Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thomas lehn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thomas lehn. Pokaż wszystkie posty

12/12/2024

Grydeland / Lehn / Zach – Szc zcz cze zec eci cin

 Ten album, o trudnym do wymówienia tytule, jest pierwszym wydawnictwem Musica Genera w serii Genera Archiva. Pod tym szyldem kontynuowany jest (jak najbardziej słuszny i chwalebny) pomysł wydawania rejestracji koncertów, jakie miały miejsce na festiwalu w poprzednich latach.


Przed wysłuchaniem krążka zastanawiałem się, jak Thomas Lehn (syntezator analogowy) wejdzie w dźwiękową relację z Norwegami. Nie w sensie „czy mu się uda?”, o to byłem spokojny, Lehn umie się odnaleźć w różnych kontekstach. Zach (perkusja) i Grydeland (gitara) wiele grają razem, jako duet wydali dwa albumy, są więc ze sobą lepiej obeznani. Nie znaczy, że zamykają się na interakcje, czego świetnym dowodem ten album. Najlepszą ilustracją interakcji między tą trójką byłaby gęsta pajęczyna cienkich drucików, która nigdy nie jest oświetlona w całości, jedynie we fragmentach, przy tym nieustannie się porusza, choć zwykle nie gwałtownie. Oświetlone części rzucają srebrzyste refleksy, na obszary pozostające w ciemnościach, możemy mieć jedynie wrażenie, że ogarniamy w całości wydarzenia, ruchy, którym podlegają linie. Tak naprawdę widzimy tylko część, a i to może być złudą, mirażem.


Album można podzielić (mniej więcej tak, jak przebiega podział na ścieżki) na części: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. „Zecin” byłby wstępem, w jakimś sensie zawiązaniem akcji, budowaniem klimatu. „Szcin”, idąc tym tropem, owego metalicznego, drapiącego klimatu zagęszczeniem, zawierałby apogeum głośności i napięcia oraz nagromadzenia elementów. „Szczec” to powolne wygasanie, kruszenie się całości.


Taki podział byłby jednak chyba zbytnim uproszczeniem, bo nie można każdego z tracków skwitować hasłowo w stylu „w pierwszym cicho, w drugim szaleją, w trzecim odpoczynek”. W ostatnim na przykład poza wyciszeniem jest też delikatne pulsowanie, dynamiczny fragment drugi posiada wiele niuansów, tak że nie wiadomo, jak się rozwinie. Zresztą każdy z utworów jest pełen szczegółów, sekwencji osobnych, budujących całość. Elementy składowe wydają się dialogować ze sobą, oddziałują na siebie nawzajem, stawiają się w różnych kontekstach.


Trójka muzyków zapewne znakomicie się ze sobą rozumiała – ten stan udało się uchwycić na płycie. Thomas Lehn wyzwolił z pozostałej dwójki energię, jego syntezatorowe manipulacje (choć nie tak agresywne jak te znane choćby z płyt dla Erstwhile) stworzyły punkt odniesienia, dały graniu Zacha i Grydelanda napięcie, którego zabrakło mi na ich You should have seen me.... Nie ma jednak wrażenia, że ktoś tu gra przeciw komuś, choć muzyka momentami agresywna - słychać raczej porozumienie. Kolejna godna polecenia pozycja w katalogu Musica Genera.


[recenzja pierwotnie opublikowana dawno temu na diapazon.pl]

8/09/2017

Bertrand Gauguet / Franz Hautzinger / Thomas Lehn - Close Up

Uważni czytelnicy Diapazonu być może kojarzą trębacza Franza Hautzingera z recenzowanych tutaj kiedyś albumów: solowego "Gomberg II" albo duetów z Manon-Liu Winter czy Mazenem Kerbajem. Na niedawno wydanym przez Monotype krążku otrzymujemy trzy długie fragmenty zarejestrowane podczas dwóch jego spotkań z Thomasem Lehnem i Bertrandem Gauguetem w styczniu 2007 i lutym 2008. 


Lehn, grający na syntezatorze analogowym, przez liczne projekty i nagrania dał się poznać słuchaczom muzyki improwizowanej. Przy parze swoich towarzyszy Gauguet, francuski saksofonista (sopran i alt), jawi się jako postać cokolwiek tajemnicza "Close Up" to dopiero drugi album z udziałem tego instrumentalisty, koncertowo aktywnego od dziesięciu lat. Często występuje m.in. z Frédériciem Blondy'm, Pascalem Battusem, Martine Altenburger i Michelem Donedą. To ostatnie nazwisko może być pewnym znakiem orientacyjnym, bo choć nie ma mowy o kopiowaniu, to Gauguet prezentuje podobne podejście do saksofonu.
Słuchanie tych utworów (opisanych jako skomponowane przez całą trójkę) jest trochę jak wizyta w wesołym miasteczku. Dlatego też, żeby doświadczyć wszystkiego, co mają do zaoferowania, należy dać się im ponieść, rzucić w wir, a nie narzekać, że ojej, jak wysoko, że ach, za szybko. Być może zawroty głowy i przyspieszone bicie serca, ale także wiele zadziwiających dźwięków w ekscytujących zestawieniach będzie danych tym, którzy posłuchają tego albumu. Że park rozrywki, do którego wchodzimy jest raczej nietypowy przekonujemy się już zaraz w pierwszych minutach. Być może został on wybudowany na pozostałościach fabryki, bo równolegle do rollercoastera biegnie taśma montażowa. Produkcja, jaka na niej się odbywa nie spełnia żadnych norm, a jej efekty kwestionują użyteczność i niepokoją wyglądem. Oto bowiem metaliczna konstrukcja złożona z wielu wchodzących w siebie, poskręcanych rur, które w kilku miejscach mają wibrujące silniczki, tak że całość drga, a elementy coraz silniej zagnieżdżają się w sobie.

Ta muzyka jest bardzo giętka i gęsta, sprężysta i zawiesista, najbardziej w pierwszej odsłonie. Po niej druga może nawet jawić się jako pewnego rodzaju wytchnienie, choć masywne drony przy początku sugerują, że raczej złowroga atmosfera zostanie utrzymana. Ta część podczas trwania również okazuje się ruchliwa, ale na swój sposób, nadal mechaniczny, ale z udziałem czegoś organicznego. Może dobrą analogią byłoby rozcieranie przypraw w moździerzu. Natomiast ostatnia partia, zajmująca prawie połowę płyty, to mozolne, pracochłonne i powolne odwierty, pojawiająca się późno trąbka z pogłosem zdaje się sugerować, że pokłady jakiś bogactw naturalnych zostały osiągnięte. Ten utwór zaskakuje też wyraźnie rytmicznymi fragmentami (lepiej zamaskowane pojawiały się też w pierwszym), trudno tu mówić o bitach, ale zastanawiałem się, czy trio nie przymierza się do coverowania Plastikmana, a nieco dalej, czy mogli inspirować się COHem.
Lekko nie będzie, ale warto, bo to jedna z najlepszych tegorocznych płyt.

[recenzja opublikowana pierwotnie na diapazon.pl]

6/22/2017

Konfrontationen 2006

Upały wręcz nakazywały ewakuację z Polski, festiwal w przygranicznym austriackim miasteczku kusił ciekawym programem, gdy okazało się, że możliwość podróży do Nickelsdorfu staje się dla mnie realna, byłem więc więcej niż szczęśliwy.

Najlepiej zrelacjonować te trzy dni wypełnione muzyką w sposób chronologiczny, poczynię jednak drobne wyjątki (o czym pod koniec). Tą edycję otwiera Futch Trio – projekt Jona Rose (skrzypce), Johannesa Bauera (puzon) i Thomasa Lehna (syntezator analogowy). Zestawienie instrumentów chyba celowo nie pasujące, z początku na pewno przykuwające uwagę. Muzycy uwijają się przy swoich sprzętach, stosują różne techniki gry (szarpanie strun, używanie plastikowego kubeczka jako tłumika). Powstaje ruchliwa, rozdygotana materia, która na dłuższą metę jednak nie trafia mi do przekonania. Przede wszystkim denerwuje mnie gra puzonisty – jakby urwał się z orkiestry straży pożarnej i przerzucił się na manierę „free”. Gra fragmenty melodii, myli tropy, wykorzystuje różne techniki artykulacji, ale wciąż jest zależny od „zwykłego” grania, może stara się być przeciw niemu, ale nieustannie z niego czerpie i nie może go zdekonstruować, tak by zagrać coś własnego. A do tego kłujące, świszczące, świdrujące dźwięki instrumentu Lehna były przez większość koncertu przykryte przez grę pozostałej dwójki, choć może to wina miejsca, z którego słuchałem koncertu. Publiczność była uradowana całością i domagała się bisu – żądanie zostało spełnione.

Następnie grał duet Tumido, o którym słów kilka później, bo po nich na scenę wszedł Peter Brötzmann i to jest o wiele ważniejsze. Bez zbędnych wstępów – zagrał pięknie. Łącznie z bisem pięć improwizacji (dwa razy na klarnecie, trzy na saksofonie), z których każda zawierała w sobie całe spektrum nastrojów, przechodził bez zgrzytu od liryzmu do ciężkich mas dźwięków. Rozbudowane, wielowątkowe, skomplikowane improwizacje nieraz związywał w supeł jednym niebywale celnym zagraniem. Było to tak, jakby udzielał zgromadzonym chrztu albo błogosławieństwa na daleką podróż. Swoją grą opowiadał o całej złożoności świata, o wszystkich wspaniałych rzeczach, cudownych zdarzeniach, ale też o złych uczuciach i ciemnej stronie życia. To był genialny koncert – Brötzmann przede mną, koniki polne za mną, a nad wszystkim niebo gwiaździste i od czasu do czasu odgłos kościelnego dzwonu albo samolotu (a może w takiej formie powracało to, co przed chwilą zagrane).

Dłuższą chwilę zajęło ustawienie całego instrumentarium potrzebnego następnemu składowi, w programie anonsowanemu jako Pat Thomas & The Locals, którzy grali muzykę Anthony'ego Braxtona. Lider za fortepianem, oprócz tego Alex Ward (klarnet), Evan Thomas (gitara), Dom Lash (bas) i perkusista Darren Hassen. Było już późno, kiedy zaczęli i moja uwaga trochę odlatywała w kierunku namiotu, ale nie dlatego, żeby muzyka była nudna, to akurat był moment kryzysu organizmu. A gra zespołu mogła się podobać, bogata w barwy, osadzona silnie w sekcji rytmicznej (dla mnie odrobinę zbyt twardej i powściągliwej) miała momenty wzlotów. Jednak wszystko pozostało na poziomie poprawności, nie odczułem między muzykami żadnego niesamowitego porozumienia, ani radości gry.

Ożywił mnie na szczęście ostatni koncert tego wieczoru – tribute dla Raphe Malika, którego kompozycje stanowiły ponoć podstawę improwizacji dziesięciu muzyków. To pierwszy efekt zamiłowania organizatorów do dużych składów, która to tendencja nie zawsze była satysfakcjonująca. Do zapowiedzianych muzyków (Marco Eneidi (saksofon), Thomas Berghammer (trąbka), Georg Graewe (fortepian), Martin Siewert (gitara), Hans Falb (gramofony), Werner Moebius (elektronika), DD Kern, Bernhard Breuer (obydwoje na perkusjach), Derhunt (bas)) dołączył Brötzmann. Już podczas prób odsłuchów dziwnie (protekcjonalnie? niespokojnie?) spoglądał na Falba, który na talerz gramofonu kładł małe przedmioty a do ramienia przytykał kawałki metalu. Natomiast podczas długiej improwizacji zszedł ze sceny ze świadomością, że nie ma tu zbyt wiele do zagrania.
Skład od początku wpadł w gąszcz dźwięków, którego podstawę dali dwaj perkusiści, niestroniący od muzycznego używania butelek, a także obstukujący wszystkie elementy swoich zestawów. Elementy elektroniki były trudne do wyłapania, ale czuć było, że spowijają całość umieszczając ją w innym kontekście. Dęciaki od czasu do czasu podrywały zgrabnym, mocnym tematem, dawały pewien kontrapunkt. Improwizacja ta była nieustannym brnięciem, grzebaniem w natłoku dźwięków, co zaskakujące, razem jednak dającym przyjemność w słuchaniu. Dla mnie ważne i cenne, że nie były to tylko momenty zrywów, jakieś „chwile szaleństwa”, ale konsekwentne, przekonujące i porywające granie. W przeciwieństwie do poprzedników, ci muzycy całkowicie mnie przekonali i uwierzyłem im, wyczułem pasję pędu ku nowym obszarom. Mimo to muszę zaznaczyć, że grali ciut za długo, skończyli przed trzecią, trudno się dziwić, że towarzyszyła im wtedy mniej niż połowa publiczności.

W sobotę i niedzielę wydarzenia odbywały się w dwóch blokach. Popołudniowa część, zapowiadana na 14:30, w odnowionej stodole w odległej od Nickelsdorfu o 6 kilometrów wsi Kleyelhof. Tam miały miejsce pokazy filmów i koncerty z wizualizacjami. Tę część otworzył film „Take-off” Katheriny Liberovskay’i z muzyką Ala Margolisa. Obraz w burej tonacji przedstawiał zarys owada, na który nakładany był drugi podobny, potem doszło do ich zespolenia, a następnie ów kształt płynnie wtopił się w sylwetkę helikoptera. Towarzyszące temu dźwięki należały do sortu instalcyjno-galeryjnego, tzn. bezpiecznych, statycznych, niskich tonów. O ile w przypadku „Take-off” ścieżka dźwiękowa była chyba tylko po to, żeby zakwalifikować ten film do sztuki audiowizualnej, to o wiele ciekawiej było podczas prezentacji Japonki O.blaat. Jej instalacja (a może działanie? pokaz?) wykorzystywała i łączyła obraz i dźwięk. Na ziemi położono głośnik, na nim stała miska z wodą, którą oświetlała lampa, w której była zamontowana kamera, obraz z niej szedł do laptopa, z którego rzucany był na ścianę. Mieliśmy więc możliwość obserwowania tego samego w trzech wersjach, co pcha w kierunku rozważań, czy oryginalne oznacza najlepsze – w tym przypadku oryginał (miska z wodą) był gorzej widoczny niż obraz na ścianie. Dźwięki wydobywane z laptopa pobudzały do drgań wodę, która oświetlona rzucała refleksy. To, co wyświetlane na ścianie było zupełnie abstrakcyjne, po prostu zbiór plam, które zmieniały swoje odcienie w zależności od muzyki. A ta była różnorodna, choć zakorzeniona w obszarze brzmień technicznych, powolne pasma przecinane były ostrzejszymi szumami, zgrzytami.
To popołudnie w stodole zamykał pokaz filmów i koncert Phila Niblocka, O.blaat zapowiedziała, że będzie to „continous” z jej występem, a Amerykanin wyciął jej numer, bo nie dość, że wcale płynnie nie wszedł w to co ona grała, tylko włączył cichy szum fal, to potem na chwilę zapadła zupełna cisza i Niblock zagrał swoje. Tu mam problem, przyznaję, jest być może tak, że tam odbywała się wielka sztuka, a ja po prostu jestem na innym poziomie. Jednak pozwolę sobie na krytykę – dla mnie była to po prostu nuda. Sześć do dziesięciu dźwięków, które w kółko napływały na siebie, a artysta tylko zmieniał nieznacznie ich wysokość. Cztery rozwlekłe kompozycje zaprezentowane w czasie ponad godziny, jeśli któraś mogła się spodobać to tylko ze względu na użytą barwę (mi przypadła do gustu ta z wiolonczelą), bo jeśli chodzi o konstrukcję, formę to nie było w tym nic. W dodatku Niblock nie skorzystał z zalet 4 głośników w narożnikach sali, nie było żadnych zaskoczeń, dźwięki kolejno przelatywały od jednego do drugiego.

Pomimo przerażającej długości występu Niblocka, starczyło jeszcze czasu żeby odpocząć przed wieczorną partią koncertów. Jako pierwszy wystąpił Axon (Fred van Hove na fortepianie i akordeonie okazyjnie, Marcio Mattos na wiolonczeli, Martin Blume na perkusji oraz wokalista Phil Minton). Ten kwartet porwał mnie od początku, zagrali po prostu free jazz (gęsto, dużo, głośno, w poprzek), z tym że w składzie był Minton. On rzucił zespół na głębokie wody, a reszta muzyków miała „tylko” swoje instrumenty. Jego głos przyciągał uwagę równie mocno, jak jego osoba. Ma on talent aktorski, gestykuluje, gra też mimiką twarzy. Wykorzystywał cały arsenał środków: chrząkanie, mruczenie, syczenie, rzężenie, wypowiadał cząstki słów, śpiewał fragmenty „ładnych” melodii. Stronił od ekstremów, bodaj tylko raz krzyknął. Może trochę za często zbliżał się do brzmienia dwóch kaczorów – Donalda i Duffy’ego, wtedy, gdy jakby przepuszczał swój głos przez zęby i szumiał. Poza tym – nie mam zastrzeżeń, żywiołowa improwizacja, która mimo wielu zaskakujących chwil wydawała się odbywać całkiem naturalnie, sama z siebie.

Kolejni wykonawcy to zespół Grewtronics (choć organizatorzy uparcie twierdzili, że Grutronics) z towarzyszeniem Evana Parkera. Saksofonista nie boi się konfrontacji z elektroniką, czego dowodem nagrania ze Spring Heel Jack, Jah Wobbbe no i jego Elektro-Acoustic Ensemble. Tym razem połączył swoje siły z brytyjskim kwartetem, który używa Mooga, syntezatora kontrolowanego ruchem, klawiszy, harmoniki oraz różnego rodzaju efektów i filtrów. Z początku Grewtronics działali sami, Parker siedział spokojnie z tyłu i wsłuchiwał się w ich grę (albo zastanawiał się, co też on tu robi?). Panowie budowali ze skrawków i urywków, brudów i zakłóceń coś na kształt zmiękczonej wersji Autechre, czasem też zahaczającej o to, co na płycie The Flirts stworzyli Gert-Jan Prins i Cor Fuhler. Po około dwudziestu minutach saksofonista zdecydował się zagrać – głównie jednobarwne, proste pasma dźwięków. Z czasem grał trochę agresywniej, dźwięk instrumentu robił się bardziej gardłowy. Cały występ miałby może sens jako półgodzinny dynamiczny pokaz umiejętności, a że trwał ponad godzinę, to wszystkie dynamiczne i intrygujące momenty zdążyły się rozpłynąć w chaotycznych i bezcelowych poszukiwaniach. Winiłbym za to raczej Grewtronics, którzy nie posiedli umiejętności ograniczania się i są zafascynowani ilością sprzętu, jaki posiadają.

Potem zdarzył się koncert-niespodzianka, zaskoczenie przede wszystkim dla mnie, gdyż z pary występujących: Dorothei Schurch i Güntera Christmanna, znałem tylko tego drugiego, a to też bardziej na zasadzie kto, a nie co. Schurch to improwizująca, eksperymentująca wokalistka, a Christmann jest puzonistą i wiolonczelistą. Króciutki koncert tego duetu to był prawdziwy mały skarb, tak jak drobiazg, który ktoś wam daje bez okazji, zupełnie niespodziewanie, a który cieszy ogromnie. Obydwoje artyści zaprezentowali zupełne wyzwolenie (bez epatowania, efekciarstwa) używanych środków. Snuli opowieści, prowadzili nieoczywisty, nielinearny dialog, który potem bez wahania pruli, by ze strzępków tego wypleść kolejną fragmentaryczną opowieść. Balansowali między powagą i lekkością, albo raczej łączyli je. Były tam momenty zupełnie poetyckie, jak na przykład wtedy, gdy głos powoli wychodził spod powierzchni zarysowanej przez puzon. Całość jakby lekko kapryśna (ale ani śladu zmanierowania) urzekła mnie kompletnie.

W zupełnej kontrze do tego sytuowało się następne wydarzenie – czterdziestolecie Globe Unity Orchestra. Na scenie spotkali się Bauer, Parker, Ernst-Ludwig Petrowsky, Greg Dudek, Rudi Mahall, Manfred Schoof, Jean-Luc Cappozzo, Paul Rutherford, Alexander von Schlippenbach, Paul Lovens i Paul Lytton, dobił do nich Christmann. I niestety stało się to, czego się obawiałem – pojedynczy muzyk jako taki stracił znaczenie. Każdy miał swoje solo, ale to tak naprawdę nie było istotne. Oczywiście wszyscy grali świetnie lub przynajmniej dobrze, tętniło to energią, migotało, ale ta energia zupełnie mnie nie obchodziła. Wiedziałem, że każdy zagra swoje solo, dłuższe lub krótsze i że będzie ono „porywające” (w takiej stylistyce utrzymuje się gra GUO), ale w zasadzie, co z tego. Zapadł mi w pamięć pomysłowy Lovens i nadaktywny Mahall. Jednak całość była wyważaniem otwartych drzwi i inaczej niż w kategoriach towarzyskiego muzykowania nie jestem w stanie tego widzieć.

Na zakończenie sobotniego wieczoru, w zasadzie już nocy, mocne uderzenie – The Ex, punkowcy z Holandii. Andy Moor i Terrie Ex na gitarach barytonowych, Kathrin za perkusją i na wokalu oraz G.W. Sok – główny wokalista, porwali publiczność, nie tylko z miejsc siedzących. Zagrali wiele kawałków z albumu „Turn”. Był to mocny, hałaśliwy punk rock, ale grany na najwyższym poziomie, wybornie nadający się też do słuchania. Gitarzyści dodali do tego elementy noise’owych improwizacji – było to widowiskowe, bo gdy wpadali w „szał” grania, zderzali się ze sobą i wyglądało na to, że kaskady dźwięków są wynikiem tych kontaktów.

Niedzielę w stodole otworzył koncert Mimi Secue, o którym potem, gdyż lepiej najpierw o tym, co dobre – czyli o koncercie następnym. Kwartet Dairy grał do filmu René Claira „The Crazy Ray” (czyli „Paris qui dort”). Skład tego projektu stanowią Andy Ex na gitarze, Joe Williamson na kontrabasie, Steve Heather na perkusji i obsługujący elektronikę Yannis Kyriakides. Ich muzyka, przez większość czasu spokojna, szemrząca, przy tym pełna smakowitych detali, doskonale pasowała do filmu. Poza tym swobodnie mogę sobie wyobrazić słuchanie jej bez tego obrazu, a nawet wyrażam głośną chęć słuchania jej. Bardzo przyjemny kawałek muzyki, wciągający, ale nie męczący, gdzie elektronika przegryza się grą instrumentów. Trzy czwarte to kostropate drobiazgi z gitary, małe dźwięki z obstukiwania perkusji oraz transująca gra kontrabasu (przez traktowanie go smyczkiem). A elektronika jakoś wokół i w szczelinach, delikatnie się rozpycha. Gdy doszło do przełamania zbudowanego napięcia zawiódł mnie trochę perkusista, ale to chyba musiałby być drugi Trapist, żeby gra tego instrumentu w tym kontekście mnie zadowoliła. Mimo to, sporo satysfakcji.

Wieczorny zestaw otwierają Schlippenbach, Lovens, Rutherford z Tobiasem Deliusem (klarnet, saksofon). Co tu dużo mówić, trzech pierwszych wczoraj podczas GUO i przez większość czasu brzmienie jest takie, jak jakaś mała cząstka tej orkiestry. Lovens to znów kopalnia inwencji, Rutherford (który wczoraj na scenie strasznie się krzywił) gra uśmiechnięty, jego puzon ma suche brzmienie, a dźwięk jest jakby niepełny, przy tym na szczęście interesująco poskręcany. Delius gra cząstki dźwięków, jakby pyknięcia, prychnięcia, często też silnie dmucha nie puszczając klapek instrumentu, co daje minimalny, drżący dźwięk. Schlippenbach z biegiem improwizacji wrzuca coraz więcej sprzętów kuchennych (tarka, sitko, pokrywka, miska) do fortepianu przez co zyskuje coraz więcej perkusyjnych efektów. Generalnie znów jest energicznie i do przodu. Ja znalazłem upodobanie w wolnych fragmentach, jakby sonorystycznych. W tym sensie, że wtedy mogłem naprawdę posłuchać tych artystów, zrozumieć znaczenie każdego z nich w tym kwartecie, pojąć sens jego gry, jego oddziaływanie na pozostałych.

Potem drugi mały, zaskakujący koncert – Manon Liu Winter gra solo na fortepianie preparowanym wspomagając się laptopem. W programie zapowiedź: „dirty pieces, piano solo + environmental sounds” materializuje się w dziwny sposób. W pierwszej odsłonie Winter używa tylko instrumentu, publika jest niezbyt zainteresowana, chodzi do bufetu i nie tylko (wiadomo, jak nie grają gwiazdy, to można trochę olać sprawę) a do tego ożywiają się ptaki i śpiewają głośno, jak nigdy przedtem. To są w zasadzie całe environmental sounds, gdyż w drugiej części Winter wykorzystuje raczej nagrania terenowe – odgłosy ruchu ulicznego, życia miasta, chyba też dworca. W tej odsłonie elektronika jest na pierwszym planie, instrument wydobywa się z pod niej, pianistka gra w jego wnętrzu, trze struny. Elektronika to nieprzyjemne dźwięki, w których głęboko coś tętni. Do tego pulsu Winter dokłada pojedyncze uderzenia w klawisze, z czasem coraz gęstsze. Instrument jakby dźwigał na sobie ciężar partii elektronicznej. W tym koncercie było coś mrocznego, czego brakowało mi podczas tego festiwalu, do tego była ciekawa idea, doskonale przeprowadzona.

Festiwal wieńczy propozycja 4 Walls – Luc Ex (gitara), Minton (głos), Veryan Weston (fortepian) oraz perkusista Michael Vatcher, zagrali z towarzyszeniem Isabelle Duthoit (klarnet) oraz puzonistki Gail Brand. Cała szóstka stworzyła groteskowy muzyczny kabaret, grali banalne piosenki, których tematy same się sabotowały. To ukazanie drugiego dna idyllicznych filmowych tematów, piosenek dziarskich chłopców czy napuszonych pop hitów o miłości było motorem napędowym tego koncertu. Znów uwagę przykuwał Minton, ale reszta mu dorównywała. Pianista szalał, perkusja i gitara jakby zespoliły się w jedno w swoich obsesyjnych, natrętnych, szybkich zapętlonych figurach. Panie poczynały sobie odważnie, grały nieraz w poprzek, a siła ich instrumentów kazała zespołowi mieć je na uwadze. Znów był w tym jakiś pazur, paranoidalne śpiewy Mintona bawiły przerażając. Było to szaleńczo poszukujące poszukiwanie (nowego, a nie tego, gdzie się kiedyś było i co dobrze leżało). Czułem, że każde zagranie może zmienić całkowicie bieg spraw, że wszystko jest kwestią otwartą – a o to chodzi przecież w improwizacji. Publiczność była zachwycona (zresztą, jak większością koncertów) i długo oklaskiwała muzyków.

A teraz uzupełnienie o to, co wypadło z chronologicznej relacji. Głównie tytułem dziennikarskiego obowiązku (hmm…jakbym był dziennikarzem).
Austriacki duet Tumido zagrał coś, co miało być improwizowanym punkiem, ale nie mogło wyjść z prostej struktury, która nudziła już przy trzecim kawałku. W dodatku przeplatali je pustymi „poszukiwaniami” dźwiękowymi, w stylu drapania po perkusyjnym talerzu, do którego przyczepiony był mikrofon kontaktowy. Jedynym pomysłem było mocniej i więcej – ja jednak wolę próby jakościowe a nie siłowe i ilościowe.
W sobotę w Kleyelhof przed Dairy swoje żenujące piosenki odegrał zespół Mimi Secue. Czystej wody gitarowe smęty, kopia kopii kopii.
Przed 4 Walls zostało zaprezentowane opus magnum (jak stwierdził konferansjer) tych Konfrontacji: Georg Graewe Sonic Fiction. Skład tak olbrzymi (14 osób, w tym kwartet smyczkowy), że aż nie chce mi się wymieniać. Niestety do mnie efekt muzyczny tego projektu nie dotarł, jeden udany dialog Kenta Kesslera z Philem Mintonem oraz ciekawa gra Carrie Schulz na rożku angielskim i oboju, nie usprawiedliwiają tej megalomańskiej zabawy kompozytora. Nie wiem, czy było to dzieło jazzmana, który fascynuje się muzyką poważną czy kompozytora, któremu wydawało się, że złapał bakcyla jazzu, jednak połączenie elementów tych stylistyk nie miało żadnego sensu, moim zdaniem pachniało sztucznością i rozchodziło się w szwach.

Szacowny festiwal w Nickelsdorfie chyba koncentruje się zbyt mocno na klasycznym free jazzie, a może tylko ta edycja tak wyglądała. Jego poszukiwania w pozostałych polach muzyki są zaskakujące, co oznacza niespodzianki zarówno miłe, jak i przykre.

Patrząc z innego punktu (takiego oprócz-muzycznego): atmosfera jest przyjazna, pole namiotowe jest darmowe, poza tym zniżka dla mieszkańców (cytuję z maila) ‘former eastern countries’. Te fakty należy również wziąć pod uwagę (poza programem, w którym zawsze wiele „ważnych nazwisk”) rozważając wyjazd na Konfrontacje.

[relacja pierwotnie opublikowana na diapazon.pl]

11/24/2009

MIMEO weekend w Wigrach

Zanim całe MIMEO, to w piątkowy wieczór czterech członków składu w występach solowych oraz w improwizowanym kwartecie.
Te koncerty odbywały się w Dużej Galerii Domu Pracy Twórczej w Wigrach, gdzie grający byli ulokowani na środku, w większości między dwiema sporymi kolumnami dzielącymi przestrzeń, publiczność usadzona w nieregularnych, przerywanych okręgach, a wokół rozstawione osiem głośników.

Z wielokanałowości na pewno pożytek robiła występująca jako pierwsza Kaffe Matthews. Widziałem ją kiedyś na żywo (w Suszni Starego Browaru) i o ile pamiętam, to wtedy raczej stosowała masy dźwięków. Tutaj mieliśmy do czynienia z łatwo dającymi się wyszczególnić elementami, niektóre z nich były całkiem proste (prawie czyste, czasem metalicznie) i nie zmieniały się. Inne nieco bardziej złożone (szumowe) i ewoluujące (np. narastające). Jednak tak naprawdę siła tego koncertu (jak się okazało - najlepszego z tego wieczora) tkwiła w ich nakładaniu, gdy mogły się przenikać, nachodzić na siebie. Było kilka momentów, które robiły wrażenie wcześniej zaplanowanych (jeśli dobrze zrozumiałem, to była to improwizacja z użyciem przygotowanych dźwięków), w tym sensie, że była w nich godna podziwu precyzja w zespalaniu składowych. No i też przyjemne chwile, gdy jeden dźwięk z głośnika w pobliżu, a inny - z drugiego końca sali.

Następnie kolejna osoba, którą słyszałem kiedyś w Suszni - Gert-Jan Prins. Wtedy byłem pod wrażeniem, mniej ostatnio, gdy podczas MGF zaprezentował się w duecie Synchronator. Teraz przeszkadzało mi to samo co ostatnio - brak struktury, myślenia o całości. Prins wpadał na kolejne sekwencje, przekręcił lekko gałkę na sprzężonym mikserze i pam - już coś zupełnie innego. Jasne, improwizacja to ryzyko, poszukiwanie, ale on nawet jak już znalazł coś ciekawego, to jakby nie wiedział, co z tym zrobić dalej. W środku była jedna masywna, ostra, gryząca partia, w ogóle było głośno i zadziornie, no ale niestety, to nie wystarczyło.

Potem Cor Fuhler, którego stonowane granie skutecznie zakłócał nadgorliwy fotograf. Na szczęście nie do końca i coś uszczknąłem dla siebie z tego występu. Formuła tego wieczoru zakładała chyba, że każdy set będzie bardzo krótki (żaden raczej nie przekroczył 20 minut) i najsilniej mi to wadziło w przypadku tej odsłony. W sumie był wstęp, rozwinięcie i kulminacja, ale mogło to być bardziej rozciągnięte. Mało grania na klawiaturze, trochę e-bowów, jakiś głośniczek, mikrofony kontaktowe (chyba?), radio (nieużyte), sporo magnesów. Ich zastosowanie pojąłem dopiero podczas koncertu MIMEO. Otóż: Fuhler ustawiał na strunach małe bramki z magnesów, w których powieszony był również magnes, o tym samym znaku, co powodowało ciągły jego ruch = potrącanie strun = ciągły dźwięk. Był to niby-mechaniczny system, raz wprawiony w ruch działał dalej sam. Zmysł majsterkowicza, w którym pianista nie jest osamotniony, jeśli chodzi o scenę improwizatorską. Pewien spryt w podejściu do instrumentu przywodził na myśl Seymoura Wrighta. Zabawne było to, że efekt dźwiękowy był raczej obfity, słysząc go z nagrania pewnie widziałbym męczącego się pianistę, podejmującego wysiłek wydobycia tylu dźwięków. Natomiast tutaj Fuhler mógł siedzieć bez ruchu. A to samo grało, niczym pozytywka, zresztą wydawało mi się, że mechanizmów z nich też używał (kładł je na strunach).

Phil Durrant z samplerem i laptopem wyposażonym w stworzony przez siebie program Maschine. Zupełnie nie wiem, co Durrant chciał zrobić. Pamiętam, że miałem wrażenie, że jego granie jest gdzieś na przecięciu Matthews i Prinsa. Jeśli takie przecięcie jest w ogóle możliwe. Była przestrzeń między elementami, ale był też chaos. Niektóre sample były wyraźnie celowo ucinane nagle, np. gdy jeszcze wybrzmiewały. Szkoda, że Durrant poczynił sobie ograniczenie niewychodzenia ponad pewien (niski) poziom głośności. W dodatku miałem wrażenie, że używa tylko dwóch głośników i to tych po drugiej stronie sali.

Na koniec cała czwórka razem, co też nie było zbyt udane. Im dalej, tym lepiej na szczęście. Matthews na początku chyba poszukiwała odpowiedniego patcha, Fuhler był powściągliwy, na plan pierwszy wysunęło się zderzenie światów Durranta i Prinsa, gdzie dolna granica głośności tego drugiego - była górną drugiego. Potem czasami wszyscy nawet jakoś się lepili, pamiętam Fuhlera, który zasłaniał wylot małego głośniczka, który emitował szum.



MIMEO wystąpiło w sobotę w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, w składzie 10-osobowym (bez zajętego Jérôme'a Noetingera). Ustawieni pośrodku centralnej nawy, między ławami, z fortepianem w środku tego środka, z dziesięcioma głośnikami (każdy swój, oprócz Fuhlera, tak więc dla kogoś dwa: chyba dla Matthews albo Petera Rehberga).
W tym przypadku zajęcie konkretnego miejsca oznaczało też wybór szczególnego punktu słyszenia. Ja siedziałem zaraz za Prinsem, mając za sobą jego głośnik, przed natomiast Lehna. Czyli akurat pomiędzy dwoma muzykami aktywnymi i częściej niezbyt cichymi. Z przodu po lewej Keith Rowe, na szczycie stołu Matthews, po lewej od Prinsa Rehberg. Tak więc gdy zaczynała wzrastać ogólna głośność, słyszałem raczej tylko to, co w pobliżu mnie. Jednak gdy nie było całościowego forte, to łatwo było dosłyszeć również coś odleglejszego. Jak np. charakterystyczne małe sprzężenia i kosmiczne wystrzały Rafaela Torala czy niezwykle trafnie ulokowane niskie częstotliwości od, jak przypuszczam, Marcusa Schmicklera. Był to taki moment, że wydawało się, że cały budynek porusza się od tego dźwięku.
Lehn chwilami mnie denerwował swoją nadaktywnością, choć trudno zaprzeczyć, że jego wkład na pewno nieraz unosił całość i pobudzał pozostałych. Jednak kilka razy miałem nadzieję, że nieco się opamięta. Bo zdarzały się też takie fragmenty, gdzie był wyraźnie osamotniony, zwłaszcza jeśli chodzi o głośność. Jednak gdy udawało mu się pociągnąć za sobą innych, powstawała wspaniała muzyka.
Fajne były też różne gry podobieństw, jak np. retro odgłosów właśnie u Lehna i Torala. Albo Prins stukający w jakieś elektroniczne skrzyneczki, co brzmiało jakby uderzać w struny fortepianu pałkami do kotłów.
Rowe był bardzo (bardzo) subtelny, jakby jedynie czuwał nad całością (zapewne wydawało mi się, że rzucił niezadowolone spojrzenie w kierunku Lehna gdy ten był na wznoszącej), wiele drobinek, w deseń contactu z Sachiko M, z kilkoma fragmentami ciągłych dźwięków, wydobywanych np. za pomocą wiatraczka ze sznurkami zamiast śmigiełka, którym traktowane były struny.
W pamięć zapadł mi też wkład Matthews, jakby bardzo spowolnione tony z instrumentów dętych, które przenosiły koncert w inny wymiar, rozszerzały o nierażącą wcale wzniosłość.

No a cały weekend to nie tylko muzyka, ale też przyroda wokół, świetna pogoda na spacery, odpoczynek, miłe towarzystwo i rozmowy. Czy czytają to jeszcze fani moich gastronomicznych wstawek w relacjach z koncertów? Jeśli tak, to polecam kartacze w restauracji DPT.