Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seymour wright. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seymour wright. Pokaż wszystkie posty

6/16/2009

Ogłoszeniowy post zbiorczy, znów

Po pierwsze: zapraszam na Retrograde in the dromosphere do Galerii ON, od 19-ego (piątek) do 21-ego, szczegółowa rozpiska w kalendarium (które jak widać na razie zostaje, jakie było) powyżej. Będzie to wystawa instalacji dźwiękowych Jeffa Gburka okraszona kilkoma wydarzeniami muzycznymi. Zagrają: Siamgda, X-Navi.et (czyli Rafał Iwański z Hati), Holowizor, Urinatorium, Radioda (po raz pierwszy ze sprzętem po circuit bendingu), Herr Rubin, no i ja też. Zostanie wykonany "The Unanswered Question" Charlesa Ivesa w aranżacji na elektronikę i kwartet smyczkowy oraz "About 'La Societé du Spectacle' Guy Debord - 1967" Lucio Capece (tu partytura w pdfie). I w ogóle będzie fajnie, ha ha.

A przedtem inna rzecz koncertowa, nadawana przez radio: Andrew Liles/Bernhard Loibner, 18-ego czerwca.

Jutro w Audiosferze tematem jest remiks, będzie coś z Microstorii, DJ Vadima, Shackletona, Astral Social Club, a także jakieś glitch-hopy i 8bitstepy.

Tak, to oznacza m.in. Quartę 330, który przewija się też w tym artykule. Warto przeczytać, choć z początku myślałem, że to będzie w innym kierunku szło, ale brawa za to podejście techniczne, które pokazuje wnikliwie z czego, jeśli chodzi o zabiegi, ekhem, kompozytorskie, składa się wonky.

Z innej beczki: jeden z najciekawszych improwizujących saksofonistów, Seymour Wright zaczął grać w trio z Paulem Abbottem i Benem Drew. W ogóle podejście do projektu jest intrygujące, strona internetowa jako nowy format (zamiast płyty? czy może w końcu - oprócz? tylko przed?) wydawniczy. Chyba ideą jest też publikowanie wszystkiego, co się nagrało. Efekty nie zawsze są ciekawe, co po części też wynika z niewybitnej jakości nagrania, ale może ma to inną wartość, jako całość, można być świadkiem ewolucji brzmienia itd. Tak czy inaczej, z tego co słuchałem najciekawsza jest ta sesja.

No i rozpocząłem teksty trzecie, chciałem pisać jakieś manifestacyjne wprowadzenie, ale nie jestem dobry w te klocki. Mam nadzieję, że komuś się przyda (i jak zawsze czekam na opinie).

4/14/2009

Śpieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą

Ilość wydawnictw, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce, waha się na granicy porządnego przyswojenia i przesłuchania. Póki jeszcze jakoś daję radę, postanowiłem zrobić wpis zbiorczy, gdzie chociaż pokrótce o tych różnych albumach.

Emiter był taki miły, że dał mi trzy swoje ostatnie wydawnictwa.

Emiter / Franczak - vs. poezja konkretna

P4034783

W warstwie wizualnej motywem przewodnim jest wiersz bez tytułu z 1970 Gerharda Rühma, do znalezienia w nieocenionym numerze Literatury na Świecie - 11-12/2006. Także tam, pojawiające się w innym momencie, fragmenty z Jiří'ego Kolářa. Pierwsze kilkanaście minut zdominowane jest przez litery (np. na kartkach, foliogramach), potem jest ich mniej, choć też są obecne. Mamy sekwencję ujęć blokowisk i balkonów, gdzie pojawia się tajemnicza postać człowieka-jelenia, któremu następnie towarzyszymy w lesie. Jest trochę zniekształceń, pikselizacji, przenikania warstw.
Dźwiękowo jest nieco zaskakująco, zaczyna się od szumów itd, ale potem wchodzi loop gitarowo-wokalny, całkiem okej, ale zbyt długo jest eksploatowany i zaczyna mnie męczyć (głównie przez to, że głos jest wysoki). Razem z pojawieniem się blokowisk wchodzi bit, który kojarzy się z Buniowymi Historie + R, klimat jest taki trochę nieuczesanego "nu-jazzu". On też jest długo obecny, nie jest sam w sobie specjalnie ciekawy, ale wokół niego dzieją się inne rzeczy. Np. odzywa się Kurt Schwitters, którego Ursonate jest przetwarzane.
Tak więc - warto sprawdzić, a ja mam nadzieję, że będę miał szansę zobaczyć duet na żywo, bo podobno podczas CoCArtu było dobrze.

Oprócz tego dostałem album Pocztówki dźwiękowe z Dolnego Miasta, który chyba nie jest sprzedawany? a który jest wynikiem warsztatów z dziećmi w CSW Łaźnia. 27 fragmentów nieprzetwarzanych nagrań terenowych.

Linie Północne to projekt Dymitera z pisarzem Marcinem Odiją, który tutaj ujawnia się jako wokalista. Choć lubię tematykę morską itd, to mam momentami problem ze sposobem, w jaki Odija podaje tekst, ma manierę zaciągania, nie wiem, coś jak Maleńczuk bez ikry. Muzycznie pierwszy utwór w okolicach Fennesz/Sakamoto, potem gitara, raczej stonowana, w ogóle trochę mi się ten album kojarzy ze współpracą Machinefabriek i Jana Kleefstry.

Serpent podaje, że Linie i dvd wydał Sojuz, co oznaczałoby powrót do życia własnej inicjatywy Dymitera (a ciekawe, czemu wewnątrz okładki tego pierwszego pojawia się logo Monotype?).

Kolejne trzy po koncercie The Ames Room w Dragonie.

Clayton Thomas - Bad Self

P4034802

Świeżynka - ponad godzina solowego Claytona (trzy utwory z 2008, jeden z 2007 i jeden z 2004), tutaj pisał o tym Andrzej Nowak. Może mówienie o "ambiencie" nie jest najlepszym określeniem, ale wiem, o co chodzi, bo muzyka jest raczej przyczajona i ukryta. Ale jeśli podchodzi się do niej z odpowiednim nastawieniem, skupieniem, to np. taka zamykająca krążek 32-minutówka, może nas zabrać w bardzo ciekawe rejony. Wydane pod szyldem Gutstring, czyli prawdopodobnie projektowała Clare Cooper. Pewnie nie będzie dostępna powszechnie, ale można zapytać Thomasa przez myspace'a, a jeśli ktoś się brzydzi, a chciałby kupić, to myślę, że mogę pomóc w skontaktowaniu.

Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite

P4034807

Och, piękna płyta, jedna z lepszych, jakie słyszałem w tym roku. Dwie długie, oszczędne improwizacje na saksofon, altówkę, wiolonczelę i perkusję nagrane na lizbońskiej ulicy (wyobrażam sobie, że w nocy, po deszczu). Porządna recenzja później, a tymczasem podziwiajcie okładkę (te zdjęcia jak z kamery monitorującej).

P4034808

Will Guthrie - Spear

P4034795

Kolejna własnym sumptem: ta 3" wydana w 2005 w Antboy'u zawiera nieco ponad osiem minut dźwięków - ale co to za dźwięki. Jak może niektórzy wiedzą, Guthrie działa (upraszczając) dwutorowo: bywa "bębniarzem", ale jest też konstruktorem, który składa swoje utwory z elementów różnego pochodzenia. Tutaj mamy to drugie wcielenie, a oprócz brzmień wydobytych z perkusji, na tą rzeźbę złożyły się dźwięki konkretne, radiowe, elektroniczne i potem wszystko było ustawiane, edytowane. Ostrzej niż podczas występu na Generze, ostrzej niż na solówkach Body and Limbs Still Look to Light i Building Blocks. Najbliżej może Cinabri - duetu z Ferranem Fagesem, z którego, jak przyznał zagadnięty przeze mnie o to, Guthrie jest bardzo dumny.

Herman Müntzig, Martin Küchen, Andreas Axelsson - Sound of Mucus

P4034798

Wspominałem już o kupnie tej płytki, zdecydowałem się głównie ze względu na Küchena, byłem ciekaw, jak wypadnie jego spotkanie z Müntzigiem. Dziwnie, tego pierwszego słyszę tu najwięcej, tego drugiego bardzo mało. Küchen jest dobry, jak zwykle, ale nie robi nic takiego, czego jeszcze bym nie słyszał. Denerwuje mnie trochę śmieciowa perkusyjność pod koniec, a improwizacji jako całości brakuje spójności (ech - może takie było zamierzenie). Okładka bazuje oczywiście na plakacie do filmu Sound of Music.

Sebastian Lexer, Seymour Wright - Blasen

P4034804

Sebastian Lexer, Seymour Wright blasen


Another Timbre wydało właśnie trzy płyty, które zapowiadają się bardzo ciekawie. Tu jeszcze jedna ze starego rzutu. Dwie długie improwizacje: Wright na saksofonie altowym, Lexer na fortepianie, z dodatkiem "+" co oznacza program napisany w Max/MSP do przetwarzania dźwięków. W pierwszej zajmuje się sygnałem ze swojego instrumentu, co ciekawe, choć czasem wyraźnie słychać operację przetwarzania, to nie razi to wcale. W drugiej to wkład Wrighta jest poddany obróbce, choć szczerze mówiąc, mam problemy z usłyszeniem tego. Ciągle mam wrażenie, że za mało jeszcze słuchałem tego albumu, że coś mi umyka, bo duet pozostaje raczej na niewysokim poziomie głośności i dba o najmniejsze detale.

Jak często w przypadku tej wytwórni, zawartość krążka jest przynajmniej dobra, ale jego opakowanie - mniej niż satysfakcjonujące. Mnie razi już strona internetowa labelu, z tymi ramkami i niedbale zrobionymi miniaturami okładek, gdzie napisy zamieniają się w robaczki. Okładkom płyt niby nie można nic zarzucić, ale zwykle są po prostu średnie, bezpieczne, bez pomysłu. Nie wiem, może się czepiam...

Phil Durrant, Lee Patterson, Paul Vogel - Buoy

P4034812

...ale gdy trzymam w rękach takie opakowanie, to widzę, jak można rzeczy robić naprawdę dobrze. Ta płyta też zasługuje na porządną recenzję, która kiedyś oczywiście. Mocna rzecz, choć bardzo powściągliwa i stonowana.
P4034811
P4034809
Cathnor w opakowaniach trzyma się formatu dvd (choć nieco pomniejszonego), ale Buoy przynosi istotną zmianę, która wynika ze względów ekonomicznych. Od teraz nie ma już standardowych plastikowych trzymaków na płytę - dzięki temu opakowanie jest cieńsze i lżejsze. Cd wsadzone jest w zwykłą papierową kopertę z okienkiem, co odrobinę psuje całościowe wrażenie. Moim zdaniem idealnym wyjściem byłoby piankowe kółko, na które można nałożyć płytę.

P4034810


v4w.enko
- Harmonic Ratio


P4034788

Takich używa np. Kvitnu, z którego dostałem ten album. Okładkę zaprojektowała Zavoloka - fajnie (jak często w tej wytwórni urozmaicające pomysły z tłoczeniem w okładce), ale czy nie za bardzo przypomina Test Pattern Ikedy?
A zawartość? Zaczyna się trochę w stylu Mego (Fässler/Roisz, Gert-Jan Prins), dynamicznie, nieco brudno, nie jest źle, potem wpadamy w dziurę o nazwie "electronica" - przyjemnych brzmień, płynnych tonów, to są tracki 12-16, które razem zabierają ponad 25 minut czyli nieco mniej niż 1/3 albumu, pod koniec wędrujemy w okolice Raster-Noton. Okej, na pewno takie dźwięki mają swoich amatorów, ale dla mnie nie jest to pozycja zbyt ciekawa.

4/04/2009

Instal09 - dzień trzeci: The Arches, 22.03.2009

W niedzielę jeszcze pewne echa głosu: Century Feral Choir Mintona, czyli grupa stu osób, które wcześniej (przed trzema dniami praktyki) nie improwizowały wokalnie. Z pewnością dla uczestników było to przynajmniej interesujące przeżycie, może wyzwalające, ośmielające, ale dla mnie, słuchacza, nie był to zbyt satysfakcjonujący występ. Jakiekolwiek silniejsze emocje poczułem tylko przez chwilę, gdy wszyscy wydawali z siebie ptasie dźwięki - można było odnieść wrażenie, że faktycznie otoczyła nas chmara bohaterów filmu Hitchocka.
Pomysłodawca dyrygował, częściej gestami, czasem podając jakieś dźwięki/zachowania. Zwykle cała setka postępowała według tego samego wzorca, ale też zdarzały się podziały na lewo/prawo i mniejsze części, a kilka osób miało swoje własne gesty, które wykonywały osobno, ale nie solowo - bo w tym czasie pozostali robili swoje.
Był moment gromadne, gromkiego śmiechu, a także markowej rozmowy na zasadzie Minton zażartował - zażartowali chórzyści. Początek i koniec opierały się na powolnym narastaniu pomruku, do którego, gdy już osiągnął sporą głośność, wskazani przez dyrygenta wplatali bełkot.

Byłem bardzo ciekaw występu Seymoura Wrighta, bo jego wydany w zeszłym roku własnym sumptem cd-r funkcjonował niczym szarada, która zmuszała do głowienia się: jak on to zrobił, więc zobaczenie go na żywo mogło pomóc w odpowiedzi.
Przede wszystkim, co uderzyło od początku, to skupienie, Wright zdecydował się grać bez nagłośnienia (w dużej sali), co wymagało koncentracji od słuchaczy. Ale muzyk sam dał dobry przykład, bo gdy usiadł na krześle, nad saksofonem i przyborami położonymi na ziemi, to zanim cokolwiek zrobił, przez chwilę się namyślał. W zasadzie cała jego improwizacja była takim stanem skupienia, podzielonym na sekcje, spokojne, rozważne ruchy, dźwięki pełne namysłu nad instrumentem. Można powiedzieć, że jego improwizacja nigdzie nie zmierzała, podobnie jak duetu Malfatti/Filip, była nieciągła, bo saksofonista nie miał zamiaru snuć wątków, prowadzić narracji, on raczej komentował, czynił przypisy do swojego instrumentu. Prezentował serię sytuacji, oddzielnych, nie powiązanych bezpośrednio ze sobą, ale każda z nich była bardzo nasycona, zdecydowana, stanowcza, nie tak jak u Austriaków, gdzie dźwięk trzeba czasem wyłuskiwać z poszumu sali. Wright jakby nie grał muzyki, ale odsłaniał kolejne gabloty, budował miniaturowe konstrukcje, które nie były w jasny sposób "użyteczne" (muzycznie satysfakcjonujące), ale miały na celu rozważania nad możliwościami saksofonu, jego eksplorację. Żeby nie wznosić się wciąż w niekonkretnych komentarzach: zaczął od włożenia wydającego szum radia tranzystorowego w kielich saksofonu, po czym wziął samą jego "fajkę" i wciągając powietrze przez ustnik przysysał pokrywkę, tworzył różne syki manipulując ją. Później włączył dwa wiatraczki i przystawił je w pobliże, wciąż leżącego, saksofonu, one trochę się od niego odbijały, ale też były na tyle lekkie, żeby poruszać się po scenie i znów zbliżać nieśmiało do niego. Potem Wright uruchomił jakieś wibrujące urządzenie (wibrator?) i położył na saksofon, to już wydawało całkiem donośny klekot, a na dokładkę dodana została jeszcze osłona na ustnik. Wziął w końcu instrument w ręce, ale najpierw po to, żeby przymykając i otwierając klapy grać sygnałem radia umieszczonego w środku - być może te niuanse były wychwytywalne tylko z bliska, niemniej bardzo intrygujące. Gdy domontowywał fajkę do korpusu saksofonu, miałem nadzieję, że na tym skończy występ, że w symboliczny sposób zbuduje swój instrument, jednocześnie w ogóle (w tradycyjnym rozumieniu) na nim nie grając. Myślałem też o tym, jako o wskrzeszeniu saksofonu, wyjęciu go z grobu, bo te urządzenia wcześniej krążące wokół i po nim, były niczym robaki wgryzające się w trupa.

Ten występ rozpoczął krótki (i mocno zróżnicowany) blok, który można by ochrzcić mianem "małej muzyki" - pożyczając określenie od Rolfa Juliusa. Niemiec zaprezentował swoje dźwięki jako kolejny. Było to coś zupełnie innego, ale zarazem zaskakująco podobnego w pewnych aspektach. Dla mnie pewnie przede wszystkim przez wyobrażenia z tego samego obszaru. Postrzegałem muzykę Juliusa jako hodowlę elektronicznych prototypów, kopii rzeczywistych owadów, które autor wkłada do terrarium z warunkami odpowiadającymi naturalnym i stara się je przystosować, by potem niezauważone, nie wyróżniając się, mogły egzystować na wolności. O ile Wright rozplanowywał obszary, o tyle muzyka Juliusa była ciągła, sugerowała dryf, krążenie, zataczanie niedokładnych okręgów (przez nieoczywiste, niezupełne loopy), ale u tego drugiego też była rozwaga, która tutaj, przez charakter materii, nabierała odcienia czułości, delikatnego dotyku.
Julius korzystał głównie z dźwięków elektronicznych, jedna subtelnie rytmiczna, szurająca drobinka utrzymywała się przez większość czasu, nie jestem pewien, ale chyba różne elementy były porozmieszczane w oddzielnych kanałach, bo takie dzwoneczkowate (ale ucyfrowione) brzmienia dobiegały z głośników przy odległej ścianie. Jednak możliwe, że tylko mi się zdawało, bo wiele rzeczy w tej muzyce wydawało się oddalonych, zamazanych. Obserwujemy strumień i dostrzegamy coś na dnie, wyostrzamy wzrok, przybliżamy się - ale to nic nie daje: nie widzimy tego "czegoś". Choć to na pewno tam jest, na pewno jest to coś wartego odkrycia. Ale ta świadomość, że to się nie uda, znakomicie robiła odbiorowi tej muzyki: dodawała szczyptę pożądania, poczucie niespełnienia i tajemnicy.
Oczywiście, można by się obejść bez systemowych dźwięków wybierania tracków na ipodzie, które Juliusowi wkręciły się w mikser, ale z drugiej strony, da się to obronić, że mechaniczne stworzenie dało o sobie znać.

Na małej scenie spotkali się Wright oraz Usurper (Robertson i Malcy Duff) i była to improwizacja tyleż dziwna, co ciekawa, tyleż nieudana, co budująca. Przede wszystkim miałem na uwadze, co robił dekonstruktor saksofonu i z tą optyką: występ był zajmujący. Choć różnica była, zresztą on nie starał się jej ukrywać, pozostała dwójka siedziała na ziemi pośród rozrzuconych przedmiotów, on za nimi na krześle, oni z mikrofonami - on bez (choć chyba ten Robertsona trochę go łapał, bo niemożliwe, że przesuwanie kawałka metalu po spodniach było tak dobrze słyszalne). Z początku każdy swoje, można mieć obawy, że zasadą będzie "anything goes", ale potem wydaje się, że jest trochę więcej słuchania między grającymi. Wright poślinionym palcem wyciera dźwięki z wnętrza saksofonu, potem dmucha w fajkę i rusza przy jej drugim końcu stroikiem powodując krótkie terkoty. Robertson i Duff na swój sposób to od niego przejmują: pierwszy kładzie stroik na brzegu swojego magicznego pudełka, w którym najpewniej ma umieszczony mikrofon kontaktowy, i zaczyna w niego rytmicznie pstrykać. Druga połówka Usurpera w tym czasie podobne rzeczy robi z jakimiś patykami. Ciekawy był fakt tego przejścia, może nieświadomego, na pewno drogą dźwięku, bo oni nie widzieli, co Wright robił. Gdy są w ciekawym momencie, pozornie nieskładnym, ale jakoś działającym, Duff zaczyna....tak, dawno tego nie słyszeliśmy, wydawać dźwięki buzią. To samo w sobie nie byłoby złe, ale czemu większości osób improwizacja za pomocą wokalu myli się z opowiadaniem dowcipów? Duff robi niezbędne miny, publiczność podchwytuje motyw. Żeby nie było wątpliwości, bierze też w ręce pocztówkę z pozytywką i zaczynam nią "grać", uderzać w nią, machać.
Nie żeby Wright zadzierał nosa, ale jakieś takie poczucie, że siedzi pilnując bawiących się dzieciaków, żeby nic złego sobie nie zrobiły.

Trudno określić mi swoje odczucia względem występu (i tu akurat to odpowiednie słowo) Taku Unamiego i Seana Meehana. Japończyk używał tego podobnego zestawu, co podczas piątkowego kwartetu, ale teraz laptop oddziaływuje tylko na głośniki. Poprzednim razem uruchamiał również silniczki, które stukały w metalowe płytki, a tym razem na głośnikach położone są miski wypełnione ryżem (chciałoby się powiedzieć, że to "takie japońskie", ale ryż był nieugotowany - dla lepszego efektu dźwiękowego), przez membrany idą niskie częstotliwości, które poruszają nimi. Oprócz tego złożonego systemu, Unami posługuje się też czymś zaskakująco prostym - klaśnięciem. Meehan znów jako podstawy swojej gry używa werbla, ale tym razem zamienia rezonujące, metaliczne tony wytwarzane przez kombinację talerza położonego na membranie i pionowo postawionego w środku pręta (które korelowały w kwartecie z sinusoidami Filipa), na krótkich dźwięków, zwykle będących rezultatem przesunięć widelcem po powierzchni.
Taku Unami's gear
Znów, jak w solowych koncertach tego dnia, była to muzyka pełna skupienia, przykuwająca uwagę, przyciągająca (choć nie wszystkich, bo trochę osób wyszło). W przeciwieństwie do Malfattiego i Filipa, w których improwizacji wszystko, cały czas, było muzyką, wszystkie dźwięki były jednakowo ważne, znaczące, tutaj nie miałem wątpliwości, że chodzi właśnie o te czynności, które wykonują muzycy, że one są wyrwami w pustce, że należy słuchać uważnie.
Ale właśnie - czynności, przede wszystkim to klaśnięciem, o którym zacząłem myśleć, że jest najbardziej nonsensownym dźwiękiem, zwłaszcza pojedyncze, takie słabe, bez przekonania, było jasne, że Unami nie oklaskuje nas ze sceny, że zamienić role. Te jego klaśnięcia nie wynikały z niczego, do niczego się nie odnosiły, muzycznie były bezwartościowe, mogły znaczyć tylko jako wydarzenia, znaczniki, ale rozstawione przypadkowo. Frapujący, ale zupełnie inaczej, był gest Meehana, który z całej sterty stempli wziął jeden (dlaczego akurat ten? co było na nim napisane) i kilka razy przyłożył go przy brzegu membrany. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk, a jednak dla mnie była to kulminacja koncertu.
Za Unamim od jakiegoś czasu ciągnie się opinia trickstera, artysty, który lubi konfundować, jednak to byłoby naciągane, gdybym stwierdził, że ten występ był jakoś szczególnie zaskakujący, czy łamiący konwencje, że taka postawa muzyków, którzy nie wykazują się "umiejętnościami" wprawia mnie w osłupienie, wzbudza mój sprzeciw. W końcu to miało miejsce na festiwalu muzyki eksperymentalnej, poszukującej, a nie w filharmonii, więc gdzie jeśli nie tam spodziewać się takich gier ze schematami.

I teraz już koniec z małymi dźwiękami, delikatnością, przy swoich skrzynkach i mikserach stanęli Jérôme Noetinger oraz Jean-Philippe Gross. Mam mieszane uczucia względem tego koncertu, tzn w trakcie bardzo mi się podobał, ale im dłużej o nim myślę, tym więcej mam wątpliwości. Cóż, panowie rozpoczęli mocno, tak że już po 7 minutach (spojrzałem na czasomierz Grossa), byłem całkowicie wypełniony, nadwerężony, mocarny hałas (sprzężenia, syntezator Serge, charakterystyczne fleszowe brzmienia) leje się z czterech głośników, nogawki drżą od basów. Skoro zaczęło się tak mocno, wyciągnęło wszystkie asy z rękawa, to pojawia się problem, co robić dalej?
Jerome Noetinger & Jean-Philippe Gross
Duet przez jakiś czas wrzucał nas nagle w ciszę, co było dobrym pomysłem, pojawił się też motyw na 4/4 ze zduszoną cząstką wokalu. Ale liczyłem na więcej, być może za bardzo zasugerowałem się opisem, który względem Francuzów forsował, karkołomne dość, określenie "musique concrete improvisers", które niezbyt sprawdziło się w rzeczywistości.
Jerome Noetinger & Jean-Philippe Gross
Oczywiście, podczas, wrażenie, że przebywa się w niedoświetlonej rzeźni, gdzie siekiery zastępują jarzeniowe lasery, było perwersyjnie przyjemne, ale potem przyszła świadomość, że tych dwóch twórców stać na coś o wiele ciekawszego.

To był dla mnie ostatni punkt programu, bo trzeba było iść na pociąg (który blisko), żeby dotrzeć na lotnisko (które daleko). Miałem dużo szczęścia i część z ostatnich wydarzeń, na których nie mogłem być (kompozycja Guionneta i Unamiego, improwizacja Otomo Yoshihide na dwóch pianinach), słyszałem na soundchecku. Oba były niesamowite, nie zaliczam ich do klasyfikacji najlepszych, bo jednak nie słyszałem ich w wydaniu "koncertowym", wobec czego wygląda ona tak: Guionnet/Nakamura, Kogawa, Wright, Julius. Oprócz tego warto też wspomnieć o bardzo ciekawych warsztatach przed festiwalem, z udziałem Malfattiego, Pisaro, Unamiego, Nakamury i Noetingera.

8/19/2008

"Jestem zły jak niderlandzki dla raperów"

Momentem, którego najbardziej oczekiwałem będąc na wakacjach, była chwila gdy po powrocie zajrzę do skrytki pocztowej...Spodziewałem się tam znaleźć wiele i tak też się stało.



Zaczniemy od górnego lewego rogu - Silent Landscapes
Roberta Curgenvena, wydane nakładem prowadzonej przez niego wytwórni Recorded Fields (dopiero zaczynają, ciekawie się zapowiada, zwłaszcza dbająca o zaplecze teoretyczne seria Sound Atlas). Cztery kompozycje od 7 do 15 minut, każda jest jakąś podróżą, bo na każdą składają się nagrania zrobione w różnych miejscach (np. w dwójce pokonujemy w ten sposób 5000 kilometrów). Mamy owady, deszcz, wiatr oraz wiele innych źródeł, które mogą nie być same w sobie zbyt oryginalne, ale Curgenven umie się nimi posługiwać. Generalnie da się wyczuć pewną Lópezowatość, ale tutaj utwory nie są tak dynamiczne, jak czasem u mistrza field recordingu.
No zresztą, tytuł zapowiada ciszę, choć nie jest ona tutaj regułą. Na szczególną uwagę zasługuje czwarty "Silent Landscape", gdzie wykorzystane są nagrania ze szprewaldzkiego lasu, który raz na dziesięć lat jest oczyszczany przez człowieka w zestawieniu z australijskimi płotami. Curgenven nie jest pierwszym, którego zainteresowała muzyczność tych konstrukcji, jego rodak Jon Rose od dawna przeprowadza akcje Bowing Fences, jednak tutaj płot gra bez udziału człowieka - w 42-stopniowym upale. To zderzenie ingerencji w naturę i jej aktywności samoistnej, jedynie odbieranej przez jednostkę, jest ciekawe nie tylko teoretycznie, ale również dźwiękowo. (tutaj fragment w mp3)

Curgenven będzie grał na jesieni z Hati w Belgii i Holandii. A w Polsce?

Poniżej rzecz z cyklu "believe the hype" - wydana własnym sumptem w 100 egzemplarzach, nie sprzedawana a wysyłana za darmo po skontaktowaniu się z autorem - Seymourem Wrightem (z Derby), może być niezłym przyczynkiem do rozmyślań nt. "środowiska" ludzi słuchających tej dziwnej muzyki. Jakie jest ono niewielkie, jak potrzebuje "odkrywać" nowe zjawiska/osoby (rozumiem to doskonale, też lubię doznawać objawień, odkrywać choćby dla siebie).

Wright wysłał swój album Brianowi Olewnickowi (który pisał dla bagatellen, ale teraz aby skupić się na biografii Keitha Rowe, ogranicza się do bloga, gdzie też opisał to wydawnictwo) i to w zasadzie wystarczyło, aby ruszyła "lawina" hype'u. Richard Pinnell (prowadzi(ł) audition w Resonance FM, ale bloga też ma) skomentował, że świetna płyta, a potem kilka osób na IHM też ją wspominało.

Nakład szybko się wyczerpał (ja załapałem się na egzemplarz nr 84) i teraz, ci którzy nie mają bardzo żałują i dopytują, gdzie, jak, itd. Rozchodzą się kręgi na wodzie. Świetne posunięcie marketingowe, Wright zainwestował trochę w siebie, ale to zapewne zaprocentuje. Wszyscy będą wyczekiwać jego kolejnej produkcji (wygląda na to, że będzie to duet z Sebastianem Lexerem dla Another Timbre).

Słuchałem albumu dopiero dwa razy, przy czym ten drugi odsłuch nie był tak porządny, jak bym chciał, a w ogóle to czekam na spotkanie w towarzystwie tej płyty z Patrykiem, który będzie mógł mi wytłumaczyć pewne techniczne sprawy. Więc może dokładniej o płycie kiedy indziej, bo choć nie jestem oniemiały z zachwytu, to umiejętności Wrighta robią wrażenie. Choć jego pomysły bywają podobne do Küchenowskich: terkotliwe preparacje, użycie radia (tu więcej), a także granie perkusyjne (światło ze Wschodu). A poza muzyką jest jeszcze przybranie miana, które ma kojarzyć się z malarzem Josephem Wrightem, powoływanie się w utworach nie tylko na muzyków, ale też na Trevora Baylissa (wynalazcę tego radia) (i eeee....Ferrana Adrię? szefa kuchni najlepszej restauracji na świecie?).
Natomiast okładka to XVIII-wieczny tradycyjny wzór angielskiego papieru marmurkowego, wyprodukowany przez firmę z Cambridgeshire.

Prawą część powyższego zdjęcia okupują trzy produkcje z Sonic Oyster Records, wytwórni Andrew Paine'a służącej mu do wydawania produkcji własnych i z jego udziałem. Albumy można zamówić przez myspace'a
albo, tak jak ja zrobiłem, przez volcanic tongue (stamtąd pochodzą rzeczowe i fajne opisy). Wszystko limitowane nakłady i się sprzedają szybko, więc gdyby ktoś chciał, to niech się pospieszy.

No ale, powróćmy do Cambridgeshire, a konkretniej do Girton, a zarazem - do muzyki. Ostatni utwór na Snapshots of Rural England (obecnie przedostatniej wydanej współpracy Paine'a i Richarda Youngsa) nosi tytuł "Old Girton Fayre", nie znalazłem żadnych informacji o dawnych targach, ale z tej strony wynika, że coś w tym rodzaju się odbywało. Ta 8-minutowa fotka to chyba najsurowszy fragment albumu, choć wszystkie korzystają z sinusoid przepuszczanych przez ring modulator. Oprócz tego gitara elektryczna, głos, harmonijka. Otwierający 16-minutowy "Norfolk Sunset" odpływa i przypływa miarowymi falami, zagęszczonymi skrawkami niskich uderzeń, ale zmiękczonymi na krawędziach. Kojąco działa przetwarzany głos, którego barwa przypomina Ściankowego "Piotrka", choć to jedyne podobieństwo, bo tutaj nie ma żadnej narracji, słowa są pomieszane, postrzępione. Środkowe "Out of Town" jest eteryczne, niemal pastoralne, szczerze ładna stara elektronika chcąca brzmieć jak organy.

Panowie nie marnują czasu i nie tylko często spotykają sie by nagrywać, ale też bardzo szybko wydają swoje produkcje. Snapshoty zostały nagrane w kwietniu i maju (br.!), a Hot Canyon Butter (Hot Buttered Soul ??) w lutym i marcu. Lubię taki cykl życia wydawniczego, obcowanie ze świeżą muzyką, która nie przeleżała dwóch lat na półce, zanim ktoś sobie o niej przypomniał.
W tym miejscu uświadamiam sobie, że przydałoby się jakieś podprowadzenie do osoby Youngsa i mojej nim fascynacji, ale tymczasem musi nam (Wam?) wystarczyć całkiem sensowna stronka w emd.pl/wiki, którą zrobiliśmy razem z Wojtkiem Mszycą jr.

"Butter" to być może najdziwniejsza, a raczej na pewno najbardziej eklektyczna (w sensie różnorodności w obrębie jednego krążka), rzecz jaką Youngs wydał. Zarazem, gdyby ująć sprawę inaczej, to można by powiedzieć, że to nie powinno być żadnym zaskoczeniem, że jest to tylko n a t u r a l n e r o z w i n i ę c i e elementów, które pojawiły się już w 1990 roku na Lake. A pewien dryf w stronę Nurse With Wound można zaobserwować na Mauve Dawn z 2005.

No i jest genialnie! Nie znam się na "psychodelii" tak, żeby rzucać przykładami, ale klimat jest taki, jaki zawsze kojarzy mi się z tą nazwą. Gitara basowa pulsuje i zakręca, klawisze szumią i bryzgają, jeszcze smaczki odkształceń stylophone'u i perkusja (a może tylko perkusjonalia - słychać raczej rozmaite bębenki). Bywa przebojowo - sprawdźcie "Reuben's Boogie" (a, i wpiszcie "reuben boogie" w google).

Nieco zawiodłem się The Starling Post - zestawem piosenek Paine'a, myślałem, że przez obecność radia, harmonijki, kazoo, śpiewających mis, nie będą to takie zwykłe utworki. Jest miło, ale wszystkie one brzmią dość podobnie - zgaduję, że nie poszukiwania dźwiękowe były tutaj celem. Raczej wędrowanie w tradycji, bo Paine gra tutaj takie piosenki jak: "Whitby Lad", "Apple Tree Wassail", "The Unquiet Grave". Ten repertuar stał się dla mnie oknem na świat zwyczajów brytyjskiego kolędowania.

Te pomysły obu panów, otoczka wokół Wrighta, zmasowane słuchanie Andrew Lilesa - wszystko estetycznie inne, ale czerpiące z tego samego (? rozległego na pewno) źródła, sprawiają że zastanawiam się nad jakimś "britishness" w muzyce...

Wspomniane wyżej "boogie" znajdziecie w niepozornym playerze po prawej stronie strony. Polecam go szanownej uwadze, bo można tam znaleźć kilka ciekawych rzeczy: Roela Meelkopa, Mikę Vainio, kwartet Magda Mayas/ Koen Nutters / Morten J. Olsen (z MoHy!, ale zupełnie inaczej) / Carlos Galvez, Lorena Connorsa z Davidem Grubbsem.

Ale prawdziwą atrakcją jest materiał niedostępny nigdzie indziej - fragment występu duetu NEVERS podczas berlińskiego cyklu Labor Sonor w KuLe w 2007 roku. Duet stanowią Clare Cooper, która tutaj odkłada harfę i gra na guzheng (ponoć chiński brat zitheru) oraz Jean-Philippe Gross (sprzężony mixing board, w tym projekcie leci on przez magnetofon i jeden mały głośnik). Bardzo ciekawy projekt elektro-akustyczny (z naciskiem na drugi człon), 4 grudnia w Bydgoszczy, a potem jakoś w Poznaniu.

/////

ach, no tak - tytuł wpisu: jedna z niewielu dobrych linijek, jakie poznałem z filmu o holenderskich hip hopie, który lata na Planete (oryg. Dutch Touch). To bolączka nie dotycząca samego filmu, ale kurcze, wszystkie teksty jakie tam padają są albo dissowaniem albo braggadocio...Czy tylko tym się zajmują tamtejsi twórcy? Jeden z nich podczas koncertu opowiada o tym, że w Holandii integracja wcale nie zawiodła, mówi publiczności, że od nich wiele zależy itd. Czyli jakby był świadomy społecznie. Więc może jednak taki był dobór materiałów przy montażu? Ale czy taki jego wizerunek chciała przedstawić reżyserka? No i tu inna kwestia - komu przedstawić? Dla kogo ten dokument: jeśli dla Holendrów to jest tragicznie płytki, a jeśli dla zagranicznych to brakuje wprowadzenia w temat, objaśnień dla tych, którzy nie znają tego kraju. Tak czy tak, dość średni film, tyle kwestii, które można by poruszyć: czy hip-hop należy tam do "kolorowych", co sądzą o rapowaniu po angielsku (jeden z bohaterów tak robi), jakie jest podejście do sukcesu rynkowego (to się gdzieś tam przemyka w dziesiątym planie, bo inny bohater jest znany...tak? przypuszczam, nikt nam nic nie mówi wprost). W ogóle brakuje faktów: ile sprzedają płyt, czy z tego się utrzymują, kto ich gra, kto ich słucha, czy są jakieś radiostacje hiphopowe. Ech, jeśli już, to obraz przedstawia kilku twórców, ale niewiele mówi o całej kulturze.