Sasu Ripatti (znany może lepiej jako Vladislav Delay, Luomo czy Uusitalo) kilkukrotnie występował już w Poznaniu. Jednak nigdy jeszcze jako perkusista - w tej roli zaprezentował się w utworzonym przez siebie kwartecie, do którego zaprosił Mikę Vainio, Lucio Capece i Dereka Shirley'a.
Spośród towarzyszących Ripattiemu muzyków pewnie najlepiej znany jest jego rodak, Mika Vainio działający w duecie Pan Sonic. Shirley to kontrabasista współpracujący m.in. z Michelem Thieke oraz współtworzący trio Ruby Ruby Ruby. Klarnecista i saksofonista Lucio Capece nagrywał m.in. z Toshimaru Nakamurą, Axelem Dörnerem, Yannisem Kyriakidesem.
Również dla niego nie była to pierwsza wizyta w Poznaniu, w zeszłym roku uczestniczył w festiwalu FRIV.
Dla fanów elektronicznej twórczości Ripattiego to wcielenie może być nieco zaskakujące. Jednak Fin swoją przygodę z muzyką zaczynał od jazzowego "bębnienia" i jak kilka lat temu przyznawał w wywiadzie dla Igloo Magazine ciągle gra na perkusji. Wtedy jednak nie był przekonany, czy nie powinno to pozostać w sferze czystej przyjemności, która nie ma związku z profesjonalną działalnością.
Być może zmienił poglądy albo w partnerach z kwartetu znalazł odpowiednie otoczenie dla swojej perkusji, grunt że po koncercie decyzję o publicznym ujawnieniu instrumentalnych zdolności można uznać za trafną. Ripatti wykazał się nie tylko pomysłowością jeśli chodzi o rozwiązania rytmiczne, czy umiejętne rozmieszczenie zdecydowanych uderzeń (które dzięki odrobinie pogłosu odznaczały się jeszcze silniej na tle innych elementów). Okazał się być także wyczulonym na detal barwy, faktury sonorystą, który równie dobrze odnajduje się zagospodarowując drugi plan.
Pewnym zaskoczeniem był elektroniczny wkład Vainio, który zaczął spokojnie, nawet (jak na niego) sielsko, co jednak idealnie pasowało do dźwięków Shirley'a i Capece. Innym razem bawił się samplami fortepianu, a towarzyszący temu smyczkowany powolnie kontrabas uczynił z tej partii najbardziej nostalgiczny fragment występu.
Vainio nie zawiódł jednak tych, którzy oczekiwali zagrań bliższych Pan Sonic. W pewnym momencie jedynym dźwiękiem był szum, stopniowo podgłaśniany, nagle urwany, po czym nastąpiło wejście mocarnego, nierównego bitu. Ripatti szybko włączył się do gry i nie pozostawał w tyle.
Z dużym zainteresowaniem obserwowałem pomysły Lucio Capece, który używając klarnetu basowego daleko odchodził od standardowych rozwiązań, często koncentrując się na wąskich wstęgach dźwięków albo używając strumienia wydmuchiwanego powietrza do poruszania małych przedmiotów ułożonych na rurze włożonej w kielich instrumentu. Koncert zakończył się
klamrą, ponieważ tak jak na starcie grali Shirley i Capece, przy czym ten drugi wydobywał medytacyjne dźwięki ze shruti box. Nieco bardziej tradycyjnie traktował saksofon, frapując czasem bezpośrednimi melodiami, czego naturalnym rozwinięciem był wykonany na bis utwór Rahsaana Rolanda Kirka.
Jedynym zarzutem wobec tego koncertu mogłoby być stwierdzenie, że był zbyt krótki. Jednak trudno mówić o niedosycie, bo artyści zaprezentowali muzykę o wielu obliczach.
7/31/2017
Vladislav Delay Quartet w Starym Browarze (22.10.2009)
11/12/2011
pamiętnik koncertowy (wydanie berlińskie)
Raczej skrótowe opisy (tak żeby ocalić od zapomnienia) kilku koncertów z ostatniej wycieczki do Berlina.
W Auslandzie na początek Antez grający metalowymi (głównie) przedmiotami na ustawionym poziomo bębnie basowym. Fajny pomysł z oświetleniem: ciemno, poza małą lampką ustawioną na ziemi pod bębnem i obłożoną czerwoną folią. W ten sposób światło emanowało jakby z bębna, stłumione przez dwie membrany. Ten występ opiera się na bardzo prostym pomyśle, który przy okazji jest skuteczny dźwiękowo. Antez przeciąga przedmioty (m.in. talerze perkusyjne, rury) po membranie chodząc wokół bębna. Ten ruch wyzwala ciągłe, ale zmienne dźwięki. W większości z kategorii "niewiarygodnych", a dokładniej "jak to możliwe, że akustyczne źródła wytwarzają takie brzmienia?". Wielokrotnie stwierdzałem, że gdybym nie widział, jak to się dzieje, to obstawiałbym syntezator analogowy jako wykorzystywany instrument. Do tego dochodzi cała magia alikwotów krążących po pomieszczeniu oraz jakby zbijających się dźwięków o podobnych wysokościach. Nie zaszkodziłoby, gdyby występ był trochę krótszy.
Na zakończenie wieczoru trio Lucio Capece (saksofon, elektronika), Morten Olsen (perkusja) i Valerio Tricoli (revox). Rozmawiałem przed chwilę z Lucio i mówił, że cieszy się mogąc grać z nimi, bo zmuszają go do dotarcia w inne rejony, poza redukcjonistyczne, ciche granie. Było głośno, intensywnie, w zasadzie druga połowa to noise'owa improwizacja. W wyraźnie wybranym (chyba nie ustalonym?) momencie Capece odpalił elektronikę, niskie i mięsiste dźwięki, a przedtem też całkiem głośno grał na saksofonie. Zresztą nie miał wyjścia, jeśli chciał być słyszalny przy pozostałej dwójce. Oprócz całościowo dobrego wrażenia, w pamięci pozostał mi zwłaszcza jeden fragment, z głosem Tricoliego wydobywającym się spod masy dźwięków, brzmiącym złowieszczo (może spowolnionym na magnetofonie?).
Następnego dnia celem było 15-lecie Raster-Noton w Berghain, ale ja przewidująco sprawdziłem inne możliwości, gdyby nas nie wpuścili. Gdy tak się stało, pojechaliśmy do Gretchen, jesteśmy na miejscu ok. 23:30, czyli czas oficjalnego rozpoczęcia, a na bramce mówią nam, że otwierają za 5 minut. Ach, te berlińskie zwyczaje...Z opisu wynikało, że jedna sala będzie przeznaczona na bardziej hiphopowe klimaty i przedstawicieli Brainfeedera. Jednak gdy didżejka puszczała hiphopy (całkiem fajne) w mniejszej sali, Samiyam pojawił się na scenie głównej. Zagrał dość długo (45-60 minut?), ale nie nudził, bo ciągle coś się działo i zmieniało. Konsekwentnie trzymał się swojej formuły miniaturek, maksymalnie 2-3 minutowych szkiców. Przyjemnie patrzyło się na niego pochłoniętego graniem, uradowanego, zagadującego do publiczności.
2562 przez ostatni kwadrans stał za nim czekając na swoją kolej i nawet życzliwie kiwał głową do jego bitów, ale naprawdę to kark mu zaczął pracować, gdy przystąpił do swojego setu. Akurat znów trafiamy z panem Huismansem na siebie w Berlinie i tak jak ostatnim razem (w Horst Krzbrg) bardzo mnie zaskoczył swoim eklektycznym, ale jednak sensownym, didżejowaniem, to tym razem bardzo na jedno kopyto. Kursowałem między dwiema salami, więc może coś mnie ominęło, ale nie sądzę, bo ilekroć wracałem, to były te same regularne rytmy i to samo twarde, aż nieco męczące, brzmienie.
Na drugiej sali w tym czasie Jeremiah Jae, który ciekawie kombinował z hiphopowymi patentami, na początku przez dłuższą chwilę same plamy dźwiękowe, magmowate, ciężkie. To dało znać, że nie tylko o bity tu będzie chodziło. Dałoby się to o wiele bardziej docenić, gdyby nie głupi dźwiękowiec, który co jakiś czas przychodził "podkręcać" brzmienie, co sprowadzało się do zwiększania głośności.
Chociaż Room(s) Machinedruma mi się nie podobało, to chciałem doczekać do jego występu. I słusznie, bo choć byłem już trochę zmęczony (zaczął przed 4), to przekonał mnie do siebie. Nie było tego, co przeszkadzało mi na albumie, czyli tych syntetycznych, gładkich, kosmicznych dźwięków. Albo jeśli były, to usunęły je na dalszy plan bity. Wszystko brzmiało klarownie, przestrzennie, porządnie. Nie wiem, czy grał tylko swoje rzeczy, jeśli te jungle w drugiej połowie występu były jego, to jest to już wszechstronność granicząca z kameleoństwem.
Zestaw nazwisk tego koncertu wyglądał bardzo kusząco, a w dodatku było to niedaleko, tak więc trzeba było skorzystać. Niestety, okazuje się, że powiedzenie "nazwiska nie grają" sprawdza się nie tylko w sporcie. Kompozycja Petera Ablingera trochę została może steatralizowana przez wykonawców, co mogło jej nie wyjść na dobre. Jednak chyba tak do końca poważna w zamiarach nie była, mimo że można by tę estetykę "muzyki ciszy" jakoś wiązać z tym, co robią kompozytorzy z Wandelweisera, to bardziej wyczuwałem chęć przełamania konwencji (moim zdaniem już dawno zdekonstruowanych). Hanna Hartman też mnie trochę zawiodła, bo bardziej znów tu grał pomysł, niż dźwięki. Na potrzeby kompozycji Black na środku sali zostały położone lśniące czarne panele, na których można było siadać, by lepiej odczuć wibracje powodowane przez dźwięki. Tenney i Hayward w normie, każdy można by powiedzieć, w swoim świecie: pierwszy prostych dźwięków, a drugi szmerowych. Marcolli słabiutki i wychodzi na to, że najlepszy był utwór Catherine C. Hennix. Dronowy, wprowadzający w trans, eksplorujący współbrzmienia instrumentów i warstwy elektronicznej.
Może lepiej, gdybym poszedł na późniejszy występ Haywarda, gdzie grał Luciera, ale wtedy, nie mógłbym ponownie odwiedzić Auslandu. A tak z tamtego koncertu dotarliśmy na sam początek wydarzeń w Auslandzie. I to dosłownie - Tisha Mukarji już trwała pochylona nad fortepianem, gdy weszliśmy i rzuciła nam spojrzenie, które miało na celu nas zapewne zamienić w kamień. Na szczęście nie poskutkowało i mogliśmy zająć miejsca pośród publiki. Cieszę się, że nie przegapiłem jej występu, bo był to pierwszy raz, gdy miałem okazję słuchać jej na żywo, a po drugie, okazał się najlepszy tego wieczora. Oczywiście wiadomo, że wielu improwizatorów gra na fortepianie większość dźwięków wydobywając z jego wnętrza, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałem takiego ustawienia: Mukarji w ogóle zignorowała klawiaturę, stała z tyłu instrumentu, w tym zagłębieniu, a klapa była zdjęta. Można powiedzieć, że "ustawiła" sobie instrument po swojemu, na nowo, dlatego też nie musiała się z nim siłować, a mogła grać to, co chciała. Była to muzyka bardzo prosta, nawet ładna, spokojna i delikatna. Głównie delikatne pociągnięcia za pojedyncze struny lub uderzenia w śruby włożone między nie. Żadnych drapnięć, zgrzytów i chrobotów, ani innych nieprzyjemności.
Duet Els Vandeweyer i Achima Kaufmanna to bardzo dużo niepotrzebnych dźwięków, choć na pewno sprawnie zagranych. Już po chwili wiedziałem, że nic z tego dla mnie nie będzie, ale Vandeweyer należy do tych muzyków, którzy wpadają w trans już po 30 sekundach grania, co nie zawsze korzystnie wpływa na zdolność słuchania.
Anaïs Tuerlinckx okej, choć biorąc pod uwagę, że były to wcześniej przygotowane formy, to mogłoby się w nich więcej dziać.
Na zakońzenie Tristan Honsinger - niderlandzka szkoła dowcipkującego improvu (por. Hans Bennink, Misha Mengelberg). Trudno mi powiedzieć, czy włączenie się Mukarji, pogorszyło czy poprawiło sytuację.
(Przy okazji, bo przeglądam stronę Auslandu i widzę, że moje zdjęcie cieszy się powodzeniem.)
W niedzielę wybrałem się na koncert z wiarą, że w końcu uda mi się znaleźć miejsce, w którym się odbywa. Podejście to zostało nagrodzona i dzięki pomocy napotkanych osób dowiedziałem się, którędy wchodzi się do West Germany. Tam ponownie Capece (saksofon, klarnet basowy z preparacjami), tym razem trio z Burkhardem Beinsem (perkusjonalia) i Antoine'm Chessexem (saksofon). Dronowo, najpierw saksofony ciągłe dźwięki, a Beins równomiernie stuka w talerz. Gdy sytuacja już się brzmieniowo ustała i można było przyzwyczaić się do granych dźwięków, to było trochę nudno. Brakowało dramaturgii, jeśli chodzi o strukturę tego, choć domyślam się, że trio właśnie tak to sobie obmyśliło. No ale dla mnie w takim razie zbyt mały wachlarz brzmień. Z ciekawych pomysłów, to Beins urządzający wodospad małych kulek (jakieś słodycze?) na membranę bębna i potem uderzeniami podbijający te które zostały, tak że każde głośne uderzenie niosło za sobą wiele cichych.
Potem duet Jochen Arbeit i Schneider TM. Dobrze, że nie wiedziałem, kim jest Arbeit, bo może miałbym jakieś oczekiwania. A tak po prostu zaakceptowałem ten gitarowy noise-dron, choć im dalej, tym bardziej była to chęć dotrwania do końca.
11/19/2009
Kwartet z Delay'em
Na diapazonie pod dziwacznym tytułem ukazała się moja relacja z poznańskiego koncertu Vladislav Delay Quartet.
Zdjęcia robił Sierus, a ja nieco poedytowałem.
9/05/2008
Koncertowy Berlin
Ostatnio doszedłem do wniosku, że gdybym miał jeździć do Berlina na wszystkie interesujące koncerty, to lepiej żebym tam zamieszkał.
Za przykład, ile się tam dzieje, może posłużyć ostatni weekend, aż żałowałem, że przyjechałem nie na koncerty, ale na noc muzeów, ale i tak: o kilku rzeczach dowiedziałem się po fakcie, więc nie ma co płakać.
Mogę nawet przyjąć, że ten weekend był nieco bardziej gęsty (choć nie ma przesłanek, żeby tak sądzić) niż standardowy. Piątek: Uton, Kulkija, Francois Virot - to pierwszy pakiet (i pierwszy dzień Weird Folk Church Fest #2). Drugi to wieczorek Raster-Noton: Nicolai, Vainio, Byetone, Nibo. Sobota: Berlin Bruit (na którym m.in. Z'EV i Column One), drugi dzień dziwnego folku: Jeff Lewis, The Horror Me, Wounded Knee, kompozycja Antoine'a Chessexa (o której poniżej), solowy saksofon Ignaza Schicka (ostatecznie odwołany). Groobo?
Pozostaje jeszcze kwestia dobrych źródeł informacji. Można być oczywiście takim debilem, żeby jadąc do miasta R-N, nie sprawdzić ich strony, albo wziąć ulotkę ze sklepu Stalplaatu i rzucić tylko okiem na obrazek, nie patrząc na czarne robaczki pod spodem. No, takim osobnikom to już nic nie pomoże...
Niedawno odkryłem stronę, o której zawsze wiedziałem, że musi istnieć, tylko ja nie mogę jej znaleźć: echtzeitmusik.de. Dotyczy ona muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, jest kalendarium update'owane szybko, ale jednak ich rozumie tego obszaru jest nieco wąskie (o Utonie i reszcie się stamtąd nie dowiedzielibyście; a Exploratorium bojkotują).
Dobrym wyjściem wydaje się lastfm, ale tam też nie wszystko zawsze ludzie wklepują, a często nie na tyle wcześnie, żeby można przygotować "wyprawę".
Idealnym rozwiązaniem (ale i trochę czasochłonnym) jest sprawdzanie stron klubów i organizatorów. (Opracowuję taki przewodnik po Berlinie wraz z linkami).
W wyliczance wyżej nie wspominałem o czwartkowym koncercie w Gelegenheiten, bo można go zaliczyć do kategorii "kolesie, których nikt nie zna, przychodzą znajomi i ich znajomi, z trudem namówieni". To nie ma w żadnym razie oznaczać umniejszania umiejętności muzyków, czy podejścia, że na pewno będzie słabo, w Poznaniu wciąż potrzebujemy więcej takich wydarzeń.
Gerhard Uebele zna Jürga Bariletti(ego?), napisał mi, że koncert może być ciekawy. Po dniu spędzonym na chodzeniu po sklepach, wziąłem brata, podjechaliśmy metrem na Rathaus Neukölln, przeszliśmy kawałek i staliśmy na rogu patrząc przez szyby do wnętrza byłego rzeźnika (co za słowo...w każdym razie, tam jeszcze kilka haków, jakieś metalowe uchwyty na półki i białe kafle, oprócz tego kanapy i krzesła z przypadku, mała sala, dalej druga, jeszcze mniejsza). Gdy weszliśmy to wszyscy na nas spojrzeli, ale choć na drzwiach było napisane "tylko dla członków" to nikt nas nie wypraszał. Okazało się, że zapowiadane rozpoczęcie "pünktlich" oznacza w praktyce półgodzinne opóźnienie.
W końcu się zaczęło, Bariletti - szwajcarski pianista (wywiad auf deutsch tutaj), został zaproszony przez duet .adol (Marc Trobohm/Christoph Reimann).
Gość ze swoją "dźwiękową walizką" był chyba najciekawszy, miał w niej umocowane jakieś części z wnętrza fortepianu (pianina?), chwilami brzmiały mbirowo. Do obudowy były chyba przymocowane mikrofony kontaktowe, bo gdy grał na niej smyczkiem, to był wyraźny dźwięk (a w jednym miejscu przepuszczony przez uładniający pogłos).
Gdzieś w drugim secie ujawnił się też jego sampler, wypuścił z niego odstająco głośniejszy alarm, którym trochę się bawił. Ale nawet to nie specjalnie podziałało na gitarzystę, który zagłębił się w swój instrument i efekty i generalnie zdominował tą część. Od początku wzbudził moje obawy, bo miał tendencje do zapętlania się, a ja mam spore wątpliwości czy to jest dobry pomysł na granie improwizowane z kimś. W drugim secie (a może też w bisie) dokładał takie raczej oczywiste, jakby lekko nadpsute zagrywki, powiedzmy, że akord w dwóch-trzecich jest "porządny", tonalny, ale w pozostałej cząstce przełamany brzydkim, niepasującym dźwiękiem. Tak sobie.
Laptopowiec grał raczej bezpiecznie, tu jakiś szumik, tam jakiś zgrzycik. Zjeżyłem się jak na początek drugiego zaserwował ćwierkające ptaszki. Na klarnecie grał niewiele, okej jak proste tony, które same w sobie mi się podobają (mistrzem jest Kai Fagaschinski), nie wiem, czy przepuszczał się przez laptopa. Gdzieś tam w trakcie raz się zapętlił.
Pomiędzy dwoma setami była przerwa, nie wiem po co, tak żeby muzycy mogli sobie pogadać ze znajomymi? To można zrobić po...Zburzyło to dla mnie atmosferę, kamienie węgielne skupienia wykopało i wyrzuciło na bok. W dodatku antrakt był zapowiadany jako mały i krótki, co okazało się nieprawdą.
Bis w ogóle był niepotrzebny, no ale skoro było im miło grać, publiczność ich zaklaskiwała, to proszę bardzo, ale nawrzucali tam wszystkiego i razem nie miało to sensu.
Sobota, wyrwa w muzeowaniu czyli wspominana wyżej kompozycja Chessexa - Resonant Water, wykonywana przez niego (saksofon tenerowy), Lucio Capece (klarnet basowy), tubistę Robina Haywarda i kontrabasistę Dereka Shirley'a. Można o niej poczytać na stronie twórcy znów niestety tylko wersja niemiecka, też tylko w tym języku znalazłem informacje o miejscu wykonania - St. Johannes-Evangelist-Kirche, więc nie dowiedziałem się, czy kościół funkcjonuje na co dzień. Mam wątpliwości bo nie było żadnych ław czy krzeseł. To naprawdę dziwny widok, gdy wchodzi się i główna nawa jest pusta, w oczy rzuca się naga kamienna podłoga, coś nie pasuje, proporcje przestrzeni są zachwiane. Dodajcie do tego protestancki brak zdobień, malowideł, a zrobi się naprawdę surowo.
To znaczy nie było tak zupełnie pusto, były rozstawione specyficzne siedziska w czerwonych i szarych pokrowcach i trochę krzeseł, wszystko umiejscowione dowolnie, w sporej odległości od miejsca muzyków (które na razie było oznaczone leżącym kontrabasem).
Czytałem niepochlebne opinie na temat hałaśliwych solowych występów Chessexa, ale spodziewałem się (i miałem nadzieję), że zaproszenie skłaniających się raczej ku dźwiękom cichym Haywarda i Capece, oznacza inną estetykę.
I tak było, zaczęło się od pociągnięć smyczka, za każdym razem ten sam dźwięk, akustyka kościoła powodowała, że kolejne nachodziły na siebie. Potem równe wszedł saksofon i klarnet (nie wiem, kiedy tuba, która chyba głównie poddawała bardzo niskie, bulgotliwo-dudniące, ale rozciągnięte w czasie, elementy). Oczywiste było, że specyfika sali będzie mieć duże znaczenie, kombinowałem że może nawet muzycy będą znajdowali się w odległych miejscach. Ale nawet tak, gdy stali mniej-więcej w szeregu, to miejsce też grało. Składowe harmoniczne odrywały się i fruwały po pomieszczeniu. A gdy w drugiej części (oddzielonej od pierwszej krótką ciszą) Chessex obracał się ze swoim saksofonem słychać było jak dźwięk jest wysyłany w różne obszary.
W najbardziej intensywnym momencie, pod koniec pierwszej sekcji, czułem się jakbym przemieszczał się szybko w tunelu, który miał coś ze spirali, nie jestem pewien czy poruszałem się w górę czy w dół. Wypełnienie przestrzeni dźwiękami było tak duże, że wydawało się że może ona pęknąć. Nie musiało być głośno, wystarczyło, że było nabrzmiale. Sam materiał dźwiękowy był w pewien sposób statyczny, ale jednak krążył, międlił się, wyginał, te drobne zmiany skojarzyły mi się z sytuacją, gdy jedzie się długim tunelem, w którym jest sporo świateł, są one regularne, ale też odbijają się na szybie, odbijają się od samochodów wokół, zmieniają się zależnie od kąta widzenia, choć pozostają (jako źródło, obiekt) takie same, to możemy zmieniać ich odbiór, wrażenie.
Była to kompozycja, ale z tych, które obywają się bez partytury. Zapytałem Lucia zaraz po zakończeniu, myślałem, że zapamiętam, ale jednak nie. Poprosiłem go o wyjaśnienie jeszcze raz: "Antoine suggested to play two notes. Each of them for around 20 minutes. These two notes where at a distance of a tritone, and we had the freedom to choose the octave and any kind of decision regarding all the sound aspects. We decided together who started in each of the two parts." To było zakomponowane, a potem była część improwizowana zupełnie. Bardzo krótka, zaczął ją Chessex nakładając się nieco głośniej na resztę, która zaczęła wygasać, było tak jakby swoimi dźwiękami przykrył ich delikatnie, zatarł kontury, wyszło to zupełnie naturalnie, żadnego spychania czy siłowania się. Godzina gry minęła bardzo szybko, dla mnie mogło by to trwać jeszcze raz tyle.
7/11/2008
FRIV (4-6.07.2008) - Dragon, Poznań
Wydaje mi się, jakby minęło 100 lat od czasu, gdy ostatni raz chciałem tu coś napisać (o filmach Nae Carnfila, mam coś naszkicowane, więc jakby ktoś bardzo chciał to mogę to rozwinąć i wrzucić tutaj). Potem była Malta, Tupika, potem Cieszyn (każdy ma jakąś opinię, więc ja też: Clark, Landstrumm/Milanese, Holy Fuck), no a teraz jest Animator.
Natomiast na pewno minęło (przynajmniej) 100 mejli, ale - siedzenie na dwóch skrzynkach i myspace'ie było najprzyjemniejszą częścią organizowania festiwalu.
Kilka razy po drodze zdążyłem zwątpić, czy w ogóle dojdzie do skutku, ale tak - Polsko-Niemiecki Festiwal Muzyki Improwizowanej FRIV odbył się w Dragonie, między czwartym a szóstym lipca.
Po niesamowicie zabieganym piątkowym popołudniu (dzięki tato za wsparcie! hm, jest tyle osób, którym powinienem podziękować, że lepiej, żebym nie zaczynał), gdy już poczułem, że stoję na nogach, powiedziałem do Patryka, że teraz rozumiem, czemu Anna Zaradny i Robert Piotrowicz rezygnują z występowania na swoim festiwalu.
Tomek jako przedstawiciel organizatora (Stowarzyszenie Kod_krowa) powitał i zaprosił, po czym chciał obarczyć mnie zadaniem przedstawienia *ideologii* improwizacji. Ja się wywinąłem, że nie ideologia, ale słuchanie itd, że mamy muzyków z różnych środowisk, więc liczymy, że ich wspólna gra będzie ciekawa.
No a potem przeszliśmy do losowania składów. Na każdy wieczór przewidzieliśmy po dwa duety (jedna osoba z Poznania, jedna z Berlina), trio (w różnych proporcjach) i kwartet (po dwie z każdego miasta). Okazało się, że coś źle policzyłem (ech he he, jak to możliwe) i ostatniego dnia nie będzie kwartetu (a rzeczywistość i to zweryfikowała). Nastąpiło pewne rozprężenie, kiedy my upewnialiśmy się, że na pewno źle policzyłem.
Mieliśmy spore opóźnienie względem oficjalnego programu, ale za to koncerty rozpoczęły się równo z transmisją radiową w Aferze (choć podobno trochę przerywało).
Oczywiście mógłbym stwierdzić, że nie będę opisywał koncertów, bo przecież jestem skrajnie nieobiektywny, no ale nie oszukujmy się - jeśli ja ich nie opiszę, to kto to zrobi?
Zresztą może poczekam na nagrania: słuchając ich będę mądrzejszy i napiszę więcej, a teraz tylko skrótowo. Na początek duet Franziski Wulschke (saksofon) i Radka Włodarskiego (syntezator analogowy) - trudna sprawa, bo jeśli chodzi o barwy to zupełnie się to nie łączyło, chwilami Franziska próbowała grać wedle struktur wyprodukowanych przez Radka (który może mógł być trochę powściągliwszy momentami?).
Potem duet skrzypka Gerharda Uebele i Stanisława Suchory grającego na pile. Przyjemne, figlarne, czasem filigranowe. Zabawne, ale bez gagów i jajcarstwa.
Następnie trio złożone z Sabine Vogel (flety, elektronika), Yannicka Francka (elektronika, głos) i mnie (gramofon uprzedmiotowiony).
Pierwszy dzień zakończył kwartet: Blanka Dembosz (wokal), Lucio Capece (klarnet, saksofon, preparacje), Clayton Thomas (kontrabas, preparacje), Piotr Mełech (klarnet basowy). Jak dla mnie koncert dnia, muzyka chwilami tak perwersyjna, że aż na granicy przyzwoitości.
Znów lekceważąc obiektywność napiszę, że generalnie poziom był przynajmniej dobry. Nie stało się to, czego najbardziej się obawiałem, że całe przedsięwzięcie okaże się sprytnym sposobem na wkręcenie się poznańskich młodzików i amatorów w *wyższe sfery* muzyki improwizowanej. Że sobie chłopaki zaprosili kilka nazwisk do ogrania, żeby mieć co wpisać do cv. (Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę o komentarz).
Sobota zaczęła się od śniadania, słuchania przy nim wakacyjnego Marchettiego, z czego wywiązała się dyskusja z Yannickiem i Philem Maggim (których nocowałem - co też było jakby wpisane "w formułę festiwalu", ha ha). Kawiarenka na Starym Rynku okazała się doskonałym punktem spotkań i oczekiwania nim wszyscy się zjawią. Kombinowałem, że może jakieś zwiedzanie, choćby w szczątkowej, zminimalizowanej formie, ale wygrała opcja Stanisława - leżenie w parku przed operą (co też przecież nie było złym rozwiązaniem).
Wcześniej rozmawiałem z Lucio o tym, że na finał chcemy wykonać coś ze Scratch Music, na zielonej trawce Lucio przyjrzał się uważnie książce i zaproponował People-Influenced Music Carole Finer. Początkowo chcieliśmy, aby była to jakaś partytura graficzna, ale skoro inni podchwycili pomysł wykonania utworu złożonego z reguł - to okej.
W sobotę udało nam się zacząć o czasie, duetem Piotra Mełecha i basisty Jakuba Paczkowskiego. Fajnie, choć trochę nie moja bajka, ale panowie odnaleźli wspólny język i czuć było, że dobrze im się razem gra.
Drugą parą tego wieczora byli Clayton Thomas i Patryk Lichota (saksofon). Po koncercie usłyszałem od jednej osoby, która gra z Patrykiem, że była zaskoczona. Zapytałem, czy to znaczy, że wątpił w jego umiejętności, odpowiedzią było coś w rodzaju potwierdzenia. Ja też wiele grywam z Patrykiem, ale nie zdziwiło mnie to, że stanął on na wysokości zadania. W zasadzie byłem pewien, że tak się stanie. A tak uważny i pełen inwencji partner, jak Clayton zadziałał niczym katalizator jego umiejętności. Piękna, energetyczna, pełna polotu i pasji muzyka.
A teraz coś z zupełnie innej beczki: Yannick Franck, Jan Talaga (bas preparowany) i Radek Włodarski. Transowy ambientowo-etniczny (a może pierwotny - rzecz siedziała w rytmie poddanym przez Radka) dryf, ze śladami industrialnej korozji.
Ślepy los zdecydował, że znów w kwartecie zagrają ze sobą Blanka i Lucio, tym razem z Martą Zapparoli (aka PenelopeX) używającą laptopa, miksera i mikrofonu kontaktowego oraz Stanisławem Suchorą. Kilka osób było trochę zawiedzionych, może oczekiwali podobnych szaleństw, jak poprzedniego wieczora. Pamiętam, że mi się podobało, szczególnie mocne, ale w sumie powściągliwe wejścia Marty.
Słusznie przewidywałem, że kameralność Małego Domu Kultury będzie sprzyjała odbiorowi, jak i graniu. Drewniana podłoga, po której upodobałem sobie chodzić na bosaka, charakterystyczne czarne kubiki (jako siedzenia i jako stoliki na sprzęt), zakaz palenia, oddzielenie od baru - wszystko to składa się na idealne warunki dla takich koncertów. Jedyny minus to gorąc, gdy w środku zbierze się pewna ilość osób.
Po koncertach odbyło się jeszcze *jam session*, a potem zabraliśmy naszych gości na przechadzkę po Cytadeli, gdzie wydarzyło się wiele różnych rzeczy, o których nie ma sensu pisać...
Z racji tego, że sobota skończyła się około piątej, to niedziela musiała zacząć się później, ale starczyło czasu, żeby obejrzeć Gdansk Queen AVVY.
Smutna wiadomość, że Sabine Vogel źle się poczuła i musiała wracać do Berlina. Miałem grać z nią w duecie, myślałem o użyciu radia, no nic, może jeszcze będzie okazja.
Ach, jedną z rzeczy, która wyniknęła ze szwędania się po Cytadeli było to, że Lucio zgadał się z Hubertem Wińczykiem i postanowili trochę razem pograć. Hubert używa generatora akustycznego, co razem z ciągłymi dźwiękami saksofonu Lucia dawało naprawdę mocne efekty. Momentami muzyka wypełniała całe pomieszczenie i trzeba było się przez nią przedzierać, walczyć o miejsce dla siebie w niej, wspinać na nią, siłować z nią. No i tak, niestety, właśnie takie rzeczy się nie nagrywają (bo jakieś problemy z instalacją sterowników czy coś...).
Pierwszy duet ostatniego dnia (Franziska i Michał Joniec grający na złomie) tak płynnie przeszedł od próby dźwięku do koncertu, że nikt nie przywitał publiczności, ani ich nie zapowiedział. Zrobiłem to po i przedstawiłem zmiany w programie. To znaczy moje dołączenie do tria Marty, Jakuba i Patryka.
Na koncercie Jońca, Janka i Gerharda Uebele niestety nie mogłem być (robota papierkowa). Słyszałem, że było ludycznie.
No i finał czyli partytura Carole Finer. Zbiór reguł: wybierasz po jednym dźwięku, który masz zagrać w następujących sytuacjach: kiedy ktoś wchodzi, wychodzi, patrzy na ciebie, mówi. Ponieważ reguły można modyfikować, dołożyliśmy jeszcze możliwość zagrania jakiegoś dźwięku po innym wybranym grającym. Udział brali: Marta, Lucio, Hubert, Patryk, Yannick, Gerhard, Piotr (i chyba Stanisław?). Może z początku przestrzegali założeń (choć nie tego, że jeśli jest za dużo zdarzeń na raz, należy zapamiętać dźwięk i zagrać go później), ale przeszło to w teatr instrumentalny. Niestety musiałem wyjść, więc o tym, że Marta wkładała Patrykowi końcówki jacków przez ustnik saksofonu, wiem tylko z opowieści (jak dobrze, że wszystko było filmowane).
Znów długa noc, tym razem nad Wartą. Kilka godzin snu i na dworzec pożegnać Martę i Lucia. Gadanie z Patrykiem, o tym ile dobrego się wydarzyło i ile jeszcze może się stać.
O tym, jak wykrakałem deszcz, to już nie będę się rozpisywać (zaczął padać, akurat gdy z Yannickiem i Philem wynosiliśmy ich rzeczy z Dragona). Yannick zastrzygł uchem na dźwięki, które leciały w Dragonie, że to fajne, że trochę przypomina jego wokale, a gdy okazało się, że to jego trio z Radkiem i Jankiem, powiedział, że można by to wydać.
A potem taki przetrącony (zawsze boli mnie brzuch jak mało śpię) poszedłem na "Instytut Benjamenta", jakby ten film nie był wystarczająco dziwny sam w sobie.
Tak to było, wydaje mi się, że uwolniło się sporo dobrej energii, z zupełnie osobistego punktu widzenia, to po prostu dawno nie czułem się taki szczęśliwy jak w te dni.
Jeśli ktoś ma jakieś uwagi (nie muszą być pochlebne), czy chciałby o coś zapytać, cokolwiek - może pisać w komentarzach. A my tymczasem zaczynamy myśleć o kolejnym festiwalu.
