W 2014 narzekałem, że tak mało Azji i Afryki, w kolejnym roku było lepiej, no a w zeszłym to już w ogóle dookoła świata, jako że tematem były "nowe geografie". A tegoroczna edycja udowadnia, że można pójść nawet nie tyle dalej, co głębiej albo skręcić na jeszcze insze pobocza. Chyba nigdy festiwal nie proponował tylu nieznanych mi artystów i z tak niespodziewanych zakątków.
Powtarzam to chyba przy każdej okazji, ale i teraz się bez tego nie obejdzie: CTM rozrósł się tak bardzo, że jedna osoba nie jest w stanie go pochłonąć w całości (może to i lepiej? zawsze fragment, zawsze mozaika, kolaż). W tym roku mam dodatkową wymówkę, bo nie byłem na jednym (i to dość obfitym w wydarzenia) dniu, więc skorzystam z niej chętnie, żeby wymigać się od podsumowywania całościowego. Poniżej zrobione na szybko notatki, najbardziej po to, żeby nie zatarło się zupełnie w pamięci.
27.01
Najpierw prezentacja fragmentów filmu Northern Disco Lights ze swadą prowadzona przez reżysera Bena Davisa (Blaktrax, Paper Recordings, Shaboom Records). W dokumencie pojawiają się m.in. Prins Thomas, DJ Strangefuit, Todd Terje, Idjut Boys, Lindstrøm, Bjørn Torske i Mental Overdrive, który napisał też do niego muzykę. Torske brał udział w dyskusji potem, ale żadnych rewelacji się nie dowiedzieliśmy. Był na miejscu, bo grał w Panorama Bar później - bardzo późno, miałem siły, żeby posiedzieć z pół godziny na jego secie (nie był za bardzo disco). Wcześniej tamże Front de Cadeaux przez prawie trzy godziny (do trzeciej) w wolnych tempach (100-110 bpmów?). Pomysł ciekawy, bo nie tylko "downtempo" kawałki ale też spowolnione szybsze, np. "Wordy Rappinghood" Chicks on Speed, ale może jednak za długo. Potem Charlotte Bendiks z przyjemnymi eterycznymi momentami i mocny choć nie wymyślny Boska.
28.01
Impreza w Prince Charles, fajne miejsce, była to chyba pływalnia - bar ustawiono w basenie a starodawna kolorowa morska mozaika na całej ścianie fajnie kontrastowała z eleganckim, dystyngowanie czarnym wystrojem. Sami Baha na zmianę trapy i szybkie kawałki, ale dość nudno. DJ Lady Lane zróżnicowanie i całkiem ciekawie, Mr. Mitch bardzo dziwnie, dużo chyba jakiś popowych/R&B przebojów, słodkich melodyjek, zupełnie to do mnie nie trafiło. Traxman zapowiedział techno set i obietnicy dotrzymał, stopniowo przyspieszał i na koniec oczywiście dojechał do footworku.
29.01
W Hebbel am Ufer (HAU) dublet artystek posługujących się głosem na różne sposoby. Nora Turato zaprezentowała coś na w rodzaju stand-up comedy płynącego strumieniem świadomości a wypełnionego refleksjami na temat świata sztuki i skrawkami marketingowych szlagwortów (ale też wielu rzeczy nie zrozumiałem, narzuciła szybkie tempo, więc może było tam coś jeszcze). Chodziła wśród publiczności i chociaż do nikogo bezpośrednio się nie zwracała, nie wchodziła w interakcje to zmieniło to wyraźnie nastrój i koncentrację odbiorców.
Tanya Tagaq przenosi innuickie techniki wokalne w świat free-jazzowej improwizacji. Jak zaznaczyła witając się, to dobrze, że improwizacja to coś co wydarzy się raz i nigdy dokładnie w tej formie się nie powtórzy, bo ona się szybko nudzi (bardzo mi się to spodobało). Wystąpiła z Jesse Zubotem (skrzypce i chyba przetwarzanie wokalu) i Jeanem Martinem (perkusja i laptop). Wokalnie było wspaniale, zmysłowo, drapieżnie, ale też subtelnie i delikatnie. Tylko że jak cała trójka się rozpędziła to trudno było im się potem zatrzymać i często dla mnie za dużo było dźwięków. A szkoda bo chciało się smakować je w odosobnieniu, delektować i rozpatrywać, ale może artyści nie chcieli na to pozwolić tylko woleli zanurzyć nas w wartkim nurcie ich wymiany energetycznej (i pogłosu). Piękne oświetlenie dodawało jeszcze nastroju.
30.01
Rozpoczyna się na dobre program dzienny z dyskusjami i wykładami. Końcówka wystąpienia Joela Krugera o torturach dźwiękowych i jego późniejszy udział w panelu pozwalają sądzić, że ma on coś do powiedzenia. Wątpliwości można mieć do Luisa-Manuela Garcii, którego wykład o emocjach był na poziomie podstawowym, ale w sumie żadnej szkody nie czynił i może dobrze czasem sobie uporządkować czy zrewidować rzeczy wiadome.
W HAU coś na co bardzo czekałem, czyli The Great Disappointment zainicjowane przez NON Worlwide na zamówienie tej placówki i festiwalu. Ambasadorami byli tutaj założyciele: nkisi, Chino Amobi i Angel-Ho oraz DJ Lady Lane i Embaci (Dedekind Cut został kilka dni wcześniej wydalony z państwa NON). Za choreografie odpowiadała Ligia Lewis, tańczyli Justin F. Kennedy i Jonathan Gonzalez, w dramaturgii pomagał Ariel Efraim Ashbel. Spodziewałem się...w sumie nie wiem czego, ale coś mi tu jednak nie zagrało. Może to tak musi być, jeśli się dekonstruuje, stara się stworzyć jakąś nową formę czy coś hybrydowego, że coś będzie odstawać, rozpadać się. Może zbyt się nastawiłem na zapowiadane nawiązania do variety show, może zbyt zwracałem uwagę na niedopracowane ruchy tancerzy (no chyba nie miały być niesynchroniczne w tak podstawowych figurach?). Może doskwierał efekt obcości, gdy widziało się ich ruszających żwawo do "klubowych" kawałków, a samemu siedziało. Kilka osób o tym mówiło i to pokazuje jednak potęgę ramy instytucjonalnej, bo przecież gdyby się naprawdę chciało tańczyć, to by się to zrobiło - czy jednak nie? Inna sprawa, że wygenerowana energia uchodziła po te partie ruchowe przedzielało kontemplowanie podświetlanego dymu - myślę, że takie wytracanie tego ładunku też było zamierzone. Czyli, jak teraz o tym piszę i reflektuję, to wychodzi, że coś w tym jednak było.
31.01
Bardzo interesująca prezentacja Guillermo Galindo, po której średni panel z Angeliką Castelló, Arielem Guzikiem, Mario de Vegą prowadzony przez Carlosa Prieto Acevedo. Liczyłem na dyskusję a prowadzący poprosił każdego z uczestników o opowiedzenie o swoich działaniach. Najlepiej wypadła Castelló, szczególnie ujęło mnie, że powiedziała "I'm not interested in reality". Nasiadówkę ożywiło trochę przybycie Carminy Escobar, która też coś powiedziała, ale szybko stwierdziła, że woli coś wykonać. Potrzebowała ochotnika, a gdy się znalazł, to zrobiła jej "sonic massage" - wydawała dźwięki strunami głosowymi robiąc tubę wokół ust i przykładając ją w wybrane miejsca na ciele.
Potem było jeszcze ciekawiej za sprawą Guzika, który opowiadał o swoich fascynujących działaniach.
Pierwszy wieczór w Berghain zaczął Thomas Ankersmit z nowym utworem kwadrofonicznym Infra. Kolega, który słyszał go niedawno, ale chyba nie grającego tę kompozycję, pisał, że kojarzył mu się z Thomasem Lehnem. A mi to bardziej przypominało Emptyset przez eksplorację niskich dźwięków, nieszablonowe rytmy, precyzję i kontrastowanie elementów. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby Ankersmit zrezygnował z przerywników złożonych z różnych brudów, przepięć i zakłóceń. Mnie to rozpraszało i nadszarpywało spójność, czy może nawet bardziej skoncentrowanie materii muzycznej.
Gum Takes Tooth mieli problemy ze sprzężeniami, perkusja rozlewała się w buczącą masę i reszta na takim tle nie brzmiała porywająco, szkoda - miałem nadzieję.
Dobrze po tym zadziałał Vomir i w ogóle dobrze, że się pojawił na tym festiwalu w tym miejscu. Było to faktycznie oczyszczające a też wcale nie nudne, jak się po cichu obawiałem. Nie wiem czy w tej jego harshowej ścianie coś się zmieniało, czy tylko moja percepcja to modelowała inaczej, żeby mieć zajęcie, ale działało. No i brawa za prezencję sceniczną - stanie bez ruchu z zamkniętymi oczami. Przecież nie tylko w kontrze do nadekspresji sceny noise'owej ale też artysta jako odbiorca własnego dzieła, dystansujący się wobec niego, oderwany i zamknięty w swoim świecie, nie nawiązujący relacji z publicznością (można by powiedzieć - ślepy na nią, głuchy też).
Pharmakon po raz kolejny do mnie nie trafiła, grała chyba nowy materiał, ale jeden utwór wydaje mi się, że znałem.
01.02
W HAU efekty współpracy CTM i teherańskiego SET Festival. 9T Antiope zaskoczyli początkiem innym od wszystkiego co znałem z płyty Syzygys. Więc nie ambientowe wstęgi i natchniony wokal, ale hałasy, zgrzyty, potem też dźwięki jak syren alarmowych. Dwie powiedzmy piosenkowe sytuacje też się zdarzyły, mocno się odróżniały od reszty, ale jakoś wypadło to wszystko spójnie.
Siavash Amini zaczął ciekawie, ale z biegiem czasu rozwadniał niepotrzebnie wszystkie esencjonalne motywy do stanu, w którym traciły smak. Grał niespełna 40 minut a wydawało się o wiele dłużej.
Sote przedstawił nowy projekt we współpracy z instrumentalistami Arashem Bolourim (santoor) i Behrouzem Pashaeim (setar) oraz Tarikiem Barri odpowiedzialnym za wizualizacje. Te ostatnie były niesamowite, zgodnie z moimi przewidywaniami, a dźwięki też więcej niż dobre. Choć zaczęło się niepozornie, od przetwarzania instrumentów, potem stopniowo coraz więcej elektroniki. Akustyczny wkład stale wyraźnie obecny, ale też coraz bardziej splatający się z tym, co robił Sote. Gdzieś w zapowiedziach padło "Teheran techno apocalypse", ale ona przyszła dopiero na koniec.
Szybko do Berghain by choć trochę Stefana Fraunbergera złapać, który nawet korespondował z powyższym bo też przetwarzał dźwięki cymbałów. Mogło być lepiej, ale chyba nie w tym wnętrzu.
( SIC ) zaczęli ciekawie, od pojedynczych uderzeń perkusji, jednak ich zagęszczanie musiało się zmagać z akustyką sali. Na szczęście dołączyły wokale, trochę jakby o proweniencji metalowej, ale też kojarzące się z elementarzem free improv, warto odnotować "skrecze" na magnetofonie (chyba?). Generalnie gęsto i bez grania dynamiką.
Ex Eye to nie moja bajka i byłem zmęczony, więc wyszedłem podczas trzeciego utworu.
02.02
Z pewnym spóźnieniem na Black Atlantis Ayeshy Hameed, któremu zaszkodziło anonsowanie go jako "performance lecture". Było ciekawie, choć znów to rzeczy raczej podstawowe i też klocki, którymi wiele osób się bawiło: Kandinsky, Benjamin, Sun Ra, Drexciya. Ale zawsze można spróbować jakąś inną budowlę z nich poskładać.
O wiele bardziej performatywne było Radio Meta Noah Sow, polecam sprawdzić, na początek można piosenki z tego słuchowiska.
Potem ciekawie zapowiadający się panel, z którego niestety trzeba było wyjść, żeby na spokojnie zdążyć do HAU. Ale przed tym manewrem można było usłyszeć np. nkisi mówiącą o tym, że muzyka tworzy przestrzeń publiczną, choćby w klubie, czy gdziekolwiek wypuszczana z głośników (to też rudymenta, ale takie zawsze warto przypominać) i że parkiet to miejsce stawania się ("becoming").
CTM zmusza do dokonywania trudnych wyborów dając dwa zestawy koncertowe w dwóch lokalizacjach HAU. Tego wieczoru udało się jednak złapać dwie sroki na jednym ogniu, bo Stine Janvin Motland zajęła mało czasu, a wieczorek meksykański zaczął się z opóźnieniem. Norweżka zaprezentowała Fake Synthetic Music inspirowane Maryanne Amacher, Evol i Lorenzo Sennim ale brzmiące zupełnie jak żadne z nich. I w ogóle jak nic, co znam. Cierpliwie eksplorowała bardzo mały obszar aż do zmęczenia kilku słuchaczy, którzy dawali temu wyraz głośnymi komentarzami. Mi zaimponował właśnie ten poziom koncentracji, więc gdy w jednym momencie zaczęła bawić przekształceniami jak z wczesnej muzyki elektronowej, to się na serio przestraszyłem, że może się wszystko rozlecieć. Ale to była tylko chwila i zaraz wrócił ten obsesyjny motyw i mrowienie w uszach. Znów światła, choć zupełnie inne niż na Tagaq, wzmacniały działanie dźwięku.
Sprint do nowocześniejszego HAU, gdzie ansambl Liminar grał muzykę meksykańską. Utwory Alcántary brzmiały znajomo, a jestem w sumie pewien, że nigdy ich nie słyszałem. Intrygujący pomysł Lixenberg na przełożenie Nancarrowa na głos - szkoda, że takie krótkie. Kolejnych dwóch utworów nie pamiętam, a finałowej premiery też bym pewnie nie zanotował tak dobrze w głowie, gdyby nie wideo i ruch sceniczny. Nie żeby był on jakiś wyjątkowo ciekawy, ale był - machanie flagą, wmaszerowywanie na scenę, obramowanie jakby hymn miał być naprawdę wykonany. I był, ale nieudolnie, czasem ze szczerymi chęciami, a czasem umyślnie psuty. Potwierdziło się, że Escobar jest świetną wokalistką - nawet z tak słabego utworu potrafiła coś wyciągnąć.
No i już można do Berghain (i dziś też do Panoramy, bo przecież czwartek - weekendu początek). Końcówka Sky H1, z której zapamiętam przebasowienie. Moor Mother totalnie nieprzewidywalna, tu prawie noise, tu rapowanie bez bitów, potem bity bez rapu, rytmicznie ale jakoś dziwacznie (w najzupełniej dobrym sensie), mrocznie i wszechogarniająco. Bardzo byłem ciekaw Yally czyli nowego pomysłu Raime. Cieszyłem się, że szukają bo drugi album to jednak trochę stagnacja. Tym bardziej się cieszę, że udało im się znów zrobić coś nowego. Ich zupełnie własne odczytanie grime'u, wariacja tak daleko odchodząca od tematu, że stająca się autonomicznym bytem. Podana w jednym ciągu, nigdy nie umiałem uchwycić momentu, w którym zmienia się rytm, pewnie dlatego że przepoczwarzał się stale. Actress nieprzekonująco, ale on podobno tak ma na żywo. Stingray mocno, ale za głośno. Na szczęście jest Endgame, który odświeżająco multistylistycznie.
04.02
Nagrodzone w konkursie CTM i Deutschlandradio Kultur Happy New Fear trochę mnie zmęczyło długością (ponad 65 minut), przeładowaniem i efekciarstwem. Dźwiękowo najciekawsza była ostatnia część i szkoda, że nie było tylko jej. Zastanawiam się, jak ten utwór obroni się w radiu, gdzie nie będzie widać trzykanałowej projekcji, świateł podkreślających szczególnie dramatyczne momenty (słaby chwyt), wykonawczyni-narratorki oraz wyświetlaczy z danymi o zamachach. Akurat tego ostatniego najchętniej bym się pozbył, bo napisy na wyświetlaczach leciały równocześnie z mówioną narracją i wtedy ani tego, ani tego nie mogłem odebrać (oczywiście, należało pewnie zamknąć oczy, ale w takim wypadku nie widziałbym wideo, które też cały czas i chyba też ważne?). Nie wiem, jaki był sens nadawania takiej ilości komunikatów naraz, na pewno można powiedzieć, że te przekazy się komentowały i nawiązywały, ale dla mnie raczej się plątały i wybrzmiewały bełkotliwie.
Sobotnia impreza w YAAM to kulminacja nocnych szaleństw - do wyboru są trzy sale. LSDXOXO całkiem fajnie (remiksy m.in. Groove Armada, L-Vis 1990), ale może warto sprawdzić nieznanego Rumuna. Zdecydowanie tak! Dragoș Rusu, związany z magazynem The Attic i festiwalem Outernational, to strzał niespodziewany i wyjątkowo celny, zwłaszcza jako otwarcie nocy. Muzyka na poły etniczna, na poły elektroniczna, a najczęściej poły te się na siebie nakładały, podobno dużo z Grecji i ogólnie arabskiego, więc nietypowe podziały rytmiczne. Przypomniało mi się, jak w zeszłym roku Nan Kolè przywiózł na CTM gqom i jakie to było zaskoczenie, powiew wyraźnej inności. Tutaj też tak trochę i też ludzie nie do końca wiedzieli, jak do tego tańczyć.
W międzyczasie rzucanie uchem do dużej sali, gdzie Muqat'a (taki palestyński Samiyam?). W trzeciej Bass Gang z ciągłą rotacją didżejów (na początku funk, potem ballroom, kuduro). W małej Insanlar, znów zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Na dużej sali Miss Red, której bity puszczał The Bug. Dziwne, ale jakoś się obawiałem, że zmiażdży i przesadzi z dołami. Jednak wykręcił je tak, że czuć było na klatce piersiowej i w kolanach a brzmienie było czyściutkie - rispekt! Trochę zbyt podobne utwory do siebie, ale bawiłem się dobrze (na featuring wpadł też Gaika). Potem jeszcze większa niespodzianka, bo gdy już planowałem leżakowanie zaczął Shins-K, postać zupełnie mi nieznana. Były takie rzeczy, że nie umiem ich nawet zaklasyfikować, jakiś może eksperymentalny drum'n'bass? Ale też techno, dub, a wisienką na torcie był remiks "Come Clean" Jeru The Damaja.
05.02
Na tym było niestety bardzo średnio. Stara Rzeka chyba fajnie, ale znów poczułem, że to nie moja baśń. Podobnie zresztą jak Earth, więc ze współpracy Dylana Carlsona i The Bug wyszedłem, żeby być na czas w SchwuZ. To była słuszna decyzja, bo można było się zorientować w tym sporym przybytku, znaleźć wygodne i dogodne miejsce. Negroma był(a/o) fajna, z dośpiewywaniem swoich wokali do cudzych piosenek, tańcami i żywiołowym miksowaniem. Na małej sali Ziúr też zacnie dziwacznie, ciekawe, czy to były tylko jej produkcje i szkoda, że tak krótko. Choć szczerze, to ciężko było wytrzymać bo w miejscu gdzie wszystko dobrze brzmiało było za głośno, w dodatku tłoczno i niektórzy powoli zaczynali łamać zakaz palenia. Z tych powodów na Marie Davidson wytrzymałem dwie piosenki (które podobały mi się bardzo). Wyczekiwałem MikeQ z towarzyszeniem Berlin Voguing Out, bo miałem okazję go już usłyszeć/zobaczyć z towarzyszeniem tancerzy i było to cudowne przeżycie. To niestety nie dorównało tamtemu, tu nie dało się wejść na scenę, na początku było jakoś niemrawo, a tancerze ruszający się na parkiecie nie byli oświetleni. Już nie miałem siły na przepychanie się, więc oglądałem z daleka. Nawet selekcja MikeQ mniej mi się podobała.
2/07/2017
CTM 2017 (notatki)
9/03/2016
Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 9)
Intensywny, chwilami drażniący Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato) Petera Greenaway'a, tu można poczytać, co tam się działo. Akuratna rozgrzewka o poranku z natrętnym brzęczeniem much, ogłuszającym dzwonem, echem okrzyków w katakumbach, deszczem i burzami oraz niosącym się, wyznaczającym rytm, waleniem w rury, które jest obecne na takiej (czaso)przestrzeni, że zaczyna się podejrzewać, że trzyma ją ryzach i podtrzymuje w posadach. Momentami pojawiają się charakterystyczne, znane z poprzednich filmów, wielogłosy odpowiadające podzielonemu ekranowi. Sound department, który się nad tym napracował był odpowiednio duży, tu odnotuję tylko Raúla Locatelliego i Vijay'a Rathinama.
Jak filmy festiwalowe się spotykają: z Koniem być przegalopował motyw centaura. A ponieważ wszystkiego się ze sobą łączy, to wkrótce potem trafiłem na Pierścień z papieru Zygmunta Haupta i nie zawaham się użyć żadnej okazji, żeby polecić tę książkę. No i jest tam opowiadanie "Co nowego w kinie?", którego bohater mówi: "widziałem taki film Eisensteina o Meksyku. [...] To jest najweselze święto na świecie - na temat śmierci. [...] śmieją się do tej śmierci, której uważają, nie należy się bać, śmierć jest im bliska i przyjacielska, oswojeni z nią, z jej wyobrażeniami na kamieniach rzeźb Mayów i Azteków i widzisz Elektro ma to sens, to przemieszanie życia i śmierci, bo gdzież jest granica?..."
Akurat tak się złożyło, że potem widziałem taki inny film dziejący się w Meksyku - Maquinaria Panamericana, pełnometrażowy debiut Joaquína del Paso. Tu też wiele było odgłosów metalu. Rutynowe zrytmizowane sprawdzanie rur przy pomocy pręta rozchodzi się po terenie fabryki niczym dzwon. Metalowe odpadki służą jako kołatki (świadome nawiązanie do Our Daily Bread Vidora?) używane podczas ogłaszania śmierci. Zresztą już od początku orientujemy się, że dźwięk jest tu potraktowany nieszablonowo, też jeśli chodzi o jego relację do świata przedstawionego. Zaczyna się od niepokojącej muzyki (Christian Paris), widzimy postać wchodzącą do mrocznej hali, utwór narasta, ale nagle zostaje ucięty – to mężczyzna wyłączył odtwarzacz. Po pierwsze jest to ciekawe, bo na przekór dramaturgii, a po drugie bo wiemy, że ta muzyka nie mogłaby tak brzmieć z małego sprzętu. Potem są też ciekawe rozegrania sytuacji, gdy czasem utwory słuchane przez kogoś na słuchawkach wypełniają filmową rzeczywistość, a kiedy indziej dochodzą do nas jak z leżących w pobliżu „nauszników” właśnie. Podziękowania za dobrze i pomysłowo wykonaną robotę niech zechcą przyjąć Santiago Arroyo i Santiago de la Paz.
Z satysfakcją uczestniczyłem w tym świecie, aż wydało mi się, że zbyt krótko w nim pozwolono nam przebywać. No ale zamknął się cykl żałoby, ostatnie sceny, po napisach, może nawet niepotrzebne. Z filmów o pracy w różnego rodzaju firmach i biurach na tegorocznym NH dałoby się zebrać fajny blok. Ten zerkał też w przeszłość retrospekcjami na widocznie starszej taśmie, gdzie między innymi wyburzanie i wybuch od tyłu, do tego kojące muzyka. Czy da się cofnąć czas, powrócić do świata przed katastrofą?
Resztki czyli pierwszy fabularny pełen metraż Omera Fasta. Muzyka Dirk Dresselhausa (aka Schneider TM) spoko. Ogólnie fachowo, ale niewiele z tego pozostaje po wyjściu z seansu.
Jeśli chodzi o znakomite wyczucie zależności między tym, co słyszalne i co widzialne, to należy wyróżnić też Serce psa (Heart of a Dog) Laurie Anderson (który chyba wejdzie do kin). To takie coś, co wielu młodych twórców bardzo chciałoby zrobić, ale im nie wychodzi. Znów to jakiś esej, w dużej mierze monolog, w którym swobodnie łączy się opowieść o tytułowym towarzyszu artystki z rozważaniami o zmianach w USA po 11 września, do tego między innymi Wittgenstein, Gordon Matta-Clark i buddyzm, a wszystko sobie płynie na luzie, powaga kontrapunktowana humorem. Oczywiście unosi się to z taką elegancją też dzięki muzyce Anderson. Są to zupełnie nowe utwory, choć nikt nie powinien mieć sobie za złe, jeśli wyda mu się, że już to gdzieś słyszał. Dryfujemy przez łagodne, pastelowe pasaże, za ucho prowadzi nas spokojny głos autorki.
I koljne rendez-vous z Anną Biller - Viva z 2007 roku. Tym razem wyprawiamy się w różowe lata 70. i znów wypada powtórzyć pochwały odnośnie kolorystyki, scenografii, strojów, w ogóle wyczucia plastycznego, no i wymowy. Znaczące, że jedyną sceną seksu, jaką dane będzie nam zobaczyć jest gwałt. Inne, "pozytywne", doświadczenia są pominiętę, być może szkoda na nie czasu filmowego, bo są zbyt oczywiste. A z tym widz musi się zmierzyć.
6/07/2016
Ficunam (wpatrywanie cz. 20)
Z tego zestawu obejrzałem tylko trzy filmy - dwa z nich bardzo warte polecenia, jeden przyzwoity.

Las letras Pablo Chavarrí Gutiérreza został nagrodzony na CPH:DOX. Ale nie jest to klasyczny dokument, raczej esej osnuty wokół przejmującej historiiAlberto Patishtána Gómeza.



"The soundtrack is the oddest combination of string instruments – sounds that verge on noises and which seem to make no sense until they start sounding both like greedy flies feasting over a dead body and the shock and fear that such a picture evokes in the living when coming in contact with it. It’s the sound of fear and death; a nightmarish combination of a dirty, hot country road and loss of hope. When percussion is sounded blasting from the forest’s depths, the tension rises further, and the pain and ghostly terrorization escalate with it." (via)



Minotauro Nicolás Peredy pokazywany był w Toronto, Rotterdamie, Nowym Jorku i Wiedniu. Znów jest to rzecz eksperymentalna, która nie przypadnie do gustu każdemu. Fabuły tutaj za bardzo nie ma, ale miłośnicy sennej atmosfery i koneserzy marazmu powinni się zainteresować.

Wcale nie zaskoczyło mnie, gdy przeczytałem, że lubi nudę: "When I’m bored I start to think of ideas, of projects, of films. The ideas come from my everyday experience, from the things that I witness and from things that happen to me, but I need to be bored in order to reflect upon those things. I lived in Canada for 12 years. I guess it was the right place for me."

"Set, in Pereda’s words, in “a home of soft light, of eternal afternoons, of sleepiness, of dreams,” the film is neither a study in stasis nor, properly speaking, minimalist. Its comfortable, gutsy wide-screen compositions within a single apartment seem as natural as the ambience and the behavior of its “characters.” Pereda’s people neither make plans nor talk very much, although now and again Gabino Rodriguez, something of the director’s alter ego in several films, reads passages from a novel, about recognition and unremembered encounters." (via)

"You feel echoes of Last Year in Marienbad and also perhaps Marguerite Duras’s India Song, filmed in the lo-fi sleekness found in the films of Matías Piñeiro, where the gloss of the video images is a sheen of mystery, the screen itself strangely slippery. (It has to be said: Minotaur, despite its profound financial limitations as a production, looks far more beautiful than most Hollywood digital products.)" (via)

Parque Lenin, pełnometrażowemu debiutowi Carlosa Mignona i Itziar Leemans niczego nie brakuje, ale przy dwóch powyższych wypada nieco blado, bo jest po prostu porządną robotą dokumentalną.
zaległości (wpatrywanie cz. 18)
Na CTM zobaczyłem dwa filmy: Narco Cultura Shaula Schwarza, o związkach muzyków i karteli w Meksyku (dobry, ale bardzo brutalny) oraz Akounak Tedalat Taha Tazoughai Christophera Kirkley'a (znanego z Sahel Sounds) - pyszna zabawa. Tu można posłuchaćsoundtracku. "If the film sounds like a joke, that might be because it started as one: Christopher Kirkley, a Portland-born “guerrilla ethnomusicologist,” came up with the idea of a West African homage to Purple Rain while living in Mauritania and riffing on movie concepts with a Canadian expat." (via)
Na Festival Scope najpierw można było sprawdzić, co dzieje się w kinie tureckim, potem meksykańskim i kolumbijskim, a ostatnio proponowano filmy z La Semaine de la Critique i TorinoFilmLab. Myślałem, że trzeba dostać jakieś zaproszenie, żeby się zarejestrować na Scope, ale teraz okazuje się, że może to zrobić każdy, więc bardzo zachęcam. Wspaniały sposób na poznawanie nowych filmów, które raczej nie trafią do naszych kin.
2/24/2010
Wieczorek zagraniczny
Jakoś tak się złożyło, że podczas dotychczasowych pobytów w Berlinie nie odwiedziłem jeszcze zasłużonego klubu Ausland. Nowe miejsce to zawsze atrakcja, choć i ryzyko pobłądzenia, jak to miało miejsce i tym razem (choć sam klub jest oznakowany szyldem dobrze widocznym z ulicy). Na szczęście pomyłki zmieściły się w obowiązującym tutaj godzinnym opóźnieniu, co sprawiło, że wysłuchałem obu występów w całości.
Najpierw duet Angélici Castelló i Mario de Vegi - krótki i zwarty. Może nawet zbyt zwarty w części finałowej - hałaśliwej, brudnej, mocnej. Ale niestety jednowymiarowej. Brakowało mi dźwięków z innego rejestru, czegoś akustycznego albo nieszmerowego. Wcześniej takim kontrapunktem były stukania klap fletu Castelló, gdzieś zawsze na granicy sprzężenia, co nawet dodawało im wyjątkowego kształtu, jakby konturu. (A w ogóle, to fajnie obserwować ją grającą, jest w tym wiele zmysłowości.) Oprócz fletu kontrabasowego używała też prostego (z wpiętym mikrofonem - znów szumy), elektroniki, kaset. De Vega znów mały gramofon i duży, pompka (ale też śrubokręt), najwięcej czasu z płytką z obwodami, dodatkowo radio na korbkę. Te circuitowe dźwięki zdominowały początek, już wtedy z trudem można było odróżnić, co kto robi. Taki zresztą chyba był zamiar muzyków. Ściana hałasu, do której doszli była okej, ale z drugiej strony wydawało mi się to tak łatwe, tak nieryzykowne rozwiązanie...Chwilę jeszcze pociągnęli po cichu potem, ale raczej dla fasonu, choć ja pragnąłem, żeby coś się wykluło, co by przebiło ten schemat wielkiego (głośnego) finału.
Potem Burkhard Stangl (gitary) i Kai Fagaschinski (klarnet), którzy urządzili tutaj "record release party" Musik - Ein Porträt in Sehnsucht. Albumu nie słyszałem, ale sądząc po notkach, został zagrany w całości. Z burzą, fortepianem i ptaszkami puszczonymi z cedeka. Obok grających stał winyl Alexandry, z którego przechwycili tytuł swojej płyty (ale coverów raczej nie było). Bardzo podobał mi się pomysł z zaciemnieniem sali podczas utworu z fortepianem, a jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że nazywa się on "Last Night I Had Visions".
W ogóle delikatna, nastrojowa, często nawet urokliwa muzyka, w ostatnim kawałku klarnet na granicy ckliwości, ale wciąż po tej właściwej stronie. Zrobiło na mnie wrażenie współgranie dźwięków szmerowych i czystych, elementów mocnych czy wyrazistszych z drobnymi, głośniejszych z cichymi. To jak się uzupełniały i nie kłóciły ze sobą, np. nutki klarnetu z kontrolowanym, przetworzonym, sprzężeniem gitary, właśnie - kontrolowanym, powstrzymywanym i umiejętnie wykorzystanym. Kilka intrygujących, nieco terkoczących, fragmentów u Fagaschinskiego dzięki "technikom rozszerzonym" (ustnik + język) albo sycząco-bzyczących, dzięki wydmuchiwaniu i wciąganiu powietrza bez grania nut. Albo Stangl smyczkujący mostek, a drewnem smyczka potrącający wiszące końcówki strun.
Takie pożenienie redukcjonizmu (uogólniając) i bardziej piosenkowych pomysłów mogło wyjść sztucznie i pretensjonalnie, a stało się naturalne i ujmujące.
2/03/2010
Wieczorek gramofonowy
Nie samym CTM żyje człowiek, aby więc zakosztować innego formatu koncertów wybrałem się do sklepu Staalplaatu, gdzie w ramach serii Quiet Cue występowali Hong Chulki oraz dj sniff z Mario de Vegą.
W zasadzie mógłbym nic nie pisać, bo koncerty zostały zarejestrowane i są warte uwagi, a można je obejrzeć tu: Chulki, dj sniff / De Vega.
Obserwowanie Honga to zabawne/dziwne uczucie, bo w graniu używa zestawu podobnego do mojego - przedmiotów i talerza gramofonu. Rozmawiałem z nim po i śmialiśmy się, że całe szczęście, że mój ma plastikowy talerz, więc brzmienie jest inne.
Wykorzystując metalową krawędź, Hong uzyskiwał bardzo wysokie dźwięki, grał przy użyciu opakowania tabletek (ha, ja również na to wpadłem), plastikowej pokrywki, taśmy do mierzenia i arkusza cienkiej blachy. Dużo czasu poświęcał każdemu obiektowi, delikatnie różnicując nacisk i kąt przykładania.
Koreańczykowi zdarza się w improwizacji łączyć tę metodę z feedbackiem, co w sumie nie dziwi, bo wiele dźwięków wydobytych z przedmiotów przypominało sprzężenia (chwilami naprawdę wcinające się w bębenki). Na koniec zatrzymał silniki gramofonów i poruszał tarczą ręcznie, przykładając blachę rożkiem, czego efektem były brzmienia, które mógłby zagrać też jakiś pomysłowy wiolonczelista na swoim instrumencie - wolno przeciągając silnie przyciskanym smyczkiem.
Improwizacji towarzyszyło wideo Lee Hangjuna.
Twórczość Honga znałem już wcześniej, natomiast po raz pierwszy w ogóle miałem okazję posłuchać Mario de Vegi i dj sniffa (aka Takuro Mizuta Lippit). Występ zupełnie inny od poprzedniego, fragmentaryczny, pełen przeskoków, nagłych zmian. Bardzo nie lubię, gdy gramofoniści używają szmeru winyla na zasadzie zapchajdziury - gdy nie mają pomysłu, co zagrać, to zawsze jest przynajmniej to i nie ma obawy przed pustką. Tutaj ten manewr również został zastosowany, ale na szczęście w niewielkim stopniu. sniff skupił się na scratchowaniu i loopowaniu, przyjemnie było patrzeć, na jego płynne ruchy, widać że złapał "flow" i wszedł całym sobą w granie. Wśród płyt użytych była jakaś poważka, Mono Face Arnauda Rivière'a & Jean-Philippe'a Grossa, po stole walały się też wydawnictwa Incusa. De Vega miał mały gramofon, do którego wkładki przytykał różne przedmioty i manipulował nimi. Na zwykłym puszczał płyty, częste przejazdy ramieniem w poprzek winyla z charakterystycznymi piskami albo gwałtowne zatrzymania, przyciskanie wkładki, chwilami bardzo dynamiczne. Używał też płytki z obwodami, których dotykanie dawało elektroniczne, surowe, urywane dźwięki. Tajemnicą pozostanie dla mnie, jak brzmiała pompka wpięta przez jacka w mikser. Fajne było zakończenie, nieoczywiste tak jak przebieg dialogu w ciągu improwizacji. De Vega i dj sniff robili swoje, a w pewnym momencie nastąpiła cisza, nie dlatego, że chcieli skończyć, ale jakby obydwoje właśnie w tej samej chwili zagrali ciszę i spotkali się w wyborze tego elementu.
