To już trzeci raz na przestrzeni nawet nie roku, gdy kontrabasista Clayton Thomas gości w kameralnym Małym Domu Kultury klubu Dragon w Poznaniu. Tym razem przyjechał w towarzystwie francuskiego saksofonisty Jean-Luc Guionneta i australijskiego (ale we Francji mieszkającego) perkusisty Will Guthrie. Od stycznia 2008 roku występują w trójkę pod szyldem The Ames Room.
Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem, które spowodowane było chyba oczekiwaniem na większą liczbę publiczności. Choć ostatecznie słuchaczy nie było zbyt wielu (pewnie około 30 osób), to ci którzy się pojawili, raczej nie żałowali.
Od początku było twardo, drapieżnie i dynamicznie, jednak przez pierwsze kilka minut uderzenia choć silne, to dawkowane. Wydawało się, że Guionnet wplata się w powtarzany przez Thomasa motyw, a Guthrie rozrzuca wokół strzępy, jakby chcąc ich zdezorientować. Jego dźwięki były zacinające (się), a rozpędu nabrał po pierwszym zdecydowanym uderzeniu w talerze. Trudno określić jego wkład jako bazę dla pozostałych, ale jednak jego dekonstruowana, sabotowana, motoryka nadała grze partnerów innej energii. Thomas długi czas grał „po prostu”, dopiero później zaczął stosować swoje ulubione preparacje, takie jak tablica rejestracyjna, metalowe pręty (wkładane między struny) i duży (pusty) dzwonek, jednak używał ich tylko przez chwilę. Guionnet najczęściej grał krótkie, rwane, kanciaste, frazy, serie po kilka były poniekąd powtórzeniami, jednak bez silenia się na dokładność odtworzenia pierwowzoru. Pod koniec pierwszej improwizacji doszedł do tak wysokich dźwięków, że aż zatykały się od nich uszy.
Następna miała chyba zaprezentować inne oblicze tria, choć z biegiem wypadków doszła do podobnej zapalczywości. Jednak stało się to zupełnie naturalnie, przez nagromadzanie i gęstnienie. Sam początek był w zupełnej kontrze do tego, co wcześniej: pojedyncze wysokie, eteryczne dźwięki grane przez Thomasa krótkimi pociągnięciami smyczka, Guthrie krążył w bliskich rejonach grając szkliste tony na tybetańskiej misie. Stopniowo wprowadzał delikatne uderzenia pałkami do kotłów, głównie na zasadzie: jedno silniejsze i wstrząsy wtórne, tak że wybrzmienia nachodziły na siebie. Zrobiło się pochmurnie, szaro-srebrno, Thomas dołożył kilka przeszywających dźwięków smyczkując dzwonek. Trudno było uchwycić jeden decydujący moment, po prostu było już całkiem dużo zazębiających się dźwięków, obfitość porównywalna z pierwszą odsłoną, choć nie tak gorąca. Gdzieś w drugiej części Guionnet przez dłuższą chwilę wykręcał wysoki dźwięk, co kawałek schodząc z niego, a potem płynnie do niego wracając.
I koniec, to znaczy to mógłby być koniec, choć może trochę smutno, że to już, ale też masa energii przekazana przez muzyków była wystarczająco duża. Ale nie - sygnalizują sportowym gestem prośbę o czas.
Podczas nieco zbyt długiej przerwy napięcie spada, jednak drugi set zaraz je przywraca. Wydaje się, że już w samej idei The Ames Room jest ustosunkowaniem się tych muzyków do free-jazzu, a ten set był właśnie najbliższy praktycznej realizacji tego gatunku. Przede wszystkim dzięki bębniącemu bez wytchnienia Guthrie'mu, dla mnie było to na granicy zdolności odbioru, zaraz przed zapadnięciem w bezład i bezsens, ale jednak działało i trzeba przyznać, że to dzięki niemu w tej części nie było żadnego opadnięcia, a nawet ciągłe wznoszenie i poczucie joggingu w epicentrum. Najważniejsze jednak, że pozostali odnaleźli się w tym bez problemów, Thomas wybrał opcję powtarzania (może i przez cały set?) tego samego motywu, którego niskie brzmienie przyjemnie pełzało po podłodze. W pewnym momencie, gdy Guionnet przerwał grę, Guthrie bardzo oszczędnie wszedł w rytm podawany przez Thomasa, co było zaskakujące o tyle, że wcześniej w ogóle się do niego nie odnosił.
Szkoda, że tak mało osób doświadczyło tak dobrego, pełnego pasji, koncertu. Być może po części było to winą zbyt wysokiej ceny biletów. Thomas grał wcześniej w Poznaniu z Mikołajem Trzaską, ale widocznie nie wyrobił sobie jeszcze „marki”, a pozostała dwójka zapewne niezbyt kojarzonych muzyków nie była magnesem dla publiczności.
12/18/2024
The Ames Room w Dragonie (17.03.2009)
2/27/2013
Oval udostępnił swój nowy album tutaj.
Również do ściągnięcia organowe wydawnictwo Jean-Luca Guionnet. A propos organów, to świetna jest płyta Abrahamsa i Vogel.
95 minut niepublikowanego materiału Dalglisha.
Znalezione w chmurze: jqh, Anthony Naples dla The Trilogy Tapes, niesamowity Kevin J. Pharley (za to znalezisko brawa dla "króla soundclouda" Jacka Plewickiego).
Strona gromadząca filmy w całości wrzucone na jutuba.
Rozmowa z panem z Vleka.
Gdyby ktoś chciał więcej czytania, to wyszła taka książka.
5/06/2009
Seijiro Murayama i Jean-Luc Guionnet dwa razy
Na razie na płytach, ale może też na koncercie...zobaczymy.
Jean-Luc Guionnet, Seijiro Murayama - Le Bruit Du Toit (Xing-Wu Records, 2007)
Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite (Creative Sources, 2008)
W książeczce do płyty projektu Inscape Guionneta i Erica La Casy twórcy stwierdzili: "We are a duo and we each exist to lead the other to places he cannot go alone. Our approach can be defined as as such: we work to place, or even to force, the 'natural' propensity we have for the contemplation of a site - its particular sonic properties and signatures - into a context in which this simple contemplation can be expressed trough more or less complex devices, i.e. our work as a duo specifically serves to develop and complexify our individual propensities for contemplation."
Na tamtym albumie duet jako budulca używał nagrań terenowych, które przetwarzał i zestawiał, jednak przywołany cytat ma sens również w kontekście dwóch albumów Guionneta (na saksofonie) i perkusisty Seijiro Murayamy, bo zostały one nagrane w miejscach o specyficznym brzmieniu.
Pierwszy z nich, Le Bruit du Toit, w świątyni w Mishimie, dla której charakterystyczne, oprócz pewnego pogłosu, są drewniane dźwięki pomieszczenia. Tytuł sugerowałby, że to dach, ale mi raczej zdawało się, że te odgłosy to wynik poruszania się muzyków po podłodze i wyobrażałem sobie, jak po pewnym czasie niekontrolowanego ich "wydawania", starają się celowo wywołać je swoimi ruchami. W początku drugiej części słychać też w oddali jakiegoś psa oraz mniej wyraźnie i o wiele krócej jakiś mechaniczny sygnał (samochód lodziarza? niemożliwe...) - ciekawe czy grający to wychwycili? Jeśli tak, to czy zareagowali jakimś dźwiękiem swoich instrumentów? Właśnie, dość już o otoczeniu, co dokładają od siebie improwizatorzy? Z początku jakby przewodził Guionnet, który wydobywa z saksofonu długie, średnio-wysokie dźwięki, miałem też poczucie, że każdy kolejny jest nadbudowywany na poprzednim, silne jest poczucie dokładania, spokojnego rozwijania. Murayama koncentruje się talerzach perkusyjnych i gongach, którym najczęściej pozwala swobodnie wybrzmiewać. Jednak nie chodzi o wywołanie nastroju kontemplacyjno-rytualnego, bo muzyka nagle zaczyna jeżyć się drobnymi kolcami metalicznych stukotów, całość zaczyna gęstnieć (agresywniejszy saksofon) i energia się kumuluje. Ale tak jak to wezbranie było naturalne, było wynikiem ewolucji, tak też nie dojdzie do nagłej, silnej erupcji, która wszystko oczyści. Druga część jest jakby pokawałkowana, chyba przede wszystkim przez pojedyncze, bardzo mocne uderzenia w werbel, które pojawiają się niezapowiedziane, niespodziewanie naruszając przestrzeń. Jednak one nie definiują całości, nie czynią jej nieprzyjazną, odpychającą, pewnie też dlatego, że nie są pokazem siły, próbą nastraszenia słuchacza, ale, tak jak cała gra duetu, rozważnym kreowaniem wymyślnych (raczej - nietypowych, niż - wydumanych) konstrukcji dźwiękowych.
Album Noite, na którym Guionnetowi i Murayamie towarzyszą Guilherme i Ernesto Rodrigues (odpowiednio: wiolonczela, altówka) wykazuje pewne podobieństwa do Le Bruit du Toit. Mamy dwie improwizacje (tu 34 i 39 minut, tam 19 i 25), gdzie tą drugą charakteryzuje postrzępienie, odosobnienie elementów, dużo wolnej przestrzeni między nimi, przy tym ta pierwsza wcale nie rozwija się według oczywistego klucza narracyjnego, ale jej pewne zespolenie, większa "składność", staje się widoczna w zestawieniu z następczynią. No i w końcu - dźwięki otoczenia, na Noite bardziej obecne niż na płycie duetu (na marginesie warto zauważyć, że w katalogu Creative Sources powoli formuje się ciekawa seria, w której poprzednie odcinki to: Belvédère Dans L'étendue i Dining Room Music). Co jeszcze wspólne dla tych dwóch płyt to to, że mija trochę czasu nim muzycy zagrają pierwsze dźwięki, tak jakby chcieli, żebyśmy zadomowili się w tym miejscu, oswoili z nim. Nieważne, czy to zasługa tytułu (i wspaniałych zdjęć autorstwa Guionneta, które wydobywają piękno z estetyki kamery przemysłowej), ale na albumie kwartetu słyszę noc, jej atmosferę, spokój, ale też nieco złowrogą tajemniczość. Jesteśmy na lizbońskiej ulicy, co jakiś czas słychać przejeżdżający samochód - to zastanawiające, odgłos, który zwykle mnie denerwuje, tutaj brzmi ciekawie, może to muzycy swoją grą ustawili go w innym świetle, stworzyli dla niego nowe środowisko dźwiękami swoich instrumentów? Jest sporo momentów delikatnie perkusyjnych, tak że trudno powiedzieć, czy to Murayama, czy któryś z Rodriguesów. W pierwszym utworze jest fragment, gdzie wydaje się, że wszyscy grają naraz i stajemy na chwilę przed dronową ścianą, później Guionnet wyrzuca w pustkę kilka piskliwych przedęć. W drugiej części też, a zdarza się nawet seria dźwięków, nieco w stylu starszego free-improv, gdzie jedno zagranie komentuje drugie, coś na zasadzie błyskawicznej reakcji łańcuchowej. Na środku ogołoconej z wyrazistych dźwięków pustej połaci nagle zaskakujący atak na wiolonczelę. I choć nic go nie zapowiadało, nie uzasadniało, to gdy już do niego doszło, wydaje się, że tak powinno być, że był w tym sens. Te wszystkie wyskoki ponad niski poziom dźwięku czynią album jeszcze ciekawszym, bo nie da się go zaszufladkować jako bezpiecznego, cichego improwizowania, w którym "nic się nie dzieje". A nawet gdy nikt z muzyków nie gra, to jest czego słuchać.
4/14/2009
Śpieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą
Ilość wydawnictw, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce, waha się na granicy porządnego przyswojenia i przesłuchania. Póki jeszcze jakoś daję radę, postanowiłem zrobić wpis zbiorczy, gdzie chociaż pokrótce o tych różnych albumach.
Emiter był taki miły, że dał mi trzy swoje ostatnie wydawnictwa.
Emiter / Franczak - vs. poezja konkretna
W warstwie wizualnej motywem przewodnim jest wiersz bez tytułu z 1970 Gerharda Rühma, do znalezienia w nieocenionym numerze Literatury na Świecie - 11-12/2006. Także tam, pojawiające się w innym momencie, fragmenty z Jiří'ego Kolářa. Pierwsze kilkanaście minut zdominowane jest przez litery (np. na kartkach, foliogramach), potem jest ich mniej, choć też są obecne. Mamy sekwencję ujęć blokowisk i balkonów, gdzie pojawia się tajemnicza postać człowieka-jelenia, któremu następnie towarzyszymy w lesie. Jest trochę zniekształceń, pikselizacji, przenikania warstw.
Dźwiękowo jest nieco zaskakująco, zaczyna się od szumów itd, ale potem wchodzi loop gitarowo-wokalny, całkiem okej, ale zbyt długo jest eksploatowany i zaczyna mnie męczyć (głównie przez to, że głos jest wysoki). Razem z pojawieniem się blokowisk wchodzi bit, który kojarzy się z Buniowymi Historie + R, klimat jest taki trochę nieuczesanego "nu-jazzu". On też jest długo obecny, nie jest sam w sobie specjalnie ciekawy, ale wokół niego dzieją się inne rzeczy. Np. odzywa się Kurt Schwitters, którego Ursonate jest przetwarzane.
Tak więc - warto sprawdzić, a ja mam nadzieję, że będę miał szansę zobaczyć duet na żywo, bo podobno podczas CoCArtu było dobrze.
Oprócz tego dostałem album Pocztówki dźwiękowe z Dolnego Miasta, który chyba nie jest sprzedawany? a który jest wynikiem warsztatów z dziećmi w CSW Łaźnia. 27 fragmentów nieprzetwarzanych nagrań terenowych.
Linie Północne to projekt Dymitera z pisarzem Marcinem Odiją, który tutaj ujawnia się jako wokalista. Choć lubię tematykę morską itd, to mam momentami problem ze sposobem, w jaki Odija podaje tekst, ma manierę zaciągania, nie wiem, coś jak Maleńczuk bez ikry. Muzycznie pierwszy utwór w okolicach Fennesz/Sakamoto, potem gitara, raczej stonowana, w ogóle trochę mi się ten album kojarzy ze współpracą Machinefabriek i Jana Kleefstry.
Serpent podaje, że Linie i dvd wydał Sojuz, co oznaczałoby powrót do życia własnej inicjatywy Dymitera (a ciekawe, czemu wewnątrz okładki tego pierwszego pojawia się logo Monotype?).
Kolejne trzy po koncercie The Ames Room w Dragonie.
Clayton Thomas - Bad Self
Świeżynka - ponad godzina solowego Claytona (trzy utwory z 2008, jeden z 2007 i jeden z 2004), tutaj pisał o tym Andrzej Nowak. Może mówienie o "ambiencie" nie jest najlepszym określeniem, ale wiem, o co chodzi, bo muzyka jest raczej przyczajona i ukryta. Ale jeśli podchodzi się do niej z odpowiednim nastawieniem, skupieniem, to np. taka zamykająca krążek 32-minutówka, może nas zabrać w bardzo ciekawe rejony. Wydane pod szyldem Gutstring, czyli prawdopodobnie projektowała Clare Cooper. Pewnie nie będzie dostępna powszechnie, ale można zapytać Thomasa przez myspace'a, a jeśli ktoś się brzydzi, a chciałby kupić, to myślę, że mogę pomóc w skontaktowaniu.
Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite
Och, piękna płyta, jedna z lepszych, jakie słyszałem w tym roku. Dwie długie, oszczędne improwizacje na saksofon, altówkę, wiolonczelę i perkusję nagrane na lizbońskiej ulicy (wyobrażam sobie, że w nocy, po deszczu). Porządna recenzja później, a tymczasem podziwiajcie okładkę (te zdjęcia jak z kamery monitorującej).
Will Guthrie - Spear
Kolejna własnym sumptem: ta 3" wydana w 2005 w Antboy'u zawiera nieco ponad osiem minut dźwięków - ale co to za dźwięki. Jak może niektórzy wiedzą, Guthrie działa (upraszczając) dwutorowo: bywa "bębniarzem", ale jest też konstruktorem, który składa swoje utwory z elementów różnego pochodzenia. Tutaj mamy to drugie wcielenie, a oprócz brzmień wydobytych z perkusji, na tą rzeźbę złożyły się dźwięki konkretne, radiowe, elektroniczne i potem wszystko było ustawiane, edytowane. Ostrzej niż podczas występu na Generze, ostrzej niż na solówkach Body and Limbs Still Look to Light i Building Blocks. Najbliżej może Cinabri - duetu z Ferranem Fagesem, z którego, jak przyznał zagadnięty przeze mnie o to, Guthrie jest bardzo dumny.
Herman Müntzig, Martin Küchen, Andreas Axelsson - Sound of Mucus
Wspominałem już o kupnie tej płytki, zdecydowałem się głównie ze względu na Küchena, byłem ciekaw, jak wypadnie jego spotkanie z Müntzigiem. Dziwnie, tego pierwszego słyszę tu najwięcej, tego drugiego bardzo mało. Küchen jest dobry, jak zwykle, ale nie robi nic takiego, czego jeszcze bym nie słyszał. Denerwuje mnie trochę śmieciowa perkusyjność pod koniec, a improwizacji jako całości brakuje spójności (ech - może takie było zamierzenie). Okładka bazuje oczywiście na plakacie do filmu Sound of Music.
Sebastian Lexer, Seymour Wright - Blasen
Sebastian Lexer, Seymour Wright blasen
Another Timbre wydało właśnie trzy płyty, które zapowiadają się bardzo ciekawie. Tu jeszcze jedna ze starego rzutu. Dwie długie improwizacje: Wright na saksofonie altowym, Lexer na fortepianie, z dodatkiem "+" co oznacza program napisany w Max/MSP do przetwarzania dźwięków. W pierwszej zajmuje się sygnałem ze swojego instrumentu, co ciekawe, choć czasem wyraźnie słychać operację przetwarzania, to nie razi to wcale. W drugiej to wkład Wrighta jest poddany obróbce, choć szczerze mówiąc, mam problemy z usłyszeniem tego. Ciągle mam wrażenie, że za mało jeszcze słuchałem tego albumu, że coś mi umyka, bo duet pozostaje raczej na niewysokim poziomie głośności i dba o najmniejsze detale.
Jak często w przypadku tej wytwórni, zawartość krążka jest przynajmniej dobra, ale jego opakowanie - mniej niż satysfakcjonujące. Mnie razi już strona internetowa labelu, z tymi ramkami i niedbale zrobionymi miniaturami okładek, gdzie napisy zamieniają się w robaczki. Okładkom płyt niby nie można nic zarzucić, ale zwykle są po prostu średnie, bezpieczne, bez pomysłu. Nie wiem, może się czepiam...
Phil Durrant, Lee Patterson, Paul Vogel - Buoy
...ale gdy trzymam w rękach takie opakowanie, to widzę, jak można rzeczy robić naprawdę dobrze. Ta płyta też zasługuje na porządną recenzję, która kiedyś oczywiście. Mocna rzecz, choć bardzo powściągliwa i stonowana.
Cathnor w opakowaniach trzyma się formatu dvd (choć nieco pomniejszonego), ale Buoy przynosi istotną zmianę, która wynika ze względów ekonomicznych. Od teraz nie ma już standardowych plastikowych trzymaków na płytę - dzięki temu opakowanie jest cieńsze i lżejsze. Cd wsadzone jest w zwykłą papierową kopertę z okienkiem, co odrobinę psuje całościowe wrażenie. Moim zdaniem idealnym wyjściem byłoby piankowe kółko, na które można nałożyć płytę.
v4w.enko - Harmonic Ratio
Takich używa np. Kvitnu, z którego dostałem ten album. Okładkę zaprojektowała Zavoloka - fajnie (jak często w tej wytwórni urozmaicające pomysły z tłoczeniem w okładce), ale czy nie za bardzo przypomina Test Pattern Ikedy?
A zawartość? Zaczyna się trochę w stylu Mego (Fässler/Roisz, Gert-Jan Prins), dynamicznie, nieco brudno, nie jest źle, potem wpadamy w dziurę o nazwie "electronica" - przyjemnych brzmień, płynnych tonów, to są tracki 12-16, które razem zabierają ponad 25 minut czyli nieco mniej niż 1/3 albumu, pod koniec wędrujemy w okolice Raster-Noton. Okej, na pewno takie dźwięki mają swoich amatorów, ale dla mnie nie jest to pozycja zbyt ciekawa.
4/02/2009
Instal09 - dzień pierwszy: Glasgow University Chapel, 20.03.2009
Instal to jeden z cyklicznych festiwali szkockiej organizacji Arika (obok takich wydarzeń jak np. Kill Your Timid Notion czy Music Lovers' Field Companion). Przeglądając ich programy można zauważyć szczególne upodobanie do zapraszania japońskich muzyków oraz Ważnych Postaci zajmujących się dźwiękiem od nieco innej strony niż najczęściej definiowana "muzyka" (może to być np. sound-art albo sound-poetry). Obie te tendencje znalazły potwierdzenie również na tej edycji Instal. Choć występujący artyści reprezentowali rozległe spektrum, program był szeroko zakrojony i grzechem byłoby mówić o jakimś ograniczeniu czy zawężaniu, to jednak samo ułożenie koncertów sprawiało, że zbijały się one w bloki, co niekoniecznie dobrze wpływało na odbiór każdego wydarzenia z osobna.
Z oczywistych względów (miejsc, w których są organy nie ma zbyt wiele) koncerty z udziałem tego instrumentu musiały zostać zgrupowane w jeden zestaw. Piątkowy wieczór w kaplicy Glasgow University był początkiem festiwalu, na pierwszy ogień poszła Eva-Maria Houben, niemiecka kompozytorka należąca do kolektywu Wandelweiser. Twórcy w nim działający komponują muzykę, której centralnym zagadnieniem jest cisza, a estetyką - radykalny minimalizm (czy raczej redukcja, by uniknąć skojarzenia z amerykańskim minimalem). Akurat w przypadku wykonanego przez Houben własnego dazwischen ciszy nie było wcale - bo przez cały czas (około godzinę) grała dwa dźwięki: najpierw niski (coś jakby pomruk klimatyzacji, choć w tym pomieszczeniu można był przypuszczać, że to brzmienie lekko wibrujących murów), do którego zaraz dołączyła bardzo wysoki, niemal sinusoidalny. Ten drugi był o tyle ciekawszy, że łatwiej było usłyszeć nieregularności - drżał niczym płomyk, a w dwóch momentach jakby został dociśnięty i był idealnie czystym tonem prostym. Po jakimś czasie pojawiła się krótka średnia nuta, w pierwszej chwili sądziłem, że pewnie się przesłyszałem, ale niedługo po tym nastąpiły 3-4 podobne (te same?) dźwięki. Żadnego akcentowania, napięcia, rozwoju, po prostu zostały tam włożone. Mija trochę czasu i znów jakiś element oprócz dwóch granicznych, jako słuchacz zaczynam mieć nadzieję - nie tyle na "zawiązanie akcji", ale na jakąś strukturę, bieg wypadków, przewiduję, że w tym ascetycznym środowisku zaczyna zawiązywać się jakiś wzór powtórzeń, seria. Jednak nie, nie odkryłem wzoru, tym razem jest tylko ten jeden i po nim żadnych następnych przez długie minuty. Wsłuchuję się uważnie w dwie stałe, denerwują mnie ciągle napływający spóźnialscy, kaszlnięcia, skrzypnięcia, zaburza mi to obraz. Dochodzę do wniosku, że wolałbym doświadczać tego utworu w wersji klinicznie czystej, może z nagrania, w domu, efekt nie byłby ten sam, ale też nie musiałbym znosić tych niepotrzebnych dodatków. Chwilę potem zaglądam do książeczki programowej, by odkryć w partyturze, że kompozytorka jak najbardziej akceptuje wszystkie przypadkowe dźwięki, jakie mają miejsce podczas grania, że uznaje je za element tego utworu. Trochę później słychać dziwny odgłos, jakby ktoś przesuwał stół o metalowej podstawie pod kamiennej podłodze - kto to robi? (jeśli to w ogóle "to"?). Można powiedzieć, że jest tak, jak chciała, ale ja jestem nieco zawiedziony. Nie chodzi o wywyższanie się, ale odrobiłem już lekcje zadane przez Cage'a (no przecież chyba nie tylko ja?) i zastanawiam się, ile razy jeszcze będę musiał ślęczeć nad nimi starając się sobie wmówić, że jest jeszcze coś, co należałoby dopracować, rozpracować, zweryfikować. To nie jest opinia ostateczna, ale czasami czuję, że koncepcja słuchania otoczenia jak muzyki (albo jako jej części równorzędnej) jako pomysł na utwór, jest (obecnie) pójściem na łatwiznę...
Na szczęście mogę zawiesić te rozmyślania, bo grać zaczynają Jean-Luc Guionnet (organy) i Toshimaru Nakamura (no-input mixing board). Po pierwszych minutach myślę ze zdziwieniem, że obie składowe się ze sobą nie łączą, po chwili: ale to i tak działa. Może o to chodzi: przedstawienie tak kontrastowych elementów i pokazanie, że da się je zestawić. Ale szybko odrzucam tą wersję, bo wypadki nabierają tempa, spójności i zaraz są takie momenty, że nie wiadomo, który, co gra (taki niski naprawdę poruszający mury i ławki, kilka wysokich zresztą też). W jednym fragmencie wydaje się, że Guionnet tak dobiera dźwięki, by brzmiały jak wyciągane z częstotliwości Nakamury, ale zespolenie nie polega tylko na potencjalnej konfuzji, co do źródła, ale też na chwilach idealnego zejścia zmian w dynamice czy wprowadzaniu nowych elementów. Jeśli jakaś generalizacja ma sens, to ogólnie Nakamura raczej wpychał elektroniczne drobiny pomiędzy, niż roztaczał większe połacie czy pasma. Ale nie odczułem, że robił tak dlatego, że partner nie zostawiał mu miejsca, zresztą jeden z piękniejszych momentów występu wynikał właśnie z wyczucia Francuza, który grał średnio-niski, nieco bezdźwięczny ton, a na tym Japończyk rozsypywał szumy kojarzące się z żarzeniem się pękających gałązek. Gdzieś około dwóch-trzecich koncertu zrobiło się bardziej płaszczyznowo, mniej było zmian i wymian, a więcej masywnego brzmienia organów (choć bez unikania szmerów i odrobiny brudu), Guionnet wybierał jakąś nutę, a potem rozwijał ją obudowując przyległymi do niej. Ale też przed końcem zdarzyły się pojedyncze wyraziste dźwięki przypominające saksofonowe przedęcia, które wybiły z rodzącego się poczucia linearności. Gdy słuchałem tej wspaniałej improwizacji, w głowie majaczył mi obraz, nie do końca wyraźny, ale coś jakby olbrzymie wachlarze albo wiatraki z czarnych włochatych piór rozmieszczone na kilku planach i poruszające się każdy swoim rytmem, które razem składały się na jedno całościowe krążenie.
Następnie kompozycja na organy zamówiona przez festiwal u Hermanna Nitscha i wykonana przez autora. Akurat w tym przypadku nie chcę winić blokowego charakteru programu o to, że utwór ten mi się nie spodobał. Jestem prawie pewien, że w takim samym (znikomym) stopniu wzbudziłby moje zainteresowanie, gdyby był pierwszym wydarzeniem tego wieczora, a nawet jedynym. Odebrałem jedynie zapędy maksymalistyczne, chęć zmieszczenia jak największej ilości dźwięków i próbę zintensyfikowania majestatyczności zwykle towarzyszącej muzyce organowej dawnych wieków, która brzmiała raczej bombastycznie.
W zupełnej opozycji do tego wieczór (przedłużony, bo ten występ zaczął się po północy) zamknął dodany na życzenie muzyków, w ostatniej chwili, koncert Radu Malfattiego, Klausa Filipa, Taku Unamiego i Seana Meehana, do którego jeszcze wrócę, bo obydwie połowy tego kwartetu wystąpiły podczas kolejnych dni jako duety.
wszyscy gotowi? (od lewej: laptop Filipa, Sean Meehan, Radu Malfatti, pochylony Taku Unami)
3/18/2009
The Ames Room w Dragonie (17.03.2009)
Na szybko
The Ames Room (od lewej): Jean-Luc Guionnet, Will Guthrie, Clayton Thomas
+ relacja (ze świetnym tytułem nadanym przez AEG)
++ o dzień wcześniejszym (Warszawa) pisze Paweł Bukowski
12/23/2008
2008 jeszcze się nie skończył
Dzięki chujowości pOczty pOlskiej ostatnią partię z Monotype'a dostałem dopiero wczoraj, no tak - prawie dwa tygodnie to odpowiedni czas dla monopolisty żeby dostarczyć przesyłkę z Warszawy do Poznania.
No ale w końcu są i to jakie ładne, zwłaszcza digipacki. Postanowiłem więc pofolgować swojej chęci publikowania tutaj czegoś na wzór hardformatu.
Najpierw Erica La Casy i Jean-Luca Guionneta działania w terenie, wydane w plastikowym opakowaniu, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, nie wypada tak efektownie na tle pozostałych. Ale za to dostajemy opis koncepcji, jaka posłużyła do stworzenia materiału i listę wykorzystanych źródeł dźwięku. Francuzi tworzą audiowizualną instalację, w której na żywo przekazują i mieszają ze sobą dźwięki otoczenia (i to tego konkretnego - okolicy wokół miejsca prezentowania instalacji lub, czasem, koncertu). Ideą jest tworzenie muzyki z miejsca.
Następny francuski produkt - kompozycje Lionela Marchettiego i Jean-Baptiste'y Favory'ego. Pierwszy przedstawia tutaj zrewidowaną wersję kompozycji "Kitnabudja Town", wydanej w '95 pod pseudonimem. Favory to dla mnie zupełnie nowe nazwisko, po jednym przesłuchaniu jego utwór (55 zespolonej choć zróżnicowanej elektroniki) skojarzył mi się z Christopherem McFallem.
Dla Marchettiego z miejsca plus za cytat z Bonnefoy'a.
Klimatyczne jest też zdjęcie na okładkę, w realu ciemniejsze i bardziej zielone niż seledynowe. A powyższy szczegół czcionki zauważyłem dopiero na zdjęciu.
Na środku "ukryta" została lista nazw/isk (inspiracji?), którą odczytać można chyba tylko przez skan poddany kontrastowi, muszę spróbować.
Improwizacje Mirta i Tomasza Gadomskiego (to ten co kiedyś z Emiterem, też w Band of Endless Noise) to z tych trzech albumów muzyka najbardziej pasująca na tę porę roku. Przyjaźnie smętne opowieści z podmarzniętego mchu i nieco zwiędłej paproci z użyciem harmonium, gongów, gwizdków, bębna ramowego, yamahy dx9, korga ms10, akai ax80, trąbki itp, itd.
Jeśli ktoś lubi rysunki Mirta, tak jak ja, to ucieszy go, że oprócz tych na okładce, dołączony jest krótki hm...komiks, w formie małej książeczki. (A więcej jego twórczości znajduje się tu lub w czwartym numerze zina "Maszin" - tak się składa, że znam wydawcę, więc jakby ktoś chciał kupić, to mogę go skontaktować.)
Oba digipacki wyglądają bardzo solidnie, zrobione z grubego bristolu, klejone.
[na odnośnych, linkowanych wyżej, stronach znajdują się fragmenty w mp3 z każdego tracka, w przypadku takiego Marchettiego, który jest podzielony na 26 sekcji, próbki pozwolą na wyrobienie poglądu na całość]
