Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka brytania. Pokaż wszystkie posty

9/03/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 9)

Intensywny, chwilami drażniący Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato) Petera Greenaway'a, tu można poczytać, co tam się działo. Akuratna rozgrzewka o poranku z natrętnym brzęczeniem much, ogłuszającym dzwonem, echem okrzyków w katakumbach, deszczem i burzami oraz niosącym się, wyznaczającym rytm, waleniem w rury, które jest obecne na takiej (czaso)przestrzeni, że zaczyna się podejrzewać, że trzyma ją ryzach i podtrzymuje w posadach. Momentami pojawiają się charakterystyczne, znane z poprzednich filmów, wielogłosy odpowiadające podzielonemu ekranowi. Sound department, który się nad tym napracował był odpowiednio duży, tu odnotuję tylko Raúla Locatelliego i Vijay'a Rathinama.
Jak filmy festiwalowe się spotykają: z Koniem być przegalopował motyw centaura. A ponieważ wszystkiego się ze sobą łączy, to wkrótce potem trafiłem na Pierścień z papieru Zygmunta Haupta i nie zawaham się użyć żadnej okazji, żeby polecić tę książkę. No i jest tam opowiadanie "Co nowego w kinie?", którego bohater mówi: "widziałem taki film Eisensteina o Meksyku. [...] To jest najweselze święto na świecie - na temat śmierci. [...] śmieją się do tej śmierci, której uważają, nie należy się bać, śmierć jest im bliska i przyjacielska, oswojeni z nią, z jej wyobrażeniami na kamieniach rzeźb Mayów i Azteków i widzisz Elektro ma to sens, to przemieszanie życia i śmierci, bo gdzież jest granica?..."

Akurat tak się złożyło, że potem widziałem taki inny film dziejący się w Meksyku - Maquinaria Panamericana, pełnometrażowy debiut Joaquína del Paso. Tu też wiele było odgłosów metalu. Rutynowe zrytmizowane sprawdzanie rur przy pomocy pręta rozchodzi się po terenie fabryki niczym dzwon. Metalowe odpadki służą jako kołatki (świadome nawiązanie do Our Daily Bread Vidora?) używane podczas ogłaszania śmierci. Zresztą już od początku orientujemy się, że dźwięk jest tu potraktowany nieszablonowo, też jeśli chodzi o jego relację do świata przedstawionego. Zaczyna się od niepokojącej muzyki (Christian Paris), widzimy postać wchodzącą do mrocznej hali, utwór narasta, ale nagle zostaje ucięty – to mężczyzna wyłączył odtwarzacz. Po pierwsze jest to ciekawe, bo na przekór dramaturgii, a po drugie bo wiemy, że ta muzyka nie mogłaby tak brzmieć z małego sprzętu. Potem są też ciekawe rozegrania sytuacji, gdy czasem utwory słuchane przez kogoś na słuchawkach wypełniają filmową rzeczywistość, a kiedy indziej dochodzą do nas jak z leżących w pobliżu „nauszników” właśnie. Podziękowania za dobrze i pomysłowo wykonaną robotę niech zechcą przyjąć Santiago Arroyo i Santiago de la Paz.
Z satysfakcją uczestniczyłem w tym świecie, aż wydało mi się, że zbyt krótko w nim pozwolono nam przebywać. No ale zamknął się cykl żałoby, ostatnie sceny, po napisach, może nawet niepotrzebne. Z filmów o pracy w różnego rodzaju firmach i biurach na tegorocznym NH dałoby się zebrać fajny blok. Ten zerkał też w przeszłość retrospekcjami na widocznie starszej taśmie, gdzie między innymi wyburzanie i wybuch od tyłu, do tego kojące muzyka. Czy da się cofnąć czas, powrócić do świata przed katastrofą?

Resztki czyli pierwszy fabularny pełen metraż Omera Fasta. Muzyka Dirk Dresselhausa (aka Schneider TM) spoko. Ogólnie fachowo, ale niewiele z tego pozostaje po wyjściu z seansu.

Jeśli chodzi o znakomite wyczucie zależności między tym, co słyszalne i co widzialne, to należy wyróżnić też Serce psa (Heart of a Dog) Laurie Anderson (który chyba wejdzie do kin). To takie coś, co wielu młodych twórców bardzo chciałoby zrobić, ale im nie wychodzi. Znów to jakiś esej, w dużej mierze monolog, w którym swobodnie łączy się opowieść o tytułowym towarzyszu artystki z rozważaniami o zmianach w USA po 11 września, do tego między innymi Wittgenstein, Gordon Matta-Clark i buddyzm, a wszystko sobie płynie na luzie, powaga kontrapunktowana humorem. Oczywiście unosi się to z taką elegancją też dzięki muzyce Anderson. Są to zupełnie nowe utwory, choć nikt nie powinien mieć sobie za złe, jeśli wyda mu się, że już to gdzieś słyszał. Dryfujemy przez łagodne, pastelowe pasaże, za ucho prowadzi nas spokojny głos autorki.

I koljne rendez-vous z Anną Biller - Viva z 2007 roku. Tym razem wyprawiamy się w różowe lata 70. i znów wypada powtórzyć pochwały odnośnie kolorystyki, scenografii, strojów, w ogóle wyczucia plastycznego, no i wymowy. Znaczące, że jedyną sceną seksu, jaką dane będzie nam zobaczyć jest gwałt. Inne, "pozytywne", doświadczenia są pominiętę, być może szkoda na nie czasu filmowego, bo są zbyt oczywiste. A z tym widz musi się zmierzyć.

8/30/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 5)

Na początek dnia wcale nie lekki W Kalifornii (La Californie) Charles'a Redona. Kolejne kombinacje z dokumentem, dziennikiem i autofikcją, te mocno uwierające, ale tym silniej drapiące po umyśle. I znów rozmowa po z autorem, która wiele dała. Bo po obejrzeniu można go ("gra" siebie) znielubić, ale jako reżyser przypominał, że jest to film i niektóre rzeczy są uwypuklone, żeby np. konflikt między bohaterami był silniejszy. Mówił też o tym, że miał świadomość stąpania po etycznej linie i wiele uwagi przykładał do tego, żeby grać czysto (pomijał choćby szczegóły medyczne). Pojawia się odwołanie do Boba Flanagana, w ogóle kwestia masochizmu na wielu poziomach i z wielu perspektyw. Tytułowa kraina jest dla Redona na poły mityczna, chciał pokazać ją jako obszar, w którym panują nieokiełznane siły przyrody. Zapytałem go, czy może inspirował się Rohmerem, bo narracja z offu i w ogóle motyw męskiego patrzenia, przyglądania się, obserwowania kobiety z nim się skojarzył. Ale nie, za to przywołał Sherman's March Rossa McElwee i Tarnation Caouette'a.
Im więcej o nim myślę, tym bardziej go doceniam. Zupełnie nieoczywisty, często zaskakujący, przełamujący przewidywania (jak choćby w ostatniej scenie, w której łatwą radość uroczystości dysonansuje schowanie się w niepokjącej masce).

Wydawało mi się dobrym pomysłem, żeby Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi
(The Sky Trembles and the Earth is Afraid and the Two Eyes Are Not Brothers) Bena Riversa (znanego choćby ze stworzonego wspólnie z Benem Russellem A Spell to Ward Off the Darkness) obejrzeć zaraz po Mimosas Olivera Laxe, na którego planie Rivers kręcił. Początkowo wygląda to na nietypowy making of, ale wkrótce śledzimy Laxe'a nie przy pracy, tylko snującego się. Nie będę zdradzał, co się dzieje dokładnie – coś takiego, że powinienem się przejąć, ale jakoś zupełnie mnie to nie obeszło. Starałem się więc smakować obrazy i dźwięki, ale to też jakoś nie szło. Nowy strój bohatera mógł być zainspirowany Moondogiem, raz ciekawie zabrzmiało coś jak zdarte skrzypce. Co do obrazów, to problem w tym, że właśnie oglądałem te same rejony w Mimosas. Maroko jest może i piękne, ale ile można. Obraz Laxe'a też mnie nie zachwycił, chociaż główna postać szaleńca bożego przyciągała uwagę i tak naprawdę trzymała całość, przede wszystkim dzięki niesamowitym oczom (tak na marginesie, to mógłby on być bohaterem jakiegoś filmu Jodorowsky'ego). Jego wiara i zapał, energia i przekonanie, były czymś, co faktycznie przejmowało. Z widoków to w pamięć zapadł mi nie jakiś pejzaż, ale światła zdezelowanych taksówek sunących przez pustynię i odpędzających ciemność. Co do dźwięków, to kilka razy pojawiły się banalne świetliste drony, raz po wygaszeniu innych sfer oprócz niskich częstotliwości (też niezbyt oryginalne) wszedł zniekształcony głos i jakby brumienie wzmacniacza – to akurat fajnie zagrało. Na koniec mocny akcent: nawarstwione i zwielokrotnione zaśpiewy (modły?) stopniowo podmywane utworem „Sinai” OM.

Potem bardzo satysfakcjonujące odkrycie Piękność Nocy – prawdziwa Grisélidis, autoportret (Belle de nuit – Grisélidis Réal, autoportraits) Marie-Ève de Grave. Po prostu solidny dokument, ale nie sztampowy - to byłoby niemożliwe z taką bohaterką (pisarka, malarka, prostytutka walcząca o prawa tej grupy). Mam nadzieję, że będzie to przetarcie szlaków i w końcu ktoś ją przetłumaczy na polski (mnie zachwycił pomysł wydania jej notatek o klientach, a może z innej strony Le cheval nuage byłby dobrym wejściem). Tymczasem pozostaje wikipedia, strona centrum jej imienia, fragment innego filmu.

No i dobre domknięcie dnia za sprawą spojrzenia posthumanistycznym Trzecim Okiem: Zoologia (Zoologiya) Ivana I. Tverdovksy'ego. Drugi film w dorobku tego twórcy, którego doświadczenie jako dokumentalisty jest tutaj dobrze spożytkowane. Opowiada on nam bajkę, ale osadzoną silnie w realiach, z umiejętnie wyważonymi proporcjami humoru i dramatu. Jeśli ktoś nie chce żadnych spojlerów, to niech lepiej nie czyta dalej. Otóż głównej bohaterce wyrasta ogon, najpierw stara się podejść do tego racjonalnie i chodzi po lekarzach (zabawne jak oni wcale nie są zdziwieni). Jak mówi reżyser: But what is extremely important in this story is that a woman who has lived the longest part of her life already and who theoretically needs to start winding down her life and feelings, this woman gets a second chance. She starts living a new and different life, getting into something she never had a chance to experience before. For me, this is a very interesting aspect of the dramatic composition here. Wydaje się, że zaakceptowała ona nową siebie i cieszy się swoją wyjątkowością, ale jednak kończy się to niczym u Braci Grimm. Przypominają się też opowieści z filmu Ottinger i trochę Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków Fedorechenki. W innym wywiadzie Tverdovsky dodał ciekawe spostrzeżenie: one night I switched on the TV and there was a children’s channel where only cartoons are shown. When I was watching that I realized that in children’s cartoons animals are always good guys, but when you look at the films for adults, animals are usually villains. So I watched a lot of children’s cartoons to get inspiration.

7/04/2016

Grand Mal - Perfect Fit

To jedna z tych długo poszukiwanych płyt, które w końcu znajduje się dziwnym przypadkiem. Kilka utworów z Perfect Fit usłyszałem w jednej z nocnych audycji w Programie Drugim Polskiego Radia, chyba była to prezentacja wydawnictw z holenderskiego Unsounds. Chociaż na wpół zasypiałem, jakiś obszar mojej intuicji został pobudzony i zaintrygowany dźwiękami stworzonymi przez trio Grand Mal. Skład zespołu to Justin Bennett (bębny, perkusja, zither), Stephie Büttrich (głos, obiekty), Anne Wellmer (syntezator, automat perkusyjny, powerbook).
Utwory zawarte na płycie to w większości piosenki, ale zwichnięte, jakby pokiereszowane, po przejściach. Najlepszym przykładem igrania z konwencją piosenki, przełamywania jej przymilności jest "Peel me a grape" (interpretacja utworu Davida Frishberga). Kompozycja zaczyna się od zmysłowego wokalu, którego śpiewająca nie jest w stanie utrzymać na wodzy, który mutuje w jęki, natomiast tekst staje się bełkotliwy. Porzucenie „seksownego” tonu jest jak otrząśnięcie się ze stereotypu, jaki popkultura przydzieliła piosenkarkom. Büttrich uwalnia swój głos, chce odkryć pełnię jego możliwości. Podążą ścieżką jaką przecierał Jaap Blonk, choćby swoim „Speechloss”. Nie atakuje jednak tak bezlitośnie jak jej rodak. Wykorzystuje szeroki wachlarz środków takich jak warkot, bełkot, rżenie, mamrotanie; mocuje się ze swoim głosem, który uwiązł w gardle, urywa słowa, zacina się, jakby chciała je zatrzymać. Potrafi także stworzyć zabawno-przerażającą kreację w „707”, która ociera się o piosenkę aktorską. Tam parodiuje rutynę pouczeń, jakich stewardessy muszą udzielać pasażerom przed startem. Ta stewardessa chyba odczuła nudę i postanowiła nieco urozmaicić prezentację.
Dotychczas pisałem wyłącznie o 1/3 zespołu. Choć to wyczyny wokalistki przykuwają uwagę, towarzysząca dwójka jest równie ważnym elementem Grand Mal. W omawianym przed chwilą utworze sugestywnie odwzorowują dźwiękową aurę pasa startowego. Ale potrafią zagrać nie tylko ilustracyjnie, perkusista nie ogranicza się do krótkich sekwencji stuknięć i chrobotów, ale podgrzewa też atmosferę gęstymi solówkami. Dla jego zagrań ciekawy punkt oparcia stanowi syntezator analogowy: freejazzowe „odloty” zyskują inne znaczenie pośród ziarnistych, buzujących powierzchni, drapiących igiełek pojedynczych dźwięków lub ich postrzępionych chmur. Nie jest to nawałnica do jakiej przyzwyczaił Thomas Lehn, jednak gra Wellmer świetnie pasuje do artystycznego pomysłu tria.
Trochę rozczarowuje wyciszająca końcówka albumu (3 albo 4 ostatnie kompozycje), tam jednak słuchanie umilają etniczne zaśpiewy doprawione rytualnymi niemal rytmami (wcześniej zdarzą się jakieś fragmenty bardziej rytmicznych bitów, w stylu piosenkowym) i lekką transowością.
Ciekawy album, który dostarczy przyjemności osobom lubiącym twórczość zasilaną szaleństwem z przymrużeniem oka. Dziwaczny urok spowijający te nietypowe piosenki sprawia, że awangardowa i niełatwa z pozoru muzyka staje się nie tyle lekkostrawnym, ile nęcącym daniem. W dodatku bawi w niewymuszony sposób nie sięgając po kabaretowe chwyty.

[recenzja pierwotnie opublikowana w 2006 roku na nowamuzyka.pl]

3/19/2013

Prostitutes, Basic House - Mirror & Gate vol. 1, Prostitutes - Crushed Interior



To w zasadzie nie mogło się nie udać: Mirror & Gate to seria splitów powołana przez jedną z najlepszych wytwórni zeszłego roku (Opal Tapes) i jedną z najciekawszych ostatnio inicjatyw podcastowych (Blowing Up The Workshop). W pierwszym odcinku spotkali się autor jednego z najmocniejszych debiutów z 2012 (James Donadio aka Prostitutes) i szef opalowych taśm (Stephen Bishop aka Basic House).



Gdy czytałem o albumie Prostitutes, Psychedelic Black, trochę się bałem, że znów ktoś próbuje mnie epatować mrokiem, złem i ogólnie nieprzyjemnościami. Jednak, podobnie jak w przypadku Blackest Ever Black, okazało się, że ta zaciemniająca otoczka jest uzasadniona i wynika z materii, a nie jest tylko ornamentem. Bo muzyka Donadio nie nastraja na pewno pozytywnie, jest brudna, zacina (się), czasem zaboli, czasem podrażni. Jest w niej jakiś mozół i ciężar, ale nie chodzi o jakość wykonania, warsztat. To Prostitutes ma opanowane, wystarczy wsłuchać się w pętle perkusyjne, tak dopracowanego (i zróżnicowanego) brzmienia bitów dawno nie słyszałem. Przypomina to o hiphopowej szkole samplowania, ale tutaj nie do końca da się określić, czy są to sample, czy po prostu dużo pracy włożonej w obróbkę gotowych brzmień (choć w kilku słychać, że poszły w ruch całkiem oldskulowe automaty). Nie zawsze też wiadomo, skąd biorą się inne dźwięki, bo może to być oczywiście syntezator, ale może też modulowane sprzężenie, odgłosy starego telefonu albo przetworzone dźwięki akordeonu. Donadio bawi się, w kilku kawałkach dokładając kasetowy szum, gdyby komuś było za mało tego naturalnie przynależnego nośnikowi. Wrażenie robią utwory zrobione trochę "z niczego", jak choćby "You Better Leave Your Mouth at Home", które właśnie dzięki temu zredukowaniu tak silnie oddziałują. Najbardziej zaskakuje na koniec, najdłuższym w zestawie (prawie dziewięciominutowym) "Reborn Maggot" - krautrock? This Heat?



Na drugiej stronie Basic House zaczyna mocno: z zawieruchy szumów i hałasów wyłania się puls, powoli coraz wyraźniejszy, akcentuje go perkusja i już się wydaje, że wpadamy w rytmiczne koleiny, będzie techno, ale nie - kawałek zaraz się kończy. Kolejny, z innej flanki, w zasadzie taka garażowa muzyka konkretna na lekko przetwarzane loopy z dźwiękami dzwonów i zamglony głos, które dają w efekcie najdłuższy u niego kawałek (siedem minut). To, co Bishop tutaj prezentuje nie odbiega bardzo od albumu I'm Not a Heaven Man, chociaż nie ma ambientowych przerywników (na szczęście) i naprawdę długich utworów (niestety). Niektóre mogłyby tylko zyskać, gdyby dać im więcej czasu, jak choćby "Etymology Of" (na marginesie, zrobiony a'la Prostitutes). Co jednak nie zmienia faktu, że kawałki Bishopa chociaż różnorodne w zamyśle i wywoływanych skojarzeniach (DJ/PURPLE/IMAGE, ale też co mroczniejsze momenty z The Revenant Diary Marka van Hoena) razem tworzą spójną całość.

Chwilę po Mirror & Gate vol. 1 ukazał się kolejny materiał Prostitutes, Crushed Interior, tym razem nakładem Digitalis. I znów jest świetnie, muzyka bliższa kasecie niż Psychedelic Black, proces degradacji postępuje, uleciała ta ejtisowa nostalgia (to nie zarzut), jest duszno, przedzieramy się przez ruiny, próbujemy rozróżnić kształty w ciemności. Znów przypomina się This Heat, są też wyraźne odwołania do hip hopu (pomysłowo rozwiązane "Make a Hole, Look Out").

Mirror & Gate vol. 1 można posłuchać i kupić tutaj, a Crushed Interior tutaj.

10/20/2011

spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (20.10.2011)

[Wojtek Mszyca kiedyś stwierdził, że to świetne hasło, dlatego postanowiłem wyciągnąć je z odmętów moich zapisków internetowych i używać jako nazwy cyklu wpisów, w którym znajdować się będą krótkie recenzje wydawnictw z bieżącego roku. W ogóle postanowiłem sobie, że będę więcej pisać tutaj, zwłaszcza o muzyce, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie na dłuższą metę.]

Esther Venrooy Vessel

Czwarte wydawnictwo holenderskiej kompozytorki dla ciekawego londyńskiego labelu Entr'acte. Zwróciła moją uwagę mrocznym i skondensowanym Shift Coordinate Points, w którym wykorzystywała nagrania z numbers stations. Tym razem niestety bez głosów, ale za to z odgłosami statków (choć to trudno wychwycić, jeśli się nie przeczytało). Talent Venrooy polega na tym, że używa ona nagrań terenowych z rozmysłem i nie wpada w czarną dziurę nawarstwiania dźwięków, by stworzyć jakieś totalizujące "soundscape'y". To jest przemyślana kompozycja elektroakustyczna, gdzie czuć rozwagę i skupienie autora. Bardzo odpowiada mi też ta niepokojąca atmosfera, zwłaszcza, że po Mock Interriors obawiałem się, że możemy zostać zniesieni w bezpieczną łagodność.

Sculpture Toad Blinker

Jak mnie to cieszy, że Sculpture, któremu kibicuję od dawna w końcu dociera do szerszej publiczności i zdobywa uznanie - pierwszy nakład, jak i dodruk, ich poprzedniego wydawnictwa dla Dekordera rozeszły się szybko. Nic dziwnego, że niemiecki wydawca z chęcią wypuszcza kolejny ich winyl. To znów picture disc, tak więc kwestia wizualizowania sobie muzyki została zagospodarowana. Ale wyobraźnia i tak pulsuje poddając wizję dziwacznych mutacji organiczno-mechanicznych. Koresponduje to z naturą muzyki Sculpture, gdzie (nad)używany sprzęt wydaje się z lekka zepsuty, niedoskonały. Tak więc, gdy pojawiają się rytmy (często), to nie będą one oczywiste i prowadzące za rękę, ale raczej będą propozycjami ścieżek, na których można się przyjemnie zgubić. Gdy pojawią się melodie (czy może należy wziąć je w cudzysłów?), to choć będą wdzięczne i radosne, to nie zalepią nam słodkością uszu.

Call Back The Giants The Rising

David Keenan zajął się name-checkingiem, więc mi pozostaje wyrażanie opinii i uciekanie się do przenośni. Opinia: jedna z płyt roku, świetna na rozmyte popołudnia duszące deszczowymi chmurami. Przenośnia: soundtrack do animowanej wersji Przemiany Kafki, rysowanej przez Blutcha. Opinia: Niby to wszystko znamy, lekko lo-fi pasaże podgniłych klawiszy, głos, czasem puszczony ze spowolnionej taśmy. Ale są też utwory zupełnie niespodziewane, które cieszą, bo pokazują, że duet nie stoi w miejscu i szuka. Przenośnia: "The Pharroh Man" pokazuje alternatywną wersję ewolucji The Shadow Ring, gdyby chcieli zostać zespołem avant-(glitch?)-popowym.

2/11/2011

À propos wszystkiego

Powrót bezforemnej formy, czyli wpisu bez wątku przewodniego.

Na stronach Wire jest zapis Invisible Jukebox z Hype Williams (na marginesie zastanawiam się, jak coraz bardziej zmniejsza się czas aktywności twórców, jaki musi upłynąć, by doczekali się oni odwiedzin IJ).
Pamiętam, jak zachorowałem na ten zespół, naściągałem się wszystkiego, co było możliwe, a potem hype nagle opadł, może jednak przesyt? Teraz najnowszy album czeka na dysku na odsłuch, ale w międzyczasie fajnie poczytać takie rzeczy:

"For me the best artists – as you said for you the humour aspect is really important, and that's one thing. And another thing is that they're conveying an atmosphere, they're not really conveying a style of music first and foremost. And then whatever they do within it is whatever they do in that. When you get artists like that, you might like one song and not like the other song, but it's all part of the same whole, it is their art in the end, it's not just separate songs. And I think they do definitely have that. And in that way, I think that's what corresponds to our approach, more than anything else."

Albo takie:

"As I said before, people assume their roles so easily. They really do. They just accept this is what I am and sell themselves short. And even the concept of calling yourself is boxing yourself. People haven't quite realised that 'experimental' is now a sound. It's like 'experimental' doesn't mean anything. 'Experimental' is a genre as well. If someone said, "I'm going to an experimental show", I'd know what they're gonna hear. That shouldn't be the case at all."

W temacie festiwalowym: czy fantazjowaliście na temat słuchania Cage'a lub Grisey'a w Berghain? Nie, ja też nie...Ale Ekkehard Ehlers tym przedsięwzięciem wyprzedza największych fantastów. Nie tylko kompozytorzy się objawią w berlińskim klubie, będą też m.in. Vindicatrix, Kevin Drumm, Lê Quan Ninh, Evan Parker. Niech ktoś pojedzie, proszę!
Powoli coś zarysowuje się na horyzoncie ENH i już wiadomo, że w końcu Supersilent w Polsce.

Jeszcze przy okazji Vindicatrixa, to przygotował on klimatyczne, nostalgiczne i z suspensem, słuchowisko (to określenie bardziej pasuje niż miks) w serii Weird Tales for Winter. Jest jeszcze trochę czasu, zanim zima się skończy, żeby wysłuchać jego i innych w cyklu (m.in. Eyless in Gaza, Mordant Music, Moon Wiring Club).

Inne do posłuchania: wywiad z Eliane Radigue i Keithem Fullertonem Withmanem, dużo bardziej z Radigue, niż z Whitmanem. Dawno nie słyszałem tak marnego prowadzącego, ale nie udaje mu się zniszczyć uroku odpowiedzi (a częściej: wypowiedzi) francuskiej kompozytorki, która szeroko wspomina, mówi o swojej twórczości, a z nowinek ujawnia, że rozpoczęła współpracę z Rhodri Daviesem.

Z naszego podwórka: krytyczna recenzja Kultury dźwięku, z którą trochę bym się poniezgadzał (szczególnie z tym ciągłym przywoływaniem "mas"), ale może na to przyjdzie jeszcze czas. Przy okazji, budująca wiadomość, że pierwszy nakład Kultury... się rozszedł, a jeszcze lepsza, że będzie dodruk.

Filmów nie oglądam ostatnio tyle, ile bym chciał, a wśród obejrzanych brakuje powalających zachwytów. Najbliżej był Alice in den Städten Wendersa, inne mocne wrażenia to Zemestan Rafi Pittsa (tego od Myśliwego), Der starke Ferdinand Alexandra Kluge. Ponownego obejrzenia domaga się Notre musique Godarda. Zawiódł True Grit Coenów.

Przed napisaniem artykułu odświeżyłem sobie Earth i Here. A skoro już napisałem, to mogę poczytać, co inni sądzą (oczywiście za każdą kropką czai się spoiler, więc uwaga). Jakub Majmurek odnosi się do interesującej wypowiedzi reżysera, wspomina o meta-poziomie i interpretuje zakończenie inaczej niż ja. A Błażej Hrapkowicz co prawda nie wspomina o zakończeniu, ale za to wszystko inne w tym filmie postrzega odmiennie niż ja. Tutaj zebrane ze świata, polecam Film Comment

To oczywiście może świadczyć o moim zafiksowaniu na Apichatpongu, ale tak sobie teraz myślę, jaki to byłby dobry double bill szpitalny: jego Światło stulecia i Here.

Na koniec pytanie: czy powinienem reaktywować teksty trzecie? Jeśli tak, to czy następnym tematem powinien być Cardew?

11/04/2009

Uff, zdążyłem zamknąć serię wpisów o Warszawskiej Jesieni, dobrze bo niedługo pora roku by się zmieniła. Zostawiłem je ze starymi datami, ale podlinkuję, żeby nie przepadły: o oglądaniu i o czytaniu.

Do spraw przeszłych jeszcze powrócę, ale teraz sprawy bieżące: dziś Audiosfera z różnymi wcieleniami Kevina Martina (tak, to "ten od The Bug").

Właśnie wróciłem z The Sound of Insect: Record of a Mummy. Rzecz wymaga raczej osobnej notki, ale na teraz: polecam bardzo, wizualnie i dźwiękowo wyjątkowy. Autor, Peter Liechti, nakręcił kiedyś dokument o Voice Crack, a tutaj współpracował z połową duetu - Norbertem Möslangiem, który zrobił muzykę (wraz z partnerami z Signal Quintet i Katsurą Yamauchim). (+ wysokiej jakości kadry)

No i proszę, tym sprytnym (linkowym) sposobem zaanonsowałem tutaj serwis Filmaster, w którym się zarejestrowałem, a że pisane tam teksty układają się w rodzaj bloga, to pewnie prędzej czy później rozpocznie mi się kolejny (przed tym nie można uciec...).

Jak już tak filmowo: na festiwalu Kino w pięciu smakach widziałem dwa filmy Pen-eka Ratanaruanga - Nang mai po raz pierwszy i Ruang rak noi nid mahasan po raz drugi. Oba godne polecenia, o obydwu sporo myślałem i czuję, że powinienem też coś napisać. No i bardzo pozytywne wrażenie po spotkaniu poprojekcyjnym z reżyserem w Kinie Pod Baranami. Ale na teraz proponuję (tym, którzy widzieli) przeczytanie komentarza danielahsf, mniej więcej środek tej strony. Choć nie mogę się powstrzymać od wyciągnięcia tego, bo dopiero teraz wychwyciłem nawiązanie do Miike i ten smaczek z jego rolą, heh.

Żeby cofnąć się jeszcze - Unsound, z którego zaliczyłem tylko jeden zestaw koncertowy - bassowe mutacje. Niezawodne dubstepforum opowiem wam, jak słabe było nagłośnienie (wygląda na to, że tylko mi było za głośno), a z niespodziewajek: *propsy* dla mojego brata.
Dobrze, że przyjechałem tam dla Kode 9 i Space Ape'a, bo przynajmniej się nie zawiodłem. Oczywiście 40 minut to trochę krótko, ale nie marudzę. Było coś z albumu, "Time Patrol", rozwinięty tekstowo (np. "do you wanna fuck what I fuck"), poza tym nowinki (chyba też to, co pojawiło się ok. 20 minuty w sesji dla Gillesa Petersona). Kiedyś już chyba stwierdziłem, że robią muzykę, jak nikt inny. Powtarzam, było wielowarstwowo, antyschematycznie, zaskakująco. A patent z ciągłym basem tak niskim by wibrowała podłoga - mistrzowskie. Widać, że dla Kode9 działalność teoretyczna i praktyczna się łączą i wyciągnął wnioski ze swoich dociekań nad dźwiękiem jako bronią.
Pavel Ambiont był monotonny, podczas 2562 zastanawiałem się często, czy to coś z nowej płyty czy A Made Up Sound, chwilami przyjemnie miękko, ale bez porzucania taneczności. Potem Untold, dużo charakterystycznych bębnów uk funky, "Router" Pangea'i, ciut "Anacondy". Chwilami bardzo imprezowo, aż myślałem, że nawet zbyt silnie po bandzie. Zaraz, zaraz...ja - fan Schlachthofbronx - coś takiego rozważałem podczas setu Untolda?! Ha, to zakrawa na hipokryzję. Być może Pole się rozwinął w coś lepszego, ale ta łupanka na początku nie zachęcała do sprawdzenia. Pozostaje zagadką, czy to on grał "Mega Drive Generation" Martyna, bo mógłbym przysiąc, że to nie Ikonika. Na nią nie starczyło sił, a wygląda na to, że było fajnie.

Na junkmedia została opublikowana oryginalna wersja mojego wywiadu z Philipem Jeckiem, który pierwotnie i po polsku w magazynie M|I.
A propos wywiadów z tego periodyku: w końcu ukazał się album, który Tetuzi Akiyama zapowiadał w rozmowie z października 2008 - Semi-Impressionism z Toshimaru Nakamurą, który po raz kolejny serwuje przyjemne historyjki (nie, to nie przenośnia na określenie dźwięków).

7/01/2009

Urodzaj płytowy trwa,

niedługo chyba kolejna reorganizacja półek.

P7015686

P7015684

P7015685

Bertrand Gauguet, Franz Hautzinger, Thomas Lehn - Close Up
Ograniczenie do czerni i bieli, graficzna asceza, uporządkowanie i prosta czcionka nadaje opakowaniu szlachetności, dostojeństwa. Z tego co wysłyszałem dotychczas, kontrastuje to z muzyką na płycie. Nie żeby była ona kpiarska, wesołkowata, ale jest bardzo żywa, ruchliwa i giętka.

P7015715
P7015716
P7015714
Günter Müller + Alan Courtis / Pablo Reche, Gabriel Paiuk / Sergio Merce - Buenos Aires Tapes
Dwie sesje Müllera z Argentyńczykami, z każdą parą na jednym krążku. Muzyka raczej wycofana, cicha, w którą trzeba wejść, co mi na razie się nie udało. Fajna czcionka, ładne zestawienie łagodnej czerwieni i lekko kremowej bieli. No i zdjęcie na okładkę kontynuujące (tak sądzę) ideę z serii Signal to Noise z wzorami tworzonymi przez architekturę, co jest w zasadzie bezbłędnym chwytem, żeby mnie kupić.

P7015688

P7015689

Jeff Gburek - Remote Provinces

Obszerne fragmenty z wszystkich trzech albumów dziś w Audiosferze, która będzie przeglądem wydawnictw z tego roku. Oprócz nich rewelacyjny Hecker (Acid in the style of David Tudor), nowinki od Scuby i Untolda, duet gitara i saksofon: Kim Myhr/Jim Denley, 16bit, Vindicatrix.

Dwa albumy zbierające starsze nagrania Petera Votavy (którego niedługo znów chyba zobaczę na żywo, hurra). W takiej masie ciężka sprawa, ale Bodyhammer mocno kopie, nawet jeśli czasami dość schematycznie.

P7015695
P7015694
P7015697
Pure - Bodyhammer
Te nachodzące na siebie warstwy i proste kąty dobrze oddają charakter muzyki.

P7015691
P7015693
P7015692

Current 909 - The Price For Existence Is Eternal Warfare
Główny kolor wyblakły, drugi jasny, choć nie "żywy", raczej jak neon reklamujący szubienicę, na tle nieba, które jest wciąż takie samo - zasnute smogiem. Komputerowość, technicyzacja, alienacja.

Dla kontrastu
P7015707
P7015708
P7015712
P7015706

Horny Trees - Branches Of Dirty Deligh
Ciekawy dobór kolorów (cedek jest szaro-błękitny), lekkie, nieco bajkowe ilustracje (inspiracja Gangiem Wąsaczy?) plus za użycie połyskujących elementów.
Przyjemny, energetyczny, ale bez szaleństw, jazz, niepotrzebnie czasem popada w manierę *rockową*. Kiedyś miałem skojarzenia z The Art Ensemble of Chicago, ale ostatnio nie mogłem ich odnaleźć.

Ach, jeszcze Luc Ferrari - to innym razem.

5/27/2009

Czytamy słuchając: Kode 9

Na to czekałem! W końcu jest - na stronie Wire opublikowano cały wywiad, który posłużył za bazę dla artykułu, jedyne zastrzeżenie, że jest spisany trochę niechlujnie.
Mniejsza o to, tak ciekawej rozmowy nie czytałem chyba od czasów tej z Burialem. Naprawdę średnio co drugą linijkę mógłbym znaleźć fragment do zacytowania, tak więc polecam lekturę całości.
Tutaj może takie coś, trochę autotematycznie, bo myślę o tym jako o wskazówce, jak pisać o muzyce:

The problem isn’t the concepts. It’s to get away from the idea that the concepts are anathema to experiencing musical intensity. It’s to get away from the clichéd idea that the minute you start conceptualising about music you kill its vibe or energy. Instead of that it’s more that being immersed in music generates its own conceptual tools, immanently. If you immerse yourself in a kind of music, the music will suggest the kind of conceptual tools that are most appropriate for channelling the music into another medium, into discourse. So it’s not that musical intensity is on one plane and the minute you start talking about it it’s like a capture mechanism, it’s more like, what are the most efficient ways of transferring that intensity out of that music and into language. Or even better, intensifying the energy in the music and intensifying it through the way that that energy transfers into language. And that’s what I was getting from Mark [Fischer] and Kodwo [Eshun]. They wrote in such, not just a vivid way… it’s a sonic fiction thing, they were hearing things in the music that were not actually there, but were virtually there. And they were extrapolating them out of the music, hearing the potential sonic worlds that were in the music and then colouring in those sonic worlds, making them explicit … making explicity what’s taken for granted by taking certain combinations of sound and certain combinations of rhythms.


Dobra wiadomość jest taka, że od dawna zapowiadana książka, o której w wywiadzie mowa tutaj, ma wyjść w listopadzie nakładem MIT (update: ech, w grudniu).

Polecanki:
Kode 9 & The Space Ape Memories of the Future (Hyperdub, 2006)
mniej więcej wszystko inne

5/24/2009

Gdzie byłeś? (do ciebie, człowieku)


(Mattin - No Fun Fest 2009, foto: Michael Muniak)

Potraktuję to jako wstęp do wpisu o występach na żywo. To zdjęcie sprawia, że poniekąd słyszę w wyobraźni, co Mattin robi. Więcej obrazków Muniaka z tej imprezy tutaj.
No tak, a ja (na razie) nie dysponuję żadnymi zdjęciami z koncertów, o których poniżej. Nie będą to pełnowymiarowe relacje, ale jednak nie chciałbym, żeby się wszystko osunęło w niepamięć.

W środę Mikrokolektyw (Artur Majewski - trąbka, Kuba Suchar - perkusja) i Jason Ajemian na kontrabasie w Kisielicach. Zaczęło się naprawdę dobrze, myślałem, że to będzie świetny koncert, ale potem było po równi pochyłej - w dół. Co nie znaczy, że było źle. Wydaje mi się, że moim głównym problemem była trąbka, która unosiła się ponad sekcją. Przede wszystkim, bo była za głośno, a po drugie przez swoje brzmienie (często lekki pogłos). Majewski spokojnie wypełnił by salkę Kisielic bez pomocy mikrofonu, ale miał go głównie po to, żeby przepuszczać się przez efekty. Zdarzały mu się nawet fajne pomysły, raz użył tłumika, co z odpowiednim przetworzeniem dało ciekawy dźwięk studzienny z lekkim zabarwieniem kosmicznym. Innym razem, to chyba bez przekształcania, miał takie zmatowione brzmienie, w jednym momencie zdarzyło mu się grać urywane dźwięki. Ale generalnie fruwał ponad masywną, gęstą, sekcją.
Z której o wiele lepiej było słychać perkusję, żeby była jasność: Suchar jest świetnym instrumentalistą, pełnym inwencji, zwłaszcza jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czujnym, słuchającym. Ale gdy granie nabrało już rozpędu, to chwilami jego dźwięków było zbyt dużo jak na to pomieszczenie, czułem się nawet niewygodnie. Nie wiem, czy to on zagłuszał, czy też nie dało się nagłośnić bardziej kontrabasu, ale przez większość czasu u Ajemiana słychać było tylko najwyższe dźwięki, ginęła mięsistość, głębia kontrabasu.
Trio zagrało jeden długi set plus krótki bis, gdzie Ajemian udzielał się wokalnie.

W czwartek nie mogłem być na koncercie Jeffa Gburka i X-NAVI.Et, więc jeśli ktoś dał radę, niech napisze.

W piątek do Berlina, żeby zagrać z Kurortem. Bardzo przyjemny wyjazd, szkoda, że taki krótki. Jako bonus "odkrywanie" nieznanej mi części miasta - Hohenschönhausen. Zaskoczenie - Mies van der Rohe Haus (ach, posłuchać sobie tam Kurtaga, może z widokiem na jeziorko...), a co zabawne, to budynek obok wydawał mi się właśnie cokolwiek w stylu tego twórcy.
Występowaliśmy w Lichtblick-Kino a było to organizowane przez Salon Bruit. Może nie idealne warunki, ale daliśmy radę. Przed nami grał duet Furtur (czyli Fritz Welch i Guido Henneboehl), potem wymieniłem się z Fritzem płytami, on rzucił, że myślą o jesiennym odwiedzeniu Europy na wschód od Berlina z zespołem Peeesseye.

Sobota niemniej bogata w wydarzenia niż czwartek, na szczęście tym razem nie wszystko się nakładało.
Ikue Mori i Zeena Parkins mnie nie zachwyciły mnie, choć może to też wina mojej zniżki formy. Nie umiałbym konkretnie wskazać, co mi się nie podobało. Generalnie całość wydała mi się zbyt jednostajna, choć oczywiście były urozmaicenia, ale odczułem je jako dodane na siłę (złota folia, ekspresyjna partia Parkins na samplerze) i nie przekonały mnie. Dobrze, że Mori czasem szukała też czegoś poza owadzimi dźwiękami na swoim laptopie. Choć to one dominowały, tak jak u Parkins serie powtarzanych motywów na harfie. Wizualizacje chyba nawet mi się podobały - dużo mocnych, psychodelicznych kolorów, czasem owady właśnie, jakiś okrąg.

Potem kakofoNIKT partyzancko w wejściu do pasażu Apollo, akustyczny występ, którego centrum stał się "performer" (tancerz? akrobata? coś w ten deseń...) wydający z siebie zwierzęce dźwięki. Może szkoda, że całość tak wokół niego się skoncentrowała, bo gdy on skończył, ludzie zaczęli klaskać, no i zespół, nawet gdyby nie chciał, to musiał przestać grać. Choć chyba chciał, a to tylko ja sobie myślę, że mogło być dłużej.

Następnie, z pewnym zasiedzeniem w Głośnej Samotności, do Eskulapa na obiecująco ochrzczoną imprezę: WTF? Is dubstep a techno? Odpowiedź na to pytanie nie padła, a ja przez to zasiedzenie przyszedłem dopiero na 2Krazy, który nie przypadł mi do gustu. Wydawało mi się, że nie w pełni kontroluje to, co gra, tutaj coś się źle zmiksowało, tam jakiś nagły wzrost głośności, już nie mówiąc o tym, że spadł mu laptop. Jak na niego zerkałem, to chyba ciągle miał niezadowoloną minę. Czasami, jakby sobie przypomniał, machał rękoma, że niby zachęcając "tłum" do żywszej reakcji.
Jakąś osłodą były wizualizacje, heh, brawa za miksowaniem hefalumpów.
Potem Ramadanman, który na początku zdecydowanie bardziej w kierunku techno (i miał jakieś cholernie nieprzyjemne brzmienie trebli ustawione, hm?), co niekoniecznie spodobało się publice - pod sceną było kilka osób. Z czasem trochę się polepszyło, Ramadanman coraz częściej na ziemiach dubstepowych, przyjemnie minimalnych, ale czasem też o wyraźnym posmaku jamajskim, wszystko mu się ładnie miksowało, dobrze szło. Gdzieś pod koniec "Strange fruit" Zomby'ego z grime'ową acapellą, też chyba jakiś Burial.
Ale frekwencyjnie to raczej słabo, już zeszłym razem, na Stenchmanie i Emalkay'u, zastanawiałem się, że w sumie nie ma za dużo ludzi, a teraz, to aż przykro było patrzeć. Jak grał Ramadanman, to w porywach może z 15 osób się ruszało do tego.

Wyszedłem, jak Miz przejmował od niego stery i spacerowałem do domu obserwując jaśniejące niebo. Jak byłem na świętym Marcinie, to nagle pogasły latarnie, dziwnie przez moment. A potem jeszcze, z okna w pokoju, załapałem się na pierwsze oznaki wschodu słońca, więc mogłem już spokojnie iść spać.

5/10/2009

EKG - Electricals (Another Timbre, 2009)

Patrząc na katalog Another Timbre łatwo dostrzec, że wytwórnia skupia się na projektach z udziałem muzyków brytyjskich, choć nie jest to żelazną regułą, bo artyści z Kontynentu też są obecni. Dopiero szesnaste wydawnictwo AT oferuje wyprawę za Ocean, prezentując amerykański duet: Ernst Karel i Kyle Bruckmann.
Ta dwójka klasycznie wykształconych instrumentalistów (Karel - trąbka, Bruckmann - obój) poznała się pod koniec lat '90 w Chicago, gdzie uczestniczyli w różnych projektach związanych z muzyką improwizowaną, współpracowali m.in. z Olivią Block, Gene'em Colemanem.

Na piątym albumie projektu większy niż instrumenty wpływ na brzmienie materiału ma analogowa elektronika (co tytuł jeszcze podkreśla), trąbka prawie w ogóle nie jest obecna, ale zdarzają się momenty, gdzie dźwięki akustyczne da się rozpoznać (Bruckman gra tutaj też na innym rzadko spotykanym okazie - rożku angielskim). Jest tak np. w końcówce 13-minutowego (najdłuższego na tym albumie, trwającym ponad trzy kwadranse) "Drift", który przywodzi na myśl pierwsze wydawnictwo Another Timbre - Tempestuous tria The Contect of Pleasures. W podobny sposób, choć mniej agresywnie, dźwięki EKG powoli opadają lub wznoszą się, rysując delikatnie krzywizny. Ta metoda jest przeniesiona na kształtowanie elektronicznej materii (a instrumenty nie służą kontrapunktowaniu, raczej budowaniu osłon lub przesłon zmieniających jej obraz), która faluje w ostrożnych modulacjach, zmianach częstotliwości. Duet często operuje dźwiękami o dużej powierzchni, ale nie tyle rozlewa dźwiękowe plamy, co z precyzją wycina z nich wstęgi. Nie zapomina o odpowiednim ich rozłożeniu - pod nimi skradają się ziarniste, lekko chropowate drobiny, nieraz przebijające się wyżej i wywołujące zaburzające wypustki. Ernst Karel przywołuje muzykę elektroniczną lat '50-'60 jako inspirację i to faktycznie słychać: początek "Current" ma takie mechaniczno-brumiące, lo-fi brzmienie, później pojawiają się efekty w stylu dawnych operacji "muzyki na taśmę" - brudne echo przekształcające pojedyncze uderzenie. Zamykający album "Interval" jest może najbliżej dronu, ale im dłużej trwa, tym bardziej kłopotliwy się robi, brudząc i naddzierając czyste z początku połacie dźwiękowych płócien, tak że trudno wylegiwać się na nich w spokoju.

Użycie analogowej elektroniki pozwala myśleć o EKG w kontekście dwóch innych amerykańskich duetów: English i GOD, które też operują takim sprzętem. Jednak EKG w porównaniu z nimi jest o wiele delikatniejsze, nie pozwala sobie na nieokiełznanie i wycieczki w wąwozy hałasu. Może wynikać to też z metod pracy, bo choć Bruckmann i Karel są improwizatorami, to ich wspólne albumy są wynikiem komponowania: edycji, aranżowania, przestawiania materiału nagranego podczas improwizacji. I jedno jest jasne: są w tym bardzo dobrzy, słychać, że utwory są przemyślane, da się wyczuć włożoną w nie pracę. Podobne wrażenie przynosiła poprzednia płyta duetu No sign (pomiędzy nią a Electricals była jeszcze Group z dołączonym do EK G - Giuseppe Ielasi'm), która choć nieco mroczniejsza, zamieszkuje zbliżone rejony. Nie ma mowy o powtórkach, więc w niczym nie ujmuje to wartości najnowszego krążka - jest dobrze, ale może mogłoby być lepiej?

P5105204
Powtórzenie zdjęcia z okładki na drugiej stronie, odwróconego? Okej, ale jeszcze raz w środku, w szarościach? Po co? I ten nadruk na cedeku raczej brzydki.

Wywiad z duetem i z Karelem, bardziej o jego działaniach solo (a zajmuje się instalacjami, nagraniami terenowymi).
Pierwszą płytę (z 2001), inną niż późniejsze rzeczy, można ściągnąć tutaj
Wydane ostatnio przez Another Timbre duety Karel/Bruckmann i Krebs/Davies, prowadzą do innego duetu, który ma wydać Cathnor - Karel/Krebs, no ciekawe, fajnie jak tak płyty (muzycy) się przeplatają. (A Karel ma też jakieś przedsięwzięcie z Alessandro Bosettim, mam nadzieję, że coś z tego kiedyś ujrzy światło dzienne.)

5/09/2009

Octante - Lúnula (Another Timbre, 2009)

Ferran Fages i Alfredo Costa Monteiro byli dla mnie jednym z (licznych) odkryć Musica Genera Festival w 2006. Zagrali wtedy w specjalnie na festiwal zaaranżowanych składach, jak również razem pod nazwą Cremaster. Wtedy też kupiłem ich wspólną płytę z Ruth Barberán Atolón, która była niczym odkrycie nieznanego lądu albo raczej zwierzęcia nieznanego gatunku, które powstało dzięki krzyżówce dwóch, w jakiś sposób przeze mnie już udomowionych - improwizacji i noise'u. Postanowiłem bacznie przypatrywać się działalności tych artystów, co nie było trudne, bo w takiej czy innej konfiguracji, wypuszczali niemało wydawnictw.

Lúnula to druga płyta kwartetu Octante, w którym oprócz wymienionych uczestniczy Margarida Garcia. Tylko ona używa dokładnie tego samego sprzętu, jak na poprzednim albumie (który ukazał się w 2005 nakładem L'Innomable), czyli elektrycznego kontrabasu. Costa Monteiro do akordeonu dołożył przedmioty, Fages produkuje dźwięki oscylatorami i przystawkami, a Barberán rozszerzyła brzmienie trąbki za pomocą głośnika i mikrofonów. Na płycie znajdują się dwie około 30-minutowe improwizacje nagrane w lutym 2008. Obie są raczej mroczne, chwilami nawet posępne, jednak również dynamiczne, pierwsza w najcięższych miejscach nieco przytłaczająca (a tutaj to miłe uczucie, gdy dźwięk narasta, wydaje się być wszędzie wokół). Swój ciężar zawdzięcza przede wszystkim smyczkowanemu kontrabasowi, który ociężale przesuwa się po wyboistym dnie, a także chwilami dronującemu akordeonowi (ale Costa Monteiro nie osiadł zupełnie w niskich rejonach - gra również wysokie tony). Druga odsłona jest nieco lżejsza albo raczej - przejrzystsza, unoszą ją czyste, nieco kujące częstotliwości oscylatora, a także powłóczysto-mgliste zawodzenia trąbki. Nadal są to dźwięki zamazane, ale teraz słychać, że jest to na pewno ten instrument, czego w pierwszym utworze rzadko można było być pewnym. Zestaw używany przez Barberán jest bardzo ciekawy, bo oferuje wiele możliwości, a słuchaczowi pozwala na spekulacje - skoro mikrofony zostały wyszczególnione to może są umieszczane wewnątrz trąbki? skoro głośnik, to może ma wpływ na brzmienie: jest mały i wychodzą z niego dźwięki przesterowane? skoro mikrofony i głośnik, to może sprzężenia?

To, co słychać, czyni prawdopodobnym każde z tych przypuszczeń, jednak są to rozważania na potem, bo podczas wrażenie robi całość, współistnienie elementów, które tworzą tak silnie zespolone konstelacje, że ciekawość pcha nas potem do zastanowienia się, co się na nie składa i jak to funkcjonuje (coś na zasadzie podziwiania pięknego zegara i rozkręcania jego mechanizmu). W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa kwartetu, jest tu kilka różnic: tam Garcia przede wszystkim grała pociągając struny palcami (co tutaj pojawia się tylko na początku), Barberán prawie zupełnie zrezygnowała z "technik rozszerzonych" polegających na tworzeniu dźwięków wargami na ustniku (charakterystyczne "cmoknięcia"), nie ma też elektronicznych skrawków, które na Octante Fages produkował sprzężonym mikserem. W swej szorstkości, zabrudzeniach, nadłamaniach Lúnuli bliżej do Semisferi, gdzie grali Fages, Costa Monteiro i Barberán. Co łączy te dwa albumy, to silnie zaznaczona (ale umiejętnie wyważona) obecność akordeonu i operowanie długimi formami (na Semisferi są dwa ponad 40-minutowe utwory). Nie można jednak powiedzieć, że te dwie płyty są do siebie podobne, oczywiście jest to pewna stylistyka (może już nawet nieco ustabilizowana), w której ci improwizatorzy operują, ale najnowszy album pokazuje, że nadal poszukują nowych dróg, a nie płyną po ustalonym kursie (dowodem na to jest choćby rozszerzanie i zmiany instrumentarium).

Propozycja z Półwyspu Iberyjskiego lokuje się bliżej cięższego krańca spektrum muzyki improwizowanej, choć nie jest to gadżet z katalogu dźwiękowego s&m. W przeciwieństwie do nazwy i tytułu (który oznacza półksiężyc) wynoszących w sferę astronomii, moje skojarzenia są raczej związane z ziemią, choć zmierzają ku górze. Ta muzyka kojarzy mi się z jakimś trudem, mozolnym poruszaniem się, może ze wspinaczką, gdzie po udanym kroku, istnieje ryzyko osunięcia się w dół i właśnie ta niepewność czyni to tak ekscytującym. Nawet jeśli słuchanie tego albumu wymaga pewnego wysiłku, to ostatecznie okazuje się on satysfakcjonujący.

5/07/2009

Annette Krebs, Rhodri Davies - Kravis Rhonn Project (Another Timbre, 2009)

Wspólny materiał Krebs i Daviesa to spotkanie muzyków z dwóch ważnych dla improwizacji elektro-akustycznej ośrodków: Berlina i Londynu. Krebs do stolicy Niemiec przyjechała w 1993 i zaczęła poznawać tamtejszą scenę muzyki improwizowanej oraz aktywnie w niej uczestniczyć. W swojej grze idzie niejako pod prąd klasycznemu wykształceniu, które odebrała ucząc się grać na gitarze - zaczynała od preparowania instrumentu, potem doszła elektronika, mikser, który służył do kontrolowania sygnału z gitary, a ona stawała się bardziej źródłem dźwięku. Od jakiegoś czasu Krebs korzysta coraz częściej z radia i taśm z przygotowanym materiałem.
Davies mieszka w Londynie od 1995, tutaj współpracował w wielu projektach z Markiem Wastellem (The Sealed Knot, IST, Broken Consort, Assumed Possibilities). Jest harfistą, udziela się nie tylko na polu muzyki improwizowanej, ale też jako wykonawca muzyki współczesnej, ma również na koncie współpracę z The Cinematic Orchestra.

Muzyka improwizowana w obydwu wspomnianych miastach z końcem lat '90. zwróciła się w kierunku generalnie cichszego grania, ograniczania materiału dźwiękowego, co w stolicy Anglii zostało ochrzczone mianem "London silence" a w Niemczech "Berlin reductionism". Jednak opisywanie Kravis Rhonn Project jako dzieła pogrobowców tamtych tendencji byłoby nietrafione, bo ta muzyka to coś zupełnie innego. Jednocześnie z tego właśnie powodu jakiś sposób opisu, ustawienia tego albumu w kontekście, byłby przydatny. Nie wiem, czy będę w stanie go zapewnić.

Kłopot w opisie wynika z tego, że jest to muzyka trudna, nawet nie tyle w odbiorze, co (tak to sobie wyobrażam) w stworzeniu. Trudna, bo wymagająca odwagi od grających, ryzykowna, bo ani nie ultra-minimalistyczna, jak np. dokonania Malfattiego i jego uczniów, ani nie stawiająca na dialogowanie, wymianę między grającymi. Co nie znaczy, że muzycy nie słuchają siebie nawzajem, grają "mimo", na pewno jest między nimi jakiś rodzaj porozumienia, bo taka rozwaga w dobieraniu dźwięków może wynikać tylko z wzajemnego zrozumienia. Ale jest to coś, co nie przekłada się w oczywisty sposób na grane dźwięki. Porzucenie improwizowanego dialogu jako modelu tworzenia muzyki, powoduje, że mylące byłoby stwierdzenie, że w pierwszej odsłonie (21-minutowej - trwającej niewiele mniej niż dwa pozostałe utwory) to Krebs wiedzie prym. To dawałoby do zrozumienia, że Davies pozostaje w tyle, przegrywa w wyścigu o jakąś stawkę. A tego nie można powiedzieć - bo nie wiadomo, co jest stawką (jeśli ona tutaj istnieje). Poza tym byłoby to branie ilości za jakość. Harfista gra mało, ale gdy już wydobywa z instrumentu dźwięk (nieco kojarzący się z gitarą akustyczną), to jest to właśnie ten dźwięk, który powinien się pojawić. Duża część decyzji podejmowanych przez Niemkę też opiera się na właściwym umiejscowieniu elementów, bo często korzysta ona z nagrań głosów (zapowiedzi radiowe? rozmowy?), z których kilka jest bardzo cichych (zdecydowanie warto obcować z tym albumem na słuchawkach - ale nie wyłącznie), tak że brzmią jak dobiegające z sąsiedniego pokoju, jak również z urywków radiowych (ale, ten 50 Cent to nie zza ściany).
W kolejnych dwóch utworach Davies (na ile da się to oczywiście określić, rozgraniczyć) dokłada kilka dźwięków przypominających sprzężenia, będących pewnie efektem traktowania strun e-bowem oraz przez dłuższy czas delikatne partie terkotliwo-brzęczące. W ostatnim, gdy będą one wysunięte na pierwszy plan, Krebs jakby chcąc skomentować "cyfrowy" charakter tego dryfowania, zaproponuje nagranie prawdziwych fal (to jest przykład innego rodzaju ryzykowności tego albumu). Bardzo podoba mi się też jej pomysł, by niektórych nagrań (a może nie bójmy się tego słowa: sampli) użyć kilka razy. Jesteśmy daleko od jakiegokolwiek poczucia regularności, używania tego jako podziałki, ale może to jakaś bardzo daleka pochodna refrenu? Jeden z takich elementów jest najpierw wyraźnie spowolniony, a gdy pojawia się drugi raz chwilami ma normalne tempo, ale trochę jakby wciągało kasetę. Drugie nagranie, gdzie głos jest jeszcze łatwiej rozpoznawalny, bo jest to fragment mówiony, przewinie się trzy razy, ale maestria powtórzenia polega na tym, że gdy po dwóch razach mogliśmy nawet go już zapamiętać, to ostatnie wypuszczenie daje nam tylko sam początek (reszta dopowiada się w głowie?).

Jako punkt odniesienia można by przywołać płytę Krebs z Robinem Haywardem, gdzie też używa on sporo sampli, jednak tamten album jest o wiele bardziej dynamiczny, w porównaniu z tym chwilami wręcz dramatyczny (dzięki tubie Haywarda). Na Kravis Rhonn Project (ech, co za tytuł, ciekawe, czy na drugim albumie użyją go zamiast nazwisk?) słychać bardziej operowanie powierzchniami, co nie znaczy, że brak tu głębi i napięcia. One są, jak najbardziej, ale podane subtelniej, co wynika z powściągliwości grających, która na szczęście nie wypada nienaturalnie - jest wynikiem świadomości warsztatu, a nie odgórnych założeń.
Nie wiem, czy najlepsza (bo nie wiem, wedle jakich kryteriów określać, jak bardzo jest udana), ale na pewno najciekawsza płyta ostatnich miesięcy. Odważna, fascynująca, niepostrzeżenie wciągająca.

P5105202

Dobra, nie chcę się czepiać, ale okładka zaledwie taka sobie, bezpiecznie abstrakcyjna, obrazki Louisy Martin.

P5105203

A tutaj recenzja Richarda Pinnella.

4/14/2009

Śpieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą

Ilość wydawnictw, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce, waha się na granicy porządnego przyswojenia i przesłuchania. Póki jeszcze jakoś daję radę, postanowiłem zrobić wpis zbiorczy, gdzie chociaż pokrótce o tych różnych albumach.

Emiter był taki miły, że dał mi trzy swoje ostatnie wydawnictwa.

Emiter / Franczak - vs. poezja konkretna

P4034783

W warstwie wizualnej motywem przewodnim jest wiersz bez tytułu z 1970 Gerharda Rühma, do znalezienia w nieocenionym numerze Literatury na Świecie - 11-12/2006. Także tam, pojawiające się w innym momencie, fragmenty z Jiří'ego Kolářa. Pierwsze kilkanaście minut zdominowane jest przez litery (np. na kartkach, foliogramach), potem jest ich mniej, choć też są obecne. Mamy sekwencję ujęć blokowisk i balkonów, gdzie pojawia się tajemnicza postać człowieka-jelenia, któremu następnie towarzyszymy w lesie. Jest trochę zniekształceń, pikselizacji, przenikania warstw.
Dźwiękowo jest nieco zaskakująco, zaczyna się od szumów itd, ale potem wchodzi loop gitarowo-wokalny, całkiem okej, ale zbyt długo jest eksploatowany i zaczyna mnie męczyć (głównie przez to, że głos jest wysoki). Razem z pojawieniem się blokowisk wchodzi bit, który kojarzy się z Buniowymi Historie + R, klimat jest taki trochę nieuczesanego "nu-jazzu". On też jest długo obecny, nie jest sam w sobie specjalnie ciekawy, ale wokół niego dzieją się inne rzeczy. Np. odzywa się Kurt Schwitters, którego Ursonate jest przetwarzane.
Tak więc - warto sprawdzić, a ja mam nadzieję, że będę miał szansę zobaczyć duet na żywo, bo podobno podczas CoCArtu było dobrze.

Oprócz tego dostałem album Pocztówki dźwiękowe z Dolnego Miasta, który chyba nie jest sprzedawany? a który jest wynikiem warsztatów z dziećmi w CSW Łaźnia. 27 fragmentów nieprzetwarzanych nagrań terenowych.

Linie Północne to projekt Dymitera z pisarzem Marcinem Odiją, który tutaj ujawnia się jako wokalista. Choć lubię tematykę morską itd, to mam momentami problem ze sposobem, w jaki Odija podaje tekst, ma manierę zaciągania, nie wiem, coś jak Maleńczuk bez ikry. Muzycznie pierwszy utwór w okolicach Fennesz/Sakamoto, potem gitara, raczej stonowana, w ogóle trochę mi się ten album kojarzy ze współpracą Machinefabriek i Jana Kleefstry.

Serpent podaje, że Linie i dvd wydał Sojuz, co oznaczałoby powrót do życia własnej inicjatywy Dymitera (a ciekawe, czemu wewnątrz okładki tego pierwszego pojawia się logo Monotype?).

Kolejne trzy po koncercie The Ames Room w Dragonie.

Clayton Thomas - Bad Self

P4034802

Świeżynka - ponad godzina solowego Claytona (trzy utwory z 2008, jeden z 2007 i jeden z 2004), tutaj pisał o tym Andrzej Nowak. Może mówienie o "ambiencie" nie jest najlepszym określeniem, ale wiem, o co chodzi, bo muzyka jest raczej przyczajona i ukryta. Ale jeśli podchodzi się do niej z odpowiednim nastawieniem, skupieniem, to np. taka zamykająca krążek 32-minutówka, może nas zabrać w bardzo ciekawe rejony. Wydane pod szyldem Gutstring, czyli prawdopodobnie projektowała Clare Cooper. Pewnie nie będzie dostępna powszechnie, ale można zapytać Thomasa przez myspace'a, a jeśli ktoś się brzydzi, a chciałby kupić, to myślę, że mogę pomóc w skontaktowaniu.

Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite

P4034807

Och, piękna płyta, jedna z lepszych, jakie słyszałem w tym roku. Dwie długie, oszczędne improwizacje na saksofon, altówkę, wiolonczelę i perkusję nagrane na lizbońskiej ulicy (wyobrażam sobie, że w nocy, po deszczu). Porządna recenzja później, a tymczasem podziwiajcie okładkę (te zdjęcia jak z kamery monitorującej).

P4034808

Will Guthrie - Spear

P4034795

Kolejna własnym sumptem: ta 3" wydana w 2005 w Antboy'u zawiera nieco ponad osiem minut dźwięków - ale co to za dźwięki. Jak może niektórzy wiedzą, Guthrie działa (upraszczając) dwutorowo: bywa "bębniarzem", ale jest też konstruktorem, który składa swoje utwory z elementów różnego pochodzenia. Tutaj mamy to drugie wcielenie, a oprócz brzmień wydobytych z perkusji, na tą rzeźbę złożyły się dźwięki konkretne, radiowe, elektroniczne i potem wszystko było ustawiane, edytowane. Ostrzej niż podczas występu na Generze, ostrzej niż na solówkach Body and Limbs Still Look to Light i Building Blocks. Najbliżej może Cinabri - duetu z Ferranem Fagesem, z którego, jak przyznał zagadnięty przeze mnie o to, Guthrie jest bardzo dumny.

Herman Müntzig, Martin Küchen, Andreas Axelsson - Sound of Mucus

P4034798

Wspominałem już o kupnie tej płytki, zdecydowałem się głównie ze względu na Küchena, byłem ciekaw, jak wypadnie jego spotkanie z Müntzigiem. Dziwnie, tego pierwszego słyszę tu najwięcej, tego drugiego bardzo mało. Küchen jest dobry, jak zwykle, ale nie robi nic takiego, czego jeszcze bym nie słyszał. Denerwuje mnie trochę śmieciowa perkusyjność pod koniec, a improwizacji jako całości brakuje spójności (ech - może takie było zamierzenie). Okładka bazuje oczywiście na plakacie do filmu Sound of Music.

Sebastian Lexer, Seymour Wright - Blasen

P4034804

Sebastian Lexer, Seymour Wright blasen


Another Timbre wydało właśnie trzy płyty, które zapowiadają się bardzo ciekawie. Tu jeszcze jedna ze starego rzutu. Dwie długie improwizacje: Wright na saksofonie altowym, Lexer na fortepianie, z dodatkiem "+" co oznacza program napisany w Max/MSP do przetwarzania dźwięków. W pierwszej zajmuje się sygnałem ze swojego instrumentu, co ciekawe, choć czasem wyraźnie słychać operację przetwarzania, to nie razi to wcale. W drugiej to wkład Wrighta jest poddany obróbce, choć szczerze mówiąc, mam problemy z usłyszeniem tego. Ciągle mam wrażenie, że za mało jeszcze słuchałem tego albumu, że coś mi umyka, bo duet pozostaje raczej na niewysokim poziomie głośności i dba o najmniejsze detale.

Jak często w przypadku tej wytwórni, zawartość krążka jest przynajmniej dobra, ale jego opakowanie - mniej niż satysfakcjonujące. Mnie razi już strona internetowa labelu, z tymi ramkami i niedbale zrobionymi miniaturami okładek, gdzie napisy zamieniają się w robaczki. Okładkom płyt niby nie można nic zarzucić, ale zwykle są po prostu średnie, bezpieczne, bez pomysłu. Nie wiem, może się czepiam...

Phil Durrant, Lee Patterson, Paul Vogel - Buoy

P4034812

...ale gdy trzymam w rękach takie opakowanie, to widzę, jak można rzeczy robić naprawdę dobrze. Ta płyta też zasługuje na porządną recenzję, która kiedyś oczywiście. Mocna rzecz, choć bardzo powściągliwa i stonowana.
P4034811
P4034809
Cathnor w opakowaniach trzyma się formatu dvd (choć nieco pomniejszonego), ale Buoy przynosi istotną zmianę, która wynika ze względów ekonomicznych. Od teraz nie ma już standardowych plastikowych trzymaków na płytę - dzięki temu opakowanie jest cieńsze i lżejsze. Cd wsadzone jest w zwykłą papierową kopertę z okienkiem, co odrobinę psuje całościowe wrażenie. Moim zdaniem idealnym wyjściem byłoby piankowe kółko, na które można nałożyć płytę.

P4034810


v4w.enko
- Harmonic Ratio


P4034788

Takich używa np. Kvitnu, z którego dostałem ten album. Okładkę zaprojektowała Zavoloka - fajnie (jak często w tej wytwórni urozmaicające pomysły z tłoczeniem w okładce), ale czy nie za bardzo przypomina Test Pattern Ikedy?
A zawartość? Zaczyna się trochę w stylu Mego (Fässler/Roisz, Gert-Jan Prins), dynamicznie, nieco brudno, nie jest źle, potem wpadamy w dziurę o nazwie "electronica" - przyjemnych brzmień, płynnych tonów, to są tracki 12-16, które razem zabierają ponad 25 minut czyli nieco mniej niż 1/3 albumu, pod koniec wędrujemy w okolice Raster-Noton. Okej, na pewno takie dźwięki mają swoich amatorów, ale dla mnie nie jest to pozycja zbyt ciekawa.

3/07/2009

Trzeci Æthenor

Wczoraj Kuba (na tym blogu znany jako Pan Rozpadlin) pokazał mi mp3-bloga subsidio, żebym mógł sobie ściągnąć Personę Ambarchiego, mnie jednak zainteresował umieszczony tam nowy Æthenor, który ukazał się w zeszłym miesiącu.

Twórczość tego projektu poznałem w ramach *przygotowań* do Club Transmediale 09, gdzie występowali w składzie rozszerzonym o Kristoffera Rygga (z Ulvera) i perkusistę Steve'a Noble'a. Koncert aż tak bardzo mi się nie podobał, ale oczywiście fajnie było ich zobaczyć na żywo.

Dobry pomysł mają panowie z zapraszaniem "bębniarzy", zwłaszcza że szukają pośród improwizatorów. Na najnowszym albumie Faking Gold and Murder (zresztą tak jak na poprzednim Betimes Black Cloudmasses) udzielają się Nicolas Field i Alexandre Babel (w duo znani jako Buttercup Metal Polish), ten pierwszy gra też w trio, w którym udziela się Morten J Olsen z MoHy!

Inni goście na tej płycie to David Tibet i Alexander Tucker. Nie jestem fanem tego pierwszego (no dobra, aż tyle nie słyszałem), ale jego wokale dobrze tutaj pasują, nie są tak egzaltowane, jak się obawiałem, nie starają się przykuwać uwagi, wybijać na pierwszy plan. Zresztą pojawiają się lokalnie, a oprócz tego Tibet gra na fortepianie, też oszczędnie, w drugim utworze przypominało mi to momenty z Guseł Lao Che.

Cztery części (jak zwykle - niezatytułowane) płynnie przechodzą w siebie, ale też się od siebie odróżniają. Najlepsza jest trójka, najbardziej perkusyjna (choć w jedynce też sporo dają od siebie), jak wczoraj słuchałem na słuchawkach, to te krótkie serie miotełką po bębnie tak się wierciły w ucho, wpadały w nie i krążyły. To jest najpierw w jednym kanale, a potem dopiero w drugim i na zmianę, i się zagęszcza. Aż dochodzi do czegoś niemal free-jazzowego.

Jeśli obawiacie się, tak jak Kuba, że to jakiś "dron-metal, cośtam z O'Malley'em" to uspokajam, że to inna para kaloszy. Rozpoznawalna gitara pojawia się może w dwóch momentach, perkusiści ustawiają całość w odmiennym świetle, a są jeszcze klawisze. Okej, ostatni utwór jest dronowaty, to w sumie najsłabszy fragment albumu. Nie żebym potrzebował wyraźnej kropki nad i, ale to rozwiązanie było zbyt łatwe (zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że potrafili tak ciekawie rozwiązać sprawę, jak na Deep In Ocean Sunk The Lamp Of Light).

Faking Gold and Murder trwa tylko niecałe 36 minut, co i tak czyni ją najdłuższą pozycją w dyskografii projektu (z płyty na płytę przyrost masy wynosi mniej więcej minutę). Jeśli u was, tak jak tutaj, jest dziś pochmurnie i mgliście, o zaczyna padać, to jest to dobra aura na słuchanie tej płyty (bo czarnej mszy to się przy niej odprawiać nie da), którą można ściągnąć np. stąd. (A jeśli ktoś się brzydzi tym procederem i chciałby jedynie "zaznajomić się z zawartością", a potem zakupić pięknie wydany oryginał, to ma sample na stronie wydawcy.)

2/26/2009

Słucham tyle fajnej muzyki i nie wiem, co z nią zrobić

Ha ha, internet jest dziwny, wiecie? Pewnie wiecie...w każdym razie, we wtorek miałem dziwny przelot po internecie.

Na dubstepforum.pl kliknąłem na czyiś link w podpisie, bo czemu by nie, w przeszłości klikanie na linki z tego forum zaowocowało odkryciem Sculpture'a i Doktora Kranka, więc dobrze.
Przesuwam się przez tego bloga i dojeżdżam do miksu, aha: Starkey, Rusko, Sinden, Drop The Lime - no dobrze. Słucham i jestem zachwycony (nieadekwatne słowo), zaczynam sobie googlować tych, których nie znam: Boy 8-Bit i Detboi'a. Ten drugi to nowa zajawka, ponieważ jestem wybredny i wolę mieć kawałki na dysku, to nie wystarczy mi myspace, ale znajduję to i to. A potem jeszcze to i nawet ja, który się nie znam, *wiem* że to coś mocnego.

Aha, w międzyczasie szukam też czegoś o kuduro i kwaito i wszystko zaczyna się mieszać. Pewnie tą drogą trafiam (znów) na bloga Mentalcuta i na DJa Vamanosa. I jeszcze tutaj, gdzieś tam wspomniany jest Niepsuj, którego kiedyś znałem (głównie internetowo), no nic, takie powroty przeszłości zawsze mnie wprawiają w nastrój...hmm...niekoniecznie refleksyjny, ale jakiegoś takiego myślenia szerszą perspektywą, z oddali. No więc co - nic.
Tam też chyba pada hasło bloghouse, googlowanie przynosi jeden artykuł w kulturaonline (i nadzieję na więcej gdzieś w pobliżu tej tematyki, ale nie-ee), ale przede wszystkim ten wpis. I to jest odkrycie wieczoru, na razie czytałem tylko kilka wpisów, ale i tak - nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałem się na głos podczas czytania bloga. Sprawdźcie meaningfulcore, który ładnie się zgrywa z moim upodobaniem do "core-owania" wszystkiego ostatnio.

Ano, wniosek dotyczący reala: w Polsce dzieją się ciekawe rzeczy, o których nie mam pojęcia, bo nie patrzę w odpowiednią stronę. Np. Bok Bok grał w Krakowie (bo Detobi w Mięsnej chyba jednak nie?). Postanowienie noworoczne: patrzeć w różne strony. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

A tymczasem, wiadomość z ostatniej chwili: w sobotę 28ego w Zdunach będzie miał (miejmy nadzieję) miejsce pierwszy publiczny występ DJ 2 Lewe Ręce, nie ma co się sugerować programem, bo ma on wyraźnie charakter dezinformacyjny. Np. nie ma w nim Mnody która gra również w sobotę, ani MC Pom Pom, po której didżejuję ja. No ale, jeśli ktoś chciałby się wybrać, to powinien się spodziewać (z moje strony) gorących klimatów ghettorave, fuck(half)step i virtualdjcore. Zapewne jakiś Detboi czy Schlachthofbronx zostaną wkomponowani w miks.

2/24/2009

Wave twisters, wave makers

Ach, te moje hiphopowe "korzenie", sięgnąłem po mikstejpy, żeby powybierać coś do audycji...DJ Twister, DJ Decks, DJ JanMario , ho ho, trochę tego słuchałem, przypomniałem sobie, jak byłem zmartwiony, gdy zgubiłem (komuś nieopacznie pożyczyłem?) pierwszą taśmę DJ Niewidzialna Ręka.
No właśnie - powinienem pisać o ważnych rzeczach, np. jak ostatnio słuchałem Świateł miasta i byłem poruszony (spoko, obeszło się bez łez). Jeśli kiedyś miałem szansę zrozumieć "chłopaczynę, który dorósł w blokach", to tylko na tym albumie. Nie podpisałbym się pod wszystkimi tekstami, ale myślę, że niektóre miały na mnie jakiś wpływ, może raczej nieświadomie, ale dużo kiedyś tej płyty słuchałem i wchłonąłem słowa dogłębnie.
No i oczywiście muzyka Noona (którego ostatnio dopiero poznane Pewne sekwencje mnie zawiodły), nadal brzmi świetnie. Pomyślałem o tych wszystkich dźwiękach otoczenia (np. dzieci na sali gimnastycznej), wiatru, Dni wiatru Ścianki wyszły w następnym roku, hm hm.

Poza tym: It's After Dark Religious Knives chyba bardzo mi się podoba, bo w ostatnim tygodniu słuchałem trzy razy, co mi się rzadko zdarza. Pierwszy utwór jest podobno bardzo w stylu Dead C, nie wiem, dopiero muszę zacząć znajomość z tymi panami, w drugim jest wspaniały quasi-dubowy klawisz, no i perkusja jest genialna. Klawisz, nieco cieplejszy, bardziej barowy, jest osią trzeciego. W czwartym, ku mojemu zdziwieniu, podoba mi się brzmienie gitary, piątka jest przymilnie lo-fi i rozleniwia przygotowując na szóstkę (ach ta perkusja!) i finał, który jest najbardziej amorficzny, bo poprzednie to jednak (mniej lub bardziej) "piosenki" (te zawoalowane wokale).

Do posłuchania skłonił mnie fragment z tej recenzji: "music to sit awkwardly in-between you and that nerdy girl in the over-washed X-Ray Spex tee shirt as you sip on a cheap bourbon and give out wry, uncaring smiles, music to accompany you as you wander alone back from the show wondering silently whether she even gave a fuck." Nie, nie liczyłem, że będzie on *prawdziwy*, ale czasem lubię taki sposób pisania.

Właśnie, pisanie: nie zanosi na to, żeby moja recenzja La Casy/Guionneta objawiła się na nowejmuzyce, więc wrzuciłem ją tutaj .

The Wire z okazji 300ego numeru rzuca do sieci wiele artykułów, np. cykl Simona Reynoldsa o hardcore continuum. Z tego, co się orientuję w modzie jest raczej ostro zjeżdżać jego teorie, ale żeby to robić, trzeba najpierw przeczytać.

Właśnie, czytać: ostatnio powróciłem do zostawionej w połowie biografii Cardew. Lubię takie momenty zbiegania się różnych *porządków*, bo czytałem, jak Cardew będąc w Berlinie brał udział w akcji protestacyjnej przeciwko otwarciu Künstlerhaus Bethanien, które miało powstać (i powstało) po zamknięciu szpitala. Jest cytat z Cardew, który opisuje jak do tego doszło. A KB istnieje obecnie, tam właśnie miał miejsce program dzienny club transmediale.

O książce pisze Dan Warburton, zgadzam się z nim, że niektóre kwestie mogły być pogłębione. Ja czytając, że Cardew powiedział, że na egzaminie wstępnym do Royal Academy chciałby zagrać Schönberga, zastanawiałem się, skąd mu się ten kompozytor wziął, jak na niego trafił. Warburton zwraca uwagę, że wpływ Stockhausena na Cardew też mógłby być lepiej wyjaśniony. (Co oczywiście nie zmienia faktu, że książka jako całość jest "magnificent" i "essential").
Warburton, jak zwykle w swoim Paris Transatlantic, pisze sporo recenzji. Już kiedyś odniosłem wrażenie, że nie zawsze ma zbyt wiele do powiedzenia o muzyce, czasem tyle samo miejsca poświęca tytułom, tłumaczeniom, gierkom słownym, co opisowi zawartości płyty. Ale motyw z tego numeru i jego nadużywanie jest wnerwiający, w co którejś recenzji powraca, że tej płyty nie można słuchać z sąsiadami, rodziną, w pobliżu innych ludzi, bo się wkurzą, uznają cię za wariata itd. Ha, jasne - mam to, co mnie interesuje, czyli rzeczywista sytuacja słuchania muzyki, ale goooosh, podane w ten sposób, jakby *dziwna* muzyka była jednym z gorszych zboczeń a słuchanie jej niemal trądem. W dodatku jako żart ubarwiający teksty, za drugim razem już nieco nuży.
A recenzja Vomira (sam koniec strony), to jest jakieś kuriozum, a co najśmieszniejsze na jednym forum artysta dziękował za nią. Czasem tak się zastanawiam, jak to powinno być, gdy dany magazyn (stacja radiowa/telewizyjna, portal, etc), jest tak fajny/ważny/znaczący, że liczy się sam fakt wzmianki o, a nie to, co piszą. Tzn. - nie wiem, jak powinno być...

12/27/2008

Greenaway (wpatrywanie cz. 10)

The Belly of an Architect (1987) reż. Peter Greenaway

Z Greeneway'em zetknięcie o, już piąte, w kolejności oglądania: The Cook, the Thief, His Wife & Her Lover (1989), The Falls (1980), The Pillow Book (1996), Nightwatching (2007). Pierwszy dość dawno, odbiór pewnie powierzchowny, pamiętam zachwyt rozkładaniem kolorów i w ogóle rozmachem. Nawet jeśli nie przetrawiłem go dogłębnie, to jednak nazwisko zapisałem w głowie. The Falls zapadał w pamięć nietypową formą (kartoteka, katalog) i pomysłami jak wymyślone języki. Dwa ostatnie niewiele we mnie wzbudziły, no, w Pillow Book ciało-tekst, podzielony ekran, tak.
Zmierzam do tego, że jakoś nigdy nie poświęcałem Greenaway'owi zbyt wiele uwagi, nie śledziłem jego działań, drogi twórczej, nie "zagłębiłem się" w niego, nie dałem mu się pociągnąć, a miałem poczucie, że być może powinienem, teoretycznie dzieło ma się bronić samo, ale czasem kontekst, źródłowe idee się przydają.

O czym jest ten film? Kilka możliwości: przenikanie się sztuki i życia (problemy wpływu, pogodzenia ich), różnice między USA a Europą (nowe-stare), konsumpcja (np. kultury, też postawa turysty), męska zazdrość o rodzenie (odwrotność kobiecej "zazdrości o penisa").

Amerykański architekt Stourley Kracklite przyjeżdża z żoną do Rzymu by przygotować wystawę swojego ukochanego architekta (który istniał naprawdę). Początkowo wszystko wydaje się w porządku, jest bankiet, konwersacje, planowanie, ale Stourley zaczyna się źle czuć - boli go brzuch. Z jego żoną Louisą flirtuje główny współorganizator wystawy, który w dodatku chyba defrauduje pieniądze na nią przeznaczone.

To mniej więcej zarys fabuły, a teraz mogą się zdarzyć spoilery.


Pierwsza scena podaje już zestawienie Włoch i Stanów, architekt idealizuje kraj, do którego wjeżdżają, odnosimy wrażenie, że robi to lekką ręką, bez pokrycia, natomiast jego żona sprzeciwia się nieco jego słowom (a "wie, co mówi" bo jej rodzice pochodzili z Italii).
Stourley wspomina też o wyjątkowo "krwiożerczej" architekturze Rzymu, choć nie brzmi to jak zarzut.
Bohaterowi sugeruje się jego obcość, przez uwagę, że amerykański architekt robi we Włoszech wystawę francuskiemu architektowi (i to nieznanemu). W trakcie rozwoju akcji, zaczyna się faktycznie tak dziać, że Stourley jest wyobcowany, osoby z nim związane działają za jego plecami, on tego nie kontroluje, nie jest świadom. Nie pasuje tu (a jeszcze smaczkiem jest to, że Włosi mówią w jego języku, ale tym specyficznym italian inglisz).
Czy popełnił jakąś winę? Czy reżyser (i jednocześnie autor scenariusza) chce powiedzieć, że ci z Nowego Świata nie pojmą Świata Starego? Może winą bohatera jest to, że chce "nauczać" Włochów architektury, prezentując swojego (a u nich nieznanego) mistrza. Ale przedmiot wystawy też jest jakoś stąd - ze Starego Świata.

Więc może nie ma żadnej winy Sourley'a, a przynajmniej nie na tej płaszczyźnie. Bo przecież kara jest, zaczyna się fizyczne wyniszczanie. To jest świetny pomysł Greenaway'a, że chodzi właśnie o brzuch. Początkowo zastanawiałem się, czemu nie głowa, bo kulisty kształt jest nawiązaniem do słynnego, niezrealizowanego projektu Boulléego. Przecież głowa jest ważniejsza, jest centrum dowodzenia. Ale głowa to raczej ośrodek myśli, sfera ducha itp, brzuch jest bliższy życia, bardziej z nim związany i jakoś też bardziej tajemniczy, nieprzenikniony (nigdy nie pada nazwa choroby, jeśli w ogóle była jakaś choroba). Brzuch jest bardziej zależny od otoczenia, nie może abstrahować, nie możemy oderwać się od tego co spożywamy, tak jak możemy próbować oderwać się od problemów, które "zaprzątają nam głowę". Wkładamy coś rzeczywistego do swojego ciała, ingerujemy w nie fizycznie.
No i brzuch też kojarzy się z włoskimi przyjemnościami życia, urokami Italii itd.

Jedzenie też pojawia się już na początku, tylko w niecodziennej formie - na bankiecie powitalnym jest architektoniczny tort. Natomiast dekoracją przyjęcia jest prawdziwa architektura. To a propos konsumpcyjnego podejścia do architektury, czy sztuki w ogóle. Trochę później widzimy budynek, który miejscowi nazywają tortem lub maszyną do pisania (a zobaczymy go jeszcze wielokrotnie).
Z innego punktu widzenia, twórcy, film jest też o tym, jak jedna forma sztuki może opowiadać o drugiej. Greenaway wiedział, że musi jakoś umieścić architekturę w filmie, umożliwić mu jej skonsumowanie?
Ale, nie tylko architektura Rzymu jest krwiożercza, również jego mieszkańcy. Louisa mówi do swojego kochanka, że jest drapieżnikiem (dosłownie mięsożercą - carnivore). (Ważne by tu było, czy jej mąż był wegetarianinem, czy został nim na skutek problemów z żołądkiem.)
Wspomina się też coś o jego pomysłach uczynienia wystawy atrakcyjniejszą (lasery), więc może to on reprezentuje postawę konsumpcyjną/komercyjną. Bo też z pewnością interesuje go bardziej fundusz przedsięwzięcia, niż ono samo.

Nieokreślona choroba męczy architekta, ale stara się on jeszcze pracować nad wystawą. To jest zbyt oczywisty poziom na łączenie się życia i twórczości. Chodzi o coś innego, co prowadzi z kolei jeszcze dalej, być może do winy.
Stourley w celu zdiagnozowania dolegliwości zajmuje się coraz bardziej sobą, skupia na sobie, przygląda. Za swój model przyjmuje skserowany (reprodukcja) z fotografii i powiększony brzuch posągu, na nim zaznacza swoje bóle, tworząc wizualną historię choroby.


Czuje się coraz bardziej osamotniony, nie może uprawiać z seksu z żoną, podejrzewa że ona może go truć. Wobec tego wyobcowania - zwraca się do swojego mistrza, zaczyna pisać listy do Boullée. Jego stan nie jest tak kiepski, żeby zaczął dostawać odpowiedzi, ale i tak wszyscy wokół wiedzą, że jest z nim źle. Przez te bóle (a jak ładnie po polsku się to zbiega z nazwiskiem) przestaje być sobą, nie jest produktywny, nie może wypełnić zadania. Traci wystawę i żonę, jest przegrany.

Ale jest coś, co mu się udaje - spłodził dziecko. Znaczące, że zostaje podniesiona kwestia, po której stronie granicy do tego doszło. Czy dziecko jest "włoskie" (jak to, co powoduje jego chorobę)? Żona zarzuca mu brak zainteresowania, że nawet nie zauważył, że jest w ciąży. Tak więc dziecko też staje się włoskie (przez imię). A w dodatku jest "doskonałym środkiem antykoncepcyjnym" dla kochanków.

Może on nie zauważył, bo był zbyt wpatrzony we własny brzuch (aż chce się napisać, że we własny pępek i przypomnieć, że Boullée stosował miarę od pępka do nosa, budował wedle człowieka). W rozmowach, raczej jako żart, pada, że być może Stourley myśli, że jest w ciąży (a reprodukowanie się na ksero).
No i trzeba dodać, że na przygotowanie wystawy ma 9 miesięcy, tak jakby miał ją urodzić, gdyby mu się udała, mógłby zakrzyknąć "to moje dziecko". Czemu się nie udaje? Czy tylko z powodu włoskich oszustów?

Może winą jest to skupienie na sobie, pierwszy lekarz, nie dostrzegając żadnej choroby, bagatelizuje bóle, jako ich przyczyny wymienia np. zmęczenie, zmianę jedzenia, ale też egotyzm.
Może chodzi o to, że nie umie pogodzić życia i tworzenia. Choć mnie zastanawiają te śmiertelne właściwości włoskiej krainy.

Nie on ostatecznie przygotowuje wystawę, nie on ją otwiera, nie on rodzi (natomiast jego żona wydaje dziecko na świat na wernisażu, zaraz po przecięciu wstęgi, co on kiedyś reklamował jako jej wielką zdolność). Bohater popełnia samobójstwo, które jest jakąś wersją ojcobójstwa. (Ale nie lękajcie się - powróci w trzeciej części przygód Tulse Lupera.)

Jeszcze chciałbym wspomnieć o filmowaniu, bardzo często kamera jest nieruchoma, albo wykonuje nieznaczny ruch, pozostając na tej samej powierzchni (w której czasem mamy ciekawe układy światła i cienia). W pamięć zapadły mi dwie sceny. Pierwsza, to gdy Stourley'owi zostaje odebrane prowadzenie wystawy, najpierw mamy scenerię, na której środku pojawia się para postaci (wchodzą po schodach), stoją, z lewej podchodzi do nich trzecia. Jedna odchodzi w głąb, przez ogród, na którego środku drzewo, tak więc nie widzimy jej przez dłuższą chwilę i dopiero przed ostatecznym jej zniknięciem, zobaczymy przez moment. Tą postacią jest Stourley, ten który z nim przyszedł, odchodzi powtarzając drogę z początku, zbliża się do nas. Ten, który do nich podszedł wraca w lewy bok.
Druga scena również zawiera w sobie chwilowe, przedkońcowe pojawienie się. Stourley po rozmowie z lekarzem, odchodzi (znów się od nas oddala) mijając niewielką kolumnadę, tak że na zmianę ciemno-jasno. Trwa to trochę, a gdy już przy końcu bierze zakręt światło dotyka go wprost i czyni z niego obszar mocnej, wyrazistej białości. A potem, już po zakręcie, jeszcze przez chwilę jego cień, który każe myśleć o tym, co przed chwilą zostało powiedziane: kontynuacja, kontemplacja.

If the camera moves, it must do so for a very good reason indeed.

And when my camera does move, it moves with a static frame. So it literally is a tracking shot, as seen through a very apparent, self-reflective frame. [...] But the concern for the frame is very much a twentieth-century concern: the whole notion--I suppose a post-cubist notion--of acknowledging where the painting stops and starts, its physicality, its relationship to the edges. The nineteenth-century illusion of the painting as a window on the world is not, I think, operating in my cinema. It's a cinema which does concern itself with the edges, all the time.


To mówił twórca później, w 1995 roku, ale co do ruchów kamery, to wszystko się zgadza. W zasadzie w filmie jest tylko jeden moment, kiedy czujemy, że ktoś manipuluje naszym patrzeniem, że ktoś nas zmusza, że teraz spojrzymy tu. Jest to scena na przyjęciu w miejscu wystawy, gdzie kamera prowadzi nas (chyba w jednym ujęciu) z góry na dół, łączy te dwa plany, gdzie osobne rozmowy prowadzą mąż i żona, a przechodzimy między nimi, bo ich treści się ze sobą splatają, a my jako widzowie jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji

[Może da się dotrzeć do tego filmu bez duetu wina-kara, ale po Pickpocket mam jeszcze w głowie ten dostojewski schemat.]