Wczoraj w końcu usłyszałem po raz pierwszy "Neither" - operę Mortona Feldmana z librettem Samuela Becketta. Tekst w oryginale można znaleźć tu (wraz z historią współpracy przy i pracy nad utworem). A tekst się przyda, bo słuchając kompozycji, nie da się wychwycić treści. Lepiej, że libretto zostało przełożone na polski, przez (zgadliście) Antoniego Liberę i umieszczone w jednym z beckettowskich numerów Literatury na Świecie (konkretnie 4/1981 (120)). Jedyny szkopuł w tym, że podane zostało bez słowa komentarza, co do genezy, przeznaczenia tekstu i zaprezentowane w sposób, w jaki w LnŚ umieszczano wiersze, jakby było samodzielnym utworem. ++1981,+str.+187-.jpg)
No i właśnie, żeby zbliżyć tekst do muzyki - wiem o trzech dostępnych nagraniach "Neither". Ja słuchałem niewydanego oficjalnie, w obsadzie: Kwamé Ryan - dyrygent, Eirian Davies - sopran, SWR Sinfonieorchester Baden-Baden und Freiburg. Pod tą samą batutą mamy też album wypuszczony przez Col Legno. Kwamé Ryan woli dłużej, wykonania kierowane przez niego mają odpowiednio 54:42 i 57:35. Natomiast Zoltán Peskó, to taki szybki Bill - na płycie wydanej przez hat[now]ART uwija się w 50:26.
Ktoś słyszał te wydawnictwa? albo zna jeszcze inne wykonania? chce porównać? albo coś o utworze powiedzieć?
4/02/2010
Czytamy słuchając: Samuel Beckett / Morton Feldman
9/18/2008
Literatura na wakacjach: Nerval
Już dłużej nie mogę się wstrzymywać z pisaniem o Gérardzie de Nerval, bo pani w bibliotece w geście łaski pozwoliła mi zatrzymać Córki ognia do jutra, a i tak wcześniej przekroczyłem termin o dwa tygodnie (biada, biada - i to nie pierwszy raz!).
O Nervalu coś tam słyszałem, gdzieś się obił o uszy, ale pierwszym krokiem w świat jego twórczości była Literatura na Świecie (3-4/2008). Standardowy googling ujawnił opis tego numeru i przy okazji wielką dla mnie rewelację - stronę internetową LnŚ, na której spędziłem ostatnią godzinę, przeglądając spisy treści z dawniejszych lat.
Czasopismo (dziwnie to brzmi w określeniu tego "periodyku" wydawanego w formie książki) to w zasadzie nie jeden krok, a cała wędrówka po pisarstwie Francuza.
To skojarzenie nasuwa się samo, zwłaszcza że lekturę zacząłem od toczących się w rytmie spacerowym Nocy październikowych. I z miejsca byłem zachwycony, potem szkice (czy też - notatki) Przechadzki i wspomnienia. Chciałbym napisać, że to cudne teksty, ale to słowo jest przecież brzydkie, jednak pozostaje faktem, że panuje w nich atmosfera niemal magiczna, jest coś ujmującego, z lekka otumaniającego. Romantyzm w odpowiedniej dawce (najsilniej w Bohemy zamkach z piasku), nieco wytłumiony, doprawiony humorem, czasem oddzielanie się narratora od bohatera i opowieści. Widać wyraźnie tęsknotę do natury, wiejskości (często dlatego bo budzi wspomnienia, a te oznaczają szczęśliwy, magiczny, czas dzieciństwa), ale też (w Nocach zwłaszcza, również w Przemytnikach) fascynację miastem, brawurowe odczytywanie jego kodów i sprawne poruszanie się po nim.
Jedyna dłuższa forma to Przemytnicy, powieść w odcinkach drukowana w dzienniku Le National, wspaniały tekst, w którym Nerval przedstawia perypetie towarzyszące jego poszukiwaniom książki, która ma posłużyć mu jako podstawa do pisania. Jest zmuszony opierać swoją opowieść na niej z powodu nowego prawa. Poprawka Rianceya zabrania pisarzom pisania powieści, każe im trzymać się ściśle prawdy. [...] Autor Przemytników nie tylko wskazuje, jakim nadużyciem jest rozporządzenie, które brutalnie uderza w pisarzy, ale i zastanawia się, co literatura na tej poprawce może zyskać lub stracić, a w szczególności, czy da się w tekście odróżnić prawdę od fałszu, historię od fikcji. [...] Zaginięcie dokumentu może spowodować, że wszystko, co na jego podstawie napisano, zostanie uznane za fikcję powieściową.
Ta poprawka oczywiście nie była wynikiem nacisków teoretyków literatury forsujących swoją ideę, ale narzędziem politycznym, o czym też wspomina Michel Brix w tekście Nerval a myśl polityczna (który w LnŚ i z którego cytat powyżej).
Powieść jest chwilami tak komiczna, że śmiałem się na głos, autor ukazuje siebie z ironią, jako maluczkiego przerażonego olbrzymią grzywną, jaką jego pisanie może ściągnąć na wydawcę dziennika, który w dodatku niezbyt wie, czy już przekroczył granicę powieściową i który co rusz uzasadnia, dlaczego to co pisze jest jeszcze prawdą. A dochodzą do tego niemal nadprzyrodzone przypadki pogoni za książką, podczas której Nerval trafia na opowieści poboczne i poprzedzające to, czego szuka.
Jak zacząłem czytać, to nie mogłem się oderwać, chciałem napisać, że dawno czegoś takiego nie miałem, ale przypomniałem sobie, że podobnie było z Balzaca Blaskami i nędzami życia kurtyzany, a zaraz po nich z Zaczarowną ręką Nervala. Tutaj mamy również chwilami komiczną opowieść, choć inaczej niż w Przemytnikach. Z nimi łączy ten tekst posiłkowanie się, a w zasadzie przepisywanie się przez, inny tekst (podobnie w Zwierzeniach Mikołaja Restifa).
Ten utwór należy do zbioru Bajki i facjecje i został dorzucony do polskiego wydania Córek ognia (Oficyna Literacka, 1993), który to z kolei zestaw opowiadań jest tutaj niepełny.
No ale mamy to, co powszechnie jest uważane za najgenialniejsze dokonania Nervala: Aurelię, Sylwię (którą zachwycał się Proust) i Pandorę, z lat 1853-55, czyli okresu, kiedy problemy psychiczne ostatecznie wzięły górę (pierwszy kryzys miał miejsce w 1841), Nerval popełnił samobójstwo na początku 1855, dokończenie Aurelii ukazało się już po jego śmierci. Krótka Pandora natomiast aż do 1968 roku uchodziła za tekst niedokończony.
Te informacje czerpię ze Słownika Nervalowskiego Brixa i Claude'a Pichoisa (też w LnŚ), który również ciekawie przedstawia genezę Aurelii. Gdy zajrzymy jednak do źródeł z epoki, zauważymy, że idea leczenia choroby umysłowej przez zapisywanie rozpowszechniona była w środowisku lekarskim.
Pisanie jako terapia to pomysł mocno do mnie przemawiający, jak stwierdzają autorzy Nerval tylko pozornie stosuje się do taktyki "zapisania" szaleństwa. Tak naprawdę nie przepracowuje on w tekście choroby, a raczej wyrywa się dyskursowi lekarskiemu, racjonalnemu, nie daje się uchwycić w rubryki, pokazuje że jest poza tym.
Jest tyle rzeczy, o których można pisać w odniesieniu do Nervala, np. problem biograficzności, stygmatyzacja (kiedy artysta przestaje być "geniuszem" a staje się "wariatem"), wplatanie porządku snu (ustawianie go na równi, zacieranie granic z rzeczywistością, stąd fascynacja nim surrealistów). Nie chodzi mi tutaj o rozpisywanie się i wymądrzaniem, mam po prostu nadzieję, że ktoś zachęcony sięgnie po książki Nervala. Jest ono pełne niepozornych scen, skromnych sytuacji, spostrzeżeń, które naturalna magiczność czyni wyjątkowymi. Np. taki drobiazg: Wszedłem do pracowni, gdzie robotnicy modelowali w glinie ogromne zwierzę podobne do lamy, ale widać było, że brak mu jeszcze skrzydeł. Potwór zdawał się przeszyty snopem ognia, z wolna go ożywiającego, tak że widać było tysiące purpurowych nitek tworzących żyły i arterie, i zapładniających, żeby tak rzec, bezwładną materię, która zaczęła nagle porastać we włókna, chrząstki i wełnę. (Aurelia, przekład Joanny Guze)
Jeszcze coś, co mnie zainteresowało: Nerval stosuje wtrącenia, pozwala słowom z innych porządków wejść do jego tekstu, a gdy to robi, używa rozstrzelonej czcionki. Zaznacza przez to ich odmienność, oddziela je, wyszczególnia, jakby chciał zaznaczyć, że sam nie jest do końca przekonany, o tym czy powinny one na pewno się tu znajdować, zostać wpuszczone.
Można naszkicować ciekawe continuum, bo podobnie robił Chateaubriand, a (grubo) potem Houellebecq. Ten ostatni nieco inaczej, ale też naznaczał w ten sposób słowa, zwroty, którym przyzwolił na obecność w swojej prozie, ale które odczuwał jako obce (to chyba mi się najbardziej podobało w "Platformie").
9/17/2008
Literatura na wakacjach: H. M. Enzensberger
Wśród wakacyjnych lektur znalazło się dwóch pisarzy, na których moją uwagę zwróciło czasopismo Literatura na Świecie: Gérard de Nerval (o którym następnym razem) i Hans Magnus Enzensberger.
W numerze 11-12/2007 znalazł się talk-show w formie dramatu "Precz z Goethem", dwie rozmowy oraz osiem wierszy (z tomów "Kiosk", "Leichter als Luft" i "Die Geschichte der Wolken").
Idealnie byłoby zacząć od przekrojowych, dwujęzycznych Utworów wybranych,
ale pod ręką (w bibliotece) był tylko Proces historyczny.
Książka ukazała się w 1982 nakładem Wydawnictwa Literackiego, "wyboru dokonał" i "posłowiem opatrzył" Grzegorz Prokop. W zbiorze znajdziemy wiersze z kilku tomów (m.in. z debiutanckiego verteidigung der wölfe - 1957 aż do połowy lat 70. - Mausoleum). Podstawowa bolączka, w zasadzie spory mankament, to brak wyjaśnienia, które utwory, z jakiej książki pochodzą.
Nie uniemożliwia to czytania, ale dobrze byłoby móc się zorientować, który wiersz kiedy się pojawił.
To nie będą jakieś syntezy co do całości dorobku, umiejscowienia w tradycji, dogłębne analizy, ani kreślenie kontekstu. Na to bym się nie porywał, jedynie kilka myśli i spostrzeżeń (+ kilka cytatów), w obrębie niewielkiego materiału z książki, jaką czytałem.
Trzy-czwarte jej objętości zajmują wiersze ze wspominanego Mausoleum o podtytule "37 ballad z historii/dziejów postępu". Cykl Enzensberger opisuje w ten sposób:
Zasadnicza idea była taka, że poezja może nie tylko przedstawiać emocję, lecz także opowiadać - że ma zdolność narracyjną, która dziś się w znacznej mierze zagubiła. Nie rozumiem tego. W wierszu można opowiedzieć skomplikowaną historię, wszak dawniejsi poeci tak postępowali.
Drobne czepialstwo z mojej strony: w tytułach autor podał inicjały i lata narodzin i śmierci danej postaci (zastosował, jak mówi, "taki trick"), natomiast redakcja (? tłumacz?) w polskim wydaniu uznała za stosowne rozwinąć inicjały i to od razu w tytule. Znów, to zapewne nie zbrodnia przeciw ludzkości, ale w sumie po co? W obawie, że ktoś może mieć problem z domyśleniem się i się sfrustruje, na tyle że przerwie lekturę?
No dobrze, może w końcu coś o wierszach. Otóż historia postępu okazuje się kroniką zboczeń, ułomności psychicznych, skrzywień charakteru, budzących grozę dziwactw i postępków niekoniecznie chwalebnych. Nawet jeśli niektóre portrety starają się być neutralne, to i tak ich bohaterowie na skali "normalności" są co najmniej kilka stopni poniżej punktu zerowego.
Wydaje się, że autor celowo używa takiego dużego hasła na nazwę cyklu i przez to zderzenie z rzeczywistością jest jeszcze bardziej bolesne. Zaczynamy się zastanawiać, że kurcze, to jest niby ten cały postęp, tak to było, to czy to naprawdę takie fajne. Enzensberger kwestionuje trochę ideę postępu, choć niewątpliwie fascynuje go nauka (ciekawe, jak by ujął Talbota?) i docenia ludzi jej oddanych. A może prezentuje cenę, jaką trzeba zapłacić za geniusz, za odkrycie, żebyśmy, my - stojący z boku, wcześniej nieświadomi, lepiej pojęli, ile to wymaga, jakie to trudne.
Podoba mi się też zabieg wprowadzania zapisów, opinii skądinąd, który czyni wiersze nieco oschłymi, jednocześnie nadaje ton sprawozdawczy, obiektywizuje, co faktycznie działa na korzyść wspominanej "zdolności narracyjnej" i pomaga utworom uwolnić się od "przedstawiania emocji".
Jednak dużo więcej czasu poświęciłem lekturze pierwszych 25-ciu stron książki, gdzie znajdują się lakoniczne, często (choć nie wszystkie) drobne, wiersze. Ich niewielkie gabaryty rzucają się jeszcze bardziej w oczy, bo kontrastują z rozłożystymi wersami ballad.
Niektóre sprawiają wrażenie niedokończenia, ale nie w negatywnym sensie, raczej niedopełnienia wynikającego ze staranności by nie przesadzić, nie przeciążyć.
Ale czasem jest jakby wszczepiono im jakąś cząstkę, ciało obce, słowa czy zwroty pojawiają się znikąd, nie tyle jak Freudowskie przejęzyczenia, raczej jak mechaniczne błędy, przeskoki liter z innych światów.
Atmosferę tych wierszy można by jakoś przyrównać do tych z utworów Świetlickiego, ale przy bardzo ważnym zastrzeżeniu - u Enzensbergera podmiot liryczny się ukrywa, nie ma żadnego bohatera, mało w ogóle jakiś osób wyraźnych, czy to nadawców, czy odbiorców.
Być może zainteresowania tłumacza odgrywają tu też pewną rolę, mamy tu w końcu wybór i wgląd tylko w małą część dorobku, ale bardzo podoba mi się znaczna obecność morskości. Jak na przykład w pięknej "obecności", w której słowa powracają, są przeplatane, pojawiają się w różnych zestawieniach, przez co powstaje wrażenie jakiejś mantryczności.
Ta morskość jest raczej z tej części spektrum kondycji, jak ta w Opowieściach portowych, ale bez bohaterstwa. Tu pewne rzeczy się dzieją, a ujęcie ich w wierszu wydobywa ciężar egzystencjalny, unaocznia ich przełożenie z takiej skrajnej sytuacji człowiek vs. natura, na codzienne, "zwykłe", przypadki.
Utwory takie jak "Hurtigrute" czy "Proces historyczny" są bardzo północne (w latach 1957-59 poeta przebywał w Strandzie w Norwegii). Panuje w nich gęsta atmosfera, jest trochę oślizgłości (w innych wierszach pojawia się ślimak, śledź, flądra), klimat zdegustowania, ale bezsilnego, niechęci. Ciekawe, że nie jest to świat mroczny, nie brakuje w nim światła (mogłoby to być jedynie odbicie od czegoś mokrego), ale ono nie pomaga, nie rozjaśnia. Światło nie jest równoznaczne z nadzieją, nie można po nim oczekiwać ratunku, a to przygnębia jeszcze bardziej.
Najbliższe aforystyczności (a nawet haiku) jest dziesięć strofek "Królestwa cienia". Pozorne mądrości, ale życiowo nieprzydatne, zahaczające o salonowe bon-moty, ale na obecność tam zbyt posępne. Ciekawe, że wiersz można widzieć jako pierścień, bo tutaj pierwsza i ostatnia część się zazębiają.
"Utopia" i "Middle class blues" mogą razić obecnie jako zbyt łatwe, prostackie w krytykowaniu "mieszczuchów" i "władzy", no ale tak, ktoś kiedyś musiał to/tak napisać.
Włączanie, korzystanie z treści naukowych widać w "Hommage á Gödel" (nie mam kompetencji, żeby się o tym rozpisywać, ale też Stockhausen mniej więcej w tym okresie chętnie wplatał naukę w swoje dzieła).
W tej ekonomii słowa, urywkowości, rafinowaniu wersów zdarzają się Enzensbergerowi mistrzowskie strzały: "odrzuć książkę / i czytaj" ("bibliografia"), "kaznodziejom, / którzy wabią do rzeźni, rzucają / piaskiem w pyski" (jak smakowicie w naszym języku: k-k-w-d-rz-rz-p-w-p, ze "zwycięstwa wiśni"). No i jeszcze coś zupełnie prostego, a jak silnego: "dom milczy" (w "odległym domu").
Jeszcze a propos pobytu w Norwegii, niemiecka wiki informuje, że pracował tam jako freier Schriftsteller, co może ma jakieś specjalne znaczenie w tym języku, ale skalkowane na polski oznacza "wolnego pisarza". Przypomniał mi się fragment z rozmowy: Także osobliwa figura pisarza jako tak zwanego wolnego twórcy jest w końcu produktem epoki mieszczańskiej. Przedtem trzeba było pracować przy dworze albo dla Kościoła. Od tej figury nie mogę się uwolnić.
Tutaj siedem wierszy po polsku i notka biograficzna (wersja skrócona z LnŚ).
[wypowiedzi Enzensbergera z: "Spacer w czasie" z HME rozmawia Alexander Kluge, Literatura na Świecie 11-12/2007]
