Glissando już podobno w empikach, a diapazon publikuje trzy teksty z numeru: wywiad z Wiaczesławem Ganelinem, relacje z Musica Genera Festival: Ewy Szczecińskiej i moją, którą można czytać jako (na/pod)kładkę do tamtej.
Nie czytałem jeszcze zbyt wiele, ale dobre są wywiady z Lukszovieze i Bumšteinasem, muszę znaleźć (dłuższą) chwilę na Orgię Myśli.
Cover cd - takie sobie.
Co jeszcze? Nowy Radian coraz lepiej smakuje. Unbalance 2652 zaskakuje, nie tego się spodziewałem, ale jest dobrze. Po dwóch przesłuchaniach ulokowałbym go bliżej A Made Up Sound niż Aeriala.
Mój debiut na junkmedia.org - anglojęzyczna wersja recenzji Kravis Rhonn Project - możliwy dzięki uprzejmości Macieja Janasika, który przetłumaczył recenzję tak, że po angielsku wydaje się lepsza niż w oryginale, ha ha.
Tylko do 27-ego września czynna jest świetna wystawa pokonkursowa Samsung Art Master. Mi najbardziej podobał się cykl fotografii Michała Grochowiaka i zdjęcia (kolaży) Marii Dmitruk, no i jeszcze ciekawa praca Jakuba Słomkowskiego oraz zabawne wideo Piotr Żylińskiego.
W zeszłym tygodniu był też wernisaż innej wystawy związanej z konkursem: Spojrzenia, organizowane przez Deutsche Bank. Mi zapadły w pamięć filmy Wojtka Doroszuka i Zorki Wollny.
Zapewne wszyscy wiedzą, że w czwartek wstęp do obu instytucji bezpłatny.
Na koniec ekstra news, który podaję choć przedsięwzięcie jeszcze nierealizowane, ale na samą myśl ciarki przechodzą: Monotype będzie wydawał serię 16 limitowanych 40-minutowych kaset, wśród zaproszonych artystów znaleźli się Noetinger, Bosetti, Lescalleet, Robin Fox, Mike Shiflet, Mark Wastell, Angelica Castelló.
9/21/2009
to wszystko (naraz)
9/14/2008
Noc muzeów [3]: Film, Zucker, Märkisches, Planetarium
No a ja wtedy zupełnie nie mogłem sobie pozwolić na kontemplowanie pojedynczych artefaktów, bo miałem w planie koncert, o którym kilka wpisów temu.
W tym czasie reszta rodziny odwiedziła Museum für Film und Fernsehen, które jakoś w pobliżu Gemälde i NNG.
Po przejrzeniu strony internetowej, wydaje się ciekawe. Zapytajmy więc naocznego świadka o opinię, oddaję klawiaturę mojemu bratu.
Wejście na wystawę prowadziło przez korytarz z lustrami zastępującymi ściany a wzdłuż dróżki prowadzącej dalej były trzy projekcje zmontowanych fragmentów różnorakich filmów. Po wejściu na wystawę po chwili zorientowałem się, że prezentuje ona w 90% kino ekspresjonistyczne, z czego bardzo się ucieszyłem. Duże wrażenie zrobiła na mnie twarz z Doktora Caligari wyświetlana na ścianie. Robiła niesamowite grymasy, bardzo delikatne, a przez jej wielkość czułem jakby była na mnie. Sympatycznie było zobaczyć korespondencję Murnau'a i mundur jednego z bohaterów jego filmów. Zaciekawiła mnie też gablota przybliżająca obraz traktujący o wyprawie na góry lodowe, który robił olbrzymie wrażenie, też dzięki temu, że był czarno-biały. Bardzo mnie zaskoczyło że w tamtych latach powstała taka produkcja. Największe wrażenie zrobił na mnie model robota z Metropolis. Cudownie było patrzeć na niego, a ukradkiem na scenę z filmu, gdy pierścienie energii otaczają go. W dalszej części muzeum były dwie sale poświęcona Marlenie Dietrich, które może i świetnie zaaranżowane, jednak nużyły.
Zabawne były wysuwane szuflady z telewizorami oraz dotykowe monitorki z różnymi fragmentami filmów do wyboru (jeden z nich zaciął się, po tym jak tato próbował zmienić film). Cała wystawa miała naprawdę dobry klimat, czarne ściany dodawały temu wszystkiemu uroku. Przed wyjściem z muzeum zeszliśmy na dół, gdzie były toalety, ale również piękny, staromodny dywan, a przed nim pięć telewizorów, w których widać było sfilmowane pokoje z włączonymi telewizorami. Ciekawe, miło było posłuchać przez słuchawki odgłosów w tamtych pokojach, szkoda, że niektóre słuchawki nie działały.
Po muzeum filmu pojechaliśmy do Zucker Museum. Mama i ja od pewnego czasu marzyliśmy sobie jak to będzie fajnie w muzeum cukiernictwa i śmialiśmy się z wizji, że okaże się ono tylko małą cukiernią. Myliliśmy się podwójnie - i w wersji poważnej, i w żartach. Było to muzeum cukru, a my nie wiedzieliśmy sami czemu myśleliśmy cały czas, że to muzeum cukrownictwa. Jedynie tato wiedział, lecz ignorował jakoś nasze przedwczesne zachwyty i był zdziwiony, że nie wiedzieliśmy iż to muzeum cukru! W środku na schodach robiona wata cukrowa, w gablotach różne opakowania cukru i różnych cukrowych produktów. Trzciny cukrowe w specjalnych pojemnikach, maszyna do wydobywania cukru, która wyglądała jak z taniego filmu sci-fi. Ciekawe były makiety gospodarstw rolnych oraz różnych domów.
Najcudowniejszą rzeczą w tym muzeum były czarno-biało-czerwone modele molekuł wykonane z pięknego plastiku podświetlone w gablotach. Wyglądały niezwykle futurystycznie. Zwłaszcza wobec całej tej nieco nieskładnej zbieraniny często zwyczajnych i staroświeckich obiektów. Choć byłem zawiedziony, iż nie jest to muzeum cukiernictwa, to zachwyciło mnie to miejsce, sama myśl, że istnieje takie jakby nieporadne muzeum bawi mnie do teraz. Bardzo miłe doświadczenie.
Ba ba ba Mikołaju, dziękuję za wypowiedź. Jednak docenić trzeba przecież aspekt edukacyjny tej placówki. Ale mniejsza z tym.
Po zakończeniu koncertu miałem dużo czasu, tak że zastanawiałem się, czy nie dołączyć do reszty w tym właśnie cukrowym przybytku. Jednak nie byłem pewien adresu, Gerhard chciał mi pomóc, podeszliśmy na wyspę muzeów, gdzie właśnie widziałem te przerażające kolejki. Tam wziąłem książeczkę ze wszystkimi adresami i już wiedzieliśmy. Gerhard podprowadził mnie na odpowiednią stację, po drodze minęliśmy kuriozalne przedsięwzięcie, to znaczy transmisję opery z wnętrza budynku - na zewnątrz, tłum ludzi był (oglądał? na telebimie, słuchał? nie warto wspominać o jakości dźwięku, jak i tak był on w kilkusekundowym opóźnieniu względem wizji).
Gdy znalazłem się na peronie, godzina była już taka, że nie warto było jechać w kierunku cukru, więc wybrałem przeciwny.
I tak dojechałem do stacji Märkisches Museum, w pobliżu której właśnie ono, obchodzące sto lat istnienia. Z okazji jubileuszu specjalna wystawa Berlin w świetle.
Musiałem poczekać trochę na resztę i w tym czasie chodziłem nad rzeką obserwując właśnie światła odbijające się w wodzie.
W końcu pojawili się, wyraźnie zawiedzeni brakiem wlatujących do gąbek słodkości, których wyczekiwali na poprzednim przystanku wycieczki.
Tutaj jakiś grill i piwo na wewnętrznym dziedzińcu, ale też jakaś brzydka muzyka, więc my do środka. W pierwszym pomieszczeniu (trochę jak nawa główna, wysokie okna, sklepienia) pusto, oprócz fioletowego blasku z okien. Po wyjściu stamtąd trafiłem na tabliczkę, która informowała, że właśnie miałem kontakt z instalacją Christiny Kubisch, wynikało, że powinien doznać jakiś dźwięków, więc wróciłem. Osiem płaskich głośników jest, ale bez wytężenia uwagi trudno coś usłyszeć. Hm, dobrze że nie nastawiałem się, że tutaj jest jej praca, bo bym się zawiódł.
A tak poszedłem dalej, bo było tam wiele interesujących rzeczy.
Wydaje mi się to aż nieprawdopodobne, ale nie zrobiliśmy tam żadnego zdjęcia! Ech...W każdym razie, warto podkreślić wieloaspektowość ekspozycji. Są sekcje poświęcone teatrowi, kabaretowi, filmowi, kawiarniom, mniej spodziewana o wykorzystywaniu światła w polityce, propagandzie (wiece, przemówienia). Duża część wystawy traktuje o międzywojniu (podobnie jak w muzeum filmowym), co potwierdza popularne twierdzenie, że to był właśnie "czas Berlina". Wszystko obraca się wokół miejskości, przyspieszania tempa życia, uniezależniania się człowieka od natury (sztuczne światło pozwala na inny rytm dnia). Można się zastanowić, jak to było wtedy, kiedy światło było luksusem, na który mogli pozwolić sobie najbogatsi. Jak to jeszcze bardziej poszerzało przepaść, odróżniało, odsuwało ich od biednych.
Światło to też rozwój sztuk, dla mnie bardzo ciekawy był film, na którym można było zobaczyć Modulatora światła i przestrzeni Moholy-Nagy'ego w działaniu. Od kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej rzeźbie/instalacji/czymś, rozpala ona moją wyobraźnię.
Ogromnie podobała mi się multimedialność tej wystawy, nie przegięta w stylu, że mamy duże plazmy to kilka ich rozstawimy, ale umiejętnie wykorzystana (np. jeden telewizor pokazywał w pokazie slajdów zdjęcia mostów wraz z charakterystycznymi dla nich latarniami, zamiast rozwieszenia ich wszystkich). Eksponaty rozmaite, bo też plakaty, ulotki, przedmioty, fragmenty filmów, rysunki, obrazy (jak artyści z "dawniejszych" dziedzin reagowali na zmiany pejzażu miejskiego), kolejne sekcje opisane (in inglisz tu!). No i przenoszący w czasie fotoplastikon.
Znakomita wystawa, otwarta do lutego, jakby ktoś miał okazję.
Finałowy punkt programu - Zeiss-Großplanetarium, pasowało nam metro, które docierało na stację dalszą, która aż tak daleko być się nie wydawała, ale jednak trochę przejść musieliśmy. Za to poznaliśmy nowe rejony, he he.
Tu także kolejka, bo tylko trzy seanse a chętnych dużo. Czas oczekiwania "umilał" kwartet saksofonowy.
Były dwa programy o łącznej długości 30. minut. Pierwszy był głównie o gwiazdozbiorach, niezbyt efektowny wizualnie, ale pewnie traciłem z powodu bariery językowej - pan opowiadający chyba był dowcipny, bo publiczność się śmiała. Drugi był za to wizualnie rozpasany, celowo (pocieszaliśmy się) kiczowaty. Nie tylko projekcje na kopule, ale też laserowe show w sztucznym dymie.
9/10/2008
Noc muzeów [2]: Gemäldegalerie
Następny punkt to odległa o kilkaset metrów Gemäldegalerie, która mieści się w kompleksie Kulturforum.
Trochę więcej osób niż w Neue Nationalgalerie, ale nie było kolejek, których się obawialiśmy (były na Museuminsel i to jakie, ale pewnie tylko tam).
Zaczęliśmy od rozlokowanej na dwóch piętrach (w tyluż salach) wystawy poświęconej Sebastiano del Piombo (polska wiki ssie w tej materii, angielska jest okej).
Ekspozycja zawiera m.in.: Narodziny Adonisa, Wskrzeszenie Łazarza, Biczowanie Chrystusa, Pietę, Chrystusa niosącego krzyż, szkice, studia do przyszłych obrazów. Najwięcej jest portretów, w której to dziedzinie Sebastiano jest najbardziej ceniony, mamy więc (m.in.) Krzysztofa Kolumba, papieża Klemensa VII (z brodą i bez), Mężczyznę w zbroi i olśniewającego Antoniego Franciszka z Albizzich. O tym ostatnim tak pisze Vasari: [...] podobieństwo było tak wielkie, że nie czuło się wcale, iż był to obraz, lecz miało się wrażenie żywej osoby. [...] Istotnie i głowa, i ręce na portrecie były zadziwiająco wykonane, żeby już nie mówić o znakomitości aksamitnej sukni i futra i innych szczegółach. (naprawdę - to jak oddał blask materiału jest zdumiewające).
Wystawa pokazuję drogę artysty, który tworzył w kontrze do Rafaela i z pomocą Michała Anioła (który w latach 1512-33 dostarczał del Piombo szkiców kompozycyjnych i rysunków postaci). Jest też niewielka część poświęcona rzadziej wspominanemu aspektowi jego działalności - wpływowi jaki wywarł w Hiszpanii.
Jest oczywiście ładny i w ogóle katalog oraz mała (dwujęzyczna!) książeczka, która zawiera komentarze wprowadzające i opisy obrazów (dobry pomysł).
Bohater wystawy nazywał się naprawdę Luciani, znany był też jako Sebastiano z Wenecji, a w 1531 doszło jeszcze Frate del Piombo (Brat Pieczęci). W tym roku został mianowany strażnikiem pieczęci papieskich (piombatore papale), co nie było tylko prestiżowym wyróżnieniem, ale wiązało się też zapewne z wieloma realnymi (materialnymi) korzyściami. Vasari ujął to tak:
[...] Sebastian, włożywszy strój i przybrawszy tytuł nadwornego brata, szybko zmienił zamiłowania. Widząc, że zdoła utrzymać się bez wzięcia pędzla do ręki, oddał się błogiemu spoczynkowi w dzień i w noc. A jeżeli mu przyszło cokolwiek zrobić, czynił to tak, jakby szedł na śmierć. Można z tego widzieć, jak często ludzie się mylą w swych sądach, pożądając tego, co im się nie należy, i jakże często "czyniąc znak krzyża pakują sobie palec w oko" - jak mówi przysłowie toskańskie.(mądrości ludowe górą!).
Ale Karol Estreicher, tłumacz Vasariego, w przypisie objaśnia i usprawiedliwia malarza, że to nie (tylko) kwestia braku trosk materialnych i zbytkownego życia. Przyczyny, dla których Sebastiano del Piombo w ostatnich latach życia nie malował z tą łatwością i pogodą co poprzednio, były głębsze [...] Wynikały z przesilenia w sztuce renesansu w okresie po złupieniu Rzymu w r. 1527. W liście do Michała Anioła w r. 1531 del Piombo pisał: "Teraz już nie wypada mi być Sebastianem, jakim byłem przed zdobyciem Rzymu." W szkole rzymskiej powstał; wtedy prąd przeciwny pogodnemu klasycyzmowi młodego renesansu.
To wystawa czasowa, a zaraz obok mamy jeszcze olbrzymią kolekcję stałą. Nawet jeśli przejść szybkim krokiem przez sale z malarstwem średniowiecznym (niech mi będzie wolno, proszę), to i tak, żeby przez resztę nie tylko przelecieć potrzeba z dwóch godzin (przynajmniej). Jasne, że warto, bo jak głosi mądrość niezupełnie ludowa, nie ma to jak obcować z obrazami na żywo, zamiast z reprodukcjami. (M.in.) Rembrandt, Vermeer, Rubens, Caravaggio, Tycjan, Botticelli, Van Eyck, a nawet jakiś jeden Poussin - czekają.
Jeden niemiły akcent, to jakaś dziwna helgowata strażniczka upominająca mnie w obcesowy sposób, że nie wolno robić zdjęć (tak, trzymałem aparat w ręku, ale zamknięty, wyłączony i tak, zrozumiałem co do mnie, po angielsku, raczyły powiedzieć panie przy wejściu, którym tłumaczyłem, że chcę wejść z aparatem, bo nie chce mi się wracać oddawać go do szatni, ech...)
Obrazki Wenecjanina możecie zobaczyć tutaj.
[cytaty z Giorgio Vasari, Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów, PIW 1980]
9/08/2008
Noc muzeów [1]: Neue Nationalgalerie
Noc muzeów (umowna wersja angielska strony) rozpoczęliśmy od Neue Nationalgalerie. Wiadomo, wspaniały obiekt, ostatnie dzieło Miesa van der Rohe. W Mitologii nowoczesności Roberto Salvadori pisze: Wzniesiony w latach 1965-68 budynek łączy w sobie wątki znaczące podwójne życie twórcy i jego podwójne doświadczenie, europejskie i amerykańskie. To wolna przestrzeń bez pośrednich elementów nośnych, pokryta grubą płytą z polerowanej stali, wsparta, za pośrednictwem ośmiu zewnętrznych kolumn połączonych z dachem sferycznymi złączami, na kamiennym cokole. W ten sposób Mies wykorzystał nie tylko model pawilonu, zainaugurowany w 1907 roku willą Riehla (swoim pierwszym dziełem), i Schinklowski temat akropolu, zaprezentowany w 1910 w konkursowym projekcie pomnika Bismarcka, ale nawiązał również - dzięki sferycznym złączom - do Turbinenhalle z 1909 roku swego mistrza Behrensa. Spójność języka, wierność samemu sobie. Można by cytować jeszcze, książka bardzo ciekawa (Zeszyty Literackie, 2004), a przy okazji polecam gorąco film dokumentalny, który można trafić na tvp kultura.
Na polskiej wiki jakiś mądrala napisał: Ze względu na całkowicie przeszkloną i jednolitą przestrzeń kondygnacji górnej, jak również nietypową organizację dolnego poziomu muzeum wykazuje poważne trudności w użytkowaniu., wtf?
Obecnie w muzeum są dwie wystawy czasowe, co oznacza, że stała kolekcja (kubizm, ekspresjonizm, Bauhaus, surrealizm) nie jest pokazywana.
Prace Rupprechta Geigera w ogóle mnie nie poruszają, nic ze mną nie robią w zasadzie. W tej sytuacji to o tyle dobre, że mogłem poświęcić więcej czasu wystawie Hiroshi Sugimoto.
Nazwisko tego japońskiego fotografa nie było mi obce, bo wspominał o nim Alessandro Bosetti w wywiadzie dla Glissanda: [...] jeśli pomyślisz o filmie, fotografii, to często używa się przy ich opisywaniu wyrażeń w stylu: rzeczywistość została przefiltrowana "przez oko" reżysera. Na przykład: doliny Montany "widziane przez" [fotografa] Ansela Adamsa, Kuwejt po wojnie w Zatoce "widziany przez" Wernera Herzoga [film Lektionen in Finsternis] albo morze "widziane przez" [fotografa] Hiroshi Sugimoto."
Chodzi o cykl "Seascapes", w którym artysta prezentuje morza z różnych części globu, w taki sposób, że są one do siebie bardzo podobne. Wydają się być wariacją na bazie jednego wzoru, w dodatku ta matryca jest anty-widokówkowa, programowo zupełnie nieefektowna, tafla wody jest gładka, nigdy nie ma słońca (romantycznym zachodom mówimy nieczułe "pa!"), nic co by mogło umożliwić nam rozpoznanie danego miejsca, żadnego kolorytu lokalnego (typu łódka, boja, ptak). Poczucie przestrzeni kompletnie zaburza fotografia Morza Liguryjskiego, gdzie linii horyzontu możemy się jedynie domyślać. Jest to bliższe kawałkowi płótna o jednostajnym wzorze ujętemu w ramy, niż krajobrazowi.
Taką grą z poczuciem przestrzeni (jej uwiecznianiem, odzwierciedlaniem przez artystę) jest też "Pine Trees". Dobrze, że dano komentarze autora (są również na linkowanej stronie), bo pozwalają one poznać tło i dodatkowe sensy zawarte w pracach. Tutaj Sugimoto przywołuje japońską praktykę zwaną honka-dori (dosłownie "podejmowanie melodii" - ciekawe, czy w ichniej muzyce można to znaleźć), którą on tłumaczy nie tylko jako nawiązywanie do dzieł poprzedników, ale też ich naśladowanie. Fotograf wchodzi w las sosnowy namalowany przez Hasegawa Tohaku, opisuje jak jeździł w poszukiwaniu idealnych (wyidealizowanych) widoków i jak w końcu złożył swoją wersję z różnych fotografii, kreując miejsce, które wcześniej nie istniało (tym samym powtarzając efekt dzieła, które było inspiracją). To zabawne, że oglądając na żywo nie dostrzegłem "błędów" w łączeniu, dopiero na stronie dostrzegłem owe szwy, które czynią wymowę "Pine Trees" jeszcze głębszą.
Bardzo podobała mi się postawa Sugimoto (którą wywodzę z jego dokonań), zakorzenienie w tradycji, trochę używanie jej, ale z szacunkiem i rozmysłem, prowadzenie continuum, brak potrzeby radykalnych zerwań, a jednocześnie pełna swoboda twórcza, nawiązania, ale nie żonglowanie cytatami.
Też zawsze fajne jest jak jakieś dzieło otwiera przed nami coś innego, otwiera nas na coś, czego nie znaliśmy. Oprócz opisywanej przed chwilą specyfiki japońskiej, to jeszcze postać Williama Henry'ego Foxa Talbota twórcy kalotypu (pierwszej techniki fotograficznej, która pozwalała robić wiele odbitek z jednego negatywu). Za tymi hasłami kryje się fascynująca ludzka historia, a Sugimoto w komentarzu zwraca uwagę, że Talbot wynalazł swoją technikę przenoszenia obrazów na papier, bo nie umiał rysować. Na wystawie zaprezentowane są trzy wywołane zdjęcia, z negatywów, które Sugimoto "zdobył" i których (jak sugeruje) Talbot nie poznał w postaci fotografii (więc widzowie teraz, dzięki niemu, dostępują pewnego objawienia).
To ciekawie koresponduje ze słowami Japończyka z wywiadu dla Art:21: Photography is like a found object. A photographer never makes an actual subject, they just steal the image from the world. So it’s basically a found object.
Oczywiście w nawiązaniu do Duchampa, ale tutaj to znalezienie ma sens dosłowny. Natomiast kradzież skojarzyła mi się z serią "Architecture", której w Berlinie chyba tylko część (jako "smaczek" Seagram Building). Autor twierdzi, że modernistyczne budynki oparły się jego dewastującym zabiegom, że przetrwały jako ikony, kontury, podstawowe kształty, ale ja wyczuwam (podejrzewam, projektuję) też pewną radość spryciarza, mistrza sztuczek dwuznacznych, który nie kradnie otwarcie, ale umie wszystko załatwić, a tutaj znajduje odpowiedni/e (sposób na) ujęcie wielkich dokonań architektury.
Oprócz czasu i przestrzeni oraz ich skomplikowanego nachodzenia na siebie (Sugimoto mówi, że obrazy morza sprowadzają go do czegoś odwiecznego), ważne jest też światło. Mamy więc serię "Lightning fields" chwytającą wyładowania elektryczne oraz "Colors of Shadow". Ta druga aż prosi się o zestawienie z estetyką onkyo. Sugimoto skupia się tutaj na detalu, na płaszczyźnie (którą wybrał i przygotował po wielu próbach) i wszystko splata się ze sobą, bo przecież obserwowanie zmian cienia w jednym pomieszczeniu to jednocześnie światło, czas i przestrzeń.
Przy tych pracach pojawiła się jedyna trudność w użytkowaniu, bo wisiały one na przeciw okien wychodzących na ogród, nad który właśnie schodziło słońce, nikt nie pomyślał, żeby zaciągnąć "zasłony" i mocne światło burzyło nieraz pustkę tych zdjęć. Ale jednocześnie podobało mi się nakładanie swojego cienia na ich powierzchnię, nachodzenie na nie.
Podobnie elementy łączą się w serii "Theaters", która także ma podłoże konceptualne i to bardzo intrygujące, igrające trochę ze spektakularnością, pytające o naturę filmu, sytuację jego prezentowania, a przez rozciągniętą czasowość także nieco niepokoi, bo jest czymś w rodzaju głosu z góry, który mówi: to wszystko przelatuje, miga sobie tylko, a co zostaje?
Wszystko w czerni i bieli (plus odcienie szarości o blasku srebrzystym, bo na takich powierzchniach Sugimoto drukuje), też tylko te kolory w oprawie wystawy, o wiele bardziej do mnie trafiło niż dzikie barwy Geigera. Wprowadzały atmosferę skupienia, wyciszały, kiedy trzeba przytłaczały.
W środku zakaz robienia zdjęć, ale wiele prac można obejrzeć tutaj.
Poza tym: relacja z tej samej wystawy w Salzburgu, z innej w Chicago i z jeszcze innej w Edynburgu.
7/22/2008
Punkty przecięcia stają się punktami odniesienia
Wystawa plakatów Guntera Rambowa w Muzeum Narodowym w Poznaniu. 
[fasada muzeum i nieprzypadkowi przechodnie]
[wewnątrz]
Polecam stronę muzeum z krótką biografią i omówieniem twórczości (chyba, że czytacie po niemiecku - wtedy wiki). Na jego stronie spora galeria.
Duże wrażenie robią proste, zdecydowane, mocne, oszczędne (zwykle operujące najwyżej trzema kolorami: czarnym, białym, czerwonym) plakaty teatralne z lat 90 (widoczne na powyższych zdjęciach).
Mistrzowski moim zdaniem jest ten
Wszechstronności tego twórcy dowodzą plakaty prezentowane w mniejszej sali, w których wykorzystuje on fotografię, często przetwarzaną. 
W tej sali jest też bardzo ciekawa seria plakatów dla jakiegoś wydawnictwa, lakoniczna, odwołująca się do "magii książki", sugerującą wychodzenie poza rzeczywistość, przekraczanie jej właśnie dzięki książce.
Jedyne moje zastrzeżenie, to że wystawa mogłaby być większa. Pokazano na niej ponad 150 prac, z 300 które muzeum dostało od artysty. Oczywiście nie chodzi o to, że muszą być wystawione wszystkie. Dobra, może się czepiam.
Wystawa otwarta do 24 sierpnia.
(tytuł wpisu to hasło z jednego z plakatów)
