Tak w tłumaczeniu brzmi tytuł dokumentu, który oglądałem dziś przed południem na arte. Dotyczył on sound designu, czyli hm, projektowania dźwięków? dźwiękowego? Tutaj może raczej to pierwsze, bo rzecz była m.in. o badaniu brzmienia chrupania płatków śniadaniowych, o wrażeniach, jakie wywołują rozmaite rodzaje zakrętek, zamknięć w perfumach i kosmetykach. Jak się domyślam (bo francuskiego raczej nie rozumiem) o wpływie na konsumenta aspektu dźwiękowego w produkcie. Przez moment wypowiadało się dwóch panów z IRCAMU. Generalnie polecam, choć nie wiem, jak arte powtarza programy.
W filmie przykładami były też fragmenty z Jacquesa Tati (oczywiście/brawo), co mi przypomniało, że gdzieś na dysku mam artykuł o dźwiękach w jego filmach, który powinienem dokładniej przeczytać.
Wiedziałem, że w szkole będę miał trochę pustego czasu więc oprócz Pierścieni Saturna (duże och) wziąłem też discmana.
Zacząłem od This Past Spring czyli rejestracji koncertu basisty Darina Gray'a i gitarzysty Lorena (MazzaCane) Connorsa. Znam wiele płyt tego drugiego, chyba mogę się określić jako jego fan, bo większość bardzo lubię, a te które podobają mi się mniej, zmuszony określiłbym jako "niezłe". Nie wiem, czy ten album jest jakoś szczególnie dobry, ale na pewno podoba mi się (tak, jestem fanem). Gdy po kilku minutach myślałem, że kurcze, tak trochę za ładnie, za łatwo to idzie, to wtedy Connors wszedł głośno i masywnie.
Porą oferującą odpowiednią aurę dla jego twórczości i też przez tą muzykę jakoś przywoływaną jest noc (i nie zawsze cicha, spokojna, odludna, bo np. ten trochę jazgotliwy fragment kojarzy mi się z mrugającymi neonami). Ale dziś krajobraz dzienny też się sprawdził jako wizualizacja tej muzyki: szaro-białe niebo, widoki za szybą przefiltrowane przez krople deszczu na niej.
Na osobny raz zostawiam sobie zasługujący na atencję wygląd płyt Connorsa wydawanych przez Family Vineyard.
(a tutaj ścieżka trzecia)
Potem do discmana powędrował krążek z Nostalgie in den Objekten autorstwa Urinatorium (aka Hubert Wińczyk). Wydawnictwo to jest dostępne legalnie w sieci jednak tak wyszło, że (jak dowcipnie autor zanotował wewnątrz okładki) "w dużym internecie są pliki małej jakości", więc na razie nie będę linkował. Tak, mp3 są fajne, ale do pewnej granicy, a 64kbps znajdują się już chyba za nią.
Oczywiście znam dobrze Huberta, mamy też wspólny projekt dźwiękowy, więc jestem absolutnie nieobiektywny, jednak pozwolę sobie na wyrażenie opinii, że jest dobra i warta uwagi płyta. Miałem ciekawe przeżycie podczas słuchania pierwszego utworu, gdzie użyty jest mocny pogłos, a siedziałem w dużym pomieszczeniu i to była odwrotność takiej izolacji, kreowania osobistego świata dźwiękowego przez słuchawki, jak mamy zwykle. Bo dźwięki niesione takim właśnie pogłosem mogły powstać w tym pomieszczeniu, pasowały do jego świata dźwiękowego, wobec czego oba się nałożyły, czy też wymieniły właściwościami. Jedna rzecz, która momentami mi przeszkadzała, to że utwory trzymają się często formuły powtarzania długo jakiegoś loopu. Czasem byłoby ciekawiej, gdyby coś tą loopowatość naruszyło i nie chodzi mi o jakiś odciągający uwagę kolorowy fajerwerk nadlatujący skądinąd, ale może żeby z samego tego fragmentu coś wyszło, wyłamało się, wykruszyło. Niemniej, to właśnie ta powtarzalność świetnie robi zamykającemu płytę utworowi, który ma bardzo przyjemne doły, trochę jakby powolne, szurające smyczkowanie wiolonczeli.
Czytałem Sebalda, który jest pochłaniający, ale czasem wymaga tyle uwagi, że nie można sobie pozwolić na myślenie o czymkolwiek niezwiązanym z książką. Musiałem więc przerwać, bo rozważałem pomysł, który przyszedł mi kilka dni temu do głowy: założenia kolejnego nikomu niepotrzebnego bloga. Jako że wymyśliłem w końcu dla niego nazwę, sprawa wydaje się przesądzona.
Potem zacząłem For Hugh Davies z udziałem Adama Bohmana, Marka Wastella i Lee Pattersona, który przez różne odgłosy przedmiotów, takie skrobiące, lekkie uderzenia, wydawał się kontynuacją wątków z Nostalgie....
Aaa, dziś Audiosfera o tegorocznej Generze, o której już wszystko wiadomo.
6/03/2009
Imperium dźwięków
5/30/2009
Pure pleasure seeker
Muzyczne wczoraj: najpierw do Estrady na The Rempis Percussion Quartet, który prowadził Dave Rempis saksofonista dobrze znany poznańskiej bla bla bla. Oprócz niego dwójka perkusistów: Tim Daisy, Frank Rosaly oraz kontrabasista Ingebrigt Håker-Flaten. Trochę się spóźniłem i jak wszedłem to trwała już *ostra jazda*. Dużo tego było a pomysłodawca zespołu dominował, jak dla mnie niestety, bo niewiele było ciekawego w jego graniu. Ani jakiś nietypowych dźwięków, wszystko raczej z podstawowej karty dań, ani też naprawdę mocnej energii, mięcha a'la Brötzmann. Jednak kiedy Rempis się zmęczył, to zostawiał pole pozostałym, co pozwalało nam poczuć aromat bardziej wyszukanych potraw. Choć i tak na lizaniu lizaka przez szybę zwykle się kończyło. Był jeden wyjątkowy moment, który otworzył najlepszy fragment koncertu, gdy kończyła się dynamiczna partia, a Flaten na tle cichnących perkusji zaczął bardzo powoli przeciągać smyczkiem po strunach. Był to bardzo mroczny i głęboki odgłos, ale też zafascynowało mnie to, że po takim przeładowaniu informacjami, gęstym graniu całej czwórki, nagle jest tylko ten dźwięk, on jest jakby całą rzeczywistością, jedynym przekazem płynącym ze sceny i można się na nim skupić, w pełni go chłonąć. Albo, z drugiej strony patrząc, trzeba sobie z tym poradzić, przestawić swoją percepcję, przystosować się, albo pomyśleć sobie, że "ech, siadło".
Jeśli chodzi o perkusistów to Daisy miał fajne brzmienie bębnów, a też stosował różne metalowe krążki, małe talerze. Rosaly jakby przestawił się na bycie "rytmiczne", cały chodził, kiedy nie grał to też ruszał rękoma, jakby wypróbowywał na sucho pomysły, które przychodziły mu do głowy. Było kilka ciekawych momentów nieszablonowej wymiany dźwięków tylko między nimi dwoma.
Nie wiem, czy udało się ich wyklaskać na drugi bis, bo już wtedy poszedłem do szatni. Nie żebym się spieszył bardzo, ale już wystarczyło.
No i słusznie, bo do Inner Spaces nie trzeba było się spieszyć, co prawda godzina plakatowa to 21-sza, ale czy ktoś się tym kierował? Niewiele osób raczej, bo gdy z Rozpadlinem weszliśmy, pewnie około 22:30, to w obu salach były pustki.
Ale zanim o tym - warto odnotować fakt, że Inner Spaces powraca (dochód z imprezy przeznaczony na remont), że znów coś się tu dzieje. Oczywiście wczoraj to było bardziej, że "coś" właśnie, że zobaczymy, co się dzieje. Natomiast dłużej zastanowię się, kiedy będę miał tam kolejny raz się wybrać, bo "jak" będzie ważniejsze, oby też dla grających i organizatorów.
Na dubstepforum już pojawiły się głosy, że zajebiście i w ogóle, tak więc zaczynam zastanawiać się, czy ja być może zbyt wiele wymagam. Aczkolwiek nie tylko ja zgłaszałem pewne zastrzeżenia.
Dobra, powracam do sal, w których pustki - w tej po prawej techno, po lewej dubby. Niech będzie lewa, choć bardzo ciekawe efekty przynosi też stanie pośrodku korytarza, gdzie mieszają się brzmienia z obu. No ale, ktoś puszcza te duby, hajleselasjiaj, spoko spoko, tylko czemu tak bez sensu dociska niskie częstotliwości. Wkurza mnie to, a były momenty kuriozalne, gdy bas warczy i sunie sobie dołem, a zupełnie osobno, przysłonięty przez niego, gdzieś wysoko unosi się wokal, który brzmi jak z innej bajki. O co chodzi? Czy jeśli coś nie jest wystarczająco fajne, żeby skłonić ludzi do tańca, to po dopakowaniu dołów już będzie? Takie myślenie można wybaczyć kolesiom, którzy w drugiej sali ładowali techno, ale ludzie, którzy zajmują się muzyką, której niskie częstotliwości są ważną (kluczową?) składową, powinni mieć trochę lepiej rozwinięty zmysł w tym temacie. Dzięki temu mogliby spostrzec, że nie zawsze więcej znaczy lepiej, bo czasami może to zupełnie popsuć muzykę. Inna sprawa, że didżeje stali za głośnikami, więc może nie słyszeli dokładnie, jak brzmi to co puszczają?
A w ogóle to fajnie byłoby się dowiedzieć, kto aktualnie gra (dwa rzędy koni dla tego, kto jest w stanie rozjaśnić te kwestie), jeśli nie dało się rozpiski zrobić, to można było jakoś vidżeja wykorzystać, żeby wplótł w wizualizacje ksywki grających. Nie mówiąc o tym, że do pewnego momentu nawet trudno było określić, która sala jest która, bo żadna nie kwalifikowała się do hasła "liveact stage".
Ustaliło się to po krótkiej rozmowie z Top Cutem, który powiedział, że reprezentanci City Inside Art, zmienią tą niezmordowaną parę od techno, czym wlał nadzieję w moje serce.
W tym czasie "bass stage" został odziany w najbardziej znoszone jungle i sprane aż do wyblakłości drum'n'bassy. Etap krążenia między dwoma pomieszczeniami, z którego wniosek, że trudno ocenić, gdzie gorzej. Na szczęście już powoli CIA zaczęło się instalować, towarzyszył im bębniarz (Mustafa?), a wkrótce też basista. Bardzo dobry początek, remiks "Paper Planes" i "Flat Beat" 16bit, gdzieś wmiksowany wokal z Westbama, a potem napięcie opadło. Doszedł kolejny bębniarz, który za dużo grał, w pewnym momencie muzyka puszczana przez didżeja (którym był...?) jakby zniknęła, ale może tak miało być.
Akurat stało się tak, że najciekawiej w obu salach było w tym samym czasie. W "bassowej" ktoś (byłżeby to Grabadub?) zaczął grać ciężkie, nie-jamajskie duby, czy dubstepy, kto ich tam wie, chwilami kojarzące się nawet z Shackletonem. Ale ale, najlepsze w tym było brzmienie, selektywne, czyste, nieprzesadzone, w porównaniu do poprzedników, to grał nawet cicho (było słychać gadanie ludzi), ale mi to zupełnie odpowiadało. W drugiej sali załapałem się na "Where's My Money" w naszym lokalnym remiksie, który wywołuje we mnie mieszane uczucia, przedtem w miks wpadł też "Windowlicker", co razem kazało mi myśleć o graniu ciut pod publiczkę (ale może tak trzeba?). Bębniarzy i basisty już wkrótce nie było, Top Cut czasem się wskreczowywał. Co jeszcze leciało: "Poison Dart", "CCTV", "That's my style" Freqa Nasty'ego, który spowodował gwałtowny odpływ *z parkietu*, coś Jokera. W tej sali było coraz puściej, a w drugiej pełniej i bardziej dubstepowo.
W pewnym momencie coś się musiało popsuć, poluzować, bo zamiast wizualizacji pojawił się błękitny ekran projektora. Wtedy zrobił się naprawdę przyjemny klimat, bo jedynym źródłem światła był telewizor stojący przed didżejami, odwrócony do nich tyłem. Jego poświata przebijała się przez pyło-dymową troposferę i to było najlepszą wizualizacją dla dźwięków. Właśnie, vidżejem była ta sama osoba, co w Eskulapie i ten tego, już mniejszy szacun dla tego pana tym razem, bo miksował w dużej części to samo, co wtedy.
Pozamuzycznie: rozumiem, że miało być raczej mrocznie, niż jasno, raczej surowo, niż wymuskanie i okej, ale jednak trochę więcej świateł na przejścia by się przydało i to nie tych malutkich śmiesznych świeczek, które na wstępie zostały zadeptane przez chodzących. A podobały mi się elementy scenograficzne, które możecie zobaczyć tu, fajnie że ktoś kombinuje w tym kierunku.
5/27/2009
Czytamy słuchając: Kode 9
Na to czekałem! W końcu jest - na stronie Wire opublikowano cały wywiad, który posłużył za bazę dla artykułu, jedyne zastrzeżenie, że jest spisany trochę niechlujnie.
Mniejsza o to, tak ciekawej rozmowy nie czytałem chyba od czasów tej z Burialem. Naprawdę średnio co drugą linijkę mógłbym znaleźć fragment do zacytowania, tak więc polecam lekturę całości.
Tutaj może takie coś, trochę autotematycznie, bo myślę o tym jako o wskazówce, jak pisać o muzyce:
The problem isn’t the concepts. It’s to get away from the idea that the concepts are anathema to experiencing musical intensity. It’s to get away from the clichéd idea that the minute you start conceptualising about music you kill its vibe or energy. Instead of that it’s more that being immersed in music generates its own conceptual tools, immanently. If you immerse yourself in a kind of music, the music will suggest the kind of conceptual tools that are most appropriate for channelling the music into another medium, into discourse. So it’s not that musical intensity is on one plane and the minute you start talking about it it’s like a capture mechanism, it’s more like, what are the most efficient ways of transferring that intensity out of that music and into language. Or even better, intensifying the energy in the music and intensifying it through the way that that energy transfers into language. And that’s what I was getting from Mark [Fischer] and Kodwo [Eshun]. They wrote in such, not just a vivid way… it’s a sonic fiction thing, they were hearing things in the music that were not actually there, but were virtually there. And they were extrapolating them out of the music, hearing the potential sonic worlds that were in the music and then colouring in those sonic worlds, making them explicit … making explicity what’s taken for granted by taking certain combinations of sound and certain combinations of rhythms.
Dobra wiadomość jest taka, że od dawna zapowiadana książka, o której w wywiadzie mowa tutaj, ma wyjść w listopadzie nakładem MIT (update: ech, w grudniu).
Polecanki:
Kode 9 & The Space Ape Memories of the Future (Hyperdub, 2006)
mniej więcej wszystko inne
5/24/2009
Gdzie byłeś? (do ciebie, człowieku)

(Mattin - No Fun Fest 2009, foto: Michael Muniak)
Potraktuję to jako wstęp do wpisu o występach na żywo. To zdjęcie sprawia, że poniekąd słyszę w wyobraźni, co Mattin robi. Więcej obrazków Muniaka z tej imprezy tutaj.
No tak, a ja (na razie) nie dysponuję żadnymi zdjęciami z koncertów, o których poniżej. Nie będą to pełnowymiarowe relacje, ale jednak nie chciałbym, żeby się wszystko osunęło w niepamięć.
W środę Mikrokolektyw (Artur Majewski - trąbka, Kuba Suchar - perkusja) i Jason Ajemian na kontrabasie w Kisielicach. Zaczęło się naprawdę dobrze, myślałem, że to będzie świetny koncert, ale potem było po równi pochyłej - w dół. Co nie znaczy, że było źle. Wydaje mi się, że moim głównym problemem była trąbka, która unosiła się ponad sekcją. Przede wszystkim, bo była za głośno, a po drugie przez swoje brzmienie (często lekki pogłos). Majewski spokojnie wypełnił by salkę Kisielic bez pomocy mikrofonu, ale miał go głównie po to, żeby przepuszczać się przez efekty. Zdarzały mu się nawet fajne pomysły, raz użył tłumika, co z odpowiednim przetworzeniem dało ciekawy dźwięk studzienny z lekkim zabarwieniem kosmicznym. Innym razem, to chyba bez przekształcania, miał takie zmatowione brzmienie, w jednym momencie zdarzyło mu się grać urywane dźwięki. Ale generalnie fruwał ponad masywną, gęstą, sekcją.
Z której o wiele lepiej było słychać perkusję, żeby była jasność: Suchar jest świetnym instrumentalistą, pełnym inwencji, zwłaszcza jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czujnym, słuchającym. Ale gdy granie nabrało już rozpędu, to chwilami jego dźwięków było zbyt dużo jak na to pomieszczenie, czułem się nawet niewygodnie. Nie wiem, czy to on zagłuszał, czy też nie dało się nagłośnić bardziej kontrabasu, ale przez większość czasu u Ajemiana słychać było tylko najwyższe dźwięki, ginęła mięsistość, głębia kontrabasu.
Trio zagrało jeden długi set plus krótki bis, gdzie Ajemian udzielał się wokalnie.
W czwartek nie mogłem być na koncercie Jeffa Gburka i X-NAVI.Et, więc jeśli ktoś dał radę, niech napisze.
W piątek do Berlina, żeby zagrać z Kurortem. Bardzo przyjemny wyjazd, szkoda, że taki krótki. Jako bonus "odkrywanie" nieznanej mi części miasta - Hohenschönhausen. Zaskoczenie - Mies van der Rohe Haus (ach, posłuchać sobie tam Kurtaga, może z widokiem na jeziorko...), a co zabawne, to budynek obok wydawał mi się właśnie cokolwiek w stylu tego twórcy.
Występowaliśmy w Lichtblick-Kino a było to organizowane przez Salon Bruit. Może nie idealne warunki, ale daliśmy radę. Przed nami grał duet Furtur (czyli Fritz Welch i Guido Henneboehl), potem wymieniłem się z Fritzem płytami, on rzucił, że myślą o jesiennym odwiedzeniu Europy na wschód od Berlina z zespołem Peeesseye.
Sobota niemniej bogata w wydarzenia niż czwartek, na szczęście tym razem nie wszystko się nakładało.
Ikue Mori i Zeena Parkins mnie nie zachwyciły mnie, choć może to też wina mojej zniżki formy. Nie umiałbym konkretnie wskazać, co mi się nie podobało. Generalnie całość wydała mi się zbyt jednostajna, choć oczywiście były urozmaicenia, ale odczułem je jako dodane na siłę (złota folia, ekspresyjna partia Parkins na samplerze) i nie przekonały mnie. Dobrze, że Mori czasem szukała też czegoś poza owadzimi dźwiękami na swoim laptopie. Choć to one dominowały, tak jak u Parkins serie powtarzanych motywów na harfie. Wizualizacje chyba nawet mi się podobały - dużo mocnych, psychodelicznych kolorów, czasem owady właśnie, jakiś okrąg.
Potem kakofoNIKT partyzancko w wejściu do pasażu Apollo, akustyczny występ, którego centrum stał się "performer" (tancerz? akrobata? coś w ten deseń...) wydający z siebie zwierzęce dźwięki. Może szkoda, że całość tak wokół niego się skoncentrowała, bo gdy on skończył, ludzie zaczęli klaskać, no i zespół, nawet gdyby nie chciał, to musiał przestać grać. Choć chyba chciał, a to tylko ja sobie myślę, że mogło być dłużej.
Następnie, z pewnym zasiedzeniem w Głośnej Samotności, do Eskulapa na obiecująco ochrzczoną imprezę: WTF? Is dubstep a techno? Odpowiedź na to pytanie nie padła, a ja przez to zasiedzenie przyszedłem dopiero na 2Krazy, który nie przypadł mi do gustu. Wydawało mi się, że nie w pełni kontroluje to, co gra, tutaj coś się źle zmiksowało, tam jakiś nagły wzrost głośności, już nie mówiąc o tym, że spadł mu laptop. Jak na niego zerkałem, to chyba ciągle miał niezadowoloną minę. Czasami, jakby sobie przypomniał, machał rękoma, że niby zachęcając "tłum" do żywszej reakcji.
Jakąś osłodą były wizualizacje, heh, brawa za miksowaniem hefalumpów.
Potem Ramadanman, który na początku zdecydowanie bardziej w kierunku techno (i miał jakieś cholernie nieprzyjemne brzmienie trebli ustawione, hm?), co niekoniecznie spodobało się publice - pod sceną było kilka osób. Z czasem trochę się polepszyło, Ramadanman coraz częściej na ziemiach dubstepowych, przyjemnie minimalnych, ale czasem też o wyraźnym posmaku jamajskim, wszystko mu się ładnie miksowało, dobrze szło. Gdzieś pod koniec "Strange fruit" Zomby'ego z grime'ową acapellą, też chyba jakiś Burial.
Ale frekwencyjnie to raczej słabo, już zeszłym razem, na Stenchmanie i Emalkay'u, zastanawiałem się, że w sumie nie ma za dużo ludzi, a teraz, to aż przykro było patrzeć. Jak grał Ramadanman, to w porywach może z 15 osób się ruszało do tego.
Wyszedłem, jak Miz przejmował od niego stery i spacerowałem do domu obserwując jaśniejące niebo. Jak byłem na świętym Marcinie, to nagle pogasły latarnie, dziwnie przez moment. A potem jeszcze, z okna w pokoju, załapałem się na pierwsze oznaki wschodu słońca, więc mogłem już spokojnie iść spać.
5/19/2009
Syryjskie post-etno we Wrocławiu

Tak, wiele rzeczy było we Wrocławiu, o niektórych jeszcze napiszę, a teraz o mocno obecnej w głośnikach: Omarze Souleymanie. Jego album Dabke 2020 wydało właśnie Sublime Frequencies. Podczas jednego z przejazdów przez Wrocław Daniel zaczął mówić, że wytwórnia urządza trasę europejską, w połowie czerwca będą Berlinie i w Kolonii. Ja nie byłem świadom, że SF wydaje też tak po prostu zespoły, myślałem, że tylko składanki. Na co Daniel, że ma tutaj właśnie nowego Souleymana, przeskoczył pierwszy track, bo długo się rozwija, za to drugi to killer od początku do końca. Faktycznie było tak, jak stwierdził Daniel: jak w taksówce w Syrii.
Musiała mi ta muzyka mocno zapaść w pamięć, bo tej nocy śniło mi się, że opowiadam mamie, że słyszałem coś takiego fajnego i że zaraz jej puszczę. (W *realu* aż tak jej się nie spodobało.)
Wczoraj wchodzę na 20jazzfunkgreats, którego nie odwiedzam regularnie, a tam akurat o Souleymanie i udostępniony w mp3 właśnie ten drugi numer, chyba najlepszy na całej płycie.
5/15/2009
- tup tup tup / - dokąd idziesz?
Ostatecznie, częściowo z wyboru, trochę nie, jadę na ostatnie dni MEN do Wrocławia. Też fajnie, a ktoś do Torunia na wykład i koncert Davida Toopa?
Może zamiast albo przed, poniżej tekst towarzyszący składance Japanese Avant-Garde
jego autorstwa. Zeskanowałem dawno i nie sprawdziłem, czy wszystko okej, było trochę literówek, z których większość udało mi się odnaleźć i poprawić. Będę musiał jeszcze raz wypożyczyć z płytoteki i porównać na wszelki wypadek.
(Aha, jeszcze zanim zagłębicie się w lekturę: co z kalendarzem nad tym wpisem? ma tak być? czy za duży jest i nie wiadomo, gdzie są wpisy? Napiszcie, drodzy czytelnicy, bo to dla was w dużej mierze.)
First time visitors to Japanese cities usually express amazement at the juxtaposition of Shinto shrines, chic architecture and bleak corporate towers. Perhaps they forget the close proximity of soaring office blocks and ancient churches in the City of London. Some of the old bars and factories still live on in rebuilt Berlin and even in the most bourgeois Swiss city there is a good possibility of stumbling across a tumble down squat. Wherever situated, these temporal fractures, usually lapses in the fabricated redevelopment of public space into neutered zones for controlled consumption, are embedded deeply into the st?? [state? soul?] of culture.
Most music in Japan has little to recommend it: it is a sonic equivalent of those brutal concrete towers or the transitory chaos of multi-storey teen-fashion emporia in Aoyama. But a sonic underground thrives, creatively if not financially and perhaps it should be compared with the shabby Golden-gai drinkmg dens of Shinjuku, faint reminders of a lost time when desire and transgression shared endless cups of sake with political and artistic radicalism.
Immediately after World War II artist Taro Okamoto called for everything to be destroyed "with monstrous energy". His coruscating voice deeply affected young artists such as Hiroshi Teshigahara, Toru Takemitsu and Kobo Abe and the artistic coalitions they formed: Night Group, Group Atom, the Experimental Workshop and Seiki no Kai (Group of the Century). "Everyone, young or old," the critic Shinichi Segi has said, "went to an extreme in art and politics in order to forget or detest the past."
Living under occupation, enveloped in the trauma of the mushroom cloud, utterly disillusioned with the Imperial system and its ruinous consequences, what else was possible for these artists? Their revolt was later articulated, ultimately justified, by a pivotal work such as the 1964 film, Suna No Onna (Woman Of the Dunes), an expression of political, existential and erotic crisis written by Abe, directed by Teshigahara, scored by Takemitsu. This thread runs through the 20th century avant-garde in Japan, from the cathartic confrontations of Shuji Terayama and Tatsumi Hijikata in the 1960s and '70s, then back to the beginning, to the Mavo Group of the 1920s and its charismatic central figure: painter, collagist, dancer, autodidact and polemicist Murayama Tomoyoshi.
Bandaged, painted, naked or dressed as women, the Mavo artists launched an assault on the body: dissecting, rupturing, disguising and transmutmg. In 1924, Murayama Tomoyoshi and Okada Tatsuo performed The Dance That Cannot Be Named at the Tokyo Imperial University Christian Youth Hall. Takamizawa Michinao created sound for this performance from futurist instruments he called wind sound constructors' and 'broken instrument sound constructors, noise makers made from tin cans, [???] cans, logs, a spinning wheel. Now history is buried under electronic media. Memory is fragmented, blurred or trivialised and only constant reminders of such turbulent times can make sense of the violent contradictions we negotiate now.
How is it possible to live within and react against an extremely regulated society, politically moribund, engulfed by consumerism, technological movation, mediated images, a confusion of influences and traditions? Agitation and stillness may seem to be opposing strategies, yet they conwerge at a certain point, intensifying into that silent scream that was the object of Albert Ayler's quest. One of the most valued possessions of Tatsuma Hijikata, the shaman founder of Butoh dance, was a tape recording of Antonin Artaud's scream, let loose during a banned French radio broadcast of his poem, Pour en finir avec le jugement de Dieu.
Working in the Tokyo NHK studio in the 1950s, electronic composer Toshirou Mayuzumi created musie of stark minimalismn with modulated sine wave. Toru Takemitsu spoke about his search for a single sound, "in itself so strong that it can confront silence"; he also compared the darkness of Oditon Redon's charcoal drawings to white noise. "Through white noise," Takemitsu wrote, "we reach sounds inaudible to the human ear - part of what I intuitively call the 'river of sound'."
Through this map of antecedents, we can begin to understand the seemingly contradictory music of the contemporary Japanese underground. The autophagous themes of Murayama and Hijikata, the image collisions and shocks of Terayama and Tadanori Yokoo, the single sound of Takemitsu and Mayuzumi, straining for the seemingly silent river of sound that lies beyond normal hearing. Surging deep beneath the noir turbulence of Merzbow and So Takahashi, the car crash ruins of Otomo Yoshihide and Ground Zero, the curated urban fragments of Viewmaster, the technocratic complexity of Bisk and Yoshihiro Hanno's Multiphonic Ensemble, the piercing intensity of Sachiko M, the childlike placidity of Aki Onda, Yoshio Machida and Haco, is a conflicting sense of clarity attained through struggle. Out of turmoil a stained purity is revealed.
Listening to this alchemical transmutation, I think of Fujieda Baian, the central character of Shotaro Ikenami's historical novels. Professional assassin and acupuncturist, Baian kills to live, lives to heal. At the beginning of Yasunari Kawabata's novel, The Sound of the Mountain, Ogata Shingo hears an elusive sound, the faint rumbie of the mountain at the rear of his house. "It was as if a demon had passed, making the mountain sound out." Shingo shakes his head, thinking the disturbance might be a ringing in his ears. Feeling fear, perhaps he hears the collapsing certamties of the future, our present, where everything is in flux.
(+ jeszcze Toop o Takemitsu)
5/10/2009
EKG - Electricals (Another Timbre, 2009)
Patrząc na katalog Another Timbre łatwo dostrzec, że wytwórnia skupia się na projektach z udziałem muzyków brytyjskich, choć nie jest to żelazną regułą, bo artyści z Kontynentu też są obecni. Dopiero szesnaste wydawnictwo AT oferuje wyprawę za Ocean, prezentując amerykański duet: Ernst Karel i Kyle Bruckmann.
Ta dwójka klasycznie wykształconych instrumentalistów (Karel - trąbka, Bruckmann - obój) poznała się pod koniec lat '90 w Chicago, gdzie uczestniczyli w różnych projektach związanych z muzyką improwizowaną, współpracowali m.in. z Olivią Block, Gene'em Colemanem.
Na piątym albumie projektu większy niż instrumenty wpływ na brzmienie materiału ma analogowa elektronika (co tytuł jeszcze podkreśla), trąbka prawie w ogóle nie jest obecna, ale zdarzają się momenty, gdzie dźwięki akustyczne da się rozpoznać (Bruckman gra tutaj też na innym rzadko spotykanym okazie - rożku angielskim). Jest tak np. w końcówce 13-minutowego (najdłuższego na tym albumie, trwającym ponad trzy kwadranse) "Drift", który przywodzi na myśl pierwsze wydawnictwo Another Timbre - Tempestuous tria The Contect of Pleasures. W podobny sposób, choć mniej agresywnie, dźwięki EKG powoli opadają lub wznoszą się, rysując delikatnie krzywizny. Ta metoda jest przeniesiona na kształtowanie elektronicznej materii (a instrumenty nie służą kontrapunktowaniu, raczej budowaniu osłon lub przesłon zmieniających jej obraz), która faluje w ostrożnych modulacjach, zmianach częstotliwości. Duet często operuje dźwiękami o dużej powierzchni, ale nie tyle rozlewa dźwiękowe plamy, co z precyzją wycina z nich wstęgi. Nie zapomina o odpowiednim ich rozłożeniu - pod nimi skradają się ziarniste, lekko chropowate drobiny, nieraz przebijające się wyżej i wywołujące zaburzające wypustki. Ernst Karel przywołuje muzykę elektroniczną lat '50-'60 jako inspirację i to faktycznie słychać: początek "Current" ma takie mechaniczno-brumiące, lo-fi brzmienie, później pojawiają się efekty w stylu dawnych operacji "muzyki na taśmę" - brudne echo przekształcające pojedyncze uderzenie. Zamykający album "Interval" jest może najbliżej dronu, ale im dłużej trwa, tym bardziej kłopotliwy się robi, brudząc i naddzierając czyste z początku połacie dźwiękowych płócien, tak że trudno wylegiwać się na nich w spokoju.
Użycie analogowej elektroniki pozwala myśleć o EKG w kontekście dwóch innych amerykańskich duetów: English i GOD, które też operują takim sprzętem. Jednak EKG w porównaniu z nimi jest o wiele delikatniejsze, nie pozwala sobie na nieokiełznanie i wycieczki w wąwozy hałasu. Może wynikać to też z metod pracy, bo choć Bruckmann i Karel są improwizatorami, to ich wspólne albumy są wynikiem komponowania: edycji, aranżowania, przestawiania materiału nagranego podczas improwizacji. I jedno jest jasne: są w tym bardzo dobrzy, słychać, że utwory są przemyślane, da się wyczuć włożoną w nie pracę. Podobne wrażenie przynosiła poprzednia płyta duetu No sign (pomiędzy nią a Electricals była jeszcze Group z dołączonym do EK G - Giuseppe Ielasi'm), która choć nieco mroczniejsza, zamieszkuje zbliżone rejony. Nie ma mowy o powtórkach, więc w niczym nie ujmuje to wartości najnowszego krążka - jest dobrze, ale może mogłoby być lepiej? 
Powtórzenie zdjęcia z okładki na drugiej stronie, odwróconego? Okej, ale jeszcze raz w środku, w szarościach? Po co? I ten nadruk na cedeku raczej brzydki.
Wywiad z duetem i z Karelem, bardziej o jego działaniach solo (a zajmuje się instalacjami, nagraniami terenowymi).
Pierwszą płytę (z 2001), inną niż późniejsze rzeczy, można ściągnąć tutaj
Wydane ostatnio przez Another Timbre duety Karel/Bruckmann i Krebs/Davies, prowadzą do innego duetu, który ma wydać Cathnor - Karel/Krebs, no ciekawe, fajnie jak tak płyty (muzycy) się przeplatają. (A Karel ma też jakieś przedsięwzięcie z Alessandro Bosettim, mam nadzieję, że coś z tego kiedyś ujrzy światło dzienne.)
