3/02/2015

CTM 2015

[relacja napisana wspólnie z Karoliną Karnacewicz]

Tegoroczny CTM (to już szesnasta edycja) rozpoczął się dla mnie dopiero we wtorkową noc, a więc już od pięciu dni impreza trwała w najlepsze.

Zaczęłam od Xeno I dosłownym zejściem do piekieł nie tylko z racji rozpoczęcia klubowych nocy w Berghain, lecz także za sprawą kompozycji "Höllenmaschine" austriackiej kompozytorki i performerki Elisabeth Schimany, odtworzonej na instrumencie jedynym w swoim rodzaju - Moogtonium, czyli syntezatorze Maxa Branda, spuściźnie jej rodaka. Opracowyłał go z młodziutkim wówczas Bobem Moogiem przez ponad dekadę, łącząc znaną już w latach czterdziestych technologię trautonium z ich własnymi wizjonerskimi pomysłami na kontrolowanie napięć poprzez systemy modularne. Pierwszy schemat obwodu tego urządzenia jest datowany na 1957 rok.

Na tym mechanicznym potworze zaprezentowano podróż do piekła - wnętrza maszyny, która prowadzona wprawnymi palcami pianistki Manon Liu Winter prychała subharmonicznymi częstotliwościami wykluwającymi się z nicości, by wypuścić je dalej. Do osiągnięcia pełnego potencjału konieczna była także obecność pomocnika, Gregora Ladenhaufa operującego gałkami w górnej części syntezatora, który to dychał złowrogo. Czuć było niepokój i groźną energię promieniującą z jądra dysharmonii. Dźwięki - czy to jakby organowe czy bardziej surowe i zmechanizowane - na berghainowskim nagłośnieniu (warto dodać - wzbogaconym na potrzeby tego wieczoru) wybrzmiały doprawdy upiornie. Słuchając odniosłam wrażenie, że ta muzyka jest jak masaż pleców - bolesna, ale jednocześnie przyjemna, uwalniająca, przynosząca rozluźnienie.
Możliwość bliskiego obcowania z tą unikalną maszyną była ciekawą lekcją historii muzyki a zarazem świetnym aperitifem przed długo wyczekiwanym przeze mnie występem Pedera Mannerfelta.

Szwedzki producent, dawniej znany jako The Subliminal Kid, swój występ zaczął uruchomieniem hipnotycznych rytuałów sprzętowych - pojedynczych pasm świdrujących dźwięków, sprzężeń krystalicznych strzałów. Kreślenie tych linii i następnie ich kruszenie było ramą kompozycji, gdyż skończył w podobny sposób, zatrzasnął laptop i uciekł. A co działo się w środku? Niezwykle dużo, lecz była to mądrze wyważona struktura, wijąca się i zmieniająca kształt, dzięki czemu ten występ ani przez chwilę nie zdał mi się nudny. Mannerfelt zapraszał do podążania za dźwiękami w coraz bardziej obiecujących kierunkach - raz grzmiał basem, raz trzaskał ciężkim, jakby zardzewiałym brzdękiem samonakręcających się sprężyn, dalej miażdzył kwaśnym deszczem. Każdy fragment tych chropowatych tekstur powodował gęsią skórkę. Sekwencjonowanie wspomnianych podjednostek, pomimo ich rozgałęzionej, a niekiedy cyklicznej natury, tworzyło silne poczucie narracji, jednocześnie tchnęło czystą energią, która stawała się zaraźliwa. Całość wzbogaciła gra świateł - białych pocisków.

Następny w kolejce był Kevin Martin, muzyk eksperymentujący od początku lat dziewięćdziesiątych, znany z wielu przedsięwzięć, chociażby kultowego Techno Animal, GOD czy Ice, projektów, w których składzie był także Justin K Broadrick, również występujący tego wieczora w Berghain. Na CTM przedstawił "Sirens", będący światową premierą, na którego potrzeby (prócz potężnego nagłośnienia Funktion One) zamontował także swoją specjalną partię głośników, uprzednio zapowiadając, że to dzieło będzie zupełnie inne od jego dotychczasowych przedsięwzięć. Niestety, gdy odjęlibyśmy ten osprzęt, a co za tym idzie ekstremalne bodźce wpływające na ciało, czysto muzycznie nie zostałoby nic specjalnie interesującego, wybrzmiałoby to po prostu miałko. Warto wspomnieć, że Mannerfelt w porównaniu do Martina (któremu oczywiście nie można zarzucić braku doświadczenia czy energii eksplodującej podczas grania) miał bardzo skromny rynsztunek, a poradził sobie zdecydowanie lepiej. Odnalazłam jednak w tym coś dla siebie - oniryczne partie syrenich wokali, falujące tony, pulsujące przesunięcia płyt tektonicznych. Tak, koniec był całkiem ładny.

Ostatnią batalię z maszynami przeprowadził wspomniany powyżej JK Flesh. Pod tym pseudonimem ukrywa się Justin K Broadrick, który szaleje na scenie odkąd skończył szesnaście lat. Zaczął jako gitarzysta w zespole Napalm Death, który zdefiniował pojęcie hardcore’owego trash/punku, by następnie zwrócić się w stronę grindcore’u czy death metalu. Te dwa gatunki stale powracają w jego działaniach (Godflesh, Fall Of Because), lecz załamuje je i wypacza, integruje z hip hopem, drum’n’bassem czy dubem, a nawet techno czy noise’m. Zakapturzony muzyk z impetem wskoczył na podest i zaczął opętańczo krzyczeć, zatrząsł lekko ospałą publiką. Uczestniczenie w tym koncercie było dla mnie ekscytującym doświadczeniem, które dodatkowo potęgowały ponure wizualizacje - pokaz czarno-białych fotografii: industrialnych krajobrazów, zobojętniałych outsiderów, pesymistycznych prowincji, które przywołały na myśl postkomunistyczne blokowiska i szarą codzienność ludzi-widm w nich żyjących. Po pierwszych dwu, trzech kawałkach byłam zachwycona tą mieszanką i samym Broadrickiem, który zdawał się swobodnie igrać z jej potężną siłą rażenia. Jednak, gdy zaczęło się pojawiać coraz więcej zamglonych rytmów na bazie gangsta dubu zadecydowałam o wyjściu by zdążyć na nocny. Wychodząc zauważyłam, że na ekranie jest animacja, jakiś stary film. Choć byłam ciekawa zakończenia, wolałam wyjść z niedosytem, niż niemiło się zawieść, będąc na przykład świadkiem pompatycznego końca.

Środowe festiwalowe koncertowanie rozpoczęło się dla mnie także dopiero w Berghain. Zaczęła Klara Lewis (tak, tak, córka Grahama z Wire), która na bazie ciepło przyjętego przez krytyków debiutu Ett, wydanego w zeszłym roku nakładem Editions Mego, zaprezentowała niezwykle wciągający ambientowy pejzaż pełen wybrzuszeń i rozmaitych wtrętów. Ze zlepków nagrań terenowych i elektronicznego materiału utkała własny mikroklimat. Zaczęła pełną parą - bombardując dźwiękami, by dalej przejść w rytmiczne struktury, takie całkiem do bujania, które rozwijały się do poziomu gęstych wibracji; hiperboli, które raz po raz rozpadały się i powracały do poziomu delikatnych, wręcz ulotnych przebłysków. Szwedzka kompozytorka zagrała też ciszą, którą skontrastowała z mocną ścianą basów, a to, wirując, ustanowiło niezwykle urzekającą całość. Owo wirowanie było trafnie ujęte przez (najpierw) czarno-białe wizualizacje, wijące się linie, z których powstawało coś bliżej nieokreślonego, a przy końcu - kolorowe plamy animacji. Lewis wydała także EP-kę Msuic u swojego rodaka, Pedera Mannerfelda. Nie będzie to więc zaskoczeniem, że jej koncert tego dnia podobał mi się najbardziej.

Po niej wystąpił Lawrence English, który także czerpie garściami z field recordingu. Tego australijskiego kompozytora, artystę multimedialnego i kuratora, który założył Room 40, można by porównać do zręcznego rzeźbiarza materii dźwiękowej czy impresjonistycznego malarza, odtwarzającego całe palety emocji oraz badacza poetyckiego potencjału dźwięku, a także granic percepcji i pamięci. Tego wieczora zaprezentował Wilderness of Mirrors, była to niemiecka premiera. Tytuł albumu pochodzi z poematu “Gerontion” T. S. Eliota, a wyrażenie to było później używane w czasie zimnej wojny w odniesieniu do praktyk agencji wywiadowczych o rozpowszechnianiu fałszywych informacji. Kompozycja wywodzi się z frustracji związanej z aktualnym stanem myśli geopolitycznej (lub może bardziej jej braku - chaosu, nieposzanowania podstawowych humanistycznych wartości, apatii) oraz z drugiej strony przemożnej chęci zwrócenia na to uwagi, przebudzenia, póki nie będzie za późno. Niepokojący klimat stworzony został przy pomocy gęstych, nawarstwiających się dronów, wściekłych wzburzeń, przełamywania pogodniejszych ambientowych momentów groźnymi partiami gitar (jak w “Hapless Gatherer”), co pojawiało się znienacka jak rażenie pradem. Były tam także eksplozje jakby w zwolnionym tempie (jak w “Another Body”), które na szczęście English złączał szwami z płynącymi, spokojniejszymi, jakby lekko psychodelicznymi momentami, co może wskazywać, że ze światem nie jest jeszcze tak źle. Nie był to jednak optymistyczny występ i choć muzycznie mnie nie przekonał, warto jednak zastanowić choć przez chwilę nad tym, dlaczego Wilderness of Mirrors w ogóle powstało.

Noc Xeno II zakończyła światowa premiera audio-wizualnego przedsięwzięcia na podstawie albumu Low on Ice, który został nagrany na oszczędnym analogowym sprzęcie przez niemieckiego artystę Aleca Empire’a w 1994 roku, na długo przed “erą laptopa”. Jako kluczowa postać digital hardcore (którego definicję rozwijał w Digital Hardcore Recordings wraz z Peterem Lawtonem), został wówczas zaproszony na Islandię wraz z niedawno założonym przez siebie zespołem Atari Teenage Riot.
Ten album uznawany jest za rzadki zabytek audialnego radykalizmu, to wynik intensywnego rezonanowania pomiędzy psychiką młodego człowieka, (który był zapewne bardzo wyczerpany po koncertowaniu) oraz bezpośredniego narażenia na kaprysy surowej pogody (nagrywał w namiocie). W jednym w wywiadów opowiadał o tym, że czuł, jakby upadając przebił lodową taflę jeziora, następne w nim dryfował doznając mrożenia krwi w żyłach, aż zamarzł na śmierć. Mógł jednak nadal spoglądać na świat spod tej lodowej skorupy. Był całkowicie roztopiony w czasie i przestrzeni.
Po prawie dwudziestu latach od wydania wspomnianej płyty w Mille Plateaux Niemiec odnalazł 175 minut nieopublikowanego wcześniej materiału, który niebawem ujrzy światło dzienne jako trzyczęściowy box - Low on Ice - The Trilogy - The Complete Iceland Sessions w Geist Records. Materiał zaprezentowany w Berghain został dodatkowo poszerzony o doświadczenia wizualne dzięki wsparciu brytyjskiego artysty laptopowca Zana Lyonsa, skrzypcowego samouka i wieloletniego współpracownika Empire’a. Był on odpowiedzialny za dostarczenie publiczności chłodnych, ale jednocześnie soczystych obrazów tworzonych w czasie rzeczywistym, projektując iluzję podróży do jałowych zimowych połaci islandzkiej przyrody. Pulsacje, powolnie snujące się bity, dziwne pomruki, krople bardzo ugrzecznionego acidu, operowanie pogłosem, niskimi tonami, a nawet elementami dubu sprawiły, że można było naprawdę głęboko wniknąć w ten szorstki lodowcowy krajobraz lo-fi. Zaskakujące było dla mnie to, że przy użyciu tak małej ilości dźwięków można było stworzyć tę unikalną atmosferę. Niestety sama muzyka nie obroniła się, po prostu była dla mnie przereklamowana.

[zdjęcie: Adele Schwab, pozostałe: PT]

Czwartek zaczął się w teatrze Hebbel am Ufer (w tym przypadku akurat HAU1) koncertem norweskiego artysty Larsa Holdhusa, który na scenie muzycznej działa od kilku lat, najpierw jako zwariowany didżej pod pseudonimem Cracksmurf, następnie producent. Jako TCF zadebiutował w 2013 w YYAA Recordings kasetą Untitled, a w zeszłym roku wydał na winylu 415c47197f78e811feeb7862288306ec4137fd4ec3ded8b nakładem Liberation Technologies. Jako ciekawostkę dodam, że dwa lata temu Holdhus był na rezydencji w CSW w Bytomiu, gdzie razem z Frederikiem Gruyaertem pracował nad Authentic Post-Industrial Experience. Gruyaert od 2008 stale dokumentuje też życie Holdhusa, co złożyło się na film Did You Like My Dancing?

Powróćmy do muzyki. Norweg na CTM przyjechał za świeżym materiałem E4 15 C4 71 97 F7 8E 81 1F EE B7 86 22 88 30 6E C4 13 7F D4 EC 3D ED 8B, na którym rozszerza wcześniejszą koncepcję igrania z ciphertextem - wynikiem zaszyfrowania wiadomości przy użyciu algorytmów. Choć przekaz jest ukryty, to autor utrzymuje jednak, że kod mieści się pomiędzy utworami. TCF sam nazywa się “administratorem systemu”, wykorzystuje całą gamę dostępnych mu cybernetycznych sztuczek. Ten występ był pełen kontrastów. Choć jego muzyka jest sformatowana i mechaniczna, podczas koncertu czułam coś mistycznego. Wybijane algorytmy oraz sekwencje niosły za sobą niewytłumaczalny ładunek emocjonalny, może nawet i zmysłowy. Ten występ pełen zwrotów akcji, energicznych strzałów, zniekształconych melodyjek, które przypominały mi te z gier dla dzieci czy niby transowych elementów, dziwnie wpłynął na moją świadomość, ponieważ byłam jednocześnie zszokowana i beztroska.

Po krótkiej przerwie na ochłonięcie i przestawienie sprzętu zaprezentował się Maurizio Martinucci, artysta multimedialny pochodzący z Włoch. Obecnie mieszka w Amsterdamie, gdzie założył Optofonica Laboratory for Immersive ArtScience. Swoją pracę definiuje jako “kreatywne dociekanie”, zajmuje się badaniem percepcyjnych zmian w odniesieniu do dźwięku, wzroku i przestrzeni. Wykorzystuje fenomen dudnień obuusznych (binauralnych bitów), które są dźwiękowymi reakcjami pnia mózgu, pochodzącymi z głównych jąder obu półkul. Możliwe jest użycie specyficznych częstotliwości tonów binauralnych jako techniki do zarządzania świadomością w celu zsynchronizowania rytmów kory mózgowej, ale TeZ w swoim projekcie PC868 chce oszukać nasz ośrodek zarządzania, by widział rzeczy, których nie ma.

Dlatego, prócz bodźców dźwiękowych, rozproszonych w przestrzeni w kwadrofonicznym układzie, napastował odbiorców abstrakcyjnym wideo, złożonym z rozmigotanych świateł i barw, generowanym w czasie rzeczywistym. Ten koncert minął niespostrzeżenie i trudno teraz mi opisać same dźwięki. Czułam, że ten bosy muzyk, który siedział na kolanach w neonowym kole, sterujący nietypowym małym urządzeniem, manipuluje także słuchaczami, robiąc im wodę z mózgu. Udowodniono naukowo, że bity binauralne produkują niezbędne enzymy, które potrafią koić ból zarówno ten fizyczny jak i mentalny, ale zależy to od ściśle określonych ścieżek. Pytanie czy Martinucci miał to na celu, czy po prostu przez przypadek przestała mnie boleć ósemka. Ciekawe było użycie kolorów, na przykład gdy na ekranie wirowała jaskrawa żółć - odbierałam dźwięki jako nieprzyjemne, dokuczliwe, ale gdy było biało - jako coś lotnego, niebiańskiego. Były też połączenia kolorów, przechodzące linie niczym zakłócenia w telewizorze, lecz nie jestem pewna czy akurat te zaburzenia były efektem jego działań, czy działy się rzeczywiście.

Po tak ekscytującym wstępie, spragniona dalszych wrażeń, leciałam, by zdążyć na naszą przedstawicielkę, We will fail. Aleksandra Grünholz zaprezentowała świeży kolaż przygotowany specjalnie na tę okoliczność. Zaczęła od dyskretnych, pojedynczych uderzeń, których delikatność stopniowo zakłócały drobne implozje. Rozrosło się to do potężnych perturbacji, które nagle zostały urwane. Podobnie jak Klara Lewis, We will fail. również zagrała samą ciszą, lekkimi szmerami i napięciem, jakie to wywołało w przestrzeni tak ogromnego klubu jakim jest Berghain. Furkotało i grzmiało, wzmagała się burza groźnych dźwięków, by opaść niczym gradobicie i zgasnąć. Nawarstwiała i umiejętnie zszywała skrawki swojego materiału (także fragmentów znanych z dwu płyt) tworząc wielowymiarową całość, która na szczęście nie stała się przyciężkawa czy przeładowana. Było w sam raz, i do zanurzenia się w mgławicy kosmicznego pyłu, a także do poruszania się przy kaskadzie zaskakujących, szybkich bitów.

Następnie zagrał anonimowy duet Amnesia Scanner: niekonwencjonalne bity [][][][][] basowe petardy [][][][][] od czasu do czasu dziwaczne wokale [][][][][] coś a’la skreczowanie nimi [][][][][] nawalanka niskimi tonami [][][][][] cisza [][][][][] energiczne pykanie [][][][][] bum.
Ten występ rozbudził mój apetyt na więcej, jednak tego dnia nic wartego uwagi się już nie wydarzyło. Warto jedynie wspomnieć o piosenkarce Gazelle Twin, której umieszczenie w środku line upu było fajnym, odświeżającym przerywnikiem. Z pozostałych najmniej zawiódł Evian Christ - zagrał dokładnie tak jak na Unsoundzie.
[Karolina Karnacewicz]

Ja niestety byłem w stanie przyjechać do Berlina tylko na drugi festiwalowy weekend. Na początek interesujące zestawienie w HAU2: Irańczyk Sote i duet Senyawa z Indonezji. Tych różnych artystów połączyła obecność w katalogu w Morphine Records (z którego szefem CTM lubi się od kilku lat): pierwszy wydał tam swój debiutancki album Architectonic, Indonezyjczycy wkrótce opublikują u niego materiał.



Zaczął Sote, czyli Ata Ebtekar, który pod pseudonimem produkuje utwory zorientowane bitowo (w 2002 znalazły się w katalogu Warp), a pod nazwiskiem elektronikę czerpiącą z tradycji akademickiej, którą zasila wpływami muzyki perskiej (czym zainteresowała się Sub Rosa). Świetnie, że nie odcinał kuponów i grał nowy materiał (chyba nawet nie pojawiło się nic z albumu). Fajnie, że miał wiele pomysłów na rozwiązanie rytmiczne, ale zachowywał spójność dzięki charakterystycznemu zabrudzeniu wszystkich składowych. Problemem były okoliczności: te kawałki nadawałyby się spokojnie do tańczenia, gdyby grać je w klubie, natomiast forma siedzianego koncertu pozbawiała ich tej mocy. Było to wręcz kuriozalne, gdy patrzyło się na kompletnie zaangażowanego i niesionego przez dźwięki autora, który na pierwszy rzut oka wydawał się jedynym dobrze bawiącym się podczas tego występu. Jednak kilka osób usadowionych na poduchach i nieśmiało kiwających się może być dowodem na energię tej muzyki. Pewien motyw uprzestrzenniony w sposób charakterystyczny dla Egyptrixxa sprawił, że zacząłem myśleć, jak Irańczyk sprawdziłby się w Berghain grając właśnie między nim a Prostitutes (którego cechuje podobna surowość) i sądzę, że byłby doskonałym łącznikiem.



Umieszczenie Sote w HAU2 nie było jedyną nietrafioną decyzją organizatorską tej nocy. Swoją drogą ciekawie byłoby też doświadczyć Senyawa na żywo jako części klubowej imprezy. Duet wokalisty Rully’ego Shabary i twórcy instrumentów Wukira Suryadiego łączy rozmaite elementy: muzykę etniczną, art rockowe strategie aranżacyjne, agresję metalu, zamiłowanie do nietypowych brzmień i pewną teatralną wrażliwość. To ostatnie sprawiało, że momentami ich koncert wydawał się nieco efekciarski, w tym sensie, że był obliczony na wywołanie konkretnego efektu dramaturgicznego. Jednak to, że udawało im się go osiągnąć, jak i szczerość emocji i siła ekspresji zepchnęły to zastrzeżenie na dalszy plan. Nie żeby umniejszać rolę Suryadiego, którego inwencja i umiejętności budzą podziw, ale to jednak Shabary skupiał na sobie uwagę. Okazuje się, że mamy kolejnego przedstawiciela zacnej tradycji azjatyckiej awangardowej wokalistyki, który wpisuje się w poczet takich artystów jak Keiji Haino, Junko, Sainkho Namtchylak czy Ami Yoshida, rozwijając ich pomysły. Z kolei w stonowanych, delikatnych partiach kojarzył mi się z intymnymi piosenkami Jandka.



Czasu było akurat tyle, żeby spokojnie dotrzeć do Berghain na początek setu Opium Hum - fajnie było usłyszeć Fisa a niedługo po nim Einstürzende Neubauten. Następny punkt programu, czyli Aleksiego Perälę wolę przemilczeć. Lepiej sprawił się Gábor Lázár, którego dotychczas postrzegałem jako zbyt zapatrzonego w Marka Fella. Nadal uważam, że za wiernie podąża jego śladami, ale w tym występie próbował pójść też w innym kierunku. Wtedy (spowalniając początkowo szybkie jak miecze świetlne dźwięki) zawędrował w pobliże Andy’ego Stotta. Niestety pomysłów trochę brakowało i 45-minutowy koncert dłużył się.

Z niepokojem czekałem na Prostitutes, który zachwycił mnie Psychedelic Black i od tego czasu bardzo mu kibicowałem, jednak w zeszłym roku wzrosła ilość wypuszczanej przez niego muzyki, a spadać zaczęła jej jakość. Na szczęście James A. Donadio tutaj poradził sobie znakomicie, umiejętnie wykorzystał też możliwości nagłośnienia. Jego nieoszlifowane, kostropate dźwięki zachowały swoją siłę wynikającą z rozwichrzenia, całość łomotała i terkotała, jakby w każdej chwili mogła się rozlecieć, drażniła niepięknymi ozdobnikami, ale cały czas brzmiała przekonująco, na swój sposób dobrze.

Po nim wspominany już Egyptrixx, na którego bardzo się cieszyłem i zasadniczo trudno mówić o zawodzie, ale to co grał zdecydowanie nie zdało egzaminu jako propozycja na środek imprezy i Kanadyjczykowi przypadła tutaj rola popsuj-zabawy. Oczywiście można argumentować, że jeśli ktoś tak bardzo chciał się zabawić, to zaraz obok miał Panorama Bar. Jednak twierdzę, że Davidowi Psutce wyświadczono niedźwiedzią przysługę kierując się bezrefleksyjnie uznawanym systemem “gwiazdorskim”. Uznano, że taka marka nie może przecież grać zbyt wcześnie. A zdaje mi się, że gdyby występował przed Prostitutes, który rozkręcił imprezę, to jego utwory (zaserwował przegląd wszystkich chyba albumów) działałyby lepiej. Natomiast tak te kawałki, w dużej mierze dekonstruujące grime’ową rytmikę trafiały w próżnię. Zagrane na koniec “Liberation Front”, pompujące w metrum 4/4 było wisienką, której smak nie do końca pasował do tortu.

Powell, który z bloków startowych ruszył około godziny piątej, był natomiast wyśmienitym deserem, choć dla bardzo wytrwałych. Ale ci którzy doczekali mogli zorientować przebieg nocy wokół punktu kulminacyjnego godnego tego miana. O potencjale jego utworów niech świadczy fakt, że były w stanie mnie rozruszać mimo tego, że byłem na nogach już prawie całą dobę. Słyszałem jego live act na Unsoundzie, ale Powell ciągle tuninguje swój występ chyba zresztą w ogóle nie myśląc o czymś takim jak wersja ostateczna. Woli bawić się elementami i zestawiać je na różne sposoby, tutaj mieszał fragmenty różnych swoich produkcji, a na przykład do “So We Went Electric” wsadził zupełnie inne sample wokalne.

W sobotę udało nam się trochę pouczestniczyć w programie dziennym, na który składają się spotkania, rozmowy i wykłady. Możliwe, że trafiliśmy zarówno na najgorszy i najlepszy jego punkt, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Najpierw badaczka Marie Thompson opowiadała o różnych rozumieniach terminu “noise”, odhaczając takie obowiązkowe drogowskazy jak Claude Shannon, John Cage, Henry Cowell, Luigi Russolo, Throbbing Gristle, by ni z tego ni z owego zacząć mówić o Marii Chavez. Nie chodzi o to, żeby ta artystka nie zasługiwała na uwagę, ale bez zbudowania kontekstu dla jej wprowadzenia wyszło to naprawdę dziwnie. Na koniec standardowe podsumowanie, w którym prelegentka mówiła, o czym zamierzała opowiedzieć w swoim “paper” i okazało się, że chciała nam przekazać tyle ciekawych rzeczy, ale jakoś tak wyszło, że dostaliśmy historyczny bryk na poziomie raczej podstawowym okraszony przypadkowymi (względnie) współczesnymi przykładami. Dodatkowo przygnębiło mnie, że publiczność spieszyła dziękować za “inspiring and interesting lecture”. Stąd moja nadzieja, że gorzej już być nie mogło.


Wraz z Brandonem LaBellem przeskoczyliśmy kilka poziomów wyżej i wcale bym się nie zdziwił gdyby jego wykład performatywny “Speculations on the Lyrical Imagination of the Resistant, …” był najciekawszym wydarzeniem spośród tych rozgrywających się w Kunstquartier Bethanien. Szef Errant Bodies Press nie zrobił nic wielkiego, a w zasadzie elementy najbardziej teatralne z jego wystąpienie były najmniej interesujące, podobnie jak Thompson siedział i czytał. Tylko, że nie na zwykłym krześle, a na starym fotelu, który może niekoniecznie musiał się kojarzyć ze spokojnym wieczorem spędzonym na kontemplacji przed kominkiem, ale na pewno wprowadzał aurę familiarności. Do tego podczas gdy jego poprzedniczka bardzo starała się udawać, że nie czyta z kartki i siliła na swobodę, to LaBelle właśnie podkreślał sam akt lektury na głos, tego specyficznego sposobu nadawania przekazu. Zaczął bez żadnego wstępu od fragmentu, który mógł być napisany przez niego, ale równie dobrze mógł pochodzić z jakiejś obyczajowej lub nawet kryminalnej powieści amerykańskiej. Mniejsza z tym, ważne że od razu wciągnął w swoją narrację, choć nie było jasne, czego ona dotyczy, ani jak się będzie układać. Ani nawet - jakimi środkami, bo po tekście wysłuchaliśmy nagrania terenowego (również niezapowiedzianego ani niezidentyfikowanego potem), pojawiły się też zdjęcia. Z wolna, z dygresji i spostrzeżeń na marginesie, opowieści zaczął twardnieć kręgosłup i pęczniała ona od sensów. Jednak trudno powiedzieć, o czym to było, poza banalnie się prezentującymi w relacji ogólnikami: ciało, dźwięk, pamięć, przestrzeń.

Tak zbliżał się wieczór i znów zacząłem mieć pretensje do organizatorów. To, że CTM wraz z siostrzanym festiwalem transmediale proponuje występy w innej części miasta prawie równocześnie z głównym programem, jest dla mnie w zasadzie normą, bo tak się dzieje podczas każdej edycji, na której byłem. To, że różne wydarzenia nakładają się na siebie też nie jest niczym dziwnym. Jednak martwi mnie zapoczątkowana w 2012 roku tendencja organizowania równolegle dwóch “pełnowartościowych” koncertów głównego programu. Dlaczego muszę wybierać pomiędzy, dajmy na to, Craigiem Leonem i Piotrem Kurkiem a TeZ i TCF. Albo, jak w sobotę, między Electric Indigo i Thomasem Wagensommererem oraz Lorenzo Sennim a Jenny Hval i Susanną. Nie dostrzegam sensu takiego przeładowywania programu. Trochę brzydko mi to pachnie jakąś chęcią udowodnienia swoich olbrzymich możliwości, pokazania, że oho, możemy - więc robimy.


Dobrze, pomarudziłem sobie, ale to nie zmienia mojej wdzięczności wobec festiwalu, choćby za takie przeżycia jak “AAT” Senniego. Pod tym skrótem kryje się ciągle jeszcze rozwijana kompozycja, której pełny tytuł to “Advanced Abstract Trance”. Hasło to rzecz dobrze opisuje, ale wymaga i tak doprecyzowania. Trance nie jako stan, ale jako gatunek muzyki, Włoch skupił się na konkretnym elemencie, zwanym “build-up”, który wyabstrahował i wplótł w zaawansowane struktury. Należy spojrzeć na ten sposób działania w szerokim spektrum, w którym mieści się twórczość takich artystów jak wspominany Mark Fell, Lee Gamble, czy Lázár (albo nawet The Death of Rave, Boomkatowa wytwórnia, w której wydawał) albo EVOL. Zresztą Senni na pewno odczuwa to powinowactwo, bo dwóch ostatnich opublikował w swoim Presto!? Wszyscy oni w mniejszym lub większym stopniu, bardziej lub mniej otwarcie, odwołują się do muzyki tanecznej, często tej nie najbardziej wyrafinowanej. Ale biorąc pod lupę wybrane jej elementy pokazują, że także tam ukrywa się wiele interesujących dźwięków, wystarczy tylko chcieć skupić na nich uwagę. Działanie Senniego skojarzyło mi się ze strategią pop artu, który brał banalny przedmiot i przez umieszczenie go w innym kontekście nadawał mu nowy sens. Także w tej kompozycji (celowo używam tego określenia) relacja i stosunek do źródła była nieoczywista, wielowymiarowa i trudna do ujęcia w opozycji lubię-nie lubię. Ja sam nie wiem do końca, co myśleć o tym występie, jeśli chodzi o dźwięki jako takie, to uważam, że mogło się tam wydarzyć więcej. Ciekawiej byłoby gdyby pokusił się o jakieś ich zdeformowanie, przekształcenie (i nie mam tu na myśli sampli, ale standardowych brzmień, które wyprodukował). Ale może wcale nie miało być “ciekawie”, bo też dominującym poczuciem była bezcelowość, wrażenie, że to donikąd nie zmierza - build up za build upem się nabudowywały, ale żadna muzyczna budowla z dającym się opowiedzieć planem z tego nie wyrastała. Może właśnie o to chodziło, żeby oddać ten stan, jak to określa autor, “ograniczonej euforii” (circumscribed euphoria). Jednak wtedy miałbym mu za złe wyraźne nawarstwienie, kumulację energii, która znalazła ujście mniej więcej w połowie występu. Wspomagały ją stroboskopy i dymiarki, a tym razem forma koncertu siedzianego dodawała absurdalności (i abstrakcyjności) całemu występowi. Trudno wydać ocenę, ale oczywistą wartość działania Włocha stanowi już ilość dyskusji i kontrowersji, jakie wywołało.



Po tej dekonstrukcji imprezy nadszedł czas na taką pełną gębą, w trzech salach klubu YAAM. Dla mnie dodatkowo była to podróż sentymentalna, bo mieści się on teraz w miejscu, gdzie kiedyś był Maria am Ostbahnhof, w którym odbywał się pierwszy mój CTM. Jak zwykle w takich przypadkach dużą część czasu spędziłem na zastanawianiu się, czy na innej scenie nie dzieje się coś ciekawszego i na przemieszczaniu się z i do. W spokoju od początku do końca wysłuchałem chyba tylko Wilhelma Brasa, który zagrał jak zwykle bardzo fajnie, chociaż nagłośnienie nie należało do najbardziej sprzyjających. Potem trochę Keteva, ale jako że już go słyszałem, to przechadzki na główną salę, żeby sprawdzić Born in Flamez (całkiem ciekawe) i 18+ (trochę mniej). Powrót przed najmniejszą ze scen, żeby upewnić się, że RSS B0YS nadal w formie (bardzo bardzo). Ale tylko na pierwszą połowę ich meczu z techno, bo na największej ze scen już panoszył się Islam Chipsy z towarzyszeniem dwóch perkusistów (po raz pierwszy na ziemi niemieckiej). W przebłysku geniuszu organizatorzy postanowili umieścić bombę electro chaabi w torcie hip-hopowo-trapowym. Ten zamach na letargicznych fanów oczekujących Yung Leana i spółki wypadł nadzwyczaj pomyślnie - był dla mnie jednym ze szczytowych punktów festiwalu. Po ponad godzinie pokręconych, nagle zmieniających się rytmów i wyrafinowanie przaśnych motywów klawiszowych już nic nie było w stanie mnie poruszyć. Kucharczyk - dobrze, Gravity Boys - niedobrze, z playbacku (choć to podobno jest normą), LeFeu razem z She’s Drunk jako Sabrina - miło, ballroom i baltimore zawsze cieszą.




W niedzielę ostatni dzwonek, żeby pochylić się nad innym obliczem CTM, jednak będącym komplementarnym składnikiem - wystawą. Nie obiecywałem sobie za wiele i słusznie. Oglądaliśmy, słuchaliśmy, doświadczaliśmy prac Anity Ackermann, Anke Eckardt, Claire Tolan, Dereka Holzera, Emptyset, Grawa Böcklera, Matthijsa Munnika, Nika Nowaka, Zimouna, no i naszych: Zorki Wollny oraz Konrada Smoleńskiego, którzy obiektywnie wyróżniali się. Choć intymne (mimo że dziejące się w przestrzeni publicznej) wideo “Song of Resistance” Wollny było skutecznie zakłócane przez system kodujący Holzera. Bardzo dziwne i smutne, że wystaw dzieł multimedialnych i/lub sound artu ciągle dotykają te same problemy - prace przeszkadzają sobie, bo dźwięk, to ci niespodzianka, przechodzi przez ściany i zasłony. Z filmów w pamięć zapadł “Speaking Synchronously II” Böcklera. Wrażenie robiła też instalacja “Ground” Eckardt oddziałująca na zmysły i z nimi igrająca. Dostojnie obecne były milczące obiekty “Imprint 1-3” autorstwa Emptyset.
[Piotr Tkacz]
[fragment]

To trzy srebrzyste rzeźby wykonane ze stali nierdzewnej zapewne przy użyciu alchemicznych sztuczek. Dzięki tajemnej metalurgii zdołali wymodulować materiał bardzo niskimi częstotliwościami przy głośności przekraczającej poziom bezpieczny dla ludzkiego słuchu. Same w sobie nie wyglądały imponująco, ale sposób zmaterializowania obiektów przez zakrzepnięcie dźwiękowych tkanek ukazuje pociąg do eksplorowania szerokich technologicznych możliwości. W tę stronę duet skręca także w swoich muzycznych przedsięwzięciach, czego mogliśmy doświadczyć w HAU1 na zamówionym przez CTM "Signal", bazującym na przechwytywaniu fal radiowych zaplątanych w jonosferę. Za oprawę wizualną odpowiedzialny był genialny Tarik Barri. Duetowi na scenie, prócz, rzecz jasna, sprzętu, towarzyszyły dwa ekrany ze zmiennymi kolorowymi wykresami obrazującymi pędy powietrza w dwu miastach w Niemczech i we Francji pomiędzy którymi przebiegał sygnał. Czułam się trochę jak w laboratorium, gdzie James Ginzburg i Paul Purgas chwytali te granulki hałasu w szczypce i poddawali przeróżnym preparacjom. Nasiąknęły trzepotem żurawi pracujących nieopodal stoczni i zgrzytem zardzewiałych statków, które przemieszcza zawieja. Były nafaszerowane lekkim dźwięczeniem, a także uderzeniami dzwonów. Naszpikowane brzęczeniem silnika samolotu i odgłosami wzbijania się w przestworza i przebijania jonosfery. Momentami były także wystawione na działanie brudnych pogłosami drżenia metalowych strun gitary elektrycznej, w której piecu nagle spada napięcie, albo stukaniem metalicznych rur, by ustąpić miejsca surowym lawinowym (i całkiem regularnym) rytmom, które są esencją Emptyset.
Być może ta wyliczanka dla czytelników - nieuczestniczących sprawia wrażenie, że muzyce zabrakło przestrzeni - nic z tych rzeczy. Przywoływane segmenty cyrkulowały, były mądrze rozplanowane. Z czasem wszystko powoli ustało, powiewy stopniowo przeszły w ciszę - naturalny stan, do którego powrócić musi każdy hałas. Ciekawa jest dwudzielna symetria tego dzieła - najpierw wiatr nanosił dźwięki na kompozycję, ale później to one nadawały ton, pobudzały go, potęgowały jego podmuchy. Gdy nastała nawałnica rytmów zmieniały się układ, jak i same kolory na ekranach - z poziomych na pionowe, z krwiście czerwonych, jaskrawopomorańczowych na zimne - granatowe czy szafirowe. Pozostało wiele pytań - na ile był to wynik improwizacji (odbieranie impulsów odbywało się w czasie rzeczywistym, a ze względu na warunki atmosferyczne pokaz przesunięto o godzinę) a na ile zamierzony efekt? Czy muzycy podzielili się obszarami działań, wpływu na te powietrzne wiry? Jak w ogóle łapali te sygnały i czy faktycznie je obrabiali czy tylko czasem pozwalali im dojść do głosu i poprzeszkadzać trochę w czasie odgrywania?
Mnogość zagwozdek tylko dowodzi, jak fascynujący był to występ - z pewnością pozostanie on we mnie na długo.
[KK]



Do jego zalet należy też zaliczyć czas trwania - niespełna 40 minut. Surfowanie na falach radiowych z łatwością można było ciągnąć, na szczęście duet postawił na skondensowaną formę.
Pozostało wiele czasu by zebrać siły na finałowy wieczór w Astrze. Rozpoczynała go Phoebe Kiddo, która drugi rok z rzędu grała na CTM. Ostatnim razem jej nie słyszałem, ale to co zaprezentowała teraz zupełnie mnie nie przekonało. Była to pozbawiona jakichkolwiek znaków szczególnych wersja niezbyt szybkiego techno. Kolejne kawałki budowane według tego samego schematu przewidywalnego dodawania elementów były do bólu przewidywalne i nie osadzały się w ogóle w pamięci zamazywane zaraz przez następne tak samo porządne i nie wadzące nikomu.
Występującym po niej Nisennenmondai wystarczyła mniejsza liczba składowych, by uzyskać znacznie bardziej wciągający efekt. Dały lekcję przystępnego minimalizmu wysnutego z rockowej estetyki, na którą złożyły się głównie utwory z ostatniego albumu N. Kompozycje były odegrane bardzo precyzyjnie, aż czasem pragnąłem jakiejś wariacji, odejścia od tej bazy i dodania jakiejś nadbudowy. Ale wiem, że przecież Japonki długo redukowały i rafinowały swoją muzykę, więc pozostaje nadzieja na przyszłość, że wahadło znów jednak wróci, choć trochę, ku punkowemu rozwichrzeniu.
Nieco się obawiałem, czy koncert Carter Tutti Void zaraz potem nie będzie oznaczał podwójnej dawki mniej więcej tego samego. Jednak nie, w muzyce tria więcej było dźwięków nie tylko niż u poprzedniczek (jak również inne rytmy i tempa), ale też niż na ich Transverse. W zasadzie nie wiem, czy zagrali coś z tej płyty, możliwe że był to tylko materiał, nad którym obecnie pracują. Jest on utrzymany w podobnej stylistyce, ale właśnie ma bogatsze faktury i więcej się w nim dzieje (pojawił się nawet wokal Tutti). Ucieszy tych, dla których, jak na przykład dla mnie, debiut był zbyt wycofany i ascetyczny.
Ja jednak już niecierpliwiłem się przed ostatnią odsłoną, która jako formułka matematyczna wydawała się wielce obiecująca: Mumdance + Logos + Shapednoise, choć wynik dodawania mógł nie być satysfakcjonujący. Dwa pierwsze składniki często ze sobą działają, nie tylko tworzą razem, ale też założyli kilka miesięcy temu wytwórnię Different Circles. Natomiast trzeci z nich, enigmatyczny producent mrocznego, industrialnego techno, nie był najoczywistszym partnerem dla nich. Efekt swojej współpracy ochrzcili mianem “The Sprawl”, Mumdance ma już na koncie utwór o tym tytule, ale ten koncert nie miał wiele wspólnego z tamtym dekonstruującym grime kawałkiem. Co ciekawe trio postawiło przede wszystkim na pozbawione beatów rozlewiska brudnych częstotliwości, przypomniała się tak nie lubiana przez muzyków etykietka “izolacjonizm”. Tylko jeden segment był zorganizowany wokół wyraźnego rytmu, choć akurat mam wątpliwości, czy był on tu konieczny. Wszystko było szaro-bure, ale też pełne wciągających zakamarków, ślepych uliczek, niepokojących zaułków - zupełnie jak w niezorganizowany sposób rozrastająca się miejska zabudowa. Wtedy ten jeden rytmiczny utwór można by interpretować jako próbę zaprowadzenia ładu i wpuszczenia powietrza.
[PT]

2/08/2015

2015 na żywo

10.01 - za duszno: Run Dust, Zaumne - Projekt LAB
14.01 - Kakamina, Blevin Blectum
30.01-01.02 - CTM 2015
06.02 - za duszno: ANFS - Nowa Sytuacja
07.02 - Marc Lohr - LAS
28.02 - Zooming: Ireland - Aula Nova
03.03 - Lotto - LAS
28.03 - Chino, Olivia, Kinzo - Wosk
07.04 - Xavier Charles / Petr Vrba - Centrum Amarant
17.04 - Brutaż - Libido, Warszawa
25.04 - Warsztat dźwięków #14 - Centrum Amarant
28.04 - Konrad Gęca, Mikołaj Tkacz (solo i duo) - LAS
09.05 - RozbraTek #5: eMeL, C23
16-17.05 - Monotype Fest - CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa
18.05 - Palcolor, K., Guy Debord - Eufemia, Warszawa
28.05 - Pascale Project, Bataille Solaire - Centrum Amarant
29.05 - za duszno: Lucio Capece - Centrum Amarant
02.06 - Apli Papli, Weird Candle - Centrum Amarant
04.06 - Jeff Gburek, Morihide Sawada, Gerard Lebik (solo i duo) - Centrum Amarant
12.06 - Adam Gołębiewski - Parking pod Placem Wolności
- Abavuki - CK Zamek
13.06 - za duszno: Teenage Lightning 2015, Doktor Zło, Elvira, Helena Hauff - Projekt LAB
20.06 - za duszno: Comoc, James K, FOQL, ∑NCLAVE (w ramach Dni Jeżyc) - Poznańskie Zakłady Graficzne
22.06 - 67,5 Minut Projekt - Plac Wolności
23.06 - Cakes Da Killa - Plac Wolności
28.06 - ostatnie sonaty Beethovena w wykonaniu Maseckiego - Dziedziniec Muzeum Archeologicznego
09.07 - Lata, Sebastien Branche / Miguel Garcia - Centrum Amarant
10.07 - Open Music Quartet - Centrum Amarant
11.07 - Polish Juke - Projekt LAB
01.08 - za duszno: Kondaktor, Mönada - Projekt LAB
14-16.08 - Sanatorium dźwięku - Sokołowsko
19-23.08 - Berlin Atonal
21.08 - Tauron Festiwal Nowa Muzyka
29.08 - DOMOFFON Festiwal - Łódź
05.09 - Ido Bukelman - Centrum Amarant
08.09 - za duszno: Cured Pink, F ingers, Siksa, Polly Týkk - Centrum Amarant
12.09 - Bachorze - Dragon
- John Lake - Ogród Łazarz
- Jakub Lemiszewski, Wszystko, HC Plądrofonia - Centrum Amarant
14.09 - Jeff Gburek / Tyler J. Borden - Centrum Amarant
17.09 - Wojtek Więckowski - Centrum Amarant
19.09 - "Przechylenie" - sesja improwizatorów pamięci Konrada Chyla - Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych "Rozdroża", Lublin
25.09 - Tyto Alba - Centrum Amarant
26.09 - Traxman - Projekt LAB
27.09 - Eric Wong, Paweł Doskocz / Michał Sember - Centrum Amarant
30.09 - Joanna Wabik "Zsyp Ślady" - CK Zamek
02.10 - Hoketus Martinus - Św. Marcin
03.10 - The Spouds, Melisa, Dyson Sphere - Centrum Amarant
05.10 - za duszno: C-drík, DJ Morgiana, DJ 2 Lewe Ręce - Centrum Amarant
07.10 - Cristián Alvear wykonuje "shizuka ni furu ame" Radu Malfattiego
09.10 - Marimba - Centrum Amarant
- Piotr Kurek, Stara Rzeka - Dragon
11-18.10 - Unsound
23.10 - Xyn Thi & Fonoleptic - Centrum Amarant
24.10 - Nostalgia Festival - utwory Arvo Parta (Chór Kameralny Collegium Musicale / Jakub Pankowiak / Orkiestra Kameralna l’Autunno) - Fara
30.10 - Rita Braga, Adam Frankiewicz, kakofoNIKT - Centum Amarant
31.10 - za duszno - Ojun i przyjaciele - LAS
01.11 - "Ziarno" - eksperyment słuchowiskowy - Centrum Amarant
03.11 - Kazuhisa Uchihashi/Mitsuru Nasuno/Katharina Ernst - Centrum Amarant
05.11 - Alice Hui-Sheng Chang/Piotr Tkacz, Nigel Brown - Centrum Amarant
07-15.11 - Festiwal Poznań Baroque - CK Zamek
08.11 - spacer dźwiękowy z Nigelem Brownem
13.11 - za duszno: Cindytalk, DJ Morgiana - Centrum Amarant
14.11 - za duszno: Cindytalk, DJ Morgiana, Piotr Tkacz - CSW "Zamek Ujazdowski"
- Siksa - Eufemia
15.11 - Cindytalk, DJ Morgiana - DOM, Łódź
19.11 - Lucie Vítková/Mateusz Rybicki - Centrum Amarant
20.11 - Sutari - Centrum Amarant
21.11 - sleepin'1: busdreamzone - dawny dworzec PKS
23.11 - Na cmentarzu mieszkać będę (II) - Kościół św. Jana Jerozolimskiego za murami
25.11 - Yuri Mizobuchi / Michał J. Biel / Maciej Maciągowski - Centrum Amarant
28-29.11 - Diffusion_Art - Filharmonia, Piwnica Kany, Szczecin
03.12 - Henrik Munkeby Nørstebø, Robert Gogol - Centrum Amarant
04.12 - Performance: Szkopuł w Osi na dwie postacie (Furutani/Biel) - Centrum Amarant
10-13.12 - FRIV Festival Poznań-Wiedeń - Centrum Amarant
19.12 - Sébastien Beliah - Centrum Amarant
20.12 - sleepin'2: kocie popołudnie - Centrum Amarant

3/21/2014

Bardzo dobry tekst o lizbońskiej scenie, pomyślałem sobie, że byłby to świetny temat na nowy film Pedro Costy (ten wywiad już dawno temu chciałem polecić).

Polecam zaglądać na strony "Inne", "Relacje z festiwali" itd, bo są one na bieżąco uaktualniane. Np. o teksty dla Muzykoteki szkolnej, ale gdyby komuś się nie chciało tam klikać, to może tutaj, ostatnio pisałem o:
Mike'u Cooperze,
Witoldzie Oleszaku,
Mik.Musik.!.,
Chico Mello i
Paulu Wirkusie.

Dużo dzieje się też na tumblrze czyni, ja niedawno zająłem się m.in. Un Caddie Renversé dans L’herbe, wytwórniami Alpha i Balloon & Needle.

Zwykle rzeczami związanymi z moją aktywnością muzyczną chwalę się na swoim tumblrze, ale to jest takie coś, że aż muszę tutaj. Jurg Haller poprosił mnie i Polly Týkk‎ o zrobienie miksu, zdecydowaliśmy się zaprezentować trochę ciekawej muzyki z Polski - efekt tutaj.


1/13/2014

koncerty 2014

16.12 - Wymiana dźwięków: Radek Dziubek, Wojciech Kucharczyk - Teatr Ósmego Dnia
15.12 - Kobra, Grisha Shakness, EFT - LAS
13.12 - za duszno: Jacek Staniszewski - Nowa Sytuacja
12.12 - Julia, Dave DK - Nowa Sytuacja
09.12 - European Union Baroque Orchestra, Lars Ulrik Mortensen - Aula Nova
08.11 - Bumro - LAS
07.11 - za duszno: Moopie, Adrian Mancuso - Projekt LAB
05-14.11 - Festiwal Poznań Baroque
02.11 - Adam Gołębiewski, SYNY - LAS
27.10 - VeRmulsCHt - KOKS
23-25.10 - Nostalgia Festival Poznań 2014
17-19.10 - Unsound
16.10 - m.in. Kasper T. Toeplitz, Robert B. Lisek - Od:zysk
03.10 - Lost Harbours, Bachorze - Trochę Kultury
19.09 - Spinache, Zamilska - Projekt LAB
14.09 - Adam Gołębiewski / Witold Oleszak / Mikołaj Trzaska - Dragon
13.09 - Elena Andreyev - Brama Poznania
08.09 - Scorpio-L - Trochę Kultury
06.09 - koncert-instalacja "Sztuka wyborów" - KOKS
05.09 - Polly Týkk, Konrad Gęca, Wilhelm Bras, Czarny Latawiec - Projekt LAB
20-24.08 - Berlin Atonal
16.08 - De Narco, Kamome Sound System - 8 Bitów
09.08 - Étienne Galletier - Brama Poznania
07.08 - Feelaz, A Skitzo - 8 Bitów
02.08 - Komalé Akakpo - Brama Poznania
29.07 - Adam Gołębiewski / Witold Oleszak - Dragon
28.07 - Mauricio Takara, Baoba Stereo Club - Dragon
25.07 - Beyond The Borders, Moli, Polly Týkk, C23 - Rozbrat
17.07 - Posoka - KontenerART
16.07 - Wojciech Bąkowski - Pawilon Nowa Gazownia
12.07 - Piotr Kurek do wizualizacji Hobo Cubes - Klub Festiwalowy "Animatora"
11.07 - DJ MT - Ptapty
10.07 - Björn Steinar Sólbergsson - Fara
05.07 - Jeff Gburek / Hubert Wińczyk - Rysy
04.07 - Antez - Galeria Raczej
28.06 - Sympozjum 3.0 - Projekt LAB
27.06 - Fubar - 8 Bitów
22.06 - Piotr Mełech / Olo Walicki - Dragon
18.06 - Gołębiewski / Gburek / Lichota - Trochę Kultury
14.06 - Brutaż #25 - 1500m2 do wynajęcia, Warszawa
13-14.06 - MonotypeFest 01 - CSW "Zamek Ujazdowski" - Warszawa
12.06 - Kobra - Ptapty
11.06 - Warsztat dźwięków #13 - Głośna
08.06 - [ro] - Rysy
07.06 - Undertape - Ptapty
01.06 - Defibrillator + Mazzoll - Pawilon Nowa Gazownia
31.05 - Sin, Michał Krych - KontenerART
- Piotr Mełech / Ksawery Wójciński - Dragon
25.05 - Osmosis - Zakład
18.05 - Jakub Lemiszewski - Wielkie Żarcie
17.05 - Margreet van der Hayden / Maria Erdman - utwory C.P.E. Bacha - Muzeum Instrumentów Muzycznych
16.05 - Zaumne - Rysy
15.05 - Bryan Eubanks / Xavier Lopez - Rysy
10.05 - Columbus Duo, Emiter - Słodownia
07.05 - Felix Kubin & Mitch & Mitch - Meskalina
04.05 - Piotr Mełech / Wojtek Traczyk - Dragon
02.05 - Canti Illuminati Festival #2 - Firlej, Wrocław
17.04 - Warsztat dźwięków #12 - Głośna
16.04 - Marcin Olejniczak / Maciej Sypniewski, Opiumathic - Rysy
15.04 - Jakub Lemiszewski, Bachorze - Dragon
12.04 - Mik.Musik.!. showcase - Od:zysk
11.04 - pierwsze urodziny rozkurzu - Firlej, Wrocław
06. - 10.04 - 5. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej "Q'arto mondi"
30.03 - Maciej Ożóg, Gerard Lebik, Ryan Jordan - LAS
29.03 - Cococlock, DJ 2 Lewe Ręce - Rysy
21. - 24.03 - Poznańska Wiosna Muzyczna
20.03 - Gerard Lebik / Marysia Zimpel - Arsenał
18.03 - Michał J. Biel, Hippie Diktat - Trochę Kultury
16.03 - Piotr Kowalski / Piotr Mełech - Dragon
15.03 - David Chiesa / Jean-Philippe Gross / Xavier Querel, DJ 2 Lewe Ręce & Polly Týkk - LAS
14.03 - Kuba Ziołek, Piotr Kurek - Głośna
12.03 - Core of the Coalman, Laura Luna, Tsembla, Druss & Dwellings, DJ 2 Lewe Ręce & Polly Týkk - Cafe Neustadt, Praga
09.03 - Lichota / Tkacz, Federsel & Mäkelä - Galerie Školská 28, Praga
01.03 - Underwater #7 - Eufemia, Warszawa
23.02 - kakofoNIKT - Teatr Ósmego Dnia
- za duszno za dnia: We will fail., Herr Rubin, DJ 2 Lewe Ręce & Polly Týkk - LAS
22.02 - za duszno: Polly Týkk, Tirips, Debmaster, Bucz, DJ 2 Lewe Ręce - Rysy
19.02 - Warsztat dźwięków #11 - Głośna
15.02 - Demonszy - Rysy
13.02 - David Chazam / Patryk Lichota - CK Zamek
27.01 - 02.02 - CTM 2014
23.01 - Łukasz Rodziewicz "Jest tak jak teraz mikstejp" - Arsenał
- Adrian Kolarczyk, Łukasz Sosiński / Daniel Koniusz, Duy Gebord - CK Zamek
11.01 - za duszno: Polly Týkk & DJ 2 Lewe Ręce, Bronek Bronikowski, Jurg Haller - Rozbrat
09.01 - Bug Loop Trio - Meskalina
04.01 - Herr Rubin, Polly Týkk, DJ 2 Lewe Ręce, Bucz - Rysy
03.01 - Graveyard Drug Party - LAS
02.01 - Jeffrey Young / Patryk Lichota / Michał Biel, Jeffrey Young / Jeff Gburek, Jeffrey Young / Piotr Tkacz - CK Zamek

9/19/2013

Ostrava Days 2013 w skrócie



Tutaj można przeczytać relację Karoliny Karnacewicz, w której znalazło się kilka zdjęć zrobionych przeze mnie. Powyższe nie, ale tak mi się podoba, że postanowiłem je wrzucić tu(to Marianne Pousseuer). Jeszcze więcej zdjęć jest tutaj.

Ja nie mam za bardzo czasu, żeby pisać o festiwalu, więc tylko wyliczanka, którą kiedyś podałem na fejsbuku.
Ostrava Days 2013 w skrócie (kolejność nieprzypadkowa): "Lohengrin" Sciarrino, "Blue Bells or Bell Blues" Smolki, "Rothko Chapel" Feldmana, "Piano Concerto" Bakli, "Trio" Ligetiego, "individuals, collective" Wolffa, "Dox-Orkh" Xenakisa, "Piano 2" Eastmana, "Graal théâtre" Saariaho.
Z kompozytorów wybranych na OD Institute: Nissim Schaul, PRASQUAL, Jack Callahan, Todd Lerew, Jeromos Kamphuis, Martyna Kosecka, Ravi Kittappa, Rita Ueda, Michal Indrák.

9/13/2013

Czy można już zacząć przygotowania do podsumowywania roku? Jeśli można, to ja bym to widział tak: Wojciech Bąkowski, Rashad Becker, Wilhelm Bras, Call Back The Giants, Clap! Clap!, Clipping, COIN, Mike Cooper, Dracula Lewis, Ekman, Flower Farm, FOODMAN, Furfriend, Daughn Gibson, Gobby, Anne Guthrie/Richard Kamerman, Helena Hauff, Kink Gong, Kobosil, Alexander Lewis, Lumigraph, Metasplice, Idassane Wallet Mohamed, Oval, Run Dust, Kunsu Shim, The Siege Of Troy, Xiu Xiu & Eugene S. Robinson. Może jeszcze trochę z rozpędu: Julia Holter, PHORK, Yong Yong.

Nie słyszałem chyba bardzo fajnego albumu Shelley Parker, który wydało Entr'acte, ale fragment u wydawcy i jej soundcloud sprawiają, że nie mogę się doczekać.

W podsumowaniu nie uwzględniam podcastów, ale gdybym to robił, to ten SAVANTa by się na pewno w nim znalazł.

Tutaj można popatrzeć na winyl Unit Moebius.

A tutaj przeczytać wywiad z Christofem Kurzmannem.

Zawsze są też stare mapy.

8/01/2013

Berlin Atonal 2013 - niedziela

Gdy w Berlinie spodziewano się, że pobity zostanie kilkudziesięcioletni rekord temperatury (38,1 C), chłodne wnętrze elektrowni przy Köpenicker Straße było idealnym miejscem na spędzenie niedzieli.
Do szczęścia wystarczyłby mi już brak słońca i wygodne krzesło, a tu jeszcze Lower Order Ethics puszczała mroczne dźwięki (np. "Frankie Teardrop" prawie w całości). To było bardzo przydatne, żeby dojść do siebie i odnaleźć się w przestrzeni. Która robiła wrażenie, zwłaszcza przez swój ogrom: jeden poziom to wielka przestrzeń zakończona sceną, a niżej jeszcze dwa, z czego jeden dostępny tylko do oglądania; dodatkowo fajnie oświetlona.
Rashad Becker mówił bardzo ciekawe rzeczy w artykule w Wire, dlatego miałem spore oczekiwania przed jego występem. Nie będę trzymał was w niepewności – nie zawiódł. Muzyka z gatunku wyjątkowych, kilka dźwięków a’la Evol (ale nie tak wyśrubowanych), trochę jakby Pure (jednak nie skumulowane masy, a grupy drobnych motywów), ze względu na mnogość detali do głowy przyszedł mi też O.S.T., brzmieniowo nie bardzo daleko do Waisvisza (ale tutaj wszystko na poważnie). Gdzieś jakby przetworzone fragmenty wokali, wyginane, podobnie jak i inne dźwięki, dużo spirali i zakrętów, czasem loopy, ale albo zmieniane albo dwa nakładane nierówno na siebie. Gdzieś mignął powidok muzyki azjatyckiej, ale to może bardziej efekt sugestii tym, co autor mówił w Wire. Zbędne wizualizacje, które wydały mi się wręcz obrazą dla tego co Becker tworzył.
Positive Center - przyzwoite techno, darkambientowo pod koniec.
Na pierwszy rzut wydawałoby się, że Grischa Lichtenberger grał z naciskiem na perkusyjną/bitową warstwę, ale przy dłuższym obcowaniu i lepszym wsłuchaniu, zaczęło się okazywać, że jest to muzyka zróżnicowana, wielowarstwowa. Silne uderzenie nie było jej jedynym celem, wzbogacały je plamy, rozszerzające tła albo punktowe dźwięki niczym z sonaru. Do tego ładne światła.
Kwestię równoważenia elementów mógłby zechcieć przemyśleć Zan Lyons, który zaczął dość ładnie, nawet słodko dzwoneczkując, czasem sięgał po skrzypce, które następnie zapętlał. A potem zaczął napieprzać bitami, naprawdę mocno. A potem znów smutny pasaż i ogólnie tego chyba było więcej. Nic złego, a też gdyby były tylko smutacko-ładnie, to mogłoby być trudne do strawienia, jednak takie łączenie nie do końca zadziałało.
Zmianę klimatu zapewnił Russell Haswell, który zaczął od zabaw tonami prostymi i złożonymi, spoko, ale wyglądało to na bardziej na wprawki, niż na jakieś konkretniejsze coś. Bo to coś miało dopiero nadejść, druga część zaczęła się też jak ćwiczenie, tym razem z rozkładania bitów na czynniki pierwsze. Techno majaczyło na horyzoncie, ale długo nie nadchodziło, Haswell dał sobie czas na rozpędzenie się, a gdy już do tego doszło, było powalająco, agresywnie, z wieloma wykręconymi dźwiękami upchniętymi między bity (które nigdy do końca nie stały się standardowe). Z tego niestety postanowił przejść w noise, mogłoby to się udać, ale tutaj niestety pokonała go akustyka sali. Tak jak fajnie było słuchać tych cząstek bitów odbijających się od przeciwległej do sceny ściany, tak nieprzyjemnie było taplać się w bezforemnej głośnej breji.
Ancient Methods (teraz już solo) – bardzo przyzwoite techno, mógłby pokombinować z przejściami między utworami, jeden utwór bardzo Regisowy (może po prostu wynik współpracy z nim?), najlepszy pod koniec, zaskakujący ze zmutowanym ardkorowym motywem.
Tak czekałem na Samuela Kerridge’a, a gdy zaczynał czułem się już nieco zmęczony (była to szósta godzina słuchania muzyki). Z jednej strony, wtedy (i teraz też) wydaje mi się, że było super, więc o co mi chodzi, ale z drugiej nie mogłem wykrzesać z siebie takiego entuzjazmu, jak bym chciał, na jaki ta muzyka by zasługiwała.
Podobnie niestety z Violetshaped, którzy utrudnili sprawę dodatkowo, bo ich muzyka to w pełni wypełnione pasmo, walec prący nieustannie do przodu, który miażdży słuchacza. Kerridge zostawia trochę miejsca, otwiera przestrzeń także mniej oczywistymi rytmicznie (albo wcale nierytmicznymi) fragmentami.
Te występy zamknęły część kuratorowaną przez Contort, czyli cykl imprez (upraszczając) organizowany od 2012 przez Kerridge’a i jego żonę. Reszta wieczoru została poświęcona artystom związanym z Blackest Ever Black.
Na szczęście jakoś powróciły mi siły przed Raime, a też ich muzyka była pewną odmianą, bo sporej dawce dość podobnych (uogólniając) propozycji. Był jeden nowy utwór, z samplem wokalnym, a jeden z albumu brzmiał jakby inaczej (inne sample perkusji?). Odbiór zakłócały nieco deptane i kopane kubki, których dużo się walało po ziemi.
Cut Hands słuchałem z dołu, Vatican Shadow już prawie w ogóle, bo trzeba było odpocząć przed "aftershow" w pobliskim Shifted. Tu Powell, który grał pomysłowo, nie wszystko miksując w bit, tylko np. zostawiając intra utworów, a już zupełnie zaskoczył „Anit War Dub” Digital Mystikz. Potem Joe Andrews z Raime, na początku twarde oldskulowe techno, potem jungle, fajnie było patrzeć na to, jaką ma radochę z grania, a ludzie dobrze reagowali, aż nawet jakiś rewind się zdarzył. Następne Will Banhkead (The Trilogy Tapes), który najpierw trochę uspokoił parkiet, ale w końcu i tak przywalił. W zasadzie akuratnie, bo utorował drogę DJ-owi Richardowi, który początek swojego setu ustawił tak, że jego "Leech2" wydawał się tego wstępu naturalną konsekwencją. Było ciężko, brudno, ale zarazem tak energetyzująco, że o piątej rano zmęczenie uleciało i pląsałem radośnie.