3/28/2011

CoCArt Music Festival 2011

Nie cały, tylko drugi dzień. Idealnie oczywiście byłoby stawić się w oba dni, ale nie mogłem wybierać, a i tak drugi dzień jak dla mnie ciekawszy.

Zaczęło się od przywitania przez organizatorów, które wywołało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, fajnie że zwrócili uwagę publiczności, że niektóre koncerty wymagają ciszy i skupienia, więc jeżeli ktoś chce gadać, to może wyjść, żeby nie przeszkadzać. Z drugiej strony, mniej fajnie że zwrócili uwagę Gazecie Wyborczej, że nie napisała nic o festiwalu. Ja rozumiem, że GW jako patron medialny powinna to zrobić, ale takie otwarte wyrzekanie jest bezcelowe i nieco śmieszne.

Mniejsza z tym, przejdźmy do koncertów. Część publiczności chyba nie odnotowała faktu, że drugi dzień zaczynał się o 18 i dobijała na miejsce raczej w okolicach 20. Można powiedzieć, że mieli połowiczne szczęście, bo ominęli dobry koncert Komory A i słaby Nemezis.



Komora A wytworzyła bardzo gęsty i spójny blok dźwięku, który zaczął się i skończył nagle, bez wstępu i wygaszenia, jakbyśmy przypadkiem złapali jakąś trwającą już transmisję i równie niespodziewanie ją zgubili. Zaczęło się niezbyt głośno, od skwierczącego szumu, który długo pozostawał podstawowym elementem. Ogólnie, nie było w tym secie gwałtownych zmian, chociaż zdarzały się wtręty, których nic nie zapowiadało: zacinane sample głosów (pewnie od Wolframa), pojedyncze "elektryczne" głośniejsze uderzenia. Powoli poziom dźwięku narastał, wrażenie opresyjności dopełnił mocarny basowy pomruk.





Nemezis grało wykorzystując w niektórych utworach mający się dopiero ukazać materiał z projektu z Pawłem Mykietynem. Znów mógłbym się przyczepić do zapowiedzi, gdzie ten 40-latek został określony mianem "kompozytora młodego pokolenia", co przypomina podobne, kuriozalne, bo długo stosowane, opisy Olgi Tokarczuk.

Mniejsza z tym, przejdźmy do koncertu. Który był niezbyt dobry. Przez kilka pierwszych utworów zespół starał się nam wmówić, że działalność Ninja Tune z drugiej połowy lat 90. nie miała miejsca i oni muszą dopiero stworzyć to wszystko. Niestety, u mnie amnezja kulturowa nie przebiega tak szybko i nie byłem zainteresowany słuchaniem naśladownictwa tego, co we wspomnianym okresie zrobiła, dajmy na to, Neotropic. Potem były jakieś smyczki, trochę spokojniej (bez rytmów) i mroczniej, ale też jakoś nieprzekonująco. Nie dotrwałem do końca, wyszedłem na górę się ogrzać.





Podziemny parking toruńskiego CSW całkiem sensownie funkcjonuje jako przestrzeń dla tego festiwalu, ale ma jeden minus - jest tam zimno. Szkoda, że nikt nie podjęto choćby próby ogrzania tej przestrzeni. Wiecie, są takie grzejniko-lampy gazowe, nie wiem, jak to się nazywa, ale do takiego czegoś można podejść choćby na chwilę, żeby rozgrzać dłonie i stopy.



Mniejsza z tym, przejdźmy do kolejnych koncertów. Następnie duet Ove Volquartza i Ray'a Kaczynskiego, który był przyjemnym zaskoczeniem i dowodem, że CoCArt jest festiwalem poszukującym w różnych rejonach, nie zakopanym w ciasnym grajdołku. Volquartz grał na klarnecie kontrabasowym i flecie, Kaczynski na skonstruowanych przez siebie instrumentach perkusyjnych i trochę na elektronice. Najbliższym skojarzeniem byłby Pierre Bastien, ale to bardziej brzmienie, niż forma, bo duet bardzo rzadko korzystał z powtarzania elementów, tak charakterystycznej dla Francuza "loopowatości", być może ze względu na to, że była to zupełna improwizacja.

Volquartz operował gdzieś w rejonach abstrakcji Anthony'ego Braxtona, Kaczynski momentami zbyt szarżował w swoim perkusyjnym zapamiętaniu i agresywności. Chociaż te mocniejsze jego wejścia ciekawie przełamywały delikatność i ulotność muzyki.

Druga część, w której Volquartz grał głównie na flecie, mogła uchodzić za wariacje, bardzo swobodne, na temat muzyki jawajskiej. Jako całość, występ był trochę za długi i pod koniec nieco mnie nudził, bo miałem wrażenie wykorzystywania ciągle tych samych środków, ale i tak pozostawił pozytywne, odświeżające, wrażenie.



Następny był Dave Phillips i ja, choć wiedziałem, czego się spodziewać, to jednak z ciekawością wyczekiwałem jego występu. Wiedziałem, że skoro poprzedniego dnia zaprezentował swoje nagrania terenowe, to dziś przedstawi swoje stanowisko w sprawie stosunku ludzi do zwierząt. Mówiąc eufemistycznie...Dobrze pamiętałem jego występ podczas MGF 2007, który był szeroko dyskutowany, tym razem więc odpadał dla mnie element zaskoczenia, a ponieważ wtedy nie doszedłem do wiążących wniosków "czy można? czy należy? czy powinno się?", to teraz postanowiłem skupić się na dźwiękach.

Nie jestem pewien, ale toruński występ był chyba krótszy niż ten w Szczecinie, a może tylko tak mi się wydawało. Na pewno podczas MGF było więcej ciszy i uważnego aplikowania wokalnych ciosów. Tutaj prawie od razu zostaliśmy przytłoczeni dźwiękową masą zapętlonych oddechów, krzyków, wyć, pisków. Potem w tle przewijały się sample syren i jakby niskie wybrzmienia fortepianu.


A teraz coś z zupełnie innej beczki: Asmus Tietchens, w kontraście: bez projekcji, bez przekazu, bez ruchu. Siedzący za odtwarzaczami, z których wypuszczał przygotowane partie na bieżąco je ze sobą mieszając. Rozmawiając po tym koncercie, odnotowaliśmy z Hubertem podobne reakcje, tzn. senność. Choć nie mieliśmy pewności, czy jest ona wynikiem dźwięków, czy zmęczenia. Jednak dla mnie nie było to coś, co źle świadczyłoby o muzyce, nie równało się znudzeniu, a raczej oznaczałoby jej skuteczność. Tietchens tworzy muzykę wręcz prowokacyjnie nieefektowną, pozbawioną emocji, czasami nieatrakcyjną, jeśli brać pod uwagę używane brzmienia, które są "szare", syntetyczne i generalnie jednorodne. Nie napiszę więc, że mi się podobało, ale tak - byłem usatysfakcjonowany.



Na Philippe'a Petit czekałem zaintrygowany jego albumem z Lydią Lunch, Twist of Fate. Niestety Francuz zgadał się ze swoimi znajomymi z Post Abortion Stress, którzy dołączyli do niego w trakcie występu. Najpierw jednak pojawił się (w koszulce Big Black) sam za gramofonami, dwójka członków PAS dołączyła do niego po około 10 minutach.

Wtedy Petit skoncentrował się z instrumencie przypominającym zither, na którym grał smyczkiem. Była w tym jakaś ujmująca ludyczność, jednak długie eksplorowanie tych samych motywów było nieco męczące. Posługując się gramofonami Petit też wkłada w grę wiele energii i zajmujące było już samo patrzenie na niego.

Nie stosował skreczy, czasem przyspieszone przesuwanie płyty ręką, ale by uzyskać ciągły dźwięk, używał gramofonów także perkusyjnie, uderzając ręką - wybijając rytmy na płytach, a występ zakończył uderzeniem "z bani".

Starałem się koncentrować na nim i jego wkładzie, bo reszta niezbyt mi się podobała, pan z PAS zapętlał swoje wokale, pani głównie grała na gitarze czy może basie (własnej konstrukcji?), nie wiem do końca, jakie dźwięki tworzyła, ale razem zrobiła się z tego monotonna magma, w której roztopiła się drapieżność tego, co grał Petit.




Na koniec O/R, czyli Raymond Salvatore Harmon i Todd Carter. Czyli połączenie analogowego tworzenia wizualizacji opartego na sprzężeniach z elektronicznymi dźwiękami i samplami z Sun Ra z laptopa. Samplami mówienia, a nie muzyki. Długie oczekiwanie i zmęczenie sprawiły pewnie, że nie byłem zbyt dobrze nastawiony do tego występu, który nie był w stanie niczym się obronić przed moim (niesprawiedliwym zapewne) podejściem. Problemy sprzętowe Cartera zupełnie pogrążyły sprawę.

[CoCArt będzie tematem najbliższej Audiosfery, w której porozmawiamy o festiwalu z Hubertem Wińczykiem, a także posłuchamy fragmentów koncertów]

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ciekawy jestem jak koncert M.Vorfelda - był ktoś? słyszał ?

piotr tkacz pisze...

Hubert mówił, że dobrze, chociaż publiczność trochę hałasowała