawało efekt przypominający odgłos didgeridoo. Cor Fuhler w większej mierze skupiony był na wnętrzu fortepianu, gdzie struny obstukiwał pałeczką co brzmiało jak mini-dzwony z wieży kościelnej.
W drugiej części koncertu zaczął nieśmiało dotykać klawiszy i grał pojedyncze akordy by stopniowo je zagęszczać. Zaradny gra w specyficzne sposób, skąpe dźwięki, acz dość nawet długie, które zawsze są jakby stłumione, unoszące się, ale niemal na granicy słyszalności, tak że czasem trzeba się ich domyślać. A całość koncertu chyba tak łatwa była w odbiorze bo muzycy grali ze sobą, słuchali się nawzajem i mieli coś do powiedzenia. W dramaturgii koncertu nastąpiło przemyślane spiętrzenie, które potem zostało elegancko rozwiązane i doprowadzone do rozmytego finału.
Potem swój czas dostał John Duncan, który poprzedniego dnia grał z Alfredo Costa Monteiro (ich występ przemilczałem). Podobnie chciałbym uczynić z tym. Solowy występ Amerykanina celował może w te same rejony, co solo Schmicklera, ale było to bardzo grubymi nićmi szyte. Dla przykładu: mój kolega po występie Niemca mówił, że miał wrażenie, że słyszał w tym jakby naloty, bombardowania. Natomiast Ducnan nie zostawiał wiele miejsca na wrażenie – w zakończeniu swego występu użył odrobinę zmodyfikowanych dźwięków wybuchów. Rozważałem wyjście z jego koncertu, ale chyba na chwilkę przysnąłem i dzięki temu dotrwałem do końca.
Finał został zaplanowany w Teatrze Kana. Na początek tego setu Cremaster: duet Fagesa i Monteiro. Fages ponownie używał obiektów, jak gumowa kulka, membrana głośnika, która penetrował mikrofonem, w dalszej części koncertu powtórzył manewr z lassem. Costa Monteiro położył gitarę elektryczną na stole i służyła mu ona za nagłośnienie. Muszę przyznać, że zdobyli mnie pierwszą partią improwizacji, byli czujni, widać było zgranie, był w tym jakiś ciąg, było gęsto hałaśliwie, ale bez ekstremów, bardzo ciekawie zbalansowane. Interesująco brzmiała gruba sprężyna zaczepiona na gitarze i poruszana, niczym jakieś ruchy tektoniczne.
Ale w dalszej odsłonie artyści, jak na mój gust, zaczęli zbyt szukać udziwnień, chwytali to za jeden przedmiot, to za drugi, uleciała gdzieś ta swoista dla improvu precyzja, która czasem potrafi przemienić szaleństwo w godną podziwu konstrukcję. Niemniej występ był udany i podobał się publiczności o czymś świadczy szturm sklepiku na piętrze w poszukiwaniu płyt Cremastera.
Przedostatnim wykonawcą był Dieb 13, który zagrał na trzy gramofony, mikser i specjalny, napisany przez siebie program do aranżowania dźwięków. Dzięki swoim talentom programistycznym mógł uzyskać świetny efekt strukturowania szumów winyli, co czyniło z nich element rytmiczny. Zagrał noisowo, momentami harcząco, dźwięki skwierczały niczym u ErikaM. Dodatkowo wplatał w to bity, czy również rytmy z muzyki elektronicznej wprost z winyli, czasem też coś jazzowego. Jego występ, jestem prawie pewien, nie miał się tak szybko zakończyć, był w nim zamysł, którego nie zdążył zrealizować, ale raz chyba nie opacznie machnął ręką i kilka wajch poszło do góry na mikserze dając niespodziewany hałas, by zatuszować tą omyłkę podniósł wszystko na maksa i zaraz ukrócił. I tu mógł być bis, sam artysta chyba miał chęć, ale cóż…
Na koniec super trio: Piotrowicz (gitara, syntezator), Schmickler (laptop) i Marhaug (elektronika), wtedy obawy, że Norweg raczej nie dotrze, zostały potwierdzone. Zagrał więc duet, który niespecjalnie mnie poruszył, może był to już pewien przesyt, ale tym razem powolne budowanie, szumy, wysokie stężenie dźwięków jakoś do mnie nie przemówiły. Poza tym odniosłem wrażenie, że był to duet nierówny, w którym Piotrowicz zdominował Niemca. Długością występ wpisał się w tendencje tego dnia do niedopowiedzenia.
Co tu dużo mówić, kto nie był ten trąba. Na MG trzeba jeździć, gdyż to jedyna w Polsce okazja, by poczuć na taką skalę mocny puls muzyki improwizowanej na światowym poziomie. W dodatku w tylu rozmaitych postaciach, które udowadniają nieustannie, że nie ma jednej, tej właśnie, słusznej drogi grania, a by znaleźć to co odpowiada nam najbardziej trzeba próbować wszystkiego. Jeśli dodamy do tego świetne przygotowanie (choć niektóre przerwy dłużyły się niemiłosiernie), miłą atmosferę i możliwość zakupu płyt raczej w Polsce niedostępnych, to pozostaje tylko powiedzieć: do zobaczenia za rok.
[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]
