1/28/2016

Baaba w Kukabarze, 02.06.2006

Koniec z „rozumiejącym krytykiem”, ze współodczuwaniem i innymi hermeneutycznymi wymysłami. Ależ to był bezsensowny koncert. Po pierwsze, 2.5-godzinne opóźnienie. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć godzinę, która stała się chyba dla Kukabary standardową obsuwą. Ale oczekiwanie na koncert Baaby tyle czasu to już nie jest nawet lekka przesada. W cywilizowanym świecie ktoś ze sceny bąka jakieś „przepraszamy, opóźnienie” i temu podobne. A tu nic, siedzimy, leci nowe Meritum, niezbyt wiadomo, czy jest jakiś powód tego oczekiwania, czy coś ma jeszcze dojechać. To zakrawa na lekceważenie i nie chodzi mi o napuszone unoszenie się honorem, ale o zachowanie jakiś elementarnych zasad szacunku wobec odbiorcy.
Pierwsze ruchy na scenie zapowiadały jakiś kabaret, leciały kawałki na modłę lat 80. a potem nawet Tede z DJ 600V...Nie wiem, ale może też czasem czujecie się, jakbyście byli jedynymi, którzy nie zrozumieli dowcipu. Ktoś opowiada i opowiada, nagle chwila ciszy i gdy chce się aż zapytać „no ale, co było dalej?”, reszta wybucha śmiechem. Podobnie czułem się nie tylko podczas tego „live actu” kiedy Mazolewski i Moretti dorzucali się do puszczanych z laptopa piosenek, ale przez większość koncertu. Kwartet w składzie Weber (gitara, elektronika), Mazolewski (bas), Moretti (perkusja) i Duda (saksofony, flet) z początku zaczął grać w jakiejś manierze koncertu życzeń, gdzie wszystko jest ładne i elegancko podane. Tematy niby chwytliwe, ale w pewien sposób aż obślizgłe przez to wdzięczenie się. Jednak publika już była w niebo zabrana, a muzycy poszli głębiej tylko w tym sensie, że grali głośniej.
To mi chyba najbardziej przeszkadzało – brak selekcji brzmienia, granie do oporu: rzężenie gitary, buczenie basu, obstukiwanie talerzy. Dźwięków było dużo, może dzięki temu udało się zasłonić pewne braki inwencji. Bo pół biedy, kiedy grany był zgrabny temat (w ogóle to brawa dla Dudy za piękne frazy, które spajały całość, w moim odczuciu to on uratował ten koncert) wtedy to jeszcze jakoś leciało. Ale kiedy temat miał zostać jakoś rozwinięty, to robiło się słabo, momentami wręcz żenująco. No ale skoro muzyków to nie żenowało, to mnie tym bardziej. Ich głównym pomysłem na rozwinięcia był zgiełk, ale zgiełk też trzeba umieć robić. W najlepszych momentach brzmiało to jak HiM tylko, że przeładowany, wypchany odpadkami znalezionymi wokół.
Na koncercie zagrane zostały utwory tylko z nowego albumu „Poope Musique”, a szkoda bo chciałbym posłuchać, jak zespół obecnie odnosi się do materiału z okresu „Con Gas”. Koncert trwał nieco ponad godzinę i gdy muzycy powiedzieli, że grają ostatni kawałek, który będzie zarazem bisem, publiczność niby nieco się zmartwiła, ale po zakończeniu tego utworu, jakoś nie domagała się powrotu Baaby na scenę. Dziwne, podczas występu można było odnieść wrażenie, że wszystkim się bardzo podoba.

[relacja napisana wkrótce po, opublikowana pierwotnie na Nowamuzyka.pl]

Brak komentarzy: