Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portugalia. Pokaż wszystkie posty

7/01/2017

Alfredo Costa Monteiro - Anatomy of Inner Place

Alfredo Costa Monteiro dał się poznać polskiej publiczności podczas Musica Genera Festival w 2006, gdzie zagrał jako część duetu Cremaster (z Ferranem Fagesem) oraz z Johnem Duncanem.

Na albumie dla Monotype korzysta ze swoistych nagrań terenowych, we wkładce zaznacza, że wszystkie źródła dźwięków są częścią jego domowego otoczenia. Zacząłem się zastanawiać, gdzie Costa Monteiro mieszka, oceniając po dźwiękach, byłyby to ciężkie warunki. Żarty na bok, bo to co słyszymy na płycie jest raczej wynikiem uważnego słuchania tego, co schowane, śledzenia ukrytego życia przedmiotów i sprawnego łapania go dobrymi mikrofonami.

W pierwszych dwóch utworach Portugalczyk koncentruje się na dość wąskiej palecie brzmieniowej różnych szumów i pomruków, które wprawia w ruch na zasadzie przypływów i odpływów. Względne podobieństwo dźwięków działa na korzyść utworów, powoduje wrażenie kondensacji i spójności, a nie uczucie nudy. Dla odmiany, trzeci track zaczyna się od fragmentów o różnych barwach, które są od siebie pooddzielane, jakby autor prezentował nam okazy skatalogowane w swoim zielniku. Album kończy się w mocny sposób, szczególnie druga połowa czwartego utworu - podszyta helikopterowym drżeniem zawierucha jest imponująca.

Tytuł, jak mi się wydaje, objaśnia intencje autora, jak i muzykę zawartą na krążku. Anatomia oznacza tutaj dokładność, uważność, podejście jakby naukowe, skupienie, co powoduje, że Costa Monteiro raczej eksploruje, poszukuje w niedużej ilości dźwięków, zamiast zalewać słuchacza zlepkiem fragmentów. Jednak myliłby się ten, kto sądzi, że są to swobodnie poruszające się, rozwijające się soundscape'y. Kompozycje choć obszerne (czasowo i pod względem wypełnienia dźwiękami) są wręcz klaustrofobiczne. I tutaj kłania się „inner place” - wydaje mi się, że odgłosy pochodzą z wnętrza czegoś albo są słyszalne tylko z bliska, jakbyśmy przykładali ucho, musieli się zbliżyć, wejść w kontakt z przedmiotem, nawet go naruszyć.

Pewna emocjonalna oschłość, nieprzystępność mogą być dla niektórych problemem we wgryzieniu się w ten album. Sięgnąć po niego powinni na pewno miłośnicy Toshiy'i Tsunody, zwłaszcza tych jego prac, w których koncentruje się na konkretnych zjawiskach dźwiękowych.

[recenzja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


7/14/2016

Fiesta Forever - Jorge Jácome (wpatrywanie cz. 35)

Bardzo fajne coś odwołujące się do formy gry komputerowej.


Intrygujące, bo nie wiemy nie tylko, gdzie jesteśmy, ale też kto patrzy, nawet nie wiadomo, czy "czyimś" "okiem", czy jest to spojrzenie powiedzmy obiektywizujące, czy jakiejś maszyny (słychać stale jej sygnał). Trudno powiedzieć też, kto mówi, do kogo i gdzie (czy jest to jakiś czat - przypomniało mi się Les invisibles Thierry'ego Jousse). Na początku nie wiadomo też - o czym.

Stopniowo się to wyjaśnia i okazuje się, że wrażenie, że mamy do czynienia ze światem po apokalipsie było słuszne. Być może była to mała apokalipsa w perspektywie globalnej, ale dla wielu jednak znacząca. Twórca tak przedstawia ten świat i tak prowadzi narrację, że czuć dojmującą siłę ciosu, jakim te zdarzenia były. Dźwiękowo też jest dobrze, bo pod koniec do ascetycznego krajobrazu dźwiękowego dołączają piosenki z niedostrojonego radia i mnogość niewyraźnych głosów.

To przemieszczanie się z jednego pomieszczenia do drugiego przypomina faktycznie spędzanie czasu w klubie, ale tutaj przez pustkę i ciszę odczuwa się efekt odrealnienia podobny temu, jaki osiągnięto wpuszczając zwierzęta do Berghain.

Nie mogę się powstrzymać od przywołania zabawnego pomysłu, jaki rzuca jedna z postaci: ktoś powinien zrobić aplikację na smartfona transmitującą na żywo z parkietu, żeby można było sprawdzić, kiedy najlepiej przyjść, taką jak aplikacje dla surferów.

5/09/2009

Octante - Lúnula (Another Timbre, 2009)

Ferran Fages i Alfredo Costa Monteiro byli dla mnie jednym z (licznych) odkryć Musica Genera Festival w 2006. Zagrali wtedy w specjalnie na festiwal zaaranżowanych składach, jak również razem pod nazwą Cremaster. Wtedy też kupiłem ich wspólną płytę z Ruth Barberán Atolón, która była niczym odkrycie nieznanego lądu albo raczej zwierzęcia nieznanego gatunku, które powstało dzięki krzyżówce dwóch, w jakiś sposób przeze mnie już udomowionych - improwizacji i noise'u. Postanowiłem bacznie przypatrywać się działalności tych artystów, co nie było trudne, bo w takiej czy innej konfiguracji, wypuszczali niemało wydawnictw.

Lúnula to druga płyta kwartetu Octante, w którym oprócz wymienionych uczestniczy Margarida Garcia. Tylko ona używa dokładnie tego samego sprzętu, jak na poprzednim albumie (który ukazał się w 2005 nakładem L'Innomable), czyli elektrycznego kontrabasu. Costa Monteiro do akordeonu dołożył przedmioty, Fages produkuje dźwięki oscylatorami i przystawkami, a Barberán rozszerzyła brzmienie trąbki za pomocą głośnika i mikrofonów. Na płycie znajdują się dwie około 30-minutowe improwizacje nagrane w lutym 2008. Obie są raczej mroczne, chwilami nawet posępne, jednak również dynamiczne, pierwsza w najcięższych miejscach nieco przytłaczająca (a tutaj to miłe uczucie, gdy dźwięk narasta, wydaje się być wszędzie wokół). Swój ciężar zawdzięcza przede wszystkim smyczkowanemu kontrabasowi, który ociężale przesuwa się po wyboistym dnie, a także chwilami dronującemu akordeonowi (ale Costa Monteiro nie osiadł zupełnie w niskich rejonach - gra również wysokie tony). Druga odsłona jest nieco lżejsza albo raczej - przejrzystsza, unoszą ją czyste, nieco kujące częstotliwości oscylatora, a także powłóczysto-mgliste zawodzenia trąbki. Nadal są to dźwięki zamazane, ale teraz słychać, że jest to na pewno ten instrument, czego w pierwszym utworze rzadko można było być pewnym. Zestaw używany przez Barberán jest bardzo ciekawy, bo oferuje wiele możliwości, a słuchaczowi pozwala na spekulacje - skoro mikrofony zostały wyszczególnione to może są umieszczane wewnątrz trąbki? skoro głośnik, to może ma wpływ na brzmienie: jest mały i wychodzą z niego dźwięki przesterowane? skoro mikrofony i głośnik, to może sprzężenia?

To, co słychać, czyni prawdopodobnym każde z tych przypuszczeń, jednak są to rozważania na potem, bo podczas wrażenie robi całość, współistnienie elementów, które tworzą tak silnie zespolone konstelacje, że ciekawość pcha nas potem do zastanowienia się, co się na nie składa i jak to funkcjonuje (coś na zasadzie podziwiania pięknego zegara i rozkręcania jego mechanizmu). W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa kwartetu, jest tu kilka różnic: tam Garcia przede wszystkim grała pociągając struny palcami (co tutaj pojawia się tylko na początku), Barberán prawie zupełnie zrezygnowała z "technik rozszerzonych" polegających na tworzeniu dźwięków wargami na ustniku (charakterystyczne "cmoknięcia"), nie ma też elektronicznych skrawków, które na Octante Fages produkował sprzężonym mikserem. W swej szorstkości, zabrudzeniach, nadłamaniach Lúnuli bliżej do Semisferi, gdzie grali Fages, Costa Monteiro i Barberán. Co łączy te dwa albumy, to silnie zaznaczona (ale umiejętnie wyważona) obecność akordeonu i operowanie długimi formami (na Semisferi są dwa ponad 40-minutowe utwory). Nie można jednak powiedzieć, że te dwie płyty są do siebie podobne, oczywiście jest to pewna stylistyka (może już nawet nieco ustabilizowana), w której ci improwizatorzy operują, ale najnowszy album pokazuje, że nadal poszukują nowych dróg, a nie płyną po ustalonym kursie (dowodem na to jest choćby rozszerzanie i zmiany instrumentarium).

Propozycja z Półwyspu Iberyjskiego lokuje się bliżej cięższego krańca spektrum muzyki improwizowanej, choć nie jest to gadżet z katalogu dźwiękowego s&m. W przeciwieństwie do nazwy i tytułu (który oznacza półksiężyc) wynoszących w sferę astronomii, moje skojarzenia są raczej związane z ziemią, choć zmierzają ku górze. Ta muzyka kojarzy mi się z jakimś trudem, mozolnym poruszaniem się, może ze wspinaczką, gdzie po udanym kroku, istnieje ryzyko osunięcia się w dół i właśnie ta niepewność czyni to tak ekscytującym. Nawet jeśli słuchanie tego albumu wymaga pewnego wysiłku, to ostatecznie okazuje się on satysfakcjonujący.

5/06/2009

Seijiro Murayama i Jean-Luc Guionnet dwa razy

Na razie na płytach, ale może też na koncercie...zobaczymy.

Jean-Luc Guionnet, Seijiro Murayama - Le Bruit Du Toit (Xing-Wu Records, 2007)
Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite (Creative Sources, 2008)

W książeczce do płyty projektu Inscape Guionneta i Erica La Casy twórcy stwierdzili: "We are a duo and we each exist to lead the other to places he cannot go alone. Our approach can be defined as as such: we work to place, or even to force, the 'natural' propensity we have for the contemplation of a site - its particular sonic properties and signatures - into a context in which this simple contemplation can be expressed trough more or less complex devices, i.e. our work as a duo specifically serves to develop and complexify our individual propensities for contemplation."
Na tamtym albumie duet jako budulca używał nagrań terenowych, które przetwarzał i zestawiał, jednak przywołany cytat ma sens również w kontekście dwóch albumów Guionneta (na saksofonie) i perkusisty Seijiro Murayamy, bo zostały one nagrane w miejscach o specyficznym brzmieniu.

Pierwszy z nich, Le Bruit du Toit, w świątyni w Mishimie, dla której charakterystyczne, oprócz pewnego pogłosu, są drewniane dźwięki pomieszczenia. Tytuł sugerowałby, że to dach, ale mi raczej zdawało się, że te odgłosy to wynik poruszania się muzyków po podłodze i wyobrażałem sobie, jak po pewnym czasie niekontrolowanego ich "wydawania", starają się celowo wywołać je swoimi ruchami. W początku drugiej części słychać też w oddali jakiegoś psa oraz mniej wyraźnie i o wiele krócej jakiś mechaniczny sygnał (samochód lodziarza? niemożliwe...) - ciekawe czy grający to wychwycili? Jeśli tak, to czy zareagowali jakimś dźwiękiem swoich instrumentów? Właśnie, dość już o otoczeniu, co dokładają od siebie improwizatorzy? Z początku jakby przewodził Guionnet, który wydobywa z saksofonu długie, średnio-wysokie dźwięki, miałem też poczucie, że każdy kolejny jest nadbudowywany na poprzednim, silne jest poczucie dokładania, spokojnego rozwijania. Murayama koncentruje się talerzach perkusyjnych i gongach, którym najczęściej pozwala swobodnie wybrzmiewać. Jednak nie chodzi o wywołanie nastroju kontemplacyjno-rytualnego, bo muzyka nagle zaczyna jeżyć się drobnymi kolcami metalicznych stukotów, całość zaczyna gęstnieć (agresywniejszy saksofon) i energia się kumuluje. Ale tak jak to wezbranie było naturalne, było wynikiem ewolucji, tak też nie dojdzie do nagłej, silnej erupcji, która wszystko oczyści. Druga część jest jakby pokawałkowana, chyba przede wszystkim przez pojedyncze, bardzo mocne uderzenia w werbel, które pojawiają się niezapowiedziane, niespodziewanie naruszając przestrzeń. Jednak one nie definiują całości, nie czynią jej nieprzyjazną, odpychającą, pewnie też dlatego, że nie są pokazem siły, próbą nastraszenia słuchacza, ale, tak jak cała gra duetu, rozważnym kreowaniem wymyślnych (raczej - nietypowych, niż - wydumanych) konstrukcji dźwiękowych.

Album Noite, na którym Guionnetowi i Murayamie towarzyszą Guilherme i Ernesto Rodrigues (odpowiednio: wiolonczela, altówka) wykazuje pewne podobieństwa do Le Bruit du Toit. Mamy dwie improwizacje (tu 34 i 39 minut, tam 19 i 25), gdzie tą drugą charakteryzuje postrzępienie, odosobnienie elementów, dużo wolnej przestrzeni między nimi, przy tym ta pierwsza wcale nie rozwija się według oczywistego klucza narracyjnego, ale jej pewne zespolenie, większa "składność", staje się widoczna w zestawieniu z następczynią. No i w końcu - dźwięki otoczenia, na Noite bardziej obecne niż na płycie duetu (na marginesie warto zauważyć, że w katalogu Creative Sources powoli formuje się ciekawa seria, w której poprzednie odcinki to: Belvédère Dans L'étendue i Dining Room Music). Co jeszcze wspólne dla tych dwóch płyt to to, że mija trochę czasu nim muzycy zagrają pierwsze dźwięki, tak jakby chcieli, żebyśmy zadomowili się w tym miejscu, oswoili z nim. Nieważne, czy to zasługa tytułu (i wspaniałych zdjęć autorstwa Guionneta, które wydobywają piękno z estetyki kamery przemysłowej), ale na albumie kwartetu słyszę noc, jej atmosferę, spokój, ale też nieco złowrogą tajemniczość. Jesteśmy na lizbońskiej ulicy, co jakiś czas słychać przejeżdżający samochód - to zastanawiające, odgłos, który zwykle mnie denerwuje, tutaj brzmi ciekawie, może to muzycy swoją grą ustawili go w innym świetle, stworzyli dla niego nowe środowisko dźwiękami swoich instrumentów? Jest sporo momentów delikatnie perkusyjnych, tak że trudno powiedzieć, czy to Murayama, czy któryś z Rodriguesów. W pierwszym utworze jest fragment, gdzie wydaje się, że wszyscy grają naraz i stajemy na chwilę przed dronową ścianą, później Guionnet wyrzuca w pustkę kilka piskliwych przedęć. W drugiej części też, a zdarza się nawet seria dźwięków, nieco w stylu starszego free-improv, gdzie jedno zagranie komentuje drugie, coś na zasadzie błyskawicznej reakcji łańcuchowej. Na środku ogołoconej z wyrazistych dźwięków pustej połaci nagle zaskakujący atak na wiolonczelę. I choć nic go nie zapowiadało, nie uzasadniało, to gdy już do niego doszło, wydaje się, że tak powinno być, że był w tym sens. Te wszystkie wyskoki ponad niski poziom dźwięku czynią album jeszcze ciekawszym, bo nie da się go zaszufladkować jako bezpiecznego, cichego improwizowania, w którym "nic się nie dzieje". A nawet gdy nikt z muzyków nie gra, to jest czego słuchać.

7/15/2008

Mój internecie

No już, już, będzie o muzyce, tak jak to być miało na tym blogu.

Od czasu do czasu odczuwam potrzebę zagłębienia się w odmęty netlabeli, nie tylko nadgonienia wydawnictw z tych sprawdzonych, ale też odkrycia nowych.

Jeśli chodzi o tą pierwszą kategorię, to Homophoni (o którym kiedyś pisałem na nowejmuzyce) jest dla mnie zdecydowanie najlepszym netlabelem. W dodatku w tym roku przyspieszyli tempo (7 miesięcy - 6 wydawnictw) bez obniżania poziomu. Koncentracja na Amerykanach jest widoczna, ale przedstawicieli innych nacji też się trochę znajdzie. Jest Xedh z kraju Basków, w bardzo ciekawym, brudnym utworze Armiarma. W ogóle Xedh (Miguel A. García) grał w tym roku w Gdańsku, zapewne było z pięć osób, ale dobrze, że ktoś (Audiotong) w ogóle wpadł na pomysł, żeby go sprowadzić. Bo sądzę, że o tym panu jeszcze kiedyś usłyszycie. Z Homophoni wypada też polecić argentyńsko-amerykański duet Gabriel Paiuk/Jason Kahn, czyli fortepian preparowany i syntezator analagowy. Jeśli macie miejsce na dysku, to zróbcie sobie przyjemność i ściągnijcie to (stąd) we flacu.

Kiedyś moim ulubionym netlabelem było Con-v, ale po Con-vpilation (edit: przypomniałem sobie, że omawiałem ją tutaj) trochę się pogorszyło. O tej wytwórni też pisałem, jeśli ktoś się styka z nią po raz pierwszy to powinien sięgnąć głębiej, bo znajdzie tam prawdziwe skarby (Pablo Reche, Sehnaoui/Sehnaoui/Rodrigues, Russell+Sakada, Cheapmachines).
A z nowszych rzeczy to Michael Trommer.

Kolejny label, o którym pisałem i kolejny, który miał według mnie nieco słabszy okres. A po świetnym początku - składance (Dave Phillips, Violet, Jasenka, Matsutake), potem zbiorowi występów Drumma, Rylan i Joe Colley'a, to dało się silnie odczuć (cenne było to, że wychodzili poza zbiór typowych artystów netlabelowych [nieraz bardzo - Alva Noto sieciowo!?], ciągle to robią, ale w katalogu można spotkać też wszędzie obecne nazwiska). Dwie składanki hołdujące: Xenakisowi (wstyd, ale nie słuchałem) i Tarkowskiemu (dopiero ściągam). A, Tunguska 833-45 (czyli Kevina M. Krebsa) dobre, gęste, zaszumione, może niektóre pomysły na rytmy (ich prostota, wykładanie kawy na ławę) budzą moje wątpliwości.

Niezupełnie odkrycie, bo wiedziałem o istnieniu Crónicastera, ale pierwszą rzeczą jaką ściągnąłem jest live Pure'a z tegorocznego Club Transmediale. Musiałbym dobrze poszperać w pamięci, żeby być pewnym, ale może jest to pierwszy przypadek, gdy słucham oficjalnie wydanego nagrania z koncertu, na którym byłem obecny. Przypominam sobie, jak leżałem na pufie i zapadałem się w nawarstwiające się dźwięki, które choć nieostre nie ześlizgiwały się po prostu po uszach, a jakoś w nie wkleszczały (bezboleśnie). Pamiętam jak przyjemnie mi było gdy znalazłem się w strefie między świadomym odbiorem rzeczy(wistości) a snem.

Na dawnym, linkowanym wyżej blogu wpisy dotyczące netlabeli tytułowane były "Nie wszystko co w sieci, to śmieci" i tutaj w przyszłości będę używał tej metki.