Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty

9/01/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 7)

Trochę nie chce mi się marnować czasu na Wszystkie nieprzespane noce (nagroda publiczności).

Na szczęście potem był Syn Józefa (Le Fils de Joseph) Eugène'a Greena. Mgliście pamiętam, że jego Most artystów przypadł mi. Ale ostatnio stykam się z nim w innych kontekstach, bo Green jest nie tylko filmowcem, ale też pisarzem, aktorem, deklamatorem, specjalistą od retoryki i teatru barokowego (polecam artykuł). We współpracy z wytwórnią Alpha prowadził niestety krótką serię płytową Voce umana, tam też wydawał albumy tworzone z Le Poème Harmonique. Szef tego ansamblu pojawia się w ważnym momencie tego przemyślanego i pełnego uroku filmu. Muzyki nie ma w nim może wiele, ale jest wtedy, kiedy być powinna (Emilio de Cavalieri, Adam Michna z Otradovic), a w tej scenie (Domenico Mazzocchi), wraz właśnie z deklamacją, komentuje ona losy postaci i wpływa na nią (jak mówi reżyser w wywiadzie).
Mnie ten obraz urzekł, choć domyślam się, że niektórych jego sztuczność może drażnić. Ale mimo pewnej teatralności jest on pełen życia. Jest też w sumie lekki, ale nie błahy, pogodnie taktowny i rozświetlony życiową mądrością. Ma też sporo subtelnego humoru, bawi się nawiązaniami do Biblii, które są czasem oczywiste, ale przeszczepione we współczeność dają do myślenia. Są części z kartami tytułowymi-odniesieniami, żeby nie było wątpliwości. Choć jest to nie tylko podążanie tropami, ale też reinterpretacja, np. że to był głos Abrahama, a nie Boga, który go wezwał do ofiarowania.

Do Pisma odwoływał się też Uczeń ((M)uchenik) Kirilla Serebrennikova, którego bywalcy NH mogą pamiętać z Odgrywając ofiarę. Te dwa filmy niespodziewanie ze sobą zarezonowały. Tutaj nieszablonowo poprowadzona, dobrze zagrana, zaskakująca opowieść o starciu wiary z nauką. Jak przychodzi co do czego, okazuje się, że tendencje religijne są silne i wielu osobom na rękę. Bohater ma na wszystko odpowiedź w postaci cytatu z Biblii (fajny pomysł z napisami na ekranie oddający to, że są one nie z tego świata), ale gdy jego przeciwniczka też się na nią powołuje, to on zarzuca jej bluźnierstwo. Ciekawie wpleciona jest też kwestia homoseksualizmu, problem braku ojca, w końcu też wchodzi to na poziom metafory politycznej (Bóg despota, tyran).

Zupełnie przypadkiem wyszło tak, że na kolejnym seansie pozostałem w Rosji. Kurka Riaba (Kurochka Ryaba) Konczałowskiego z 1994 roku trochę się zestarzała, ale da się to nadal oglądać bez boleści. Reżyser pozwala sobie na całkiem "odjechane" wstawki poklatkowych pościgów i równie szaloną muzykę, mamy też retrospekcje, wesele w pakiecie z potlaczowym pożarem i zwracanie się do kamery. Wszystko emanuje przaśnym wigorem, podlane jest wódką więcej niż obficie, być może to dzięki temu robi się jak z ludowej bajki, być może dlatego kura przybiera gigantyczne rozmiary i być może dlatego znosi złote jajko.

Na Mona i ja (Mona et moi) Patricka Grandperreta poszedłem dlatego, że wybrała go Claire Denis (rozważałem też, czy nie zobaczyć drugi raz Mr. Freedom, żeby usłyszeć jej wprowadzenie, ale ostatecznie wybrałem coś niewidzianego). Za ten film z 1989 roku reżyser dostał Prix Jean Vigo, ale moim zdaniem to nie tak całkiem niezrozumiałe, czemu obraz ten jest zapomniany. Rzecz nie jest na pewno zła, miłośnicy Denisa Lavant powinni to sprawdzić. Ciekawostka: dedykacja dla Simona Reggianiego "od którego wszystko się zaczęło". Denis chciała przypomnieć samą postać, o której mówiła z uczuciem. Jaki to samotnik, nie należący do żadnej grupy, przystojniak, motocyklista, jak wspiera innych, jaki hojny, beztroski. Opowiadała też, jakie to cenne, zwłaszcza gdy dziś panuje taka rywalizacja. Był producentem pierwszego filmu Bessona, a do Denis przyjechał do Dżibuti, gdy kręciła Beau travail.

8/30/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 5)

Na początek dnia wcale nie lekki W Kalifornii (La Californie) Charles'a Redona. Kolejne kombinacje z dokumentem, dziennikiem i autofikcją, te mocno uwierające, ale tym silniej drapiące po umyśle. I znów rozmowa po z autorem, która wiele dała. Bo po obejrzeniu można go ("gra" siebie) znielubić, ale jako reżyser przypominał, że jest to film i niektóre rzeczy są uwypuklone, żeby np. konflikt między bohaterami był silniejszy. Mówił też o tym, że miał świadomość stąpania po etycznej linie i wiele uwagi przykładał do tego, żeby grać czysto (pomijał choćby szczegóły medyczne). Pojawia się odwołanie do Boba Flanagana, w ogóle kwestia masochizmu na wielu poziomach i z wielu perspektyw. Tytułowa kraina jest dla Redona na poły mityczna, chciał pokazać ją jako obszar, w którym panują nieokiełznane siły przyrody. Zapytałem go, czy może inspirował się Rohmerem, bo narracja z offu i w ogóle motyw męskiego patrzenia, przyglądania się, obserwowania kobiety z nim się skojarzył. Ale nie, za to przywołał Sherman's March Rossa McElwee i Tarnation Caouette'a.
Im więcej o nim myślę, tym bardziej go doceniam. Zupełnie nieoczywisty, często zaskakujący, przełamujący przewidywania (jak choćby w ostatniej scenie, w której łatwą radość uroczystości dysonansuje schowanie się w niepokjącej masce).

Wydawało mi się dobrym pomysłem, żeby Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi
(The Sky Trembles and the Earth is Afraid and the Two Eyes Are Not Brothers) Bena Riversa (znanego choćby ze stworzonego wspólnie z Benem Russellem A Spell to Ward Off the Darkness) obejrzeć zaraz po Mimosas Olivera Laxe, na którego planie Rivers kręcił. Początkowo wygląda to na nietypowy making of, ale wkrótce śledzimy Laxe'a nie przy pracy, tylko snującego się. Nie będę zdradzał, co się dzieje dokładnie – coś takiego, że powinienem się przejąć, ale jakoś zupełnie mnie to nie obeszło. Starałem się więc smakować obrazy i dźwięki, ale to też jakoś nie szło. Nowy strój bohatera mógł być zainspirowany Moondogiem, raz ciekawie zabrzmiało coś jak zdarte skrzypce. Co do obrazów, to problem w tym, że właśnie oglądałem te same rejony w Mimosas. Maroko jest może i piękne, ale ile można. Obraz Laxe'a też mnie nie zachwycił, chociaż główna postać szaleńca bożego przyciągała uwagę i tak naprawdę trzymała całość, przede wszystkim dzięki niesamowitym oczom (tak na marginesie, to mógłby on być bohaterem jakiegoś filmu Jodorowsky'ego). Jego wiara i zapał, energia i przekonanie, były czymś, co faktycznie przejmowało. Z widoków to w pamięć zapadł mi nie jakiś pejzaż, ale światła zdezelowanych taksówek sunących przez pustynię i odpędzających ciemność. Co do dźwięków, to kilka razy pojawiły się banalne świetliste drony, raz po wygaszeniu innych sfer oprócz niskich częstotliwości (też niezbyt oryginalne) wszedł zniekształcony głos i jakby brumienie wzmacniacza – to akurat fajnie zagrało. Na koniec mocny akcent: nawarstwione i zwielokrotnione zaśpiewy (modły?) stopniowo podmywane utworem „Sinai” OM.

Potem bardzo satysfakcjonujące odkrycie Piękność Nocy – prawdziwa Grisélidis, autoportret (Belle de nuit – Grisélidis Réal, autoportraits) Marie-Ève de Grave. Po prostu solidny dokument, ale nie sztampowy - to byłoby niemożliwe z taką bohaterką (pisarka, malarka, prostytutka walcząca o prawa tej grupy). Mam nadzieję, że będzie to przetarcie szlaków i w końcu ktoś ją przetłumaczy na polski (mnie zachwycił pomysł wydania jej notatek o klientach, a może z innej strony Le cheval nuage byłby dobrym wejściem). Tymczasem pozostaje wikipedia, strona centrum jej imienia, fragment innego filmu.

No i dobre domknięcie dnia za sprawą spojrzenia posthumanistycznym Trzecim Okiem: Zoologia (Zoologiya) Ivana I. Tverdovksy'ego. Drugi film w dorobku tego twórcy, którego doświadczenie jako dokumentalisty jest tutaj dobrze spożytkowane. Opowiada on nam bajkę, ale osadzoną silnie w realiach, z umiejętnie wyważonymi proporcjami humoru i dramatu. Jeśli ktoś nie chce żadnych spojlerów, to niech lepiej nie czyta dalej. Otóż głównej bohaterce wyrasta ogon, najpierw stara się podejść do tego racjonalnie i chodzi po lekarzach (zabawne jak oni wcale nie są zdziwieni). Jak mówi reżyser: But what is extremely important in this story is that a woman who has lived the longest part of her life already and who theoretically needs to start winding down her life and feelings, this woman gets a second chance. She starts living a new and different life, getting into something she never had a chance to experience before. For me, this is a very interesting aspect of the dramatic composition here. Wydaje się, że zaakceptowała ona nową siebie i cieszy się swoją wyjątkowością, ale jednak kończy się to niczym u Braci Grimm. Przypominają się też opowieści z filmu Ottinger i trochę Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków Fedorechenki. W innym wywiadzie Tverdovsky dodał ciekawe spostrzeżenie: one night I switched on the TV and there was a children’s channel where only cartoons are shown. When I was watching that I realized that in children’s cartoons animals are always good guys, but when you look at the films for adults, animals are usually villains. So I watched a lot of children’s cartoons to get inspiration.

8/28/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 3)

No Home Movie to jeden z tych punktów programu, na które najbardziej czekałem. Tym bardziej, że nowy film Chantal Akerman okazał się ostatnim w dorobku tej najważniejszej (dla mnie) artystki kinematografii. Trochę głupio to pisać, ale nie mogę się przestać zastanawiać, czy wiedziała, że tak będzie, czy wybrała już wtedy śmierć i w ten sposób żegnała się.
W ten sposób jej filmografię spina nietrzymająca całości zbyt ściśle, ale przez to tym bardziej dająca do myślenia, klamra. Oczywiście nowy film kojarzy się mocno z Jeanne Dielman..., ale przypomina się też inny "kuchenny dramat" - Saute ma ville (zróbcie sobie przyjemność i obejrzyjcie go). Bo choć Movie zaczyna się od ujęcia drzewa targanego wiatrem, a dalej widzimy park, to dominują wnętrza. Potem zestawiane z filmowanymi (głownie z jadącego samochodu) pustkowiami i jednym odbiciem w wodzie, czasem też kamera zerka przez okna mieszkania na ogród (pusty) i ulice. Przede wszystkim obserwujemy matkę autorki, najpierw za pośrednictwem Skype'a. Gorzko ironicznie brzmią słowa o tym, że dzięki takim technologiom nie ma już dystansu. Trud zbliżenia, ale zapośredniczonego, zilustrowany jest sporym zoomem na rozpikselowany obraz z kamerki internetowej, który przestaje już jakkolwiek przypominać twarz rodzicielki. To też chyba jakiś komentarz do sytuacji, że w takim przybliżaniu docieramy do abstrakcji - a na pewno filmowo fajny zabieg.
Jedna z dłuższych rozmów odbywa się w kuchni, podczas posiłku, to chyba jedyny raz, gdy zbliżamy się do Historii - mowa tutaj m.in. o międzywojennej Belgii i przodku, który był socjalistą z Dror. Wbrew temu co słyszymy i widzimy, matka skarży się, że nigdy nie rozmawiają, a potem doprecyzowuje, że Chantal mówi, ale nie to co interesujące. Potem, gdy matka jest już mocno chora, dochodzi do wzruszającej sceny, gdy dwie córki proszą ją, żeby opowiedziała im historię. W ten sposób mogą cofnąć się na chwilę do dzieciństwa i do tamtego łatwego podziału ról, bo teraz to one jej matkują. Wątek opowiadania siebie powraca, gdy reżyserka usiłuje jakoś siebie przedstawić sprzątaczce, mimo że niezbyt mówią w jakimś wspólnym języku (to mi przypomniało jak kiedyś Ewa Rewers mówiła o tym, że to właśnie w obcym języku można najlepiej siebie ująć, bo mówi się tylko to co najważniejsze - nie jestem przekonany i wymagałoby to zniuansowania).
Nie wiem, czy był to celowy zabieg, ale gdzieś po połowie zmieniona została kamera, teraz obraz jest kontrastowy, postaci ciemne, wnętrza mroczne, tajemnicze, niedookreślone, za to okna są jasnymi, prześwietlonymi plamami. Generalnie całość jest mroczna, przesadą byłoby powiedzieć, że sylwetki są jak postacie z horrorów, ale dochodzi do jakiegoś odrealnienia. Mama ciężko oddychając mówi do dziecka, że są sobie bliższe niż przedtem, że nie mogą tak tego uciąć. To nie one jednak decydują i zostało to ucięte. Wspaniały, ciężki, poruszający, skupiony film.

Z zupełnie innej beczki: Hot Sugar i jego zimny świat (Hot Sugar’s Cold World) opowiadający o producencie, który dał się poznać światu jako autor muzyki do „Sleep” The Roots, a potem współpracował między innymi z Heemsem i Kool A.D. (z Das Racist), Lakutisem oraz Antwonem. Reżyser Adam Bhala Lough ma już doświadczenie w portretowaniu muzyków, ma na koncie dokumenty o Lee „Scratch” Perry'm, Lil Wayne'ie i Jimie Jonesie z Dipset. Hot Sugar jest tutaj ukazany jako wieczny poszukiwacz nowych dźwięków, znudzony bazami sampli, nie ruszający się z domu bez Zooma. Jeśli chodzi o sam sposób opowiadania, to już od pierwszej sceny wiadomo, że nie będzie to nic niezwykłego. Widzimy naszego bohatera rejestrującego odgłosy lemoniady w proszku skwierczącej na języku jego dziewczyny. Gdyby Lough chciał skierować naszą uwagę na dźwięk, to powinien dać nam chwilę poobcować z nim samym przy akompaniamencie wyciemnionego obrazu, a nie od razu pokazywać jego źródło. Przy okazji trzeba wspomnieć o pewnym przekłamaniu – Hot Sugar używa podstawowych modeli sprzętu, na zewnątrz nagrywa bez osłonek przed wiatrem, a dźwięki jakie uzyskuje są zadziwiająco dobrej jakości. Inna sprawa to do czego ich używa, bo choćby miał nie wiem jak dziwne sample, to i tak wkłada je w mniej więcej takie same struktury bitów i przykrywa sentymentalnymi melodiami. Z wypowiedzi bije niezaprzeczalna ciekawość świata i jego aspektu dźwiękowego, na przykład gdy opowiada o tym, że jako dziecko wiedział dzięki obrazkom jak wygląda nosorożec, choć nigdy nie widział go na własne oczy, to nie miał pojęcia, jak to zwierzę brzmi. Ale to baczne przysłuchiwanie się światu zdaje się nie mieć wielkiego wpływu na jego muzykę. Mowa też o tym, że nagrywanie daje poczucie kontroli nad życiem i może o to tutaj chodzi. Bo Hot Sugar zarejestrowane dźwięki mocno przetwarza, więc może celem jest wzięcie ich w posiadanie, uczynienie ich swoimi własnymi. Bohater ma wielką ciekawość świata i fantazję, choć czasem daje o sobie znać pewien brak świadomości, np. gdy stwierdza, że do lat 70. nikt nie nagrywał dźwięków samemu albo gdy jakiś uczony wyjaśnia mu, że muzyka kosmosu to pewna przenośnia, bo z racji próżni trudno w tej przestrzeni cokolwiek usłyszeć. Ale z drugiej strony ten brak balastu wiedzy pozwala producentowi zastanawiać się, czemu w katedrze Notre Dame gra się na organach ciągle te same utwory zamiast czegoś nowego choćby z dorobku Ruff Ryderz. Najpierw się zaśmiałem, ale potem pomyślałem – właściwie czemu?
Na początku bałem się, że będzie to jakiś głupiutki post-internetowy filmik o związku na twitterze i instagramie, ale tę część można przetrwać. A dzięki temu wejdziemy w niejednoznaczny świat.

Na Dzieciństwo wodza (The Childhood of a Leader) poszedłem w ciemno z tego względu, że muzykę skomponował Scott Walker. Nie sprawdzałem nawet, że jest to pełnometrażowy debiut Brady'ego Corbeta, aktora, którego kojarzę z kilku filmów (a który szykuje już kolejny ciekawy projekt).
Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową (właśnie wydana), to było potężnie, kiedy trzeba patetycznie, ale bez przeginania. Dużo smyczków, ale bez schematyzmu, odpowiednio zagospodorowana strefa niskich brzmień, chyba też elektronika tu się przysłużyła, a to skonstrastowane z przenikliwymi fletami i błyszczącymi trąbkami. Jeśli Walker zasłuchuje się w Strawińskim (a może w Schulhoffie?), to wyciągnął odpowiednie wnioski. Fajnym pomysłem było oparcie jednego wejścia na rytmie prasy drukarskiej. Nie zanotowałem, kto pomógł Walkerowi w rozparcelowaniu wszystkiego na 120-osobową orkiestrę (byłby to Peter Walsh lub Mark Warman?).
Reszta też mi bardzo podpasowała: koniec pierwszej wojny, francuska prowincja, stara niszczejącza posiadłość, mroczne wnętrza (w ogóle to ciemny obraz), trochę map. Sama fabuła oparta na opowiadaniu Sartre'a, pośród inspiracji też Musil i Arendt, a jeśli chodzi o reżyserów to też niezły zestaw (Bresson, Kubrick, Pialat, Olmi, Dreyer). Nie będę zdradzał za dużo, bo sami sobie zobaczycie, jako że rzecz wchodzi do kin, ale zwraca uwagę fakt, że wydarzenia rozgrywają się pomiędzy Bożym Narodzeniem a nowym rokiem, czyli w czasie kojarzonym ze zmianami. Fajnie wypadają też domowe negocjacje z latoroślą, te oblężenia, branie głodem w zestawieniu z tymi wielkohistorycznymi, których nie widzimy. No i ciekawa kwestia genderowa, bo tytułowy bohater jest brany kilka razy za dziewczynkę, ale nie prosi o ścięcie włosów (natomiast potem jest łysy).

Freak Orlando czyli inna twarz Ulrike Ottinger. Znów ta radość z powrotu do przeszłości (film powstał w 1981 roku) i możliwości zobaczenia czegoś odmiennego. A w zasadzie całej gamy odmienności i odmieńców: stylita, biczownicy, trędowaci, kobieta z brodą (Wilgefortis) i z penisem, bojówki w strojach stereotypowych gejów, konkurs brzydali (oczywiście odwołanie do Freaks Browninga, ale też kpina z "dobroczynnej" telewizji). Naprawdę mnóstwo wszystkiego, bo też piwo z lulka, przeczucie apokalipsy, podróże w czasie, cyrk, psychiatria, sugestia krematoriów. Wspomniani są też m.in. Walter Benjamin, Róża Luxemburg, Arnold Schönberg, Carl Einstein, Galileusz. Trochę się to rozłazi i dłuży pod koniec, ale można się też po prostu cieszyć tą paradą różności (jest w tym momentami coś z Monty Pythona). Uderzająco aktualnie wypadają sceny z centrum handlowego, w których odbywa się np. tydzień mitologiczny (nie jesteśmy obecnie tak daleko od tego, gdy w akcje promocyjne zaangażowany jest choćby Napoleon) lub sakralny z wyprzedażami, podczas tego drugiego w ofercie jest asortyment, który równie dobrze może być użyty przez tych, którzy chcą uprawiać samoumartwianie religijne jak i praktyki sadomasochistyczne. Ottinger miała też wyczucie ubierając klientów w plastikowe peleryny i torby, co pokazuje, że już wtedy ich nadmiar zaczynał być problemem. Reżyserka mówiła o tym, że jej celem było uświadomienie, że to co wydaje się nowe wcale nie jest nowe, wystarczy tylko lepiej przyjrzeć się historii. Jeśli o tym pomyśleć, to ten film, choć w wyrazie tak inny niż Cień, to jednak mówi o podobnych tematach. Jako inspirację wymieniła malarstwo Goyi, oczywiście Virginię Woolf oraz teatr barokowy (lustro postawione przed światem, tu warto wspomnieć piękny pomysł zwierciadła zakopanego w hałdzie węgla).
Muzycznie jest interesująco, co zasługą Wilhelma Dietera Sieberta, najciekawszy fragment to występ Wilgefortis w sklepie. Łączy on średniowieczny lament, punkową agresywność, figlarność kabaretową, coś może z Brechta z brzmieniami, jakich mógłby od gamelanu wymagać George Crumb.

Podróż w czasie kontynuowałem z Niewolnicą miłości (Raba lyubvi) Nikity Michałkowa z 1976 roku. Fajnie było obejrzeć go ze zjechanej kopii Filmotekii Narodowej ze staromodnymi napisami, co współgrało z osadzeniem akcji w latach 20. Ale chyba byłem już zbyt zmęczony, żeby się przejąć wypadkami ekranowym i najciekawsze wydało mi się, że był to obraz wybrany przez Nanniego Morettiego.

10/06/2008

Krakwerk

Nie może być prosto. Gdy poznałem program festiwalu Sacrum Profanum, zacząłem myśleć, czy by się na niego nie wybrać, może udałoby się dostać akredytację, z racji prowadzenia cudownej audycji. Ale potem okazało się, że od połowy września będę pracować, więc przestałem planować. We wrześniu, kiedy już było za późno na organizowanie wyjazdu, dowiedziałem się, że zacznę pracować jednak trochę później. Ach, no tak tak, trudno. Jeszcze potem mój brat zupełnie bez sensu wziął udział w konkursie o wejściówkę na koncert Kraftwerk i co jeszcze gorsze - wygrał ją.
Ponieważ nie należy on do osób, które mogą same jechać do innego miasta i jeszcze znajdywać tam nieznane sobie miejsca, jako dobry starszy brat zdeklarowałem się, że pojadę z nim. Wszystko takie pokręcone - ostatecznie więc jechałem do Krakowa, w czasie trwania festiwalu, ale nie na koncert.

Pociąg o 7:40 (Wielkopolanin, tak?) to trudna sprawa, to takie rano, jakby jeszcze mocno w nocy, gdy Mikołaj zasnął słuchając Massive Attack, zabrałem mu słuchawki gdzieś w okolicach Kościana i włączyłem Adèle et Hadrien (Le Livre des Vacances) Lionela Marchettiego. (sprawdźcie jego materiały na youtube)

Z twórczością Francuza staram się być na bieżąco, od kiedy pierwszy raz go usłyszałem, a było to w styczniu 2005 (występ w Starym Browarze z tancerką Yoko Higashi). Poznałem go jako improwizatora i ta część działalności też jest ciekawa, ale ostatnio Marchetti częściej wypuszcza na krążki dźwięki komponowane. Jakiś czas temu pisałem o wspaniałym Red dust, natomiast Adèle et Hadrien to obecnie najświeższe wydawnictwo, trzecie w tym produktywnym roku, drugie z Olivierem Capparosem (Wojtek Mszyca jr zachwyca się współpracą LM z Seijiro Murayamą), który jest tutaj odpowiedzialny za "musique instrumentale additive". To znaczy, Capparos użyczył nagrań swoich kompozycji, które wykonują m.in. Sophie Agnel i Dan Warburton, a LM wplótł je w podstawowy materiał tej kompozycji. Czyli w field recording, ale nie taki "zwykły" - te nagrania mają swoich bohaterów, parę dzieci (w tym córkę autora), które są na wakacjach. Nasuwają się tutaj słowa takie jak "podsłuchiwanie", "śledzenie", ale to zupełnie nie tak, bo występujący zapewne wiedzieli o tym, że są mikrofonowani i zgodzili się na to. Nie jest to nagrywanie terenowe po prostu, w którym często rejestruje się pejzaż jako taki, w całości i zwykle jednak koncentruje się na naturze. Tutaj jest silne stematyzowanie i nastawienie na postać, tak samo można by całą kompozycję uznać za słuchowisko, choć LM w podtytule wyraźnie sygnalizuje muzykę konkretną.

Jest to piękna płyta, poruszająca, ale nie stosująca łatwych chwytów, o co nie byłoby trudno, bo wiadomo, że słodkie dzieci, milutka atmosfera wakacji itd. Cudowne jest to, że Marchetti potrafił uchwycić (i zachować w procesie składania dźwięków) dziecięcy świat w jego wielowymiarowości. Dzieło to pozwala odczuć mocno jego specyfikę, której głównym wyznacznikiem jest bardzo bliskie sąsiedztwo emocji silnie pozytywnych i negatywnych, gdzie płacz przeradza się w śmiech i odwrotnie. To nie jest huśtawka nastrojów, przechodzenie z jednego w drugi, ale ich wymieszanie, przepływanie w siebie. Słychać to napięcie, gdy świat fascynuje jak nigdy potem, bo jest pełen niewiadomych i jesteśmy otwarci, chcemy poznawać. Ale zarazem (i z tych samych powodów), wszystko może przerażać (dużo jest tu takich dramatycznych krzyków, które właśnie pojawiają się nagle, niespodziewanie), drobna rzecz może być powodem olbrzymiego smutku, bo trudno czasem określić proporcje i móc sobie wszystko ułożyć "właściwie". Choć też wszystko można traktować jak tajemnicę, coś niewyjaśnialnego, więc w jakimś sensie wyższego (pełne napięcia szepty przywołują aurę dobrej niepojmowalności), co wznosi też tego, kto się z tym styka.

Tym łatwiej mi traktować tak ten album, że fundamenty tych wrażeń wynikają z mojego odczuwania dzieciństwa, z tego jak o nim myślę. Album raczej pozwala wyciągnąć je, wzmocnić, odświeżyć, niż je wytwarza z niczego. To przywracanie ich powoduje, że tak dobrze (jednak - to zawsze jakoś pomaga, jak można odnaleźć w czymś siebie) czuję się słuchając go. Natomiast trudno mi odbierać go jak słuchowisko, bo nie znam francuskiego, więc skupiam się na melodii mowy, zabarwieniu emocjonalnym. (Kolejny powód, żeby uczyć się tego języka, bo treść tego, co mówią też ma znaczenie i zapewne nie docieram do części zawartych tu sensów.)



Jest kilka fragmentów, w których pojawiają się znane piosenki (m.in. George'a Michaela "Jesus to a child"), do niektórych dzieci dośpiewują/śpiewają z. Wtedy można pomyśleć o LM jako o kompozytorze konkretnym, który dzięki mikrofonowi tworzy meta-muzykę. Coś, co mnie mocno fascynuje, tzn słuchanie tego, jak istniejemy z muzyką, jak jej słuchamy, co wtedy robimy, co się wtedy dzieje.


Interesujące też, jak LM wciąż stara się obejść format cd, w dogodny sposób umieścić w nim swoją twórczość. Na Sirrusie między trzema kompozycjami osobne tracki to były 10-sekundowe cisze. Red dust jest rozłożone na trzy 3'' płytki, choć całość zmieściłaby się na jednej dużej, ale LM chciał mieć osobne "mouvements". Ta kompozycja podzielona jest na 2 księgi (tak jak cedeki, które są właśnie podpisane "livre 1" i "livre 2"), w których zawiera się 10 zeszytów.

Jeśli chodzi o wkład Capparosa, to pamiętam taki moment, jak stanęliśmy w Rawiczu i delikatne solo skrzypcowe (Mathieu Werchowski gra wariacje wokół "Rondo de lie") kontrastujące z brzydotą peronów.

"Adèle et Hadrien" trwa ponad dwie godziny i ciekawe w słuchaniu go w podróży pociągiem było to, że przemieszczałem się w przestrzeni i w tych dźwiękach. Choć one się zmieniały, to jednak był to ciągle ten sam album, trwał, rozwijał się, zagarnął dużą część trasy, jakby swoją objętością zajął ją. Po części również dlatego, że krajobraz za oknem nie był zbyt ciekawy, to bardziej pochłonięty byłem tym, czego słuchałem. Dlatego też ten czas był bardziej czasem tej muzyki, niż jechania pociągiem, jak też dźwięki stały się pewnego rodzaju pejzażem, czymś stale obecnym.

A skończyły się gdzieś przed Wrocławiem, do którego wjeżdżałem z myślą, że już za tydzień trochę dłużej tu pobędę. Oddałem słuchawki bratu, który słuchał swoich rzeczy, a ja czytałem Zwierzenia Mikołaja Restifa Nervala (tak! a tomik Enzensbergera też znalazł się w bagażu). Chyba w Zabrzu zacząłem Red and blue Bear Richarda Youngsa i Simona Wickhama-Smitha, wydaną przez zasłużoną dla propagowania ich działalności VHF Records (są fragmenty w mp3). W książeczce jest uroczo naiwna historyjka o misiu i "miłym badaczu" napisana przez Wickhama-Smitha, zilustrowana przez Youngsa. Ta bajka jest wyśpiewana na przestrzeni 45 minut, a towarzyszą jej rozmaite dźwięki, dużo klawiszowych, perkusyjnych (jeden przypomina Einsturzende Neubauten, ale jego otoczenie jest o wiele bardziej lżejsze), chyba nie zawsze wydobywanych z instrumentów. Jest gęsto, ale nie zawiesiście, raczej wznosząco niż przytłaczająco. Kojarzyło mi się z mniej kosmicznymi momentami Flowers of Evil Ruth White. Nie będę reprodukował tu książeczki (może ktoś się skusi i kupi, tani, oryginał), atmosferę panującą na płycie pozwala wyobrazić sobie też zawarta w niej "nota o wykonawcach": Simon Wickham-Smith was born in 1968. Richard Youngs was born in 1966. They met in 1987. They are friends.

Panowie skończyli opowiadać bajkę akurat w Mysłowicach, no i to był koniec słuchania na tej trasie.
Nigdy jeszcze nie byłem w Krakowie, więc miałem nadzieję, że przy okazji bycia opiekunem, obejrzę choć trochę. Jednak możliwości zostały ograniczone, a ochota ostudzona, przez prawie stale padający deszcz.

Na początek do Pawilonu Wyspiański 2000 (no tak), gdzie biuro prasowe festiwalu, gdzie mój brat ma odebrać bilet. Biuro otwarte do godziny 16, więc trochę nam spieszno, ale nie jest daleko, pewnie z kwadrans po trzeciej jesteśmy w. Tu okazuje się, że ta pani, która miała bilety dla zwycięzców konkursów - wyszła, "no dosłownie 15 minut temu". Teoretycznie nie będzie problemu, bo pani będzie na miejscu koncertu i tam będzie można odebrać. No tak, ale to nie to samo, co mieć bilet w już ręku. A poza tym, niepotrzebnie jechaliśmy tak wczesnym pociągiem.

Potem zjeść coś, akurat niestety nieszczególne naleśniki i do naszej przystani krakowskiej (w tym miejscu serdeczne podziękowania dla Roberta za gościnę).

Na koncert wybraliśmy się odpowiednio wcześnie, bo nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie to, no i prosili w zapowiedziach. Tak, pani z biletem była, Mikołaj dostał go bez problemu i ja mogłem uznać misję za spełnioną.

Stałem i mokłem, zastanawiałem się, gdzie pójść, szykowałem się na łączące sacrum i profanum przeżycia z discmanem i Mosquito/See trough The Necks. Ale zanim założyłem słuchawki, w pobliżu jakiś pan pytał spieszących na koncert, czy mają bilety na sprzedaż. Ktoś miał, ale pan chciał dwa, a oni mieli jeden, który nabyłem ja.

Tak, takie to wszystko poplątane, myślałem jadąc ostatnim autobusem spod wejścia do miejsca koncertu i ogrzewając nogi w dmuchawie pod siedzeniem.
Teoretycznie nie powinni mnie wpuścić, gdyż dotarłem po 20:45 (a mogło być tak źle, jak w tym przypadku). Ale inne groźnie brzmiące punkty regulaminu (niszczenie nośników itp), też były lekko traktowane. Nikt nawet nie dotknął mojej torby, w której mogłbym wnieść kamerę cyfrową i butelkę wódki.

Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem zespołu, ale też nie jest tak, że traktuję go jako pomnik i legendę, którą wystarczy szanować.

W tym miejscu powinna być relacja, z koncertu, na którym byłem. Nie wiem, czy jej brak wynika z przenosin podczas zmiany szaty graficznej serwisu.

W każdym razie, ja tylko pokrótce. Technicznie wszystko świetnie, nogawki się trzęsły od basów (proponuję, żeby organizatorzy Unsoundu zagarnęli to nagłośnienie na wieczór dubstepowy), nawet nie przeszkadzało mi to, że poruszały się również metalowe elementy w hali. Tutaj dokładało się to do muzyki na plus. Za sceną ekran panoramiczny (złożony z trzech), po bokach dwa ekrany, wizualizacje bardzo ciekawe. Zwykle proste, podstawowe kolory, doskonale zrobione i pomysłowe - jak np. do "Tour de France". Dużo grafiki, często potraktowanej ikonicznie (np. "Vitamin"), takiej by była zrozumiała na pierwszy rzut oka i komunikowała natychmiast. Podobnie z tekstami, gdzie kilka razy wypowiadane po kolei słowa, które nie służyły do opowiedzenia jakiejś historii, ale do nakreślenia świata, w którym podmiot się znajduje, skąd mówi. Tworzyły siatkę znaczeń rzeczywistości stechnicyzowanej, ale optymistycznej, takiej, w której technologii, maszynom się ufa, aprobuje się je (poza elektrowniami atomowymi). Technika zmienia człowieka, ale to on jest górą, bo posługuje się nią (jedziemy autostradą). Może to trochę naiwne, jak teraz o tym myślę, ale doceniam też konsekwencję i determinację w poruszaniu się po tym świecie.

Nie wiem, jak w tym umieścić wizję "we are the robots". Podczas koncertu odebrałem to bardziej jako komentarz, co do sytuacji artysty, który stoi ponad, ale od którego więcej się też wymaga. W przypadku Kraftwerk jest to o tyle ironiczne, że oni się nie męczą koncertem i mogą grać długo. Pod tym względem są niczym roboty. Wtedy ten kawałek zabrzmiał jako przed-bis, z porywającymi światłami najpierw rzucającymi cienie sylwetek na kurtynę. Rozbawiło mnie, że ten utwór był tutaj swego rodzaju przerywnikiem, a tekst mówił, że oni teraz ładują swoje baterie i zrobią to, co będziemy chcieli. No a potem powrócili we własnych osobach i fluorescencyjnych kostiumach.

Zdziwiło mnie, jak nowocześnie/współcześnie brzmieli, poza niektórymi zbyt słodkimi pasażami, było mocno i zdecydowanie. Pytanie, czy oni słuchają tego, co się obecnie dzieje? (w swoim zboczeniu usłyszałem w jednym utworze podstawę bitu, która mogłaby dać początek dobremu dubstepowemu utworowi). Bo to, że ich słuchali/słuchają inni i tu często Kraftwerk rzuca refleksy, nie ulega wątpliwości.
Co do konstrukcji, to kilka razy było tak, że pierwsza część piosenki była jakby lżejsza (ale już raczej masywna), potem następowało zwinięcie, przyciszenie i druga część opierała się na solidnym cztery-czwarte.

Bardzo się cieszę, że ostatecznie trafiłem na ten koncert, pewnie nie sprawi on, że będę częściej słuchał Niemców, ale na pewno będę go miło wspominał.

Następnego dnia późno się obudziliśmy, ale i tak nie było specjalnie co robić. Na przekór aurze poszliśmy na Rynek Główny, tak żebym chociaż "coś z tego Krakowa zobaczył", hm hm. Odwiedziliśmy księgarnię na Brackiej, gdzie już nie było książki, która Mikołaj widział kilka miesięcy temu, ale za to nabył inną.
Jako, że trochę czasu do pociągu, chodzimy po Plantach. Na dworcu okazuje się, że jednak jedziemy tym za godzinę, więc do restauracji (?) też nierewelacyjnej niedaleko.

Gdy wyszliśmy, już nie padało. Od razu inaczej, można podnieść wzrok i rozejrzeć się, nie trzeba kryć się w kapturze, czy osłaniać parasolem. No ale, już trzeba na peron.

Tym razem ekskluzywna TLKa (o nazwie Hetman - czy coś mi się przesłyszało?). Z niebem zasnutym szarością dobrze komponuje się z lekka nostalgiczny Szostakowicz grany przez Tatianę Nikołajewą, czyli "24 preludia i fugi". Kompozytor napisał ten utwór po usłyszeniu jej na konkursie w Lipsku, który był częścią obchodów rocznicy Bachowskiej (a dzieło odwołuje się do "Das Wohltemperirte Clavier") i jej dedykował. Pianistka nagrywała ten cykl trzykrotnie, ja mam wydanie Hyperionu, chyba ostatnie. Nie znam innych wykonań, ale może się skuszę na tego pana, który umieszcza mp3 na swojej stronie.

Nie mogę zrozumieć, czemu zabrałem tylko dwie płyty z trzech, no ale cóż, tak właśnie było. Pierwsza ( = od 1 do 10 preludium i fugi) wybrzmiewa przed Mysłowicami, druga ( = pary od 11 do 17) trwa do Gliwic. Przy mocno zapadniętym już zmroku zaczynam A Pilgrim's solace projektu Mirror i chociaż zwykle wolę taki rodzaj (jaki to?) muzyki na głośnikach, to teraz też jest dobrze. Ten duet Andrew Chalka i Christopha Heemana, to jedno z odkryć tego roku, może z osobna żadna ich płyta mnie nie powaliła, ale każda kolejna jest przynajmniej równie ciekawa, jak poprzednie, a razem nakreślają mapę mrocznej i nieprzyjaznej krainy. Tym bardziej wciągającej, że w atlasie sporo białych (a w zasadzie - czarnych) plam, rozmyślnie pozostawionych, by mogły w nich topić się domysły.

Mirror towarzyszy mi aż do Brzegu, a tu zaczynają się Mimikry Wirkusa, które wyznaczają rytm podróży aż do Wrocławia. Powtarzalność ruchów pociągu zdaje się odpowiadać strukturom muzyki. Wirkus nie tylko umie wyzyskać dokonania repetytywizmu na gruncie elektroniki, ale też ubiera te szkielety w eleganckie dźwięki. Mogliby się od niego uczyć ci wszyscy, którzy obecnie tworzą "modern classical" (co za nazwa...), muzykę, która zbyt często bierze patos za oznakę piękna. Wirkusowe utwory są skromne, co nie przeszkadza im zachwycać.

7/15/2008

Mój internecie

No już, już, będzie o muzyce, tak jak to być miało na tym blogu.

Od czasu do czasu odczuwam potrzebę zagłębienia się w odmęty netlabeli, nie tylko nadgonienia wydawnictw z tych sprawdzonych, ale też odkrycia nowych.

Jeśli chodzi o tą pierwszą kategorię, to Homophoni (o którym kiedyś pisałem na nowejmuzyce) jest dla mnie zdecydowanie najlepszym netlabelem. W dodatku w tym roku przyspieszyli tempo (7 miesięcy - 6 wydawnictw) bez obniżania poziomu. Koncentracja na Amerykanach jest widoczna, ale przedstawicieli innych nacji też się trochę znajdzie. Jest Xedh z kraju Basków, w bardzo ciekawym, brudnym utworze Armiarma. W ogóle Xedh (Miguel A. García) grał w tym roku w Gdańsku, zapewne było z pięć osób, ale dobrze, że ktoś (Audiotong) w ogóle wpadł na pomysł, żeby go sprowadzić. Bo sądzę, że o tym panu jeszcze kiedyś usłyszycie. Z Homophoni wypada też polecić argentyńsko-amerykański duet Gabriel Paiuk/Jason Kahn, czyli fortepian preparowany i syntezator analagowy. Jeśli macie miejsce na dysku, to zróbcie sobie przyjemność i ściągnijcie to (stąd) we flacu.

Kiedyś moim ulubionym netlabelem było Con-v, ale po Con-vpilation (edit: przypomniałem sobie, że omawiałem ją tutaj) trochę się pogorszyło. O tej wytwórni też pisałem, jeśli ktoś się styka z nią po raz pierwszy to powinien sięgnąć głębiej, bo znajdzie tam prawdziwe skarby (Pablo Reche, Sehnaoui/Sehnaoui/Rodrigues, Russell+Sakada, Cheapmachines).
A z nowszych rzeczy to Michael Trommer.

Kolejny label, o którym pisałem i kolejny, który miał według mnie nieco słabszy okres. A po świetnym początku - składance (Dave Phillips, Violet, Jasenka, Matsutake), potem zbiorowi występów Drumma, Rylan i Joe Colley'a, to dało się silnie odczuć (cenne było to, że wychodzili poza zbiór typowych artystów netlabelowych [nieraz bardzo - Alva Noto sieciowo!?], ciągle to robią, ale w katalogu można spotkać też wszędzie obecne nazwiska). Dwie składanki hołdujące: Xenakisowi (wstyd, ale nie słuchałem) i Tarkowskiemu (dopiero ściągam). A, Tunguska 833-45 (czyli Kevina M. Krebsa) dobre, gęste, zaszumione, może niektóre pomysły na rytmy (ich prostota, wykładanie kawy na ławę) budzą moje wątpliwości.

Niezupełnie odkrycie, bo wiedziałem o istnieniu Crónicastera, ale pierwszą rzeczą jaką ściągnąłem jest live Pure'a z tegorocznego Club Transmediale. Musiałbym dobrze poszperać w pamięci, żeby być pewnym, ale może jest to pierwszy przypadek, gdy słucham oficjalnie wydanego nagrania z koncertu, na którym byłem obecny. Przypominam sobie, jak leżałem na pufie i zapadałem się w nawarstwiające się dźwięki, które choć nieostre nie ześlizgiwały się po prostu po uszach, a jakoś w nie wkleszczały (bezboleśnie). Pamiętam jak przyjemnie mi było gdy znalazłem się w strefie między świadomym odbiorem rzeczy(wistości) a snem.

Na dawnym, linkowanym wyżej blogu wpisy dotyczące netlabeli tytułowane były "Nie wszystko co w sieci, to śmieci" i tutaj w przyszłości będę używał tej metki.