Piąta edycja festiwalu Musica Genera dla mnie była pierwszą, ale był to czas najwyższy, bo już od paru lat tęsknie przesuwałem w tę i we w tę po stronie musicagenera.net przeglądając programy kolejnych festiwali. W tym roku zapał był jakiś większy i okazało się, że jest z kim pojechać (w tym miejscu trochę prywaty: podziękowania dla moich kolegów za towarzystwo, dyskusje i całą resztę).
Teatr Kana, w którym festiwal się zaczynał udało się jakoś znaleźć, udało się dotrzeć na czas, udało się zająć miejsca i po zagajeniu – powitaniu Roberta Piotrowicza dźwięki zaczął wydawać tercet: Günter Müller (dźwięki czerpane z iPodów przetwarzane elektroniką), Thomas Ankersmit (syntezator analogowy, saksofon) i Dieb 13 za gramofonami. Muzyka rozwijała się bardzo powoli i chyba nie dotarła tam, gdzie mogła. Całość była statyczna, raczej szumowa i delikatna, wręcz kołysząca, czasem pojawiały się wyraźniejsze struktury, lekko przypominające COHa albo niektóre nagrania Pan Sonic. Dieb 13 skupił się na mikserze i jego pokrętłach, najciekawszym momentem była mocniejsza, długa fraza saksofonu, wtedy gramofonista wycinał małe fragmenty dźwięków prosto z płyt, ciekawie znaczyły one przestrzeń improwizacji, która momentami była jakby wyblakła. Podczas tej mocniejszej eksploracji instrumentu Ankersmitowi udało się unieść pozostałych do trochę odważniejszych poczynań. Jednak to była tylko chwila lotu, który niestety zaraz się skończył.
Po tym występie, którego nijak nie da się określić mocnym początkiem, zaprezentowało się trio Ferran Fages (elektronika, mikrofon, obiekty), Jean Philippe Gross (syntezator analogowy) i John Hegre (elektronika). Był to pierwszy z setów, jakie można by umieścić w przegródce ogłuchnij razem z nami, bo po kilku pojedynczych dźwiękach od Hegre, Gross przekręcił jakiś kabelek w swojej maszynce i zapanował noise bez żadnego ale. Muzyka pędząca do przodu, nie dająca żadnej możliwości ucieczki, bez wyjścia. Wcinająca się jak skalpelem w powierzchnię i grzebiąca w niej. Bo nie był to pokaz jednego ciągłego dźwięku puszczonego zbyt głośno, artyści wypełnili całą możliwą przestrzeń. Były to dźwięki z mnóstwem szczegółów, z których wielu nie dało się wychwycić ze względu na obraną estetykę.
Warto wspomnieć, jeśli mowa o szczegółach, dodatkach brzmieniowych, o Fagesie, który znęcał się nad różnymi małymi przedmiotami i stosował nie tylko widowiskowy, ale ciekawy brzmieniowo, chwyt mikrofonu a'la lasso i kręcił nim to szybciej, to wolniej. Z tego koncertu z pewnością zapamiętam ten moment, kiedy wydawało mi się, że ściany łkają, ale potem doszedłem do wniosku, że to jednak coś wewnątrz ucha. Artyści poruszali się po wysokich, co prawda nie ekstremalnie, częstotliwościach, ale było w tym też dużo mięsa. Oczywiście można zastanawiać nad sensownością takiego występu, gdzie praktycznie cały czas kusi by zatykać uszy. Jednak mnie to przekonało, nie tylko jako fizyczne doznanie dźwięków.
A potem diametralna odmiana a zarazem znów pokaz możliwości tkwiących w improwizacji, z tym że z zupełnie innej strony. Cor Fuhler zagrał na jakimś syntezatorze analogowym i wspomagał się paroma małymi przedmiotami (mi udało się rozpoznać elektroniczne mini-mieszadełka) a Norbert Möslang (trzydzieści lat grania w duecie Voice Crack) używał zepsutych urządzeń codziennego użytku i elektronicznych zabawek. Ciekawy był aspekt wizualny tego koncertu: Fuhler był oświetlony natomiast Möslang pogrążony w całkowitej ciemności. Z początku przekładało mi się to na opozycje robi-nie robi, w tym sensie, że to co widać można określić łatwo, a to czego nie - tylko się domyślać.
Jednak Szwajcar z pewnością wiedział, co robi, a być może ciemność miała jeszcze wymiar praktyczny, kolega podrzucił myśl, że Möslang używał przedmiotów/instrumentów działających na podczerwień. W każdym bądź razie ciemność po stronie połówki Voice Crack została przemieniona w intrygujący spektakl czerwonych i niebieskich diod oraz jakby regularnych wybuchów małych porcji magnezji. Można by to uznać za ciekawy sposób wizualizowania muzyki, bo często mruganie światełek trafiało w rytmiczne dźwięki. A tych pojawiało się dość dużo, ale nie były nachalne, zresztą jak całość zagranej muzyki. Była ona niemal subtelna, skupiona, momentami trochę podobna do twórczości zespołu Battery Operated. Składała się z epizodów, czasem urokliwych w swej kruchości, była to muzyka małych interakcji, nieoczekiwanych spotkań. Co najlepsze, poszczególne fragmenty wpasowywały się jeden do drugiego i utworzyły klarowną jak na wolną improwizację i satysfakcjonującą w odbiorze całość. Duet prawie został wyklaskany na bis, ale istnieje chyba jakaś niepisana reguła MG, że bisów nie ma.
Na koniec pierwszego dnia zagrał Marcus Schmickler, używał on tylko laptopa, a na potrzeby jego występu w sali teatru przestawiono nagłośnienie do układu kwadrofonicznego. Podsłuchując pod drzwiami przed koncertem, doszedłem do karkołomnego wniosku, że to jakiś Wagner ery cyfrowej chyba będzie. I trochę się to spełniło, zwłaszcza w pierwszej części, była w tym wzniosłość, niemal symfoniczny patos. Szkoda tylko, że ta część była rozegrana według schematu opadanie – wznoszenie (rozrzedzenie – zagęszczenie), który był raczej przewidywalny. Po wyciszeniu, trudno powiedzieć na ile zamierzonym, nastąpiła druga część, która była czystym pokazem woli mocy. Artysta nadal operował dość wąskim przedziałem metalicznych brzmień, ale mimo tego i wątpliwości, jakie narosły we mnie podczas pierwszej odsłony, nagle zorientowałem się, że jestem jakby wewnątrz cholernie złożonej konstrukcji dźwiękowej (ach, ta kwadrofonia) i nie wyczuwam nic poza nią. Byłem pozostawiony sam sobie wśród niezmiernie niepokojącej zawieruchy. Głębokie przeżycie.
Drugi dzień zapowiadał się na chwilowy odpoczynek od zmasowanego ataku elektroniki wszelkiej maści. Zaczęli Macio Moretti na perkusji i DJ Lenar, który oprócz zestawu didżejskiego używał też pałeczki perkusyjnej i gumek recepturek (też się w to bawiłem po obejrzeniu „Scratcha”). Pierwsze popukiwania Macia i już ma być tak fajnie, didżej coś długo nie może wydać żadnego dźwięku, ale Moretti jest perkusistą zacnym i buduje całkiem obiecującą przestrzeń. Nie chciałbym się znęcać niepotrzebnie, ale szczerze powiedziawszy pomiędzy artystami była przepaść. Grali razem ze sobą, czasem brzmienia się spotykały, ale mimo tych paru momentów grali obok siebie. Między warstwami brzmieniowymi nie było korespondencji, głośne momenty wydawały się jakąś blagą. Moretti starał się nadrabiać wszystkimi talentami, łącznie z elementami aktorskimi, podczas gdy Lenar sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co ma robić. Bardzo marnie wypadł też chwyt ze wstawieniem na koniec jakiegoś starego sola na saksofon, podanego w estetyce lo-fi, myślałem, że Kid Koala już wystarczająco wiele powiedział w tym temacie, by wszelkie dopowiedzenia były zbędne. Tak, Moretti, jak często, pokazał klasę, ale nie o to (tylko) chodziło w występie tego duetu.
Po tym wystąpił Ankersmit solo. Pierwszą część koncertu wypełniły powolnie nakładane na siebie i odpływające strzępy elektronicznych dźwięków, znów o posmaku jakby COHowskim. W pewnej chwili Holender odszedł od syntezatora i chwycił za saksofon, elektronika cierpliwie wybrzmiewała, gdy Ankersmit zaczął grać w unikalny sposób. Z jego instrumentów dochodziły dwie wstęgi dźwięków naraz, jedna jakby z ustnika, druga z właściwej części instrumentu. Były to odgłosy świdrujące, terkoczące, rozedrgane, ale bez bólu, uzupełniane bardziej mięsistymi, pełnymi frazami. Muzyk zaprezentował zdumiewające umiejętności i trudno się dziwić, że gdy skończył rozległa się burza braw.
Następnie wystąpiła dwójka twórców znana z dnia pierwszego: Müller i Möslang, usprzętowienie to samo, z tą może różnicą, że ze stolika tego drugiego tym razem docierały też zielone światełka. Zagrali bardzo spokojnie, z dużym skupieniem, wielowymiarową, rozłożystą delikatną muzykę, w jakimś sensie kojącą, prostą, czasem wręcz można było to postrzegać jak ambient. Jawiła mi się ona jako płyn: najpierw powoli się rozlewała, potem wsiąkała rozmaitymi kanalikami, tunelami, otworami. Następnie, gdy już dotarła głęboko na moment jakby zakrzepła, zwiększając przez to swoją objętość. Na koniec powróciła do stanu płynnego i swobodnie wyparowała.
To był koniec pierwszego zestawu tego dnia, zostaliśmy zaprowadzeni na tereny stoczniowe, do starej Rzeźni Miejskiej, nazwa miejsca bardzo adekwatna do tego, co tam miało się wydarzyć. Gdy zajmowaliśmy miejsca Hegre stroił swoją gitarę. A gdzie Lasse Marhaug – druga połowa Jazkamera, na którego koncert tak ostrzyłem sobie zęby. Nie zostało to wyjaśnione, poza tym, że Anna Zaradny przedstawiła nam, że oto John Hegre. I rozpoczęło się najcięższe. Norweg miał podłączona gitarę do mnóstwa efektów, w dodatku wszystko było ustawione na maksymalną głośność. Najmniejszy ruch powodował kawalkadę dźwięków, a Hegre na skąpych ruchach wcale nie poprzestawał. Po paru minutach ruszania gitarą i dotykania strun, zaczął stukać gitarą o ziemię. Mój kolega, który darzy ten instrument pewną atencją, jęknął, że nie może na to patrzeć.
Ciekawe, czy choćby w najdalszym zakamarku umysłu podejrzewał, że to zaledwie przedsionek piekła, jakie czeka ten instrument. Potem Norweg położył gitarą na murku, który niejako zamykał tę naprędce zaplanowaną scenę. Dalej wypadki potoczyły się tak szybko, że fakty mogłaby ustalić tylko komisja kilku biegłych. Zapewne ślepy traf chciał, że zaraz obok leżącej gitary znajdował się głaz wielkości przynajmniej ludzkiej głowy. I tak właśnie, stało się najgorsze, najpierw okładanie tym kamlotem, potem walenie o ziemię, rzucanie, kopanie. Dla porządku dodam, że instrument cały czas był podłączony, tak więc wszystkie efekty tej dewastacji prezentowały się również w całej krasie dźwiękowej. Natężenie dźwięków było potężne, zwłaszcza gdy Hegre używał instrumentu własnej konstrukcji – kilku elastycznych drutów przytwierdzonych do kawałka drewna, które były bezpośrednio połączone z mikrofonem. Zwłaszcza gdy te druty natrafiały na struny dźwięki stawały się przeraźliwie wysokie. Z fascynacją i przestrachem publiczność patrzyła na pastwienie się Norwega nad Bogu ducha winnym instrumentem. Było to w moim mniemaniu przekroczenie jakiejś granicy.
Efekt szoku, postępującej dezorientacji i dezintegracji osobowości miał się jeszcze pogłębić. Po nadzwyczaj pośpiesznych próbach i przymiarkach Daniel Menche rozpoczął swój rytuał. Jeśli występ Hegre był czymś na kształt happeningu, to Amerykanina można ulokować w dziedzinie performensu. Używał on płaskiego, podłużnego kawałka metalu, do którego przyklejony był mikrofon kontaktowy oraz własnego ciała. Oczywiście wszystko odbywało się na maksymalnym (choć zaczynam wątpić, czy taki istnieje) poziomie głośności. Menche zaczął od tego, że puścił piekielnie gęsty hurgot a na jego bazie budował dalej. Uderzał się tym prętem, walił nim w ziemię, ale naprawdę przerażające wrażenie robił gdy przytykał sobie ów kawałek metalu do szyi, tak by mikrofon łapał jego okrzyk, gdy jeszcze jest w gardle i gdy drżą struny głosowe. Przy tym miotał się mniej lub bardziej rytmicznie. Gdy skończył opadł wyczerpany na ziemię, z dziąsła leciała mu krew, ale jego twarz wykrzywiał makabryczny co prawda, ale chyba jednak uśmiech spełnienia. To była jedna z niewielu takich chwil w życiu, które można określić mianem transgresyjnych i chwytających właśnie to coś….tylko co…Salę Rzeźni opuszczałem na miękkich nogach i do teraz się zastanawiam, czy oklaski były na miejscu. Ale chyba ludzie nie wiedzieli, co innego mogliby zrobić. Ktoś rzucił krzesłem, ale to był odosobniony przypadek. Tak, potem była jakaś instalacja z laptopowymi szumami i trzaskami oraz z obrazkami dziwnych stworków wyświetlanych w dwóch wnętrzach innego budynku, ale nie bardzo to do mnie dotarło.
Ostatni dzień festiwalu rozpoczynał się w Operze na Zamku, przestrzeni innej niż Teatr Kana. Sala była duża, wysoka, ze starymi, skrzypiącymi fotelami. Dzień rozpoczęła projekcja filmu „Leuchtstoff” w reżyserii Michaela Vorfelda, który był również twórcą instalacji „Lichtton” w Muzeum Narodowym. Ani instalacja, ani film jakoś specjalnie nie trafiły mi do przekonania. Kolejnym filmem był cykl (z którego nie zobaczyliśmy, nie wiedzieć czemu, ostatniej – 12 części) „Film ist” Gustava Deutscha. Te obrazy fajnie igrały i przetwarzały dzieła epoki kina niemego, towarzyszyła im muzyka Burkharda Stangla i Fennesza. Ci panowie zagrali też jako pierwsi tego dnia. Niby wszystko było okej, była ziarnistość, przygaszone wybuchy, trochę popsutych akordów gitar, delikatność, melancholia. Ale zabrakło jakiejś iskry, muzycy jakby odwalali pańszczyznę, sunęli od zagęszczenia do zagęszczenia i nagle (czyżby przypadkowo) skończyli. I niech mnie kule biją, jeśli było to więcej niż 25 minut.
Następny był koncert tria: Anna Zaradny (saksofon), Fuhler (fortepian) i Tony Buck (perkusja). Muzycy ci grali już w przeszłości ze sobą, tylko że nie w takim składzie. To była dopiero bardzo przyjemna odtrutka dla tych, którym za dużo było elektroniki. Trio zagrało względnie przyjazny, kameralny jazz, jednak nie było w tym nic z wdzięczenia się i podążania utartymi ścieżkami. Buck przez większość koncertu obywał się bez bębnienia, grał głównie na talerzach i przeszkadzajkach. Bęben traktował dużą, ryżową szczotką albo postawioną na sztorc pałką, której rytmiczne pocieranie dawało efekt przypominający odgłos didgeridoo. Cor Fuhler w większej mierze skupiony był na wnętrzu fortepianu, gdzie struny obstukiwał pałeczką co brzmiało jak mini-dzwony z wieży kościelnej.
W drugiej części koncertu zaczął nieśmiało dotykać klawiszy i grał pojedyncze akordy by stopniowo je zagęszczać. Zaradny gra w specyficzne sposób, skąpe dźwięki, acz dość nawet długie, które zawsze są jakby stłumione, unoszące się, ale niemal na granicy słyszalności, tak że czasem trzeba się ich domyślać. A całość koncertu chyba tak łatwa była w odbiorze bo muzycy grali ze sobą, słuchali się nawzajem i mieli coś do powiedzenia. W dramaturgii koncertu nastąpiło przemyślane spiętrzenie, które potem zostało elegancko rozwiązane i doprowadzone do rozmytego finału.
Potem swój czas dostał John Duncan, który poprzedniego dnia grał z Alfredo Costa Monteiro (ich występ przemilczałem). Podobnie chciałbym uczynić z tym. Solowy występ Amerykanina celował może w te same rejony, co solo Schmicklera, ale było to bardzo grubymi nićmi szyte. Dla przykładu: mój kolega po występie Niemca mówił, że miał wrażenie, że słyszał w tym jakby naloty, bombardowania. Natomiast Ducnan nie zostawiał wiele miejsca na wrażenie – w zakończeniu swego występu użył odrobinę zmodyfikowanych dźwięków wybuchów. Rozważałem wyjście z jego koncertu, ale chyba na chwilkę przysnąłem i dzięki temu dotrwałem do końca.
Finał został zaplanowany w Teatrze Kana. Na początek tego setu Cremaster: duet Fagesa i Monteiro. Fages ponownie używał obiektów, jak gumowa kulka, membrana głośnika, która penetrował mikrofonem, w dalszej części koncertu powtórzył manewr z lassem. Costa Monteiro położył gitarę elektryczną na stole i służyła mu ona za nagłośnienie. Muszę przyznać, że zdobyli mnie pierwszą partią improwizacji, byli czujni, widać było zgranie, był w tym jakiś ciąg, było gęsto hałaśliwie, ale bez ekstremów, bardzo ciekawie zbalansowane. Interesująco brzmiała gruba sprężyna zaczepiona na gitarze i poruszana, niczym jakieś ruchy tektoniczne.
Ale w dalszej odsłonie artyści, jak na mój gust, zaczęli zbyt szukać udziwnień, chwytali to za jeden przedmiot, to za drugi, uleciała gdzieś ta swoista dla improvu precyzja, która czasem potrafi przemienić szaleństwo w godną podziwu konstrukcję. Niemniej występ był udany i podobał się publiczności o czymś świadczy szturm sklepiku na piętrze w poszukiwaniu płyt Cremastera.
Przedostatnim wykonawcą był Dieb 13, który zagrał na trzy gramofony, mikser i specjalny, napisany przez siebie program do aranżowania dźwięków. Dzięki swoim talentom programistycznym mógł uzyskać świetny efekt strukturowania szumów winyli, co czyniło z nich element rytmiczny. Zagrał noisowo, momentami harcząco, dźwięki skwierczały niczym u ErikaM. Dodatkowo wplatał w to bity, czy również rytmy z muzyki elektronicznej wprost z winyli, czasem też coś jazzowego. Jego występ, jestem prawie pewien, nie miał się tak szybko zakończyć, był w nim zamysł, którego nie zdążył zrealizować, ale raz chyba nie opacznie machnął ręką i kilka wajch poszło do góry na mikserze dając niespodziewany hałas, by zatuszować tą omyłkę podniósł wszystko na maksa i zaraz ukrócił. I tu mógł być bis, sam artysta chyba miał chęć, ale cóż…
Na koniec super trio: Piotrowicz (gitara, syntezator), Schmickler (laptop) i Marhaug (elektronika), wtedy obawy, że Norweg raczej nie dotrze, zostały potwierdzone. Zagrał więc duet, który niespecjalnie mnie poruszył, może był to już pewien przesyt, ale tym razem powolne budowanie, szumy, wysokie stężenie dźwięków jakoś do mnie nie przemówiły. Poza tym odniosłem wrażenie, że był to duet nierówny, w którym Piotrowicz zdominował Niemca. Długością występ wpisał się w tendencje tego dnia do niedopowiedzenia.
Co tu dużo mówić, kto nie był ten trąba. Na MG trzeba jeździć, gdyż to jedyna w Polsce okazja, by poczuć na taką skalę mocny puls muzyki improwizowanej na światowym poziomie. W dodatku w tylu rozmaitych postaciach, które udowadniają nieustannie, że nie ma jednej, tej właśnie, słusznej drogi grania, a by znaleźć to co odpowiada nam najbardziej trzeba próbować wszystkiego. Jeśli dodamy do tego świetne przygotowanie (choć niektóre przerwy dłużyły się niemiłosiernie), miłą atmosferę i możliwość zakupu płyt raczej w Polsce niedostępnych, to pozostaje tylko powiedzieć: do zobaczenia za rok.
[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]
6/02/2016
Musica Genera Festival 2006
5/18/2016
Gultskra Artikler - Kasha iz topora
Siódme wydawnictwo (z których większość prezentowały net-labele) jest pierwszym pełnowymiarowym krążkiem w dorobku Gultskra Artikler – obecnie jednoosobowego projektu Aleksieja Dewianina. Na trwający 68 minut album składa się 18 utworów, z których ostatni to remake kawałka Arriala, ale trudno byłoby się tego domyśleć.
Po spojrzeniu na okładkę i zagłębieniu się w książeczkę (rewelacyjne, odjechane kolaże autorstwa Erika Skodvina – szefa Miasmah Recordings) miałem pewne skojarzenia ze Sparrow Juice The Moglass. Kolejnym podobieństwem jest użycie nagrań terenowych, Dewianin też stosuje je jako łączniki między utworami, choć nie zawsze. Skrzypnięcia, kroki, stuknięcia, a czasem nieidentyfikowalne szumy są często obecne. Oprócz tego deszcz, ptaki, urywki audycji radiowych. W krainie Gultskra Artikler zbieractwo nadal jest cenioną umiejętnością – zbieractwo dźwiękowe: pojawi się zsamplowana perkusja, pianinko, wibrafon, arabskie bębenki i piszczałka. Choć Kasha iz topora nie jest tak eteryczna, stelażem są dwa instrumenty: gitara i wiolonczela (gra Ilya Rubinstein), jak wydawnictwa dla Autoplate, to Dewianin wciąż umie wymyślić, stworzyć, złożyć muzykę, która raczej krąży, a nie jest obecna.
Dobrym przykładem jest dziesiąty na płycie „Medicinski Rabotnik” – wiolonczela boryka się z niepokojącym, nasilającym się szumem (wieje? nadciąga burza?), instrument istnieje gdzieś w tle, zanika, ale chyba jest, z dźwięków natury powoli wyłania się coś jakby znajomego. Po chwili okazuje się, że to fortepian, ale brzmienia dobywane są bezpośrednio z jego wnętrza. W ten sposób przechodzimy do następnego utworu, a w kolejnym powróci wiolonczela. Pomiędzy dziesiątym a czternastym trackiem rozciąga się nieco mroczniejsza, niepokojąca, strefa. Co prawda w zamykającym ją „Krovinka moya” smyczkowemu pejzażowi towarzyszy anielski zaśpiew (na wokalu Cristin Evensen Giaever), ale właśnie wieńczą go nagrania terenowe. W kolejnym utworze wraca (nieobecna w tej strefie) gitara – tutaj zdekonstruowana. Gdy za chwilę pojawia się normalna gra, stwierdzam zwykle, że za bardzo za nią nie tęskniłem.
Gultskra Artikler nagrał ciekawy, bogaty w różnorodne brzmienia, dopracowany album, zróżnicowany ale spójny, spokojnie snujący się, ale nie nudny. Może nie jest to już „radical siberian avantgarde”, ale wciąż muzyka, której warto słuchać.
[recenzja pierwotnie opublikowana w 2007 na nowamuzyka.pl]
4/06/2016
2016 na żywo
15.01 - Gamut inc. - Centrum Amarant
17.01 - Improvizuum - Centrum Amarant
23.01 - Fenómeno - Centrum Amarant
29.01-07.02 - CTM 2016
11.02 - Low808 - Groove Bar, Praga
16.02 - Kolektiv - Cafe Fra, Praga
19.02 - Gordoa / Hein - Galerie Školská 28
20.02 - Counterpoint Showcase #1 - Klub FAMU
26.02 - Anla Courtis - Centrum Amarant
2-3.03 - Dni Muzyki Polskiej - Aula Nova
05.03 - Piotr Dąbrowski/Barbara Wilińska - Centrum Amarant
08.03 - Max Eilbacher, Die Reihe - Centrum Amarant
13.03 - "Sonoformy" Danka Milewska - Centrum Amarant
14-21.03 - Poznańska Wiosna Muzyczna
19.03 - sleepin'3: boreddreamzone - Kisielice
3/18/2016
oglądając współczesność (wpatrywanie cz. 17)
Na koniec stycznia chciałem zrobić wpis "styczeń miesiącem nowych filmów", ale internet w polskim busie słabo działał. Mijają kolejne miesiące, a nadal nie mogę narzekać na brak świeżych obrazów. Zaczęło się zresztą w grudniu, gdy zostałem wybrany do Scope 100 i dzięki temu mogłem obejrzeć przedpremierowo dziesięć obrazów. Z nich grono stu osób wybierało głosując jeden, który wejdzie do dystrybucji. Cieszę się niezmiernie, że wygrał mój faworyt, czyli Abluka Emina Alpera. O tym filmie jeszcze napiszę, bo będę go oglądał ponownie i czeka też na mnie poprzednie dokonanie reżysera, więc tymczasem tylko trailer.
Z tej dziesiątki bardzo przypadł mi do gustu Las altas presiones Ángela Santosa. Film bez porywów, cichy, wycofany, ale na swój sposób silny. Jak jego bohater, który świadomie stara się trzymać świat na dystans: opuszcza imprezę i wychodzi do pokoju, siedzi sam, gdy inni tańczą, filmuje, słyszy kłótnie przez szybę i nie reaguje. Ale czuć wiatr zmian, który choć nie jest porywisty, to działa i popycha go do tego by zrobić coś i coś zrobić sobie, może też skaleczyć się zakochaniem, albo nawet związkiem. Warto przeczytać wywiad z reżyserem, w którym pada trafne określenie existential romanticism.
Podobał mi się też Peur de rien Danielle Arbid. Podczas oglądania zastanawiałem się, czy taki film nakręciłby Eric Rohmer, gdyby żył? Możliwe, że nie, bo jednak dzieło _jest chyba zbyt "zaangażowane" jak na standardy autora "Zielonego promienia". Ale z drugiej strony, może współczesny i jego skłoniłby to tak zdecydowanej wypowiedzi? Tak czy inaczej, oprócz fascynacji energią młodości, Rohmerowskie wydało mi się samo podejście do bohaterki i atmosfera. Mimo problemów, które oglądamy na ekranie, całość tchnie lekkością i swobodą, a Lina przykuwa uwagę, wręcz magnetyzuje, natychmiastowo zdobywa sympatię widza, który przejmuje się jej losami i kibicuje w pokonywaniu trudności.
Udany był też z pewnością Chevalier Tsangari, choć spodziewałem się może nawet więcej po tej autorce. Ciekawie byłoby go zestawić z Jak żyć Łozińskiego. Ten film również wejdzie do kin i to akurat tego samego dnia co Abluka (na szczęście jako Blokada, a nie jakiś Szał, w który opakowano go w światowej dystrybucji) - 24 czerwca.
Zaintrygował mnie Évolution Hadzihalilovic, ale to jeden z takich filmów, które wiele tracą oglądane nie w kinie. Na ekranie laptopa trudno było wyłapać całą tę niebywałą dbałość o stronę wizualną, a też sporo atmosfery uleciało przy okazji.
Bezpośrednio po seansie Mediterranea Jonasa Carpignano byłem nieco zawiedziony, stwierdziłem "cóż, nie mój typ kina". Ale potem jakoś wracałem do tego filmu myślami i coraz bardziej go doceniałem. Fabuła jest nieszablonowa, historia dobrze opowiedziana, postacie wielowymiarowe, co podkreśla jeszcze solidna gra aktorska. Największą zaletą jest sama opowieść, która rozwija się w nieoczywisty sposób. Tym lepiej się ją odbiera bo reżyser powstrzymał się od nachalnego komentowania i dopowiadania, co z racji tematu mogło być niemałą pokusą.
El apóstata Federico Veiroja to co najwyżej średniej jakości film, a gdyby go rozpatrywać jako komedię, to nawet mniej niż przeciętny. Powierzchowny, stroniący od zagłębiania się w stelaż problemów, na którym rozciąga swoją wątłą fabułę. Bohater jest zupełnie nie interesujący, w ogóle nie przejmowały mnie jego perypetie, mimo że czasem przedstawiano je dramatycznie. Może to właśnie miał być aspekt komiczny - jeśli tak, to do mnie nie trafił. Obraz zyskuje, jeśli go zestawić z La prima Angélica, ale to przecież nie jego zasługa. Ostatnia scena chyba nawiązuje do końcówki 400 batów.
Zawiódł mnie też Tjuvheder Petera Grönlunda, ale tutaj wpływ mogło mieć także to, że streaming regularnie się zacinał. Zwłaszcza dotkliwe było w dramatycznym finale. Jedynie tam też wykorzystano muzykę jakoś nieszablonowo i faktycznie dodało to jakiś kolejny wymiar, ale poza tym drażniło sztampowe wypełnianie nią obrazów. I trudno określić to jako thriller.
Nie zapadł w pamięć Much Loved Nabil Ayouch, historia niby przejmująca, ale jakoś po mnie spłynęła. Podobnie z Trois souvenirs de ma jeunesse Desplechina, ale tutaj powstrzymam się od ferowania wyroków bo sporo przysypiałem.
Propozycje scope'owe przeplatałem sobie z tymi z nowohoryzontowego objazdu. Po Miguelu Gomesie też spodziewam się zawsze więcej (niż poprzednio i niż po innych), no i As mil e uma noites właśnie to daje. Potężny powiew świeżości i solidna dawka, jednak, nadziei. Każdy pretekst jest dobry, żeby przypomnieć o tym wywiadzie, w którym Gomes odwołuje się do Rivette'a.
Z zaskoczenia wziął mnie Lucifer van den Berghe, który też okazał się rewelacją jedyną w swoim rodzaju. Eksperymentowanie - tak, ale uzasadnione i przemyślane.
Poruszył mnie do żywego Pasolini Ferrary, bardziej niż za sprawą zakończenia (które znałem) wypowiedziami bohatera podczas wywiadu.
Udany był też La obra del siglo Carlosa Quinteli.
Do tego dochodzą filmy z regularnej dystrybucji: strzał znikąd, ale bardzo celny - Tangerine Sean Baker, szarże nieskrępowanej wyobraźni w Le tout nouveau testament van Dormaela i Córkach dancingu Agnieszki Smoczyńskiej (rewelacja na tak wielu poziomach!). Anomalisa Johnsona i Kaufmana aż tak mnie nie porwała, ale doceniam. Podobnie jak Saul fia László Nemes.
Warto też wspomnieć o złapanych w telewizji Durak Jurij Bykow (dojmujący jak Lewiatan) i Mr. Turner Leigh - dobrze wiedzieć, że trzyma poziom.
Sprawdziłem też trzy filmy z takiego festiwalu. Dernière Porte au sud Sachy Feinera tu można obejrzeć, a Le repas dominical Céline Devaux, pokazywany w Cannes, znajdziecie tu - oba z różnych względów warto. Jak wam się trafi, to można Cinéast(e)s Mathieu Bussona i Julie Gayet, gdzie między innymi Valeria Bruni Tedeschi, Julie Delpy i Mia Hansen-Løve, a najciekawsze rzeczy mówi Agnes Varda.
Oczywiście oprócz oglądania nowych filmów miło też przypomnieć sobie starsze: Safety Last!, Jeanne Dielman, Ma nuit chez Maud, Cría Cuervos, Paris, Texas. No i nadrobić zaległości takie jak: Zbrodniarz i panna, Żegnaj, moja konkubino, New York, New York, Rejs (tak, tak, dopiero teraz!).
W tym miejscu mógłbym przejść do seansów lutowych i korzyści jakie przynosi posiadanie konta na tej platformie, ale wpis jest już na tyle długi, że o tym następnym razem.
1/28/2016
Baaba w Kukabarze, 02.06.2006
Koniec z „rozumiejącym krytykiem”, ze współodczuwaniem i innymi hermeneutycznymi wymysłami. Ależ to był bezsensowny koncert. Po pierwsze, 2.5-godzinne opóźnienie. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć godzinę, która stała się chyba dla Kukabary standardową obsuwą. Ale oczekiwanie na koncert Baaby tyle czasu to już nie jest nawet lekka przesada. W cywilizowanym świecie ktoś ze sceny bąka jakieś „przepraszamy, opóźnienie” i temu podobne. A tu nic, siedzimy, leci nowe Meritum, niezbyt wiadomo, czy jest jakiś powód tego oczekiwania, czy coś ma jeszcze dojechać. To zakrawa na lekceważenie i nie chodzi mi o napuszone unoszenie się honorem, ale o zachowanie jakiś elementarnych zasad szacunku wobec odbiorcy.
Pierwsze ruchy na scenie zapowiadały jakiś kabaret, leciały kawałki na modłę lat 80. a potem nawet Tede z DJ 600V...Nie wiem, ale może też czasem czujecie się, jakbyście byli jedynymi, którzy nie zrozumieli dowcipu. Ktoś opowiada i opowiada, nagle chwila ciszy i gdy chce się aż zapytać „no ale, co było dalej?”, reszta wybucha śmiechem. Podobnie czułem się nie tylko podczas tego „live actu” kiedy Mazolewski i Moretti dorzucali się do puszczanych z laptopa piosenek, ale przez większość koncertu. Kwartet w składzie Weber (gitara, elektronika), Mazolewski (bas), Moretti (perkusja) i Duda (saksofony, flet) z początku zaczął grać w jakiejś manierze koncertu życzeń, gdzie wszystko jest ładne i elegancko podane. Tematy niby chwytliwe, ale w pewien sposób aż obślizgłe przez to wdzięczenie się. Jednak publika już była w niebo zabrana, a muzycy poszli głębiej tylko w tym sensie, że grali głośniej.
To mi chyba najbardziej przeszkadzało – brak selekcji brzmienia, granie do oporu: rzężenie gitary, buczenie basu, obstukiwanie talerzy. Dźwięków było dużo, może dzięki temu udało się zasłonić pewne braki inwencji. Bo pół biedy, kiedy grany był zgrabny temat (w ogóle to brawa dla Dudy za piękne frazy, które spajały całość, w moim odczuciu to on uratował ten koncert) wtedy to jeszcze jakoś leciało. Ale kiedy temat miał zostać jakoś rozwinięty, to robiło się słabo, momentami wręcz żenująco. No ale skoro muzyków to nie żenowało, to mnie tym bardziej. Ich głównym pomysłem na rozwinięcia był zgiełk, ale zgiełk też trzeba umieć robić. W najlepszych momentach brzmiało to jak HiM tylko, że przeładowany, wypchany odpadkami znalezionymi wokół.
Na koncercie zagrane zostały utwory tylko z nowego albumu „Poope Musique”, a szkoda bo chciałbym posłuchać, jak zespół obecnie odnosi się do materiału z okresu „Con Gas”. Koncert trwał nieco ponad godzinę i gdy muzycy powiedzieli, że grają ostatni kawałek, który będzie zarazem bisem, publiczność niby nieco się zmartwiła, ale po zakończeniu tego utworu, jakoś nie domagała się powrotu Baaby na scenę. Dziwne, podczas występu można było odnieść wrażenie, że wszystkim się bardzo podoba.
[relacja napisana wkrótce po, opublikowana pierwotnie na Nowamuzyka.pl]
1/18/2016
8rolek - ptak mechaniczny ep
Czasem bywa tak, że dużo można sie dowiedzieć na temat płyty już
z jej tytułu."ptak mechaniczny ep" to właśnie taki przypadek. Epka a więc względnie krótki czas trwania, tutaj nieco ponad 28 minut. I w żadnym wypadku nie jest to „tylko”, przy takim
natężeniu emocji, jakie niesie ta muzyka, jest to właśnie dokładnie tyle, ile trzeba. Precyzja w konstrukcji albumu objawia się w każdym elemencie, nie tylko w jego długości. A co z owym
niepokojącym tworem - mechanicznym ptakiem? Bartek Kujawski (aka 8rolek) nie używa ideologicznych chwytów w stylu człowiek a natura, czy inne tego typu patenty, które często według artystów ciągną muzykę (i mają ratować płytę, gdy sama w sobie jest niespecjalna). Po prostu autor w kilku kompozycjach wykorzystał odgłosy ptaków tak, że spójnie włączył je w tkankę własnej twórczości. Zresztą, kto wie - może wytrawniejsi ornitolodzy odnaleźliby je wszędzie, może w reszcie utworów są jeszcze bardziej przetworzone.
Ale mniejsza o to, znajomość stanu faktycznego nie jest potrzebna, by omawiana płytka doświadczyła nas w pełni. Kujawski prezentuje nam dzieło wielowarstwowe, z którego bije chłodem, ale fascynującym, przyciągającym. Pojawiają się nieregularne struktury rytmiczne, które w trakcie rozmywają się w szumach, piskach, chrobotach. Może okazać się, że to właśnie jakiś na początku niepozorny dźwięk nada ton całej kompozycji. Po głowie chodzi mi metafora wykluwania się, z płyty często atakują nas takie dźwięki, jakby dopiero powstałe, nie w pełni ukształtowane. Ale tak też jest chyba z całym materiałem – tworzy się on na nowo z każdym przesłuchaniem, gdyż percepcja nasza nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego naraz. Za każdym spotkaniem dostrzeżemy (uszami) nową grę jakiejś pary lub grupy dźwięków z innymi.
Jednocześnie, co ważne, nie jest to muzyka intelektualna, nad którą trzeba niejako "przysiąść" i starać się ją rozgryźć. Ta muzyka nie rzuca wyzwań - jest i czeka na słuchacza. Album do poznawania, nie do poznania.
Z perspektywy czasu (płyta wyszła w 2001) mogę śmiało stwierdzić, że jest to jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich lat w Polsce, a i w skali globu nie musielibyśmy się go specjalnie wstydzić. Można się dopatrzyć pewnych inspiracji (np. Autechre), ale nie rażą one wcale, gdyż są przefiltrowane przez wyjątkową, indywidualną wrażliwość Kujawskiego.
[recenzja opublikowana w 2005 na Nowamuzyka.pl]
10/21/2015
Unsound 2012: The End
[tekst pierwotnie ukazał się w magazynie "Fragile", publikuję go tu za zgodą redakcji]
Hasłem przewodnim „The End” Unsound chciał na pewno wprowadzić niepokój, może nawet niepewność. Gdzieś między wierszami czaiła się sugestia, że może to być koniec festiwalu w tej formule. Być może jakieś zmiany i redefinicja założeń przydałyby się tej, mającej już przecież dziesięć lat, inicjatywie. To jednak, jak również, liczne reakcje, a nawet pewne zamieszanie, jakie ta edycja spowodowała w środowisku polskiej krytyki muzycznej, są tematami na osobny artykuł. Tutaj nie zamierzam budować żadnej wielkiej narracji (także dlatego, że nie byłem na całym festiwalu), wolę skupić się na poszczególnych koncertach.
Jednym z wydarzeń, które najbardziej zapadło mi w pamięć był występ brytyjskiego duetu Raime, który grał materiał z albumu mającego się niedługo ukazać nakładem Blackest Ever Black. Był to chyba jeden z najlepiej nagłośnionych koncertów na festiwalu. W zasadzie na granicy przesady, ale dzięki temu dźwięk wypełniał całą przestrzeń Muzeum Inżynierii Miejskiej i niskie częstotliwości niesamowicie oddziaływały. Muzyka Raime, mroczna, powolna, zawiesista, osaczająca, nie jest najłatwiejsza w odbiorze, może więc dobrze, że duet zdecydował się zagrać krótko i pozostawić niedosyt. Utworom towarzyszyły specjalnie przygotowane wizualizacje, które na szczęście nie starały się ich dopowiadać czy ukonkretniać. Innym przedstawicielem B.E.B. był Black Rain, którego koncert w dancingu Feniks nie był zbyt porywający. Ciekawiej zrobiło się gdy na koniec dołączył do niego Kotra, wtedy zbliżyli się do klimatów kojarzących się nieco z Pan Sonic. Przytłaczająca złotem i czerwienią sala Feniksa w ciekawy sposób korespondowała z muzyką Helm, który z kolei był jednym z członków reprezentacji wytwórni PAN Act. Bardzo dobrze wypadł wydający tam NHK'Koyxeи (najnowsze wcielenie Kouheia Matsunagi) ze swoim futurystycznym, czasem aż groteskowo energetycznym brzmieniem. Szczególnie, że zagrał po Bass Clefie – potencjalna obecność tego materiału w katalogu PAN jest dla mnie czymś niezrozumiałym.
Festiwalowi należą się brawa za wyszukiwanie nieoczywistych przestrzeni dla różnych wydarzeń. Choć oczywiście samo miejsce nie jest w stanie uratować słabej muzyki, czego przykładem koncerty Andy’ego Votela i Innercity Ensemble w Kasynie Oficerskim. Odkryciem tej edycji był bez wątpienia Hotel Forum, który niejednej osobie przywoływał na myśl Lśnienie. Odbyły się tam dwie weekendowe imprezy, podczas których na trzech scenach zaprezentowano niezwykle szeroko rozumianą muzykę taneczną, czy też po prostu wykorzystującą bit. Tu premierę miał jedyny z projektów zainicjowanych przez Unsound, który naprawdę mnie interesował – Interplanetary Prophets, czyli współpraca Hieroglyphic Being i Itala. Efektem tego spotkania była muzyka faktycznie rozgrywającą się między różnymi stylistycznymi planetami, bez problemów wypadająca z ich orbit. Całość udowodniła, że rytm nie musi być ograniczeniem, ale inspiracją do nieskrępowanych poszukiwań. O ile przed tym występem nieco obawiałem się, co z niego wyjdzie, to o set Shackletona byłem spokojny. I słusznie, autor jednego z najlepszych tegorocznych albumów konsekwentnie rozwija swój własny kosmos dźwiękowy, przy czym nie przestaje zaskakiwać. Nie zawiedli też Traxman i MikeQ, serwując potężne zastrzyki energii i przynosząc tak potrzebny ożywczy powiew zza Oceanu. Do rozczarowań zaliczyłbym Fatimę Al Qadiri – może spodziewałem się za dużo, oczekiwałem takiego szaleństwa jak u Traxmana. Nguzunguzu też zagrali dość bezbarwnie, choć i tak lepiej niż Oneman, którego selekcja była do bólu przyjemna i pod publiczkę. Nie przekonała mnie też koncertowa wersja projektu Mala In Cuba, czyli spotkania angielskiego producenta dubstepowego i kubańskich instrumentalistów. Te dwie planety pozostały od siebie odległe, w dodatku występ był niezbyt dobrze nagłośniony. W Forum czekały mnie też niespodzianki, jak choćby Metasplice, którego działalność mam zamiar uważnie śledzić, by przekonać się, czy faktycznie jest mroczniejszą alternatywą dla Containera. Zaskoczeniem nie był sam występ Gathaspara, raczej fakt, że jego nieoczywiste dub-techno wciągnęło tyle osób.
Wiele koncertów odbywało się jak zwykle w Muzeum Manggha, na pewno trzeba wspomnieć o występie Fushitsushy, który był wydarzeniem choćby z tego względu, że była to pierwsza wizyta Keiji Haino w naszym kraju. Noise-rock, nieposkromiony wokal, głośność i czas trwania (ostatecznie, jak twierdzą ci, którzy wytrwali, około dwóch godzin) sprawiły, że była to rzecz dla zaprawionych w boju. A we znaki mogły się dać już poprzedzające Japończyków koncerty: Kevina Drumma i Vatican Shadow. Ten pierwszy pokazał, że dużego natężenia dźwięku można używać sensownie, a ten drugi, że niezbyt go to obchodzi. Świetnie wypadła Piętnastka (na żywo duet: Piotr Kurek i Hubert Zemler), która przyćmiła zagranicznych gości grających następnie: nudne i nijakie Ducktails oraz kiczowate Teengirl Fantasy. Wyczekiwałem z nadzieją występu Vessel, którego płyta mocno mnie zaintrygowała, jednak na żywo postawił on na syntetyczną ckliwość, a wątki dubowe, na albumie przepracowane, często przenicowane, tutaj zostały podane na tacy.
